Lifestyle Psychologia Związek

Karuzela z singielkami

Ewelina Świstak
Ewelina Świstak
17 grudnia 2015
Fot. Pexels / snapwiresnaps.tumblr.com/ / CC0 Public Domain
 

To miał być mądry tekst z tezą i sporą dawką pewności, że jest tak a nie inaczej. Ale oczywiście życie znowu spłatało figla i budowany tygodniami plan runął.

A teza miała być następująca: singielstwo wśród kobiet stało się modą lansowaną przez mainstreamowe media, a każda kobieta (no, może prawie każda), kiedy tylko staje się bardziej świadoma (niekiedy dotyczy to już nastolatek), ogłasza wszem i wobec, że jest niezależną babką, której facet jest zbędny jak śnieg w maju. I żeby potwierdzić swoje dziwne twierdzenia, sięgnęłam po opinie innych znanych mi singielek i jednego psychologa, którzy zamiast wpisać się idealnie w mój plan, stworzyli własny, który nijak się nie klei. Bo okazuje się, że singielstwo nie ma jednej, wyraźnie określonej definicji, a każda singielka pragnie zupełnie czegoś innego. Do tego stopnia, że czasami sama nie wie, czego chce.

Nie dogodzisz

Sama jestem singielką, która odnosi wrażenie, że niektóre życzliwe ciotki już dawno nadały jej nobilitujący tytuł „starej panny”, bo 25 rok życia zobowiązuje przecież do posiadania gromadki dzieci, a już na pewno jednego wiernego męża. Wieczory spędzam oglądając seriale z singielkami w roli głównej, czasami przełączając na programy, w których rolnik szuka żony, albo syn z matką zastanawiają się, która panna będzie dla niego lepsza. I kiedy widzę te nieco żenujące spektakle, błogosławię moją szczęśliwą samotność. Chwilę później, kiedy przeraźliwie marzną mi stopy i dłonie, i nie mam się w kogo wtulić, przeklinam moją okrutną samotność. I tak od kilku lat… Karuzela zachcianek.

Bajki dla samotnych Polek?

Marcin Adamski z Centrum Psychoterapii i Seksuologii ACTUS twierdzi, że nie można mówić o modzie na singielstwo. Moja znajoma S. też poddaje w wątpliwość taką tezę, ale już znajoma M. przyznaje: — Istnieje „moda na singielstwo”. W naszych czasach rodzina jest przereklamowana. Ludzie wolą robić kariery, co często wiąże się z brakiem czasu na założenie rodziny. A ja jej przyklaskuję, choć jednocześnie widzę, że coraz więcej moich rówieśniczek ma już mężczyzn wybranych podobno na całe życie, dzieci w planach albo już w łóżeczku. Być może tłumaczenie sobie singielstwa modą jest tylko mydleniem sobie oczu? Na to pytanie szybko znajduję odpowiedź u M., która otwarcie mówi: — Kobiety lubią pocieszać się, że nie tylko one są w takiej sytuacji i twierdzi, że seriale z singielkami pomagają kobietom żyć ze swoją samotnością w mniejszej lub większej zgodzie. Podobnie sądzi Marcin Adamski:

Ilość samotnych osób (tzn. żyjących samotnie, choć niekoniecznie odczuwających samotność) wzrasta, ponieważ wzrasta liczba rozwodów, kryzysów partnerskich, podwyższa się też średni wiek wchodzenia w trwałe związki, a przekaz medialny przekonuje nas o walorach realizacji każdej z naszych indywidualnych potrzeb. Naturalną ludzką tendencją jest poszukiwanie osób podobnych do nas samych, a serialowe „singielki” stają się dla wielu kobiet żyjących w pojedynkę punktem takich społecznych odniesień.

S. twierdzi podobnie, ale ma pewne zastrzeżenia: — Ikona powinna być bardziej zakorzeniona w życiu zwykłych Polek. Czasem mam wrażenie, że takie seriale są oderwane od realiów i nie wnikają głębiej w temat singielstwa. Zgoda. Bo przecież z serialową panną do wzięcia łączy nas właściwie tylko jedno — samotność. A reszta? Serialowa singielka zwykle kończy swoją przygodę w ramionach nieziemsko przystojnego mężczyzny o nieprzeciętnej inteligencji, z kluczykami do najnowszego modelu samochodu i 100-metrowego apartamentu. I nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że grono singielek, które siedzą przed telewizorem, niestety nigdy nie znajdzie mężczyzny, który choć w małym stopniu będzie uosobieniem ich ideału, a część z nich
w desperacji zwiąże się z mężczyznami, którzy będą równie zdesperowani. Ot, taki los.

Rachunek zysków i strat

W tym wszystkim pojawia się istotne pytanie: bycie singlem to wybór czy konieczność?

Osoby mówiące o sobie „singiel”, zazwyczaj eksponują korzyści płynące z tego stanu oraz dobrowolność własnego wyboru takiego sposobu na życie. Z perspektywy terapeuty częściej dostrzegam wysoką cenę, jaką ludzie płacą za swoje „singielstwo”, borykając się niejednokrotnie z poszukiwaniem sensu życia, doskwierającą samotnością, poczuciem rozczarowywania innych. Mam wrażenie, że w sytuacji pełnego wyboru ludzie nie decydowaliby się na takie koszty. Jednocześnie jestem też świadomy, że osoby, dla których życie w pojedynkę nie rodzi odczuwalnego cierpienia, rzadziej zgłaszają się na terapię — wyjaśnia Marcin Adamski.

Podobnego zdania są S. i M. M przyznaje: — Byłam w związku 3 lata i związek jest dla mnie (mimo że ten nie wypalił) czymś o wiele lepszym od singielstwa. Masz wsparcie drugiej osoby, która wie, czego potrzebujesz. Ale oczywiście wszystko zależy od charakteru i planów życiowych. Myślę że w większości przypadków jest to raczej konieczność a nie wybór. Nikt nie wybiera samotności.

Żyj według własnego planu

A zatem nie warto żyć według scenariusza serialu lub filmu. Bo nie każda z nas jest Magdą M. czy Bridget Jones. Każda natomiast prędzej czy później uświadomi sobie, że posiada indywidualne pragnienia. Stworzy własny plan na życie. Zacznie marzyć o swoim i tylko swoim ideale partnera lub życia w pojedynkę. Mówienie o modzie na bycie singielką, które kiedyś przychodziło mi z taką łatwością, dziś wkładam między bajki. Bo, jak się okazuje, nie istnieje żadna reguła, a każda samotna kobieta to osobna i wyjątkowa historia, która, mam nadzieję, skończy się równie wyjątkowo…


Lifestyle Psychologia Związek

„Było, jak było. Jakoś żyliśmy. Bił, zapominałam. Wybaczałam. Wszystko było dobrze”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 grudnia 2015
iStock/adl21
 

Pierwszy raz uderzył mnie po alkoholu. Później każdy pretekst był dobry. „Nie wchodź, myję podłogę” – kopniak w żebra. „Poczekaj, już podaję obiad” – uderzenie w twarz. Raz pobił mnie tak, że myślałam, że złamał mi kręgosłup.

17 lat bił, znęcał się psychicznie i fizycznie. 17 lat nikomu nic nie mówiła. Nie skarżyła się. „Przewróciłam się na schodach”, mówiła swojej matce, kiedy nie mogła chodzić, bo omal nie złamał jej nogi. – Dlaczego nie odeszłaś? – pytałam kilka razy. – Ale dokąd miałam iść? – odpowiadała.

Edyta ma 40 lat. Piękna kobieta. Długie włosy. Szczupła. Drobna. Spotykamy się w jej mieszkaniu, które remontowała, by móc zamieszkać. Wszędzie widać kobiecą rękę – w odnawianych i malowanych meblach, w świecznikach, kolorowym dywanie, poustawianych pojemnikach na przyprawy i różowej lodówce. – Pomalowałam ją specjalną farbą, żeby pasowała do koloru ścian. Jest weselej – mówi i tłumaczy się: – Tu jeszcze nie skończone, jest tyle do zrobienia.

Jest ciepło i przytulnie. Nie jak na Sosnowej, czy w ośrodku wsparcia.

Jedno głupie jajko, głupie i puste jak ty

– O przemocy fizycznej zapomina się jeszcze nim znikną siniaki. One czasami przypomną, że on cię bije. Najgorsza jest przemoc psychiczna – mówi. Przywołuje jedną z wielu historii, ta ma dla niej, jak sama podkreśla symboliczne znaczenie. – Byliśmy w trakcie rozwodu, nadal mieszkaliśmy razem. Lodówkę podzieliliśmy – ta półka, jego, ta moja i dzieci. Nie miałam na nic pieniędzy. Pożyczone i wydane na adwokata. Bez biletu dojeżdżałam do pracy, bo nie miałam za co go kupić. A w lodówce jedno jajko. I on je wziął. „Zostaw, proszę”, mówiłam. W tamtym momencie była to dla mnie najważniejsza rzecz pod słońcem. To jajko to było jedyne co miałam, jedyna rzecz, która należała tylko do mnie. Jak symbol tego kim jestem, tego, że chcę się od niego uwolnić mając coś co jest tylko moje.

On tylko spojrzał pogardliwie i tym swoim ironicznym głosem: „I co mi zrobisz. Jedno głupie jajko, głupie i puste jak ty”. Usmażył sobie naleśniki. Dał tylko młodszemu synowi. Starszego poniewierał.

Mamo, gdybyś wróciła, nie wybaczyłbym ci. On by cię zabił

Tomek. Starszy syn Edyty. Był świadkiem awantur. Widział, jak ojciec bije matkę. Dziś jest dla niej największym wsparciem. Odważyła się zadzwonić na policję po raz pierwszy, kiedy Tomek miał 15 lat. Stanął wtedy w jej obronie.

Zobaczyłam, jak były mąż do niego podszedł, złapał, przycisnął mu głowę do podłogi i zaczął bić. Otworzyłam okno i krzyczałam, żeby ktoś wezwał policję. Wiedziałam, do czego on jest zdolny. Tomek był wysokim szczupłym chłopcem, a on byłym bokserem. Potrafił tak uderzyć, że nie mogłam się podnieść z podłogi. Wołał syna: „Chodź chodź, bo mama upadła i nie może wstać, chodź jej pomóc”.

Drugi raz jak uderzył Tomka znowu wezwała policję. Za trzecim razem przyszła dzielnicowa. Później w jej notatkach służbowych Edyta przeczytała: „Bardzo trudno się z kobietą rozmawiało. Nic do niej nie docierało, jakby to, co się dzieje w domu, jej nie dotyczyło”. – Mówiła mi, że coś powinnam zrobić. Ktoś doradził mi wizytę u psychologa. Terapeutka, nie mówiła co mam robić, ale tak ze mną rozmawiała, tak otworzyła mi oczy, że wiedziałam, że muszę odejść. Że ani ja, ani moje dzieci nie możemy tak żyć.

– Złożyłam doniesienie na policję, kiedy znowu pobił syna i mnie – chciałam ich rozdzielić. Założono niebieską kartę, przydzielono kuratora. To go nie powstrzymywało. Gdy kolejny raz chciał mnie pobić, wyrzucił mój telefon do ubikacji. Otworzyłam okno i zaczęłam wzywać policję. Ściągnął mnie z okna, rzucił na przyrządy do ćwiczeń (jak na siłowni – przypis red.). Chciałam umrzeć. Ale nie mogłam jako matka pozwolić na to, żeby bił moje dzieci. Zawsze, gdy wzywałam policję, mówiłam, że jest agresywny w stosunku do chłopców.

Edyta od czterech lat walczy w sądzie z byłym mężem. – Kiedyś jechałam autobusem i pomyślałam sobie: „Wrócę do niego, nie mam już siły”. Na sądy, kuratorów, wezwania na policję. Byliśmy bezdomni, mieszkaliśmy dwa lata w ośrodku wsparcia dla kobiet takich jak ja, bez perspektyw na mieszkanie. Tomek mi wtedy powiedział: „Mamo, gdybyś wróciła, nie wybaczyłbym ci. Wiedziałbym, że nie mam po co ze studiów tutaj wracać, nie mam do kogo, bo on by ciebie zabił”.

Miałam siniaki na rękach, na żebrach, na pośladku. Rozebrałam się do stanika, żeby wszystko było widać

Edyta leczy się na depresję. Regularnie odwiedza psychoterapeutę i psychiatrę. Jest na środkach antydepresyjnych. – Szłam ulicą i płakałam. Płakałam tak, jakby ktoś mi umarł. Jakbym to ja nie żyła. Gdyby nie dzieci, odebrałabym sobie życie. Nie miałam już siły, nie widziałam niczego dobrego. Strach, upokorzenie, bezradność.

Kiedy pytam, dlaczego wcześniej nie dzwoniła na policję, nie robiła obdukcji, odpowiada: – Bo było mi wstyd.

Wstydem byłoby dla mnie, gdyby radiowóz policyjny stanął pod moim domem. Co by ludzie powiedzieli, co by pomyśleli o moim byłym mężu? Później myślałam już tylko o jednym: chronić dzieci. Przecież, gdybym ja się poddała, odebrała sobie życie, to tylko ja bym poczuła ulgę. A moi synowie? Jaki by mieli przykład. Skoro ja nie dałam rady, to jak oni mieliby sobie z tym poradzić?

Kiedy pobił Edytą, choć w sądzie toczyła się sprawa przeciwko niemu, poszła do fotografa. – Poprosiłam, żeby zrobił mi zdjęcia. Miałam siniaki na rękach, na żebrach, na pośladku. Rozebrałam się do stanika, żeby wszystko było widać. Później poprosiłam by te zdjęcia dołączyli do akt w sądzie. Fotograf dał mi płytę ze zdjęciami: „Proszę wziąć, to takie prywatne, intymne, nie chcę, żeby przypadkiem trafiło w nieodpowiednie ręce”.

Mama kocha bardziej Tomka, to jest jej ulubiony synek

Ojciec mówił do niego: „Ty masz taki morderczy instynkt”. Kamil, młodszy syn Edyty, rzucał się ojcu na plecy, wieszał na szyi, kiedy ten bił jego matkę. Miał wtedy osiem lat. Widział, jak tata wyciągał ją nagą za włosy z wanny i ciągnął po podłodze do pokoju. Później w sądzie Kamil zezna: „Mama stała w łazience, trzaskała drzwiami i krzyczała, że tata ją bije”. Mówił mu: „Mama kocha bardziej Tomka, to jest jej ulubiony synek. A ja kocham ciebie najbardziej na świecie i bardzo ciebie potrzebuję, gdyby nie ty, byłbym zupełnie sam, nikt by mi nie pomógł”. Edyta wspomina, jak pewnego dnia Kamil krzyczał: „Mamo, tacie coś się stało, to wszystko przeze mnie, nie przypomniałem mu o tabletkach, błagam zrób coś!”. Chłopiec był przerażony, ojciec tak pijany, że nie był w stanie dojść do łazienki.

Kiedy już nie mieszkali z byłym mężem Edyty, Kamil wrócił od ojca z siniakami na udzie. – To były takie dwudniowe ślady. Pytałam, co się stało: „Nie wiem, może się uderzyłem, a może ty mnie pobiłaś”, odpowiedział. Cały dzień siedział z telefonem w ręce. Smsował. Poszłam na policję zgłosić, że syn wrócił od byłego męża z siniakami. Spisano notatkę. Kilka godzin później policja zapukała do drzwi. Był z nimi ojciec Kamila. Chcieli oskarżyć mnie o pobicie dziecka. Uratowała mnie wcześniejsza wizyta na komendzie. Tylko raz w życiu przeczytałam SMS-y Kamila. Manipulował nim. W sądzie Kamil zeznawał, że go pobiłam. Że leżał w kuchni na podłodze, a ja ze starszym snem się z niego śmiałam – Edyta płacze. – Nie widziałam go od roku. Poddałam się, kiedy powiedział, że chce do ojca, że wstydzi się mieszkać w ośrodku wsparcia.

Rok temu w Święta chciał zostać na kilka dni u Edyty, nie pozwolił zadzwonić do ojca, żeby mu o tym powiedzieć. – Tłumaczyłam mu: „Synku, jesteś pod opieką taty, on musi wiedzieć, gdzie jesteś, wiesz jak to się skończy, jak nie zadzwonię…”. Zebrał się i wyszedł, powiedział, że tata ma rację, że go nie kocham, że już nigdy do mnie nie przyjdzie.

Pół roku temu Edyta stała w ukryciu. Płakała. Patrzyła na młodszego syna, który ze szkołą miał imprezę na świeżym powietrzu: – Biegał z kolegami, śmiał się, a ja nie byłam w stanie nic zrobić. Obok na ławce siedział jego ojciec.

Kiedyś do autobusu wsiadł chłopak podobny do Kamila. Zamarła. – On teraz nosi okulary tak bardzo się boję, że go nie poznam… Ja czuję, że tam się dzieje coś złego. Kamil ma gorsze oceny w szkole… Nie wiem, co mam robić…

Mieliśmy zdemolowany dom. Meble rozwalone, kanapa. Odbijał mnie od ściany do ściany

Po ślubie zamieszkali z teściami. W domku, kostce. Taki PRL. Góra ich, dół rodziców byłego męża. Teściowa lubiła się wtrącać w ich życie. „Wiesz, a ona dziś mi odburknęła dzień dobry”, mówiła synowi, gdy wracał do domu. Bił Edytę i za to. Na drugi dzień przynosił kwiaty, przepraszał, a ona z tymi kwiatami szła do teściowej: „W końcu mieszkamy razem pod jednym dachem, po co mamy się kłócić”– mówiła. I tak do następnej awantury. Nikt nic nie słyszał, nikt nic nie widział. – Mieliśmy zdemolowany dom. Meble rozwalone, kanapa. Odbijał mnie od ściany do ściany…

Kiedy Edyta złożyła doniesienie o znęcaniu się nad nią i starszym synem, on wniósł pozew o rozwód. Nadal mieszkali na Sosnowej. Ona z dziećmi na dole, on na górze, teściowie już nie żyli. – Odciął im prąd i wodę. Nie ogrzewał domu, u siebie wstawił kozę. Kamil więcej czasu spędzał u ojca na górze. Tomek poszedł do babci, mamy Edyty, nie miał warunków do nauki. – Przychodziła kurator i mówiła: „Proszę coś zrobić, proszę się wyprowadzić, bo zabierzemy pani dzieci, nie mogą mieszkać w takich warunkach”. A ja tłumaczyłam, że w domu nie mamy osobnego zasilania, że mam popłacone rachunki, że mój mąż robi to specjalnie, żeby to z nim porozmawiała.

Edyta nie mogła mieszkać z dziećmi w takich warunkach, ale policja nie reagowała spisując, że na górze domu jest siedem stopni i tam mieszka dziesięciolatek. Edyta wyprowadziła się do ośrodka wsparcia. – W grudniu przez trzy tygodnie chodziłam codziennie na dwie godziny na Sosnową. W ciemnościach, bez prądu, w zimnie siedziałam i krzyczałam: „Synku ja tu jestem, mama tu jest, słyszysz? Jestem tutaj, pamiętaj”. Raz siedział zamknięty w szafie, bo jego ojciec akurat wyszedł do sklepu.

Twoje miejsce jest przy mężu

Edyty tata mówił, żeby nie wychodziła za mąż, by poczekała. – Poznajcie się lepiej – powtarzał. Tata był jej aniołem stróżem. – Za szybko go zabrakło… Zmarł trzy lata po moim ślubie. Pomóc Edycie chciał teść. – Miałam już dwóch synów, a on słyszał, co się dzieje u nas na górze. Chciał przepisać na wnuków i na mnie część domu, dać nam zabezpieczenie. Nie zdążył – zawał serca. Zawiodłam się na ludziach. Sąsiadka powiedziała, że nie będzie zeznawać, że nie chce się mieszać, kiedy ją poprosiłam, by była świadkiem w sądzie. Ostatecznie zeznawała przeciwko mnie, że to ja jestem kłótliwa, że wszystkie awantury to moja inicjatywa, prowokacja. Starszy syn nie mówi jej dzień dobry.

Edyta chciała odejść kilka lat wcześniej. Wyprowadziła się do matki. Ona za jej plecami spotkała się z zięciem, który przepraszał, obiecywał, że kocha, że będzie żonę i dzieci na rękach nosić.

„Twoje miejsce jest przy mężu, co by się nie działo, on jest ojcem twoich dzieci, przysięgłaś. Powinnaś przy nim być” – usłyszała Edyta. – Nie rozmawiam z matką. Powiedziałam, że nigdy jej nie wybaczę, że mi nie pomogła, nie dała żadnego wsparcia. Widziała co się dzieje. Mówiła: „Nie możecie u mnie mieszkać w trójkę”. Dzisiaj powtarza: „Zapomnijmy, wybaczmy sobie”.

Od kurator społecznej Edyta usłyszała kiedyś: „Ja nie rozumiem dlaczego pani tu siedzi, powinna pani wziąć reklamówkę i wyjść”. Edyta pytała: „Gdzie mam wyjść? Na ulicę? Co ja mam zrobić?”. Nie miała swoich pieniędzy, z mężem prowadzili własną działalność. Odważyła się, kiedy znalazła pracę.

Na sprawie rozwodowej sędzia skierował małżeństwo na terapię. – Psychoterapeuta tłumaczył nam, że rodzina jest jak samochodzik, my jesteśmy kołami, szybkami… Buntowałam się, mówiłam, że nie chcę ratować tego małżeństwa. Wychodziłam na najgorszą. Wracaliśmy z terapii do czterech ścian i nic się nie zmieniało. Bił za to, co mówiłam u terapeuty. A kiedy wzywałam policję, oni najpierw szli do byłego męża. Z nim rozmawiali. Mnie pytali: „O co pani chodzi, przecież mąż wypił tylko dwa piwka. Po co awantura…”.

Na początku w sądzie nie mogła nic mówić

Nim go poznała, kochała żaglować, latać na szybowcach. Miała mnóstwo znajomych. – Nie zawsze było źle. Potrafiliśmy razem żartować, bawić się. Ujął mnie tym, że był bardzo towarzyski, dowcipny. Bywał zazdrosny, ale nie w jakiś niepokojący sposób. Było, jak było. Jakoś żyliśmy. Bił, zapominałam. Wybaczałam. Wszystko było dobrze.

Kiedy trafił do szpitala Edyta jeździła do niego ze śniadaniami. – Dzwoniłam, jak nie było go na sali. „Palę z kolegą. Możesz chyba poczekać 10 minut”. Siedem lat temu rozchorował się. Miał nie pić kawy – Edyta przestała pić, żeby mu pomóc. Miał rzucić palenie – Edyta rzuciła, nie pali do dzisiaj.

Bała się spać, nim założyła zamek do drzwi sypialni. – Wychodziłam do łazienki, do kuchni z telefonem w ręce. Nagrywałam go i on o tym wiedział. To był mój jedyny sposób obrony, choć oskarżał mnie o nękanie.

Na początku w sądzie nie mogła nic mówić. Nie potrafiła. – On zawsze pięknie opowiadał. Ja tak nie umiem. Sprawy w sądzie ciągnęły się przez trzy lata. – Chodziłam cały ten czas na terapię, otworzyłam się, nauczyłam panować nad emocjami. Kiedy zaczęłam mówić, co on mi robił, sędzia twierdził, że coś kręcę. Kiedy płakałam na sali groził, że to mnie wsadzi za kratki. Dzisiaj na każdej rozprawie z udziałem tego sędziego jest na sali moja koleżanka, wspiera mnie.

Dzisiaj

Po dwóch latach mieszkania w ośrodku, gdzie spotkała ludzi, którzy ją wspierali, Edyta dostała od miasta mieszkanie. – Kiedy nam je przyznali zadzwoniliśmy z Tomkiem po Kamila, kupiliśmy ciasto i siedzieliśmy nad rzeką świętując to nasze małe szczęście.

Były mąż ma wyrok za znęcanie się psychiczne i fizyczne nad starszym synem. Wyrok za jedno pobicie Edyty. Wyrok za uszkodzenie jej ciała. Sąd stwierdził, że nie znęcał się nad Edytą. Kamil mieszka u niego. Sprawy w sądzie nadal się toczą. Apelacje, alimenty. „Zniszczę cię”, potrafi do dziś powiedzieć Edycie na sądowym korytarzu powiedzieć.

Najpiękniejszy dzień w jej życiu? – To rok temu. Miałam urodziny i okropną migrenę. Zadzwoniłam do koleżanek, żeby nie przychodziły, że chcę być sama. Dzwonek do drzwi. Tomek, przyjechał ze studiów zrobić mi niespodziankę. Bardzo się ucieszyłam. Za chwilę znowu dzwonek. W drzwiach stał Kamil z różyczką i życzeniami. To był najpiękniejszy dzień, miałam dwóch synów przy sobie. Takie szczęście… Myślałam, że w tym roku Kamil też przyjdzie…

Edyta ogląda wszystkie kampanie społeczne: widzisz przemoc – zadzwoń, reaguj. – Może moja historia pozwoli choć jednej kobiecie spakować reklamówkę i wyjść. Jest ciężko, trudno, ale to jest najlepsze co można zrobić dla siebie i dzieci.


Imiona i pewne szczegóły zostały zmienione na prośbę bohaterki


Lifestyle Psychologia Związek

Daeses – natychmiastowy i przedłużony efekt liftingu

Redakcja
Redakcja
17 grudnia 2015
Fot. Pixabay / debowscyfoto / CC0 Public Domain

Wiotkość, utrata jędrności skóry i zniekształcenie owalu twarzy to jedne z bardziej zauważalnych oznak starzenia. Skuteczność produktów mających na celu walkę z tymi zmianami zależy w główniej mierze od wykorzystania w nich najlepszych składników. Warunek ten spełnia linia Daeses marki Sesderma, w której wykorzystano rewolucyjny składnik – DMAE.

DMAE (dimetyloaminoetanol) to naturalny, obecny w naszym organizmie składnik odżywczy. DMAE, zawarty w linii Deases, pobudza włókna mięśniowe poprzez zwiększenie wydzielania i wzmocnienie działania acetylocholiny, neuroprzekaźnika sygnalizującego kurczenie się mięśni twarzy (jej niedobór może prowadzić do pogorszenia stanu skóry, objawiającego się głównie utratą jędrności i elastyczności). DMAE silnie pobudza fibroblasty do wytwarzania kolagenu i elastyny. Wygładza lwie zmarszczki i kurze łapki oraz zapewnia efekt długotrwałego liftingu. Składnik ten naprawia szkody powstałe we włóknach kolagenowych powodowane przez szkodliwe czynniki zewnętrzne (wolne rodniki) oraz skutecznie chroni macierz komórkową.

Nanotechnologia, zastosowana w linii Daeses , pozwala na dotarcie składników czynnych do głębszych warstw skóry, a ich zamknięcie w pęcherzykach lipidowych ogranicza skutki uboczne.

Deases to preparat dedykowany cerom dojrzałym, z widocznym oznakami starzenia. Posiada łagodne pH równe 5.5. Kolejnym ważnym składnikiem Daeses jest kwas glikolowy, który usuwa martwe komórki oraz stymuluje syntezę kolagenu. W efekcie zmarszczki są wygładzone a powierzchnia skóry wyrównana i odpowiednio nawilżona. Do pozostałych składników aktywnych zastosowanych w linii Daeses należą: kwas mlekowy, kwas hialuronowy, Aloe Vera, ekstrakt z rumianku, proteiny z pszenicy, glikoproteiny morskie, hialuronian sodu, krzem organiczny, wyciąg z wąkroty azjatyckiej oraz witamina E.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Korzyści ze stosowania Daeses:

•       natychmiastowa poprawa jędrności i elastyczności skóry;
•       głębokie nawilżenie skóry;
•       redukcja zmarszczek;
•       wygładzenie i podniesienie owalu twarzy;
•       długotrwały efekt liftingu;
•       naprawa szkód wywołanych działaniem wolnych rodników.

Dla kogo przeznaczony jest Daeses?

Linia Deases przeznaczona jest w szczególności dla cery suchej (silne działanie nawilżające) oraz dojrzałej (poprawa owalu twarzy i elastyczności skóry).

Daeses Krem liftingujacy dla skóry oczu i ust 30 ml (128, 70 zł)

Krem na dzień, intensywnie wygładzający o działaniu przeciwzmarszczkowym. Wygładza oraz napina skórę wokół oczu i ust. Pozwala też pozbyć się siateczki drobnych zmarszczek wokół oka oraz unieść brwi. Ustom nadaje pełniejszy i bardziej wyrazisty wygląd. Krem zalecany jest dla skóry suchej i dojrzałej, wymagającej poprawy nawilżenia i elastyczności. Składnik kremu – DMAE to naturalny (otrzymywany z łososia) czynnik liftingujący, który działa przez zwiększanie napięcia mięśniowego. Wykorzystanie Aloe Vera zapewnia odpowiednie nawodnienie tak delikatnego obszaru, jakim jest kontur oka i utrzymuje odpowiedni bilans hydrolipidowy. Zawarty w kremie kwas hialuronowy wzmacnia efekt działania aloesu oraz zwiększa retencję wody w naskórku, zapobiegając odwodnieniu.
Substancje aktywne: DMAE 2% (dimetyloaminoetanol), Aloe Vera 5%, kwas mlekowy 2,5%, kwas hialuronowy 0,1% oraz ekstrakt z rumianku 3%.


Artykuł powstał we współpracy sesderma.pl


Zobacz także

Czego dowiesz się o swoim związku zanim upłynie pierwszy, wspólny rok?

5 wskazówek dla bliskich osób z zaburzeniami psychicznymi. By żyło się lżej

Ubrania i gadżety? Wcale nie. 5 produktów, na które coraz chętniej wydajemy pieniądze