Lifestyle Psychologia Związek

„Jestem za tym, by ludzie brali ślub, choć wciąż pozostawali wolni”. Wywiad z terapeutą par Andrzejem Wiśniewskim

Magda Kuydowicz
Magda Kuydowicz
12 grudnia 2015
iStock/m-gucci
 

Laboratorium Psychoedukacji. Stara willa na Saskiej Kępie. Cicha, spokojna uliczka. Nieliczni przechodnie. Idą wolno, więc też zwalniam. Pani w recepcji z uśmiechem stwierdza. –Pani już kolejny raz u nas, prawda? Spinam się trochę i zaprzeczam. Mimo wczesnej pory mój rozmówca ma już pacjentów. Mijamy się w drzwiach. Siadam na ich miejscu. Andrzej Wiśniewski od razu przechodzi do rzeczy. Mamy mało czasu. Jest jednym z najlepszych w Polsce specjalistów od terapii par. I jak się zaraz o tym przekonam, także wymagającym rozmówcą.

Magda Kuydowicz: Czy możemy porozmawiać o miłości?

Andrzej Wiśniewski: Ale Pani wymyśliła!

Będę pytała w imieniu kobiet, które prosiły mnie o tę rozmowę. Zgoda?

No dobrze, spróbujemy.

Jak się odkochać? Gdy jest nam źle w związku. Czujemy się niekochane, samotne, niechciane, czasem wręcz poniżane…

Odkochać to się chyba nie da. Trzeba by mieć taki specjalny wyłącznik w mózgu, który uruchamia lub wyłącza nasze emocje. Ale można, gdy rzeczywiście tak się czuje, jak to Pani opisała, odejść kochając.

To w ogóle możliwe? Przecież gdy kochamy, to zwykle trzymamy się tej najbliższej nam osoby. Bywa, że kurczowo. Nawet gdy jest nam źle.

To słowo „kurczowo” wydaje mi się niepokojące. Bo oznacza kontrolę, niebezpiecznie silne przywiązanie, a nawet chęć zawłaszczenia partnera. Ograniczenia jego wolności. Kobieta, która tak kocha, myśli, że życie bez ukochanego to będzie pustka, koniec świata. Że bez niego nie da się żyć. Tymczasem bez wolności nie ma dobrego związku. Kochając zgadzamy się także na takie ryzyko, że może się nam nie udać.

Jak rozumieć tę wolność w związku?

Jeśli kogoś kochamy, to nie znaczy, że on ma spełniać jakieś nasze potrzeby, dopełniać nas. Choć często tak się mówi, że szukamy w drugiej osobie naszego dopełnienia. Moim zdaniem to nie tędy droga. Nie po to z kimś jesteśmy, aby zaspokajał nasze niespełnione nadzieje, leczył kompleksy, dawał nam to, czego nam w życiu brakuje. Dawanie sobie wolności w związku oznacza, że ofiarujemy partnerowi czas i pozwolenie na jego własne życie, mimo to że jesteśmy razem. Oczywiście to jest przyzwolenie na odpowiedzialne, własne życie.

To znaczy?

Praktycznie rzecz ujmując, oznacza to, że nasz mężczyzna może oglądać się za pięknym kobietami, ale nie idzie za tym nic więcej. Bo jest zajęty. Bo tak ustaliliśmy. Że jesteśmy razem. Jestem także zwolennikiem małżeństwa. Namawiałbym ludzi, którzy decydują się na bycie razem, aby się pobierali. Choć to nie jest teraz powszechne i znam także wolne związki, które są trwałe. Ale jednak jestem za tym, aby brać ślub.

Bo to jest kontrakt. Umowa która wiąże obie strony?

Tak. I dowód na to, że się odpowiedzialnie myśli o drugiej osobie i o związku z nią. Poza tym małżeństwo trudniej rozwiązać niż zwykłą relację. Ale uważam też, że jak się już taką decyzję podejmuje to na zawsze. Związek to może nie heroiczna, ale jednak ciągła walka o tę jakość bycia razem. O tę drugą osobę.

Bywa, że przegrywamy tę walkę. Zwykle trudno ocalić potem te dobre wspomnienia.

Powiem inaczej. Nie można się rozstać, jeśli nie ma się dobrych wspomnień. Inaczej ta więź będzie ciągle istniała. Nie pozwoli nam o sobie zapomnieć. To trochę tak jak z rzucaniem palenia. To trochę trywialny przykład, ale zwykle ludzie myślą, że jak sobie zohydzą ten nałóg, to im będzie łatwiej go rzucić. A przecież palenie to także fizyczna przyjemność. Z którą chcemy się rozstać.

Często to skomplikowane także dlatego, że jedna osoba bardziej kocha niż ta druga. Która zwykle chce odejść.

Nie wydaje mi się.

Naprawdę?

Znowu wracamy do sfery oczekiwań i wyobrażeń. Każdy inaczej komunikuje o swoich uczuciach. Czasem, lub nawet zwykle tak jest, że niezgodnie z potrzebami drugiej osoby. Dlatego, jeśli ta mniej teoretycznie kochana osoba decyduje się na rozstanie, to ta zostawiona naprawdę cierpi. Okazuje się nagle, że kochała. I to bardzo.

Kochała nas inaczej a nie mniej?

Właśnie.

Mawia Pan, że zdrada może czasem nawet pomóc. W jaki sposób?

Zdrada może pomóc, bo powoduje wstrząs w związku, w którym coś się dzieje. Jest takim oczywistym sygnałem, że jednej ze stron czegoś na tyle brakowało, że poszukała tego na zewnątrz. I pojawiła się osoba trzecia. Jeśli w takiej sytuacji para decyduje się na pracę nad związkiem, to naprawdę ma szansę na to, aby sporo w relacji naprawić. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że zdrada to warunek konieczny dla dobrego związku. I mówię tu o jednorazowym incydencie. O jednej zdradzie, a nie o permanentnych historiach miłosnych na boku. Znam takie osoby, które były wręcz wdzięczne osobie, przez którą doszło do zdrady. Bo tak wiele udało im się naprawić. Zmienić jakość swojego życia.

Trudne to wszystko…

No ba, bardzo.

Kiedyś, jakieś 100 lat temu mniej więcej, związki były aranżowane. Nie oparte na miłości, ale na racjonalnej kalkulacji. I podobno przez to bardziej trwałe. Może to jest jakaś metoda na udany związek. Odrzucić miłość?

To były inne czasy. Obowiązujących stałych norm i zasad, które już dziś nie funkcjonują. No i nie było rozwodów. Więc nawet jeśli związek się nie układał, to pary starały się mimo wszystko odnaleźć się w codziennym znoju i trwać. Jest taka powieść Abe Kobo „Kobieta z wydm” o  wiosce w Japonii, gdzie  łapano w sieć wolnych mężczyzn i wrzucano ich do dołu. Tam czekały już na nich samotne kobiety.
I ci faceci musieli w tym dole żyć. Znaleźć w tym sens. Wybrać sobie partnerkę na życie.

Wróćmy może lepiej do współczesności. Kobieta bierze dłuższy urlop. Na znalezienie partnera. Szuka go w sieci. Udaje się jej. Są zaręczeni. Planują ślub. Co pan o tym myśli?

Czemu nie? Dobry sposób jak każdy inny.

Taki biznes plan na szczęście jest dla Pana OK ?

Jakie to ma znaczenie, czy się Pani z kimś spotka przypadkiem na molo w Sopocie i potem będziecie się wymieniać listami, czy porozmawiacie na portalu randkowym? A potem się zobaczycie w realu.

Dla mnie akurat to by miało znaczenie. Romantyczne. Ale rozumiem, że ważniejsze jest to, co z nimi będzie dalej.

No pewnie. To jest znak czasów, to komunikowanie się przez komputer. Nie wydaje mi się, aby to był gorszy, czy lepszy  sposób na zawieranie znajomości. Na pewno jest szybki i praktyczny.

To pozmawiajmy o tym „co dalej”. Z czym pary sobie nie radzą w związku? Na co narzekają ?

Najczęściej w tym gabinecie słyszę, „o tym nie rozmawialiśmy” albo ”próbowałem/próbowałam, ale ty nie chciałeś mnie słuchać”.
Lub jeśli nawet już pary decydują się na rozmowę o swoich potrzebach, to sposób komunikacji jest tak agresywny, krzywdzący, że przynosi odwrotne skutki. Bo jedna ze stron słyszy:„Dlaczego nie zaprosisz mnie do kina”, „dlaczego ty nigdy mnie nie przytulasz”?

Jak więc mówić o tak podstawowych rzeczach jak wspólne spędzanie czasu, czy potrzeba fizycznej bliskości?

Mówić o tym po prostu. Wprost. Choć może się zdarzyć i tak, że jak facet usłyszy „przytul mnie”, to zasłoni się gazetą i odpowie: „a dajże mi święty spokój”. Miałem pacjentkę,  która umiała powiedzieć stanowczo mężowi: „siadaj i porozmawiaj ze mną, inaczej się z tobą rozstanę! ”

I co?

Porozmawiali. O swoich potrzebach trzeba mówić partnerowi otwarcie. Codziennie. Często kobiety żyją wyobrażeniem tej drugiej osoby. Lokują w swoich partnerach tak wiele negatywnych własnych emocji i oczekiwań. Inna pacjentka powiedziała mi kiedyś: „najbardziej obawiam się tego, co sama umieściłam w moim mężu”. To była bardzo świadoma deklaracja.

A może my tego naszego faceta po prostu nie znamy. Nie mamy do niego właściwego kodu dostępu?

Filozoficznie do tego podchodząc, nigdy nikogo nie poznamy do końca. Na szczęście zresztą. Cóż to za przerażająca byłaby wiedza! Bylibyśmy cyborgami. Ta wieczna niepewność, decyduje także o tym, że warto kogoś ciągle poznawać na nowo. I o niego dbać.

Moja znajoma mawia:  „Skoro my się starzejemy, to i nasza miłość starzeje się razem z nami”.

Ejże, to mi pachnie  od razu jakąś rezygnacją i zniechęceniem. Choć rzeczywiście to się często słyszy. „To już wszystko było”,  „kiedyś była miłość, potem przyszły dzieci, dom i jest jak jest”. Nieprawda. Miłość się ciągle zmienia, każdego dnia jest inna. I ciągle może nas emocjonalnie nakręcać. Znam pary, które wciąż to czują. To się zdarza bardzo rzadko, ale się zdarza. Dziś miałem takich pacjentów – bardzo przejętych i zaniepokojonych stanem swojej relacji. Byli przekonani, że są beznadziejni.  A tymczasem byli tak uważni. Chcieli zadbać o siebie nawzajem. To było inspirujące. Bardzo miło wspominam tę godzinę spędzoną z nimi w gabinecie.

Uśmiechnął się Pan. Nadal po tylu latach lubi Pan swoją pracę?

No wie Pani, czasem wkrada się rutyna, która raz pomaga, a raz przeszkadza mi w terapii. Część schematów, zachowań, skalę problemów rzeczywiście dobrze już znam. Szybko je rozpoznaję po tylu latach.

Ale bywa Pan wciąż jeszcze zaskakiwany?

O tak! Wracając do tego czy to lubię, to moja droga do zawodu psychoterapeuty nie była typowa. (Andrzej Wiśniewski skończył psychologię na wydziale filozofii, zawodu psychoterapeuty uczył się w Poradni Synapsis – przyp.red). Ale często, gdy budzę się zmęczony to mówię sobie: „dobrze, że nie  musisz być stolarzem, budować rakiet”. To niezła robota.

Tak sobie rozmawiamy o uczuciach, a może warto się zastanowić, co to w ogóle jest ta miłość?

Najlepiej to pewnie zrobią poeci, bo oni mają nieskończoną ilość możliwości i rozwiązań. Mogą ukochaną osobę porównać do kwiatu, wody, słońca, wiatru… Wszelkie próby naukowe tymczasem kończą się jakimś nieporadnym kleceniem definicji. Może tylko filozofowie – egzystencjaliści mieliby tu jakąś szansę. Ale też żadna ich sentencja nie przychodzi mi teraz do głowy jako ta właściwa. Psychologowie na pewno musieliby po ratunek udać się do poetów właśnie. Zaczęliby inaczej rozmawiać o jakimś „spersonalizowanym libido” i zrobiłoby się niezręcznie i głupio.

Powiem więc tak, mogę wyróżnić dwa rodzaje miłości. Lękowej, neurotycznej, o której tu rozmawialiśmy. Zaborczej, niedojrzałej, w której szukamy ratunku dla siebie. Bo sami jesteśmy pełni kompleksów i niepewności. I tej dojrzałej, świadomej która pozwala nam wybrać tę jedną osobę. Unikalną, jedyną taką na całym świecie. Która dla nas jest nadzwyczajna i o którą warto zawalczyć. No i jest jeszcze coś takiego jak piękno. Z jednej strony bardzo chcemy być z taką osobą, która nam się tak podoba. Bo jest właśnie piękna. Niezwykła. Jedyna. Ale z drugiej, jeśli zamkniemy ją w złotej klatce, zabierając jej wolność, to jej piękno zniknie.

 

Andrzej Wiśniewski doktor filozofii. Superwizor treningu psychologicznego i psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Uczył się psychoterapii w Poradni Synapsis. Od 1998 roku pracuje w Laboratorium Psychoedukacji. A od 2012 roku jest przewodniczącym Zarządu Polskiego Stowarzyszenia Integracji Psychoterapii. Ma żonę i córkę.

 


Lifestyle Psychologia Związek

„Naszym obowiązkiem jest opiekowanie starszymi”. Na pewno? A może oddajemy to, co sami dostaliśmy

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
13 grudnia 2015
iStock/ debibishop
 

Wczoraj w internecie trochę zawrzało z powodu wpisu na jednym portali. Dotyczył on Wojciecha Młynarskiego. A ściślej tego, że rzekomo córki oddały go do domu opieki. Agata i Paulina Młynarskie oburzyły się, że ktoś po pierwsze pisze bzdury ( zapewniły, że ich Tata jest w domu), po drugie bezceremonialnie włazi butami w ich życie. Siostry zostały publicznie wsparte przez znane dziennikarki.

Temat zamknięty. Dlaczego zajmuję się bzdurami publikowanymi przez brukowy portal? Bo dotyczy bardzo ważnego społecznego problemu. A mianowicie opieki nad starszymi ludźmi. Tematu tabu, rzadko poruszanego. Albo poruszanego w klimacie: „wyrodni ci, którzy oddają rodziców do domu opieki”.

„Potwór, egoistka”

Pewna starsza kobieta w kręgu innych bliskich mi kobiet przeżywa dramat. Ma ponad 85 lat, choruje. Jej córka (dziś przed sześćdziesiątką) od lat mieszka za granicą. Kiedyś relacje z matką utrzymywała, po długiej terapii (żyje w kraju, gdzie terapia stała się modna dużo wcześniej, bardzo popularny jest też nurt psychoanalityczny, gdzie źródeł problemu szuka się przede wszystkim w dalekiej przeszłości i analiza dzieciństwa, relacji z rodzicami zajmuje najwięcej czasu) kontakty zerwała.Znające historie znajome twierdzą, że matka nic nie zrobiła, jedynie tuż po urodzeniu córki wyjechała na kilka lat do innego miasta zostawiając córkę pod opieką dziadków (nie miała wyjścia, w mieście gdzie mieszkała nie było pracy, a ona musiała je obie utrzymać). Córka była nieugięta, niedawno przyjechała do Polski tylko po to, żeby załatwić formalności. Mamo jest w ciężkim stanie psychicznym i fizycznym, potrzebuje całodobowej opieki, nie może mieszkać już sama – córka oddaje ją więc do domu opieki.

„Potwór, egoistka” mówią o tej córce bliskie mi kobiety.A ja zawsze odpowiadam: być może. Ale jeśli nie ma więzi (trudno nawiązać naprawdę bliską więź, gdy rodzica nie ma przez kilka najważniejszych lat twojego życia), nie ma też odpowiedzialności.

„Starość rodziców mnie nie obchodzi”

Bliskie kobiety patrzą potępiająco. Dla nich oczywiste jest to, że każdym rodzicem należy się opiekować. Nawet tym co bił, pił i niszczył. Kiedyś robiłam wywiad z facetem, który wyraźnie powiedział: „Starość rodziców mnie nie obchodzi”. Mężczyzną, który odciął od siebie ojca i nawet, gdy tamten chorował, w końcu umierał– nie złamał się, nie pojechał do szpitala. „ On mnie zostawił kiedyś, ja go teraz” powtarzał. Miałam aż ciary z tego lodu i braku emocji.

Wróćmy jednak na chwilę do Pani Starszej (grubo ponad 85 plus).  Jej przyjaciółki (w wieku córki) szukały dla niej prywatnego domu opieki. Były w szoku. Stan budynków doskonały, opieka cudowna, nieduże pokoje. W jednym z nich poznały niejaką  panią Krysię. Uroczą starszą panią, która opowiadała, że córka ją bardzo kocha, niestety nie może jej zapewnić całodobowej opieki. Zresztą nawet pani Krysia by nie chciała, bo tu ma cudownie, przyjaciół, poczucie bezpieczeństwa. Córka, jedynaczka pracuje w korporacji, codziennie do 20.00. Na dom opieki musi zarabiać jeszcze zleceniami ( emerytura p. Krysi nie starcza). Każdą niedzielę spędza jednak u mamy. Od rana do wieczora.

Czy ta córka jest zła (nie trzyma mamy u siebie) czy dobra (zapewnia jej dom, odwiedza ją)?

Oczywiście, w domach opieki bywają też inni, którzy odwiedzani są rzadko – cierpią, czekają. Według badań starsi ludzie mają emocjonalność i potrzeby dziecka – potrzebują czuć się ważni, kochani, potrzebują to słyszeć. Smutno patrzeć na tych pozostawionych, nawet we wspaniałym domu opieki, gdy oni całymi dniami oglądają zdjęcia bliskich, wspominają i to miła pielęgniarka czy współmieszkaniec są jedynymi odbiorcami tych historii

Wczoraj dyskusja była gorąca. „Domy Opieki są, jak sama nazwa wskazuje, do opiekowania się ludźmi chorymi i starszymi. Tylko w chorej Polsce uważa się je za zbrodnię”, „W UK takich domów jest pełno, ludzie starsi sami chcą w nich mieszkać” pisali jedni. Drudzy, że to nic innego tylko pozbywanie się bliskich.

Pluje i klnie. To też jest część starości

Każdy ma prawo mieć swój punkt widzenia

Jak to wygląda technicznie? Rację mają ci, którzy piszą, że osoba starsza chorująca często jest jak małe dziecko, męcząca, dręcząca. Pani Starsza rzuca w młodsze przyjaciółki talerzami, plotkuje niemiłosiernie (gdy była młodsza nigdy tego nie robiła), intryguje („Ty się mną zajmujesz wspaniale, tamta nie”). Poza tym całe dnie leży w pidżamie i zaraża złą energią (świat jest zły, ludzie podli, chcę umrzeć). Nie śpi po nocach, awantury robi, bo źle ugotowana herbata i zupa. Pluje i klnie. To też jest część starości. Trudno mi sobie wyobrazić, że w czteroosobowej rodzinie (z małymi dziećmi) jest miejsce na taką starość. Każdy kto powie: „To obowiązek”, niech teraz sobie wyobrazi pięciolatkę, która widzi babcię w takim stanie, gdzie babcia straszy wojną, opowiada o duchach, które krążą po domu, wyzywa, oddaje mocz na podłogę (przyszli za późno, niech zobaczą) albo naga kładzie się na podłogę (bo chce zamarznąć).

I to naprawdę nie są skrajne przypadki.

Naprawdę łatwo jest zrozumieć rodziny, które się w takich przypadkach decydują na fachową pomoc. Bo to jest praca 24 godziny na dobę, załamująca psychicznie i fizycznie. To jest umieranie za życia– i wie to każdy kto to przeżył. Trzeba czuć ogromną miłość, wdzięczność do chorej osoby, by dać sobie z tym radę. Omijając aspekt psychologiczny– co z bardziej przyziemnymi rzeczami. Pracą? Obowiązkami?

Z drugiej strony nigdy nie zapomnę mojej mamy, która opiekowała się chorą babcią. Nieprzespane noce, podawania leków, kąpania, dźwigania starszej osoby. W końcu towarzyszenie jej w umieraniu. „Oddaję miłość, którą dostałam” mówiła. Ale też miała na opiekę czas, bo już nie pracowała. Wszyscy ją doceniali, mówili, że jest wspaniała. Na inną koleżankę, która pracowała, oddała mamę do domu opieki, patrzyli z potępieniem. Trudny to ostracyzm.

Od czego tak naprawdę zależy czy sami zajmujemy się rodzicami na starość? Tu nie ma kategorii, że ktoś jest dobry czy zły. Wiele zależy od charakteru opiekujących się,  ich możliwości (czasu, siły), rodzaju więzi jaki tworzyło się z rodzicem ( nie wierzę, że zupełnie nie, może jest trochę tak, że dajemy to, co dostaliśmy).

Śmieszą mnie jednak trochę komentarze: „gdy będę stara, będę wolała być ze starszymi rówieśnikami, a nie czekać na rodzinę”, „dom opieki na 100 proc lepszy” wypowiadane przez osoby młode. Słucham często starszych ludzi, oni chcieliby chorować z nami, blisko nas, otoczeni miłością. Szczególnie, że przeprowadzki, zmiany otoczenia są dla nich bardzo trudne. Oni mogą tylko o tym rzadko mówić, bo nie chcą być ciężarem. I problem w tym, że my im tego często – z różnych względów nie możemy lub nie potrafimy dać.

Starość bliskiej osoby jest intymnym dramatem. I nikt nie wie jak się zachowa sam, gdy będzie musiał się z tym konfrontować. Ani tym bardziej nie wie czego będzie na starość pragnął. I zrozumienie tego jest chyba w tych dyskusjach najważniejsze.


Lifestyle Psychologia Związek

Sprawdzone prezenty na ostatnią chwilę

Redakcja
Redakcja
12 grudnia 2015
Fot. Materiały prasowe

Najpiękniejsze prezenty, to te, które trafiają w gust obdarowanego. Dlatego przygotowywanie upominków najlepiej zacząć… zaraz po świętach. Nadstawiać ucha gdy nasi bliscy mówią o swoich marzeniach i zachciankach. Gromadzić upominki przez cały rok. Przywozić je z podróży i wypatrywać na sklepowych wystawach. Co jednak gdy z braku czasu organizację prezentów zostawiliśmy sobie na ostatnią chwilę?

Zanim gorączkowo wyruszysz na wyprawę po sklepach – zrób sobie listę kogo chcesz obdarować. Może zamiast osobnego prezentu dla babci i dziadka – możesz kupić jeden, który ucieszy ich oboje?

W przypadku dziadków – zawsze sprawdzi się kalendarz ze zdjęciami wnuków – wystarczy wybrać ulubione foty i zamówić kalendarz w punkcie foto.

Ruszaj do sklepów z planem zapisanym choćby w telefonie. Przedświąteczne okazje i wyprzedaże będą Cię kusić, byś wybrała coś, czego nie ma na Twojej liście, ale za to jest w promocji, ma ładne opakowanie, albo możesz mieć dwa w cenie jednego.

W domu może się okazać, że wróciłaś z całą torbą zakupów i… wciąż nie masz prezentów.

Jeśli nie lubisz biegać po sklepach, przeciskać się w tłumie kupujących – wybierz zakupy przez internet. Większość sklepów gwarantuje jeszcze dostawę paczek przed świętami. Możesz zasiąść do kupowania wieczorem, w ciszy i spokoju, z kubkiem ulubionej herbaty albo lampką wina. Jeśli nie masz jeszcze pomysłu co kupić – zdecyduj się na coś bezpiecznego, co zawsze ucieszy osobę obdarowaną.

ohme_2015_limango_v2

Perfumy i kosmetykiprzed świętami wielu producentów oferuje całe sety produktów. Do perfum dokładany jest np. balsam do ciała albo krem, a do zestawu pielęgnacyjnego maskara. To okazja by mieć więcej za mniej. Perfumy czy kosmetyki pachnące (masła do ciała, zestawy do kąpieli) są bezpieczniejszym prezentem niż krem przeciwzmarszczkowy lub kosmetyki zwalczające niedoskonałości skóry – te ostatnie kupuj tylko wtedy, gdy wiesz, że osoba obdarowana naprawdę o nich marzy.

Zegarki,  okulary przeciwsłoneczne zwykle prezentowy pewniak. Klasyczny model Ray Banów ucieszy i żonę, i brata. Tak samo jak zegarek. Jeśli nie jesteś pewna gustu osoby, dla której kupujesz prezent – postaw na klasykę. Ona zawsze i u każdego wygląda dobrze.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Biżuteria złota, srebrna, skórzana. Możliwości jest naprawdę wiele. Skromna i delikatna dla teściowej, kolorowa i ciężka dla nastoletniej kuzynki. Możesz wybrać jeden element np. naszyjnik, albo cały set.

Przedmioty do domu raczej nie odkurzacz – chyba, że wiesz, że obdarowywany o nim marzy, ale np. zestaw pięknych filiżanek, ekspres do kawy, dzbanek – zaparzacz i zestaw herbat – to doskonały prezent np. dla przyszłej teściowej albo dalszej cioci.

Torby i torebki im lepiej znasz gust osoby obdarowywanej, tym bardziej możesz poszaleć. Jeśli nie jesteś pewna, co jej się podoba – postaw na klasykę.

Prezenty dla dzieci

ohme_limango_kids

Fot. Materiały prasowe


Dzieci kochają święta. Pewnie duża w tym zasługa Mikołaja, który spełnia ich największe, prezentowe marzenia. Dobrym pomysłem jest wspólny prezent od całej rodziny. Wtedy można wybrać coś większego np. samochód – jeździk, kuchnię do gotowania, większy zestaw lego czy kolejkę elektryczną. Wybierając prezent dla dzieci, trzeba przez chwilę zapomnieć o sobie. Bywa przecież tak, że to co podoba się dzieciom, dla nas dorosłych jest po prostu brzydkie albo niepotrzebne. Pamiętajmy jednak, że w święta chodzi o zrobienie przyjemności obdarowanym, nawet tym najmłodszym.
ohme_2015_limango_v1

Tylko dziś specjalnie dla Czytelniczek OHME zniżka 50 zł na zakupy prezentów świątecznych w limango. 

Szukajcie kampanii z zieloną gwiazdą – gwarantowana darmowa dostawa i doręczenie przed świętami.

 


Artykuł powstał we współpracy z limango Polska

 


Zobacz także

„Mam na imię Krzysztof, jestem alkoholikiem… Mogłem pogodzić się z tym, że jestem najgorszym popaprańcem na świecie, tylko błagam – nie alkoholikiem”

Unikaj jak ognia facetów, którzy boją się TYCH czterech słów. Odpuść sobie od razu i nie angażuj się

17 sytuacji, w których każda kobieta powinna pokazać środkowy palec