Lifestyle Związek

Jaka miłość taka śmierć

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
25 czerwca 2016
 

To podobno normalne, że chcemy zrozumieć: siebie, świat, ludzi, los. Przeważnie się nie udaje. Bierzemy, co nam świat daje, z pełnym dobrodziejstwem inwentarza, albo się spalamy, walcząc z tym, co przychodzi. Im mocniej walczymy, im bardziej się szarpiemy, tym mocniej boli – niczym zwierzę złapane we wnyki, które próbuje się wyswobodzić o własnych siłach. Tak naprawdę niewiele możemy zrobić. Możemy sobie powtarzać, po buddyjsku, że „to wszystko przeminie”, czy po chrześcijańsku, że „co Bóg dał, Bóg mógł odebrać”.
Od jakiegoś czasu patrzę, jak u mnie wszystko mija. Kawałek po kawałku, tracę: samochód, mieszkanie, firmę, przyjaciół, pieniądze, zdrowie, miłość… Wszystko, na czym mi zależy, nagle znika. Koty się gubią, psa muszę oddać, zmysły wariują, uczucia płowieją i znikają, niszcząc wcześniej wszystko, co się z nimi zetknęło. Guz zabiera mi kontrolę nad samą sobą, kawałek po kawałku. Serce się buntuje.

Utkwiło mi w pamięci zdanie, napisane przez Tomasza Jastruna chyba, że gdy miłość płonie, my z nią płoniemy, a gdy gaśnie, my gaśniemy z nią. Następuje koniec, który zwykle jest brutalny, niesprawiedliwy i rani głęboko. Podobno potem przychodzi nowy początek i nie rozumiemy, jak mogliśmy wcześniej tak szaleć i dawać się tak kaleczyć – ale tego jeszcze nie wiem, na razie obserwuję same końce, bez nowych początków.

Skala uczuć wokół wszystkiego, co się dzieje, przerasta mnie. Choroba mi nie pomaga w opanowaniu emocji i wytłumaczeniu sobie, że to minie – moje uczucia z powodów medyczno-fizjologicznych są trudne do ogarnięcia. Staram sobie wszystko tłumaczyć, oswajać – ale co jeden temat rozgryzę i pogodzę się z nim, dzieje się coś nowego, i praca musi być wykonywana od nowa. Z tego błędnego koła nie ma wyjścia w zasadzie. No może się wydawać, że jest, ale tak naprawdę to żadna opcja. Jakiś czas temu czytałam wywiad z Urszulą Dudziak, w którym opowiadała o tym, jak jej się świat walił – w krótkim czasie straciła męża, pracę, pieniądze, perspektywy. Zostały jej małe dzieci, choroby i ogrom goryczy. Musiała usiąść, ogarnąć się i pomyśleć, jak tu nie palnąć sobie w łeb. Po przeczytaniu tego napisałam do niej z krótkim pytaniem: „Pani Urszulo – to niech Pani zdradzi, jak sobie nie palnąć w ten łeb??”. Ku memu zdziwieniu dostałam odpowiedź, składającą się w zasadzie z jednego zdania: „Po prostu: nie”.

Doświadczenia ostatnich miesięcy sprawiły, że rzeczy proste cenię sobie potrójnie i najmocniej do mnie przemawiają, zapewne dlatego te trzy słowa stały się moim mottem. Czasami nie da się na poczekaniu znaleźć sensu w życiu, a żyć trzeba dalej. Mój życiowy cel nagle skurczył się do tego: przeżyć. Wbrew wszystkiemu. Czy wierzę w lepsze jutro? Nie. Nie myślę o tym, co będzie, bo ostatnio za każdym zakrętem widzę po prostu kolejny zakręt. Tracę wszystko, jedno po drugim, i nie wiem jeszcze, co – i czy w ogóle – dostanę coś w zamian. Czasami łez już nie mieszczę. Czasami śmiech mnie obezwładnia. „Jaka róża, taki cierń – nie dziwi nic. Jaki kamień, taki cios – nie dziwi nic…”

Co do miłości, to jawi mi się w czarnych barwach wyłącznie. Skopała i rozorała mnie tak bardzo, że nie wyobrażam sobie powtórki z rozrywki. Nie wierzę, że MI się może udać. Miała mi dodać skrzydeł, a poprzestawiała, co się dało. Wyrwała cały zapas słów, cały spokój. Nauczyłam się, z trudem, polegać na kimś jeszcze poza sobą, by się przekonać, że to jakaś fatamorgana była. I trzeba się uczyć na nowo wszystkiego.

Nie znam się na tym, ale jeśli założyć, że siła zniszczenia PO jest równa sile uczucia W TRAKCIE, to jakieś tornado mi się trafiło.

A kiedy się coś takiego kończy, a obok tego w gruzach znajdzie się kilka innych spraw, które dotąd budowały Ci życie, to logiczne, racjonalne myślenie oraz powściągliwość uczuć są niezwykle trudne do osiągnięcia.

Zakochałam się w tej rzeźbie z obrazka, oddychając z ulgą na myśl, że sztuka tak cudownie podsumowuje wydarzenia i reprezentuje życie – dwoje dorosłych siedzi do siebie plecami, skłóconych, poranionych, zbyt dumnych, by wyciągnąć rękę na zgodę – a ich małe, wewnętrzne dzieci pragną jedynie, żeby ktoś ich przytulił.

Moje małe, wewnętrzne dziecko nie pamięta, kiedy się przytulało, bo mój duży, wewnętrzny dorosły skupił się mocno na obrażeniu się na świat. Dziecko jest poranione, ale nadal ufne, a ja staram się ze wszelkich sił wybić mu z głowy tą potrzebę bliskości, wiarę w człowieka i w to, że będzie dobrze. Walczymy ze sobą, ja i moje drugie ja.

Podobno potrzeba minimum 4 przytuleń dziennie, żeby przeżyć, 8 – żeby być zdrowym, 12 – żeby się rozwijać.
Trwamy, oczekując…


Lifestyle Związek

Oswajając potwora

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
1 lipca 2016
 

„Jeśli znasz siebie i swego wroga, przetrwasz pomyślnie sto bitew”*

Od kilku tygodni prawie co dzień odbywam taką samą, najczęściej bardzo krótką, rozmowę telefoniczną:
On: Jak się dzisiaj czujesz?
Ja: Dobrze, dziękuję.
On: Nie pieprz!
Ja: No ok, czuję się w normie, znośnie.
On: Mówiłem kobieto, nie pieprz!
Ja: Przyznaję, czuję się nie najlepiej. Boli mnie to i tamto, dzieje się to i to… (wymieniam jak na spowiedzi).
On mówi, że jest dumny z tego, że uczę się mówić, że coś jest nie halo.

Mój przyjaciel mieszka w innym kraju, dokładnie 1001 km ode mnie, ale wspiera mnie bardziej niż niektórzy mieszkający pod bokiem. Nie poddaje się, gdy staram się go zbyć ogólnikami i zdawkowym „I’m fine, thank you”. Drąży każdy szczegół i w moje długie i szczęśliwe życie wierzy zdecydowanie mocniej niż ja sama. Uczy mnie, że trzeba mówić, gdy coś jest źle, tylko trzeba wiedzieć, komu.

„Nie rzucaj pereł przed wieprze, babcia cię nie uczyła?” – podsumowuje krótko acz konkretnie, słysząc historie o moich niegdyś bliskich, co to troska i opieka się u nich kończy na deklaracjach.
O ile prawdziwych przyjaciół poznajemy naprawdę po tym, jak znoszą nasz sukces, o tyle ludzi, którzy cię kochają, są dojrzali i po prostu dobrzy, poznasz wyłącznie w sytuacji naprawdę złej. Jak poważna choroba na przykład. Ci, którzy jedynie bawią się w dorosłych, przestraszą się już pierwszych informacji o chorobie, której nie rozumieją. Ci, którym własny egoizm przysłania cudzą tragedię, odetchną z ulgą, gdy nie będziesz wnikać w szczegóły swojej beznadziejnej sytuacji, aż w końcu dyskretnie się ewakuują z twojej orbity na wieki wieków. W naturze mamy niechęć do tego, co słabe, chore, brzydkie i nie dające się kontrolować. Usuwam się więc z pola widzenia takich osobników, nie zależy mi na takich znajomościach i relacjach.

Nie umiem prosić o pomoc, mam opory przed narzucaniem się innym. Zbyt często staram się ukrywać, co naprawdę się dzieje. Niedawno na przykład moja mama, przeglądając listę możliwych objawów chorób, które u mnie zdiagnozowano, zakrzyknęła zdenerwowana: „Ależ bzdury, to oni ci złą diagnozę postawili, przecież u ciebie nic z tego się nie dzieje!”

A ja patrzę na tę samą listę i widzę, że zgadza się, 75% mnie więcej. Poczułam się jak zwycięzca. Chory zwycięzca…

Nie boję się ani bólu, ani śmierci – boję się, że będę od kogoś znów zależna: finansowo, fizycznie, emocjonalnie. Czasami dziecko we mnie chciałoby, żeby ktoś się nim zaopiekował, ale znika gdzieś pod zbroją poranionej wojowniczki. Albo pod wilczą skórką, niczym Księżniczka Mononoke.

„Nie zamieniaj serca w twardy głaz, póki jeszcze serce masz” – śpiewa mi do słuchawki mój przyjaciel, przekonując mnie kilka razy w tygodniu, że szkoda jest zamykać się na ludzi, mimo wszystko.

„Zwyciężają ci, którzy z wyprzedzeniem przeprowadzają w swojej kwaterze kalkulacje, uwzględniając jak największą liczbę czynników”*

Może to i jest tak, że ludzie jednak są dobrzy, tylko czasem im się coś myli, nie wiem. Ja nadal jestem sceptyczna.

Ale wzruszam się, gdy ktoś przejeżdża 200 km tylko po to, żeby zobaczyć, czy wszystko w porządku u mnie, bo się nie odzywam, a wie, przez co przechodzę i jak przeżywam. Uśmiecham się nawet, gdy ktoś inny ruga mnie przez telefon, że sama wnoszę na piętro zakupy, bo przecież nie wolno mi dźwigać; trzeba było zadzwonić, by przyjechał. A w ogóle to mam już nigdzie nie chodzić sama, nawet tak się poświęci, że pójdzie ze mną nawet do kina na film ukraiński i tym razem obiecuje nie zasnąć (najwyższa forma poświęcenia, znaczy się).

Byłam w szoku, gdy na moje smsowe pytanie o to, czy znają kogoś, kto w miarę tanio pomoże mi skończyć malowanie (bo się poddałam i przyznałam, że nie dam już rady sama), na 5 zapytanych hurtowo osób, 4 zadeklarowały pomoc osobistą – zionąc jednocześnie w moim kierunku oburzeniem, że może bym na lekarzy wydała lub nawet na wyjście do kina i relaks, a nie tak marnotrawić pieniądze na robotników w prostych sprawach. Ludzie, którzy zdawali się nigdy nie mieć czasu, nagle czas mają. Bo podobno gdzie są chęci i uczucia, tam się wszystko ułoży. Podobno. Ważne, co jest twoim priorytetem w życiu.

„Zauważenie zwycięstwa, gdy jest ono widoczne dla wszystkich, to nie sztuka. Podniesienie włosa nie wymaga wiele siły, dostrzeżenie Słońca i Księżyca nie wymaga ostrego wzroku, zaś słyszenie pioruna nie wymaga czujnego słuchu.”*

– Kochaj guza swego – mogłaś mieć gorszego! – tymi słowy mój znajomy lekarz skwitował wyniki moich badań. I z miejsca poczułam do niego wielką wdzięczność, ponieważ jako jeden z nielicznych utwierdził mnie w przekonaniu, że panika w niczym nie pomaga.

W zasadzie od kiedy się urodziłam, systematycznie przedstawiciele zawodów medycznych wypowiadali nade mną słowa „Ona już długo nie pożyje…” Miałam nie dożyć pierwszych urodzin. Potem pięciu lat. Potem pierwszej miesiączki. Następnie wróżono mi śmierć przed osiągnięciem pełnoletności. I lat 25 też nie. Potem zaczęła się seria guzów na jajnikach i macicy, mająca być rakiem, a koniec końców będąca niegroźnymi torbielami. Rak jelit, który okazał się nieżytem jelit i owrzodzeniem żołądka. I tak dalej. Kiedy się tak często słyszało, że już długo się nie pociągnie, to w 36. roku życia już się średnio poważnie traktuje „rewelacje” typu rak mózgu.

Ale że guz jest, to ukryć się nie da – podłączono mnie do magicznych aparatur, zmierzono go, oszacowano. Poużalano nade mną. Krwi rodzinie i przyjaciołom napsuto.
No dobrze, jest, przyznaję. Wyciąć się drania nie da tak łatwo, bo w końcu w mózg wlazł, swoje macki wokół nerwów poowijał, tyłkiem się w trudno operowalnym miejscu usadowił. Patrzymy, czy rośnie. Staram się odcinać mu dopływ powietrza i energii, żeby się szybko poddał. Chwilowo mi jeszcze środkowego palca pokazuje, ale się podda, wierzę w to.
A skoro już jest, to jakoś z nim żyć trzeba! Wydaję wojnę temu wrogowi – obmyślam strategie, jak walczyć.

„Zwyciężają ci, którzy z wyprzedzeniem przeprowadzają w swojej kwaterze kalkulacje, uwzględniając jak największą liczbę czynników”*

Pytam lekarza, co mi grozi, na co się przygotować. Czytam literaturę fachową. Internetowe fora omijam szerokim łukiem, uciekając od ogromu pseudo-wiedzy, którymi te strony ociekają – wszak każdy Polak zna się na medycynie!

Podręczniki obiecują mi uproszczenie życia wzruszeniowego i zmniejszenie roszczeń życiowych. Ha! Ciekawię się, czy złe wspomnienia mi przez dziury w pamięci powypadają – niestety pan doktor orzekł, że na własne, osobiste Endless sunshine of spotless mind na razie nie mam co liczyć. Nie ta część mózgu. – Ale być może się okaże, że jednak przerzuty… za jakiś czas… – wyszeptał przyjaźnie, usiłując dodać mi nadziei.

Na razie chwile zagubienia i zwątpienia są krótsze, jeszcze dosyć rzadkie i być może są wyłącznie wynikiem reakcji na leki, a więc mogą minąć za jakiś czas. Uczucie jest przytłaczające – na przykład kroję sobie pomidora i nagle stwierdzam, że nie wiem, jak się nazywa to-to do krojenia. Albo zastanawiam się kwadrans, do czego służy długopis. Tak więc taka choroba to niczym oglądanie dobrego dreszczowca – nigdy nie wiesz, co się stanie za moment.

Czasem jest wielki spokój przez długie dni, a potem moc atrakcji, niespodziewajki wysypują się z worka jedna za drugą. Ostatnio z centrum handlowego przywiózł mnie mój dawny uczeń, ponieważ miałam takie zawroty głowy, że karuzele w wesołym miasteczku przy tym to pestka, a zdaje się, że także ozdobiłam w sklepie posadzkę kapiącą z nosa krwią. Pojechałam na zakupy Fiatem, a wróciłam Lexusem, szybki awans społeczny.

W panikę wpadłam jednak tylko raz – gdy zgubiłam się parku, na dróżce, którą przemierzałam kilkadziesiąt razy. Nagle zapomniałam, czy mam iść w prawo czy w lewo. Po chwili jednak dopadł mnie komizm sytuacji – wyobraziłam sobie, jak dzwonię do kogoś i proszę, żeby mnie uratował, bo zgubiłam się w parku Grabiszyńskim, gdzieś między trzecim a czwartym kilometrem ścieżki biegowej. HEEEELP! Tak więc pozostaje mi jedynie obwiesić się GPS-ami i nie schodzić zbyt daleko ze szlaków uczęszczanych przez ludzi.

Poza tym muszę zapisywać niemal każdy punkt planu dnia, każdą, nawet najdrobniejszą, rzecz do zrobienia, bo zwyczajnie zapominam. Do tego pełna labilność nastroju i walka o opanowywanie impulsów. Zmienia mi się smak, zmysły szaleją. Miodzio. „Żyj na huśtawce, żyj…”**

Słyszałam żart, że aby zrozumieć funkcjonowanie mózgu kobiety, trzeba sobie wyobrazić sto otwartych stron w przeglądarce internetowej, a w połowie z nich jest włączony dźwięk.
No to aby zrozumieć mój mózg, to trzeba podnieść liczbę stron do minimum 200, przynajmniej w 75% z nich jest włączony dźwięk, a do tego w kółko wyskakują rozmaite pop-upy i adverty.
Dużo śpię ostatnio, bo przecież muszę ten system schłodzić i wyciszyć, inaczej dojdzie do przeciążenia maszyny.

On: Zeusowi z głowy wyskoczyła Atena, jak go bolało. A co wyskoczy Tobie?
Ja: Nie mam pojęcia. Ale raczej miej Boże świat w opiece.

* Sun Tzu, „Sztuka wojny”

**


Lifestyle Związek

Niepokonana

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
20 czerwca 2016

– CO robisz, jak cię boli?
– Hmm, no raczej płaczę. A ty?
– Czasem płaczę. Ale rzadko. Bo wiem, że to moja supermoc wychodzi?
– Supermoc?
– Noooo! Wiesz, jak ten zielony Hulk – jak go bolało, to znaczy tego człowieka, to był znak, że pojawia się Hulk. I wychodził Hulk, i miał taką wielką moc, taki niesamowicie silny był, nikt go nie mógł pokonać, nawet Godzilla! Więc jak mnie boli, to myślę, że taka siła ze mnie wychodzi, że jestem superbohaterem!

Tak oto dziewięciolatek na oddziale neurochirurgii nauczył mnie więcej o raku niż kilkunastu lekarzy, których do tej pory widziałam. To oczywiste – wychodzi ze mnie supermoc! Uzgodniliśmy z dziewięciolatkiem, że jesteśmy niepokonani i tej wersji zamierzam się trzymać. Wolałabym jednak, żeby ze mnie nie wychodził żaden Hulk, tylko coś mniej… zielonego. Coś, co mogę przykryć ubraniem, jak tatuaż. Żeby ludzi na ulicy moją mocą nie porażać. Mam supermoc! Oponiak i demielinizacja to mój kryptonit, ale wiemy wszyscy, że nawet Supermana na długo nie powstrzymał, a co dopiero Superwoman!

Mój ulubiony pan doktor poinformował, że kolejne badania pokażą, jak długie życie może mi wróżyć, rokowania są gdzieś między 3 miesiące a 30 lat. Poprosiłam grzecznie, czy mógłby wydłużyć do 41 lat oraz dwóch miesięcy, bo już jako dziecko obiecałam sobie, że dożyję 77 lat, i bardzo chciałabym słowa danego samej sobie dotrzymać.
– Pani to ma wymagania… – jęknął doktor. Co uznałam za znak, że są szanse.

W oczekiwaniu na kolejną porcję badań, umówiłam się z moją ukochaną panią Kasią, właścicielką współpracującej ze mną firmy cateringowej, na Piguła Party. Instytucję tę wynalazła moja babcia, która niegdyś raz na kilka miesięcy spotykała się ze swoją siostrą, w celu towarzyskim oczywiście, ale przede wszystkim, by wymienić się medykamentami. Obie przywoziły całe reklamówki leków, zapisanych na schorzenia różne, prawdziwe i wyimaginowane, i się wymieniały>
– A na co to jest?
– A to coś nowego na wątrobę pan lekarz mi dał.
– To daj mi! Nie próbowałam tego! A ja ci dam to, o to, na cukrzycę…

I tak dalej.
Z Panią Kasią postanowiłyśmy spotkać się na stopie prywatnej i porównać nasze zapasy medyczne. Dziennie biorę dokładnie 24 tabletki różne, piję ok. 50 ml rozmaitych kropli i syropów, do tego dzbany pełne ziół. Jest co wymieniać.

Zioła niby na wzmocnienie i oczyszczenie organizmu. Mieszanka zawiera gatunki, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, dostrzegam więc również edukacyjną wartość raka – poznaję tyle nowego! Poza tym wyrabiam w sobie coraz większe zdolności przewidywania, ponieważ mieszanka okazuje sie być jakimś kocim wabikiem i moje domowe futrzaki prześcigają się w pomysłach, jak tu się do niej dobrać i wytarzać bezceremonialnie. Więc muszę przewidzieć, co wymyślą i odpowiednio kuchnię zabezpieczyć. Zioła z kocim futrem nie mają aż takich walorów smakowych.

Ponadto postanowiłam umrzeć zdrowa, czym nieopatrznie podzieliłam się z moim trenerem. Ten się ucieszył i dołożył mi jeden trening w tygodniu. Sadysta jeden. Wyszło na to, że uważanie na słowa nie jest moją supermocą, niestety…

Poza tym – w końcu czuję, że już nic nie muszę. Tak zwana wolność przewróci mi w głowie, niechybnie.