Związek

Dziękuję, że mnie cicho pokochałeś. Tak zwyczajnie, jak człowiek może kochać człowieka

Z życia kobiety
Z życia kobiety
26 października 2018
Fot. iStock / KieselUndStein
 

Dziękuję, że mnie cicho pokochałeś. Tak zwyczajnie, jak człowiek może kochać człowieka. Za poświęcenie czasu na zapamiętanie, ile łyżeczek cukru lubię w porannej kawie. I za to, że wiesz, jak bardzo nie lubię koloru pomarańczowego. Dziękuję za to, że potrafisz zapytać moją siostrę, czy spodobają mi się takie kolczyki i za to, że odwozisz moją mamę na dworzec tylko po to, by mogła cię lepiej poznać.

Dziękuję,

za poznanie mnie na tyle dobrze, by zauważyć, kiedy jestem szczęśliwa lub smutna, rozczarowana lub przytłoczona. Dziękuję za to, że nie chcesz mnie wciąż naprawiać, a jednak zawsze jesteś gotowy słuchać tego, co mam do powiedzenia. Dziękuję ci za trwanie i rozwój. Za naszą zwykła ciszę, gdy życie toczy się nudne jak flaki z olejem. W tej ciszy widzę wszystko, co robisz – jak chwytasz moją dłoń, gdy mam koszmary, jak trzymasz mnie trochę mocniej, kiedy widzę coś, co mnie przeraża.

Wiem, że gdy tylko cofnę się przestraszona, ty mnie złapiesz, nie będę musiała cię szukać. Nie ma cenniejszej wiedzy na świecie.

Dziękuję,

że wybierasz mnie każdego dnia, nie żądając niczego.

Za walkę o to, co mamy, gdy jest nam zbyt trudno. A przecież tak wiele razy mogłeś po prostu odwrócić wzrok i liczyć, że jakoś to będzie. Ale walczysz. I nie walczysz o swoje i dla siebie, ta walka to gotowość do pojmowania wszystkiego, co takie niewygodne, inne niż sobie wyobrażałeś. Dziękuję.

Dziękuję za to,

że nie chcesz mnie doskonałej i za to że zawsze jesteś ze mnie dumny. Za to, że moje najmniejszy sukcesy stają się twoją radością, za to, że nie próbujesz konkurować ze mną, umniejszać czy ignorować. Za to, że pozwalasz nam wciąż się rozwijać – razem i osobno.

Dziękuję,

że wciąż inspirujesz mnie do bycia lepszą. Że gdy widzę w sobie smutek, niekompetencję, zmęczenie czy winę, ty nadal widzisz we mnie piękny kwiat, ogród, który zakwita. Lubię, gdy o tym opowiadasz. Dziękuję, że nie tylko to widzisz, ale mówisz mi o tym, przypominasz, gdy zapomnę i stracę samą siebie z oczu…

Dziękuję ci za twój talent do zarażania miłością. I za to, że w twoich oczach mogę wciąż zobaczyć odbicie tego, co we mnie najlepsze… i starać się jeszcze mocniej.

Dziękuję, że zawsze jesteś moim głosem rozsądku.

Dziękuję, że potrafisz mnie uspokoić, gdy całe moje wnętrze drży. Że czasem to ty, masz siłę ukryć słabość i strach, tylko po to, bym poczuła się bezpiecznie. I za to, że innym razem na tę słabość sobie pozwalasz, bym to ja, mogła cię podeprzeć.

Dziękuję za to, że we mnie nie wątpisz, nawet, gdy bywam dla ciebie niedostępna, oschła, odległa. Dziękuję, że zawsze mówisz mi, jak bardzo ci zależy. Że nie zamykasz swoich uczuć tylko w sloganie, którego sam nie rozumiesz. Dziękujesz, że wiesz dlaczego jesteś ze mną i dlaczego nadal chcesz być.

Dziękuję ci

za spalone tosty i głupie wiadomości, które wysyłasz, gdy się nudzisz na jakimś bardzo poważnym zebraniu. I za zdjęcia, które mi robisz, gdy nie widzę. Mówisz mi wtedy, że taką kochasz mnie najbardziej. Gdy marszczę brwi i pieklę się, że wyglądam na nich jak potwór, zawsze mnie przytulasz i wiem, że to wszystko nieprawda. Nie musisz mnie przekonywać, kiedy widzę, jak szczerze kochasz nasze prawdziwe życie.

Dziękuję ci za to, że pokochałeś te części mnie, które kiedyś ukrywałam. I moje dziwactwa. I to jak przez te lata się zmieniałam. Ty tez tak bardzo się zmieniłeś. Tyle mogłam się od ciebie nauczyć. Dzięki tobie nauczyłam się akceptować siebie na miliony sposobów.

Co najważniejsze – dziękuję ci za twój wysiłek, który sięga  wiele dalej niż bukiet czerwonych róż. To wysiłek, by sprawić, że się uśmiechnę. Ty i twoja umiejętność kochania tak otwarcie i tak głęboko jest oszałamiająca. Dzięki niej codziennie widzę i wiem, że warto.

Dziękuję za to, jak kochasz. Mam nadzieję, że daję ci to samo. Wiem, że zasługujesz na wiele więcej.


Inspiracja: thoughtcatalog


Związek

Tinderowy świat nie tylko w czasach zarazy, czyli kogo możesz spotkać po drugiej stronie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
3 grudnia 2020
Fot. iStock / gremlin
 

Tinder jest dla mnie fantastycznym miejscem do obserwacji mężczyzn. To niezgłębione możliwości prowadzenia badań socjologicznych, sprawdzania, czego dziś pragną mężczyźni, choć od nich często można się dowiedzieć, czego dziś chcą kobiety. Kocham to miejsce, choć niekoniecznie wszystkich facetów, którzy się tam pokazują.

 

I choć tematu nie da się wyczerpać krótką charakterystyką typów facetów, którzy się tam pojawiają, to czemu o taką by się nie pokusić. Uwaga – nie chodzi o ocenianie, bo i po co, każdy wie, czego szuka i czego chce, jesteśmy dorośli. Krótki i bardzo subiektywny przegląd. 

 

Dyskretny

 

“Szukam dyskretnej relacji”, “Dyskrecja, namiętność, dobra zabawa”. Od razu wiadomo – czyjś mąż. Niektórym trudno się do tego zwyczajnie i wprost przyznać, więc kobiety, zwłaszcza te, które dopiero poznają tajniki Tindera, mogą się nabrać na tajemniczość takiego wpisu. 

 

Od razu rozwiewam wątpliwości, pod panem dyskretnym, który najczęściej wrzuca jako zdjęcia te ściągnięte z sieci (o tak, nie zawsze ta pokazana część przystojnego pana należy rzeczywiście do właściciela profilu). 

 

I nie chodzi im, jak niektórzy żonaci panowie deklarują, o romans, o to, żeby za kimś zatęsknić, o oderwaniu się od codzienności. Nie, dyskretnym chodzi o seks bez absolutnie żadnych zobowiązań. Chcesz w to wejść – proszę bardzo. 

 

Miłości nie szuka

 

Są tacy, którzy zaznaczają, że swoje już w życiu przeżyli, swoje wiedzą, więc miłości nie szukają, związku też nie, bywa, że żony również nie chcą znaleźć (bo jak się okazuje zamiast być dyskretnymi, tym wytrychem komunikują, że są czyimiś mężami).

 

Po co więc są na Tinderze? Nie pozbawiają nikogo złudzeń, chodzi o FWB (ach te trzyliterowe skróty), czyli idziemy razem do łóżka, jak będzie fajnie, to odezwę się, jak znowu będę miał ochotę na seks. 

 

Z góry określają granice relacji – bez związku, bez miłości, czytaj: bez zaangażowania się z ich strony, choć tego zaangażowania nierzadko wymagają od kobiet, bo oni tak mogą, ale kobiety już niekoniecznie. 

 

Bez byłej żony i dzieci

 

Leszek lat 41, Jan lat 38, Robert lat 45. Można by pomyśleć: rety chłopie, gdzie ty się chowałeś przez tyle dekad? W tym w wieku to raczej liczy się na kogoś z odzysku, a nie człowieka bez przeszłości i zobowiązań. Hm… chcesz zaryzkować – można spróbować.Jednak od koleżanek wiem, że ten typ, to najczęściej Piotruś Pan, wieczny chłopiec, który nigdy do niczego się nie zobowiązał, za nikogo nie wziął odpowiedzialności i jeszcze się tym szczyci. Można spróbować… tylko, żeby nie było, że nie przestrzegałam. 

 

Wpadł przejazdem

 

Że też ja jeszcze o tym wprost nie napisałam. Na Tinderze najwięcej jest żonatych mężczyzn. Także tych, którzy wpadli przejazdem do miasta, w którym mieszkasz i szybko lokalizacja was zmeczowała.

 

Nie masz ochoty na samotny wieczór? Zawsze z tej opcji można skorzystać, tylko nie licz na coś więcej, bo w dom najczęściej czeka żona, a jeśli nie, to on jest samotnym wilkiem, albo tfu – żeglarzem, który w każdym mieście kogoś znajdzie. 

 

Psychole

 

Dla tych czas pandemii to idealne żniwo – kawa w aucie, spacer w lesie. To jest  niebezpieczna grupa, bardzo pojemna i bywa, że trudno rozpoznawalna. Znam kilka przykładów – zaczyna się miło, on jest uroczy, elokwentny, ba nawet czarujący. Kiedy jednak ty należysz do tych ostrożnych, zaczynasz wzbudzać jego agresję, robi się coraz bardziej natarczywy, zaczyna najpierw niby żartować, a później już jawnie cię obrażać. Moja rada – zgłoś typa, niech go zbanują i natychmiast usuń parę. 

 

To jedni, są tacy z ukrywanymi chorobami psychicznymi, schizofrenicy, którzy odstawili leki, dwubiegunowi, którzy popadają w jakieś skrajne emocje, a my nie bardzo rozumiemy, o co im chodzi. Mitomani, którzy wirtualnie tworzą swoje życie, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Internet jak papier, wszystko przyjmie. Nim zdecydujecie się z takim pójść na spacer do lasu, odczekajcie kilka dni, zawsze możecie być na kwarantannie, nim wyczujecie, z kim macie do czynienia. 

 

Wędkarze

 

Moja ulubiona kategoria. Pan z wędką, pan z rybą. Kiedyś spytałam kolegi, o co może chodzić z tymi rybami, odpowiedział, że może to taki podkorowy przekaz, że mężczyzna w kryzysie zwierzynę do domu ci przyniesie. 

 

Z drugiej strony, mają chłopaki pasje i super. Może znajdą chętną, która z nimi nad ranem łódką wypłynie i dotrzyma towarzystwa, albo taką wyrozumiałą, co to na ryby wypuści bez żalu, że jej do kina nie zabrał (zresztą, przecież kina zamknięte). 

 

Zdjęciowi narcyzi

 

Znajoma powiedziała, że panom ze zdjęciami swojej osoby w różnych ujęciach – w windzie, w wannie, pod prysznicem, w lustrze toalety (błagamy, zamykajcie klapy), dziękuję zwłaszcza, gdy opisu na profilu brak. “Oni są jak te kobiety, których twierdzą, że nie chcą spotkać, ładnie wyglądają i… ładnie wyglądają. Nic więcej tam nie ma”. 

 

Mówiła, że z ciekawości klikała, bo być może znalazłby się jakiś chlubny wyjątek potwierdzający regułę. Cóż, nie trafiła. Ale kto wie, może gdzieś za tymi zdjęciami pięknych “zewnętrz”, kryje się jakie piękne wnętrze. Można próbować właściwie do skutku. 

 

Nie rozumiejący opisów

 

Nie dość, że nie rozumieją cudzych opisów, to w swoich popełniają błąd na błędzie. Jasne, że nie każdy musi być orłem ortografii, ale na miłość boską, można sprawdzić poprawność tego, co się pisze. 

 

Ale opis z błędami jedno, a brak zrozumienia drugie. Koleżanka pisze, że żonatym wstęp wzbroniony, co drugi ją lajkujący ma żonę. Inna, żeby miał chociaż 180 cm, niektórzy uważają, że 178, to już ponad 180 cm. Przykładów można by mnożyć. Choć wiem, że w drugą stronę to też działa… nie raz słyszałam, że kobiety, to jednak tylko po zdjęciach, a to podobno mężczyźni są wzrokowcami. 

 

Zaskoczenie

 

Ale bywają tacy, którzy nie mieszczą się w żadne ramy. Znajoma opowiadała, że dzięki Tinderowi poznała świetnych facetów, z którymi się zakumplowała, do dziś mają kontakt, czasami rozmawiają, choć nigdy drugiego spotkania nie nazwali już randką. Nie pyknęło. 

 

I chodzi  tu o różnych panów – i tych żonatych, którzy zwyczajnie lubią pogadać, a gdy się im postawi granice, to okazuje się, że pod fasadą “dyskretnego” jest fajny gość, z którym wcale nie trzeba mieć dyskretnej relacji, żeby porozmawiać. I tych z rybami, którzy są zabawni. I takich, co właściwie nie wiedzą, czego chcą i po co na Tinderze się znaleźli, ale jak już znajdą pokrewną duszę, to z tego spotkania obie strony korzystają, niekoniecznie seksualnie. 

 

Gdy pytam o to, jak jest po drugiej stronie Tindera, czyli po tej patrzącej męskim okiem, kategorie padają podobne (może za wyjątkiem wędkarzy). Kiedyś znajomy powiedział: można szybko, można romansować, można spotkać przyjaciela. Wystarczy skorzystać i wiedzieć, czego się szuka i gdzie postawić swoje granice. 


Związek

Czego nauczyła mnie zdrada? Pięciu podstawowych rzeczy

Z życia kobiety
Z życia kobiety
28 września 2018
By stworzyć szczęśliwy związek nie potrzeba wiele. Wystarczy 10 prostych rytuałów
Fot. iStock/hoozone

Wiecie, jak to jest? Mówisz: „Mi to się nigdy nie przytrafi”, „Mój mąż? Zdrada? Nigdy w życiu”. Dałabyś sobie obciąć dwie ręce, bo przecież między wami, choć z małymi burzami, jest całkiem dobrze. Dom, dzieci, praca, wakacje. Czego chcieć więcej, w końcu seks to nie wszystko, wasz związek ma mocniejsze podstawy.

Byłam po tej stronie. Mówiłam, że mój mąż jest zmęczony, że się starzeje, bo stał się bardziej rozdrażniony. Czasami długo siedział w nocy przed komputerem, ale to właściwie normalne, ja mogłam się przynajmniej spokojnie wyspać, a na seks też nie zawsze miałam ochotę. Wiadomo – dzieci, praca, zmęczenie. Aż pewnego dnia zobaczyłam przypadkiem jednego SMS-a, zaczęłam drążyć, szukać. Nie potrzebowałam dużo czasu, żeby odkryć, że mój mąż mnie zdradza. Pamiętam ten paraliż, ten obezwładniający krzyk w głowie: „To nie może być prawda!”. Tak, przeżyłam zdradę mojego męża, byłam tą naiwną, głupią, ślepą – jak niektórzy potrafią mówić oceniając całą sytuację z boku. Różnica między mną a nimi polega na tym, że ja tam byłam, przeżyłam to, zdobyłam to okrutne doświadczenie, ale wyciągnęłam wnioski i dzisiaj wszystkim tym mądrzącym się mogę spojrzeć ze śmiałością w twarz i powiedzieć, co ja wiem, o czym jestem przekonana, bo przeżyłam to na własnej skórze.

Czego nauczyła mnie zdrada?

Zdrada może zdarzyć się w każdym związku

W każdym. Może się nam wydawać, że to niemożliwe, że wszyscy inni mogą zdradzać, ale ten mój to na pewno nie. Otóż nie, kochana. Każdy, ale to każdy może zdradzić. Widziałam zdrady w wydawałoby się najlepszych związkach. Aż coś nagle trzaskało i to z ogromnym hukiem. Ja dzisiaj jednego jestem pewna – że nie ma niczego na zawsze i niczego pod czym można podpisać „nigdy”. Nie można odpuścić, nie można założyć, że teraz to już mamy siebie, wszystko jest pod kontrolą, spokojne, bezpieczne. To może być iluzja, którą się karmimy. Związek nieustannie wymaga naszej uważności, rozmowy, także o najtrudniejszych sprawach. Nic nam nie zostanie ot tak po prostu dane. Niczego nie dostaniemy w prezencie, zwłaszcza oddania drugiego człowieka.

Nie warto obarczać winą tej drugiej, ona jest bez znaczenia

Ileż to razy słyszałam, że tamta to dziwka, ku*wa, najgorsza suka, że jak ona mogła pójść do łóżka z facetem, który ma rodzinę. Hola, hola. Czy naprawdę w tym wszystkim, w całej tej rozpaczy, najlepiej zrzucić winę na jakąś obcą kobietę. Mnie to samą zaskoczyło. Ja nie chciałam nic o niej wiedzieć, po co mi to. Jedyne, co chciałam zrozumieć, to dlaczego mój maż to zrobił, co takiego się stało, że mnie zdradził, dlaczego nie przyszedł do mnie, nie powiedział: „Kochanie, jest mi źle, musimy coś zrobić, pogadać”. A ona? Jakie ona miała znaczenie? Co za różnica, czy miała na imię Kasia czy Jola, czy miała 28 czy 42 lata, czy była gruba, chuda. Ona w całej tej sytuacji jest kompletnie nieważna, nie jej powinniśmy poświęcić energię i emocję, ale skupić się na sobie, na wspólnych relacjach i związku.

Zdradę można wybaczyć, ale nie zapomnieć

Oj, ile razy byłam pierwszą, która mówiła, że nigdy w życiu nie wybaczę zdrady. Jasne, nigdy. Dla mnie, jak dla wielu, było to zero-jedynkowe. Jest zdrada, jest rozstanie. Ale jak przychodzi ci się z nią zmierzyć, wszystko o czym myślałaś, co uważałaś za pewnik, leży w gruzach. A ty nie wiesz, co robić? Wybaczyć? Dać szansę? Jak w tym ogromnym poczuciu krzywdy się podnieść i rozważyć jakikolwiek scenariusz. Ja wybaczyłam. I nie żałuję. Tak, wiem, nie raz słyszałam: „Jak raz zdradził, to zdradzi kolejny”. Być może. To będzie jego wybór, on wie, gdzie postawiłam granice, wie, że przekroczenie ich jest równoznaczne z rozwodem, że trzeciej szansy nie będzie. Powiedzieliśmy to sobie jasno i nigdy do tego nie wracamy. Ja pamiętam, nie umiem zapomnieć, ale to pozwala mi dbać o nasz związek, pracować nad sobą, nad nami, nie odpuszczać, nie bagatelizować, nie popełniać grzechu zaniedbania wobec naszej miłości.

Życie po zdradzie jest cholernie trudne

To boli, rozrywa cię od środka, ma się poczucie, że serce nam pęknie. To dramat, który miałaś nadzieję, nigdy nie stanie się twoim udziałem. Czasami szczypałam się w rękę, bo chciałam się obudzić z tego koszmarnego snu. Nie jest łatwo. Chcesz dać szansę, chcesz, żeby wszystko wróciło do normy, chcesz nie czuć już tego wszystkiego. Ale jest złość, jest rozczarowanie, jest bezsilność. Sprawdzasz jego telefon, rozliczasz go z każdej minuty nieobecności, czujesz się podle, ale nie możesz przestać, nie ufasz mu. Dzisiaj wiem, że potrzeba czasu i cierpliwości. Dużo czasu i dużo cierpliwości. Ale też trzeba chcieć z tego wyjść, trzeba zauważać te małe iskierki, które pokazują, że on się stara, że próbuje, że jest gotowy znieść wszystko, by odzyskać zaufanie… Aż w końcu pewnego dnia nie poczujesz ścisku w żołądku, kiedy zadzwoni wieczorem jego telefon, nie dopadnie cię niepokój, gdy wróci później z pracy albo w ciągu dnia nie odbierze twojego telefonu. Przyjdzie spokój, przyjdzie dobre, wiem coś o tym.

Można zbudować dobry związek po zdradzie

Od tamtego czasu minęło osiem lat. Trudnych, ale też cudownych. Dzisiaj? Pamiętam, nie zapomniałam, ale z faktu tamtych wspomnień uczyniłam swoją siłę. To wtedy zrozumiałam, że muszę zadbać o siebie, że pewnego dnia – jak nie wtedy to może później, mogę zostać sama. To paradoksalnie mnie wzmocniło i pozwoliło nie patrzeć na męża, jak na człowieka, który jest moją własnością i do mnie przynależy. Puściłam to, a wróciło do mnie z nawiązką. Dojrzeliśmy. Nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać, mówić nawet te trudne rzeczy. Dbamy o siebie nawzajem, czasami bez zbędnych wyjaśnień planujemy jakiś weekend, który spędzamy tylko we dwoje. Lubię nasz związek, który mnie nie ogranicza, w którym mogę się rozwijać. Kocham mojego męża. Bo jest.