Związek

Czy warto walczyć? Czy kryzys w związku można naprawdę przezwyciężyć?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 marca 2016
Czy warto walczyć? Czy kryzys w związku można naprawdę przezwyciężyć?
Fot. Flickr / Christian Gonzales / CC BY
 

Podobno pierwszy kryzys przychodzi po pierwszych siedmiu latach małżeństwa. Są tacy, którzy twierdzą, że po pięciu. Nie wiem, jaka jest reguła. Spotykam Kamilę. Jest z Marcinem 14 lat. Mają dwoje dzieci –  Olek ma 9 lat, a Zuza 6. „Mam dość”, mówi. „Nie mam już siły, to chyba koniec” i płacze. Bo dzieci ich pochłonęły. Mieszkają sami, rodzina daleko, zawsze razem musieli wszystko organizować. Mogli na sobie polegać, wspierali się. „No co ty, przecież nie widać, żeby coś złego się działo?” – mówię zdziwiona, bo na zewnątrz są naprawdę fajnym małżeństwem. Właśnie, na zewnątrz. Kamila z trudem opowiada o tym, jak się z Marcinem od siebie oddalili, jak przestali ze sobą rozmawiać. Ważne są tylko dzieci, kto je przywiezie, odbierze, co na obiad i czy coś kupić. „A ja żyłam nadzieją, że jak dzieci urosną, to będzie nam łatwiej do siebie wrócić, że znów będziemy bardziej dla siebie” – mówi smutno Kamila.

Tej nadziei dzisiaj zostało jej bardzo mało. Właściwie odrobina, która hamuje ją przed ostatecznym krokiem. „Rozwiodę się” szlocha, ale nie chce mieć poczucia, że nie zawalczyła, że jeszcze można było się postarać, a ona się poddała. „Wiesz co jest najgorsze – że ja go kocham i czuję gdzieś, że on mnie też, ale tak się zapętliliśmy, że nie widzimy drogi wyjścia”.

Pomyślałam, że to, że mają siebie nawzajem to już bardzo dużo. A to, że się kochają to wielki skarb, który wymaga odkurzenia, bo przygasł jego blaski, może trochę o nim zapomniano.

Wychodzenie z kryzysu nigdy nie jest łatwe, bo wymaga zmierzenia się najpierw z samym sobą. Można by powiedzieć: „Idźcie na terapię małżeńską”, ale nie zawsze to jest tak oczywiste i proste dla obu stron. Spróbujcie zacząć sami, od siebie.

Jakich emocji ty oczekujesz od tego związku

To chyba podstawowe pytanie, które warto sobie zadać. Ale nie tak, żeby odpowiedzieć: „Chcę, żeby on był dla mnie bardziej czuły, żeby poświęcał mi więcej uwagi”. To pytanie trzeba skierować do siebie – jak ja chcę się w tym związku czuć, jakich emocji potrzebuję – sama w sobie. Jeśli od tego się zacznie, to jest to dobry punkt wyjścia, by przyjrzeć się sobie w związku, nazwać swoje uczucia, swoje oczekiwania – ale te głęboko poukrywane. „Chcę się czuć bezpiecznie”, więc co ty zrobisz, by tak się poczuć.

Nie zakładaj, że rozumiecie się bez słów

Często w długoletnich związkach pada to stwierdzenie: „On w lot łapie, o co mi chodzi, nie muszę tłumaczyć”. I świetnie, ale to może być ślepy zaułek, bo zaczniemy myśleć – że się domyśli, że przecież wie, że zna mnie, więc rozumie, co czuję. A to nie zawsze tak działa. Zwłaszcza, jak wiele lat żyjemy obok siebie, gdzieś się rozmijając. Przestajemy być mniej uważni, bardziej skupiamy się, by dotrwać do końca dnia, niż jeszcze skupiać się na czyichś emocjach. No taka prawda niestety. Skądś ten kryzys przecież się wziął. Warto się na tym skupić i zacząć rozmowę o uczuciach i wzajemnych potrzebach.

Nie umniejszaj wartości szczerości

Bo niby wiemy, że ta szczerość najważniejsza, ale ile rzeczy już przemilczeliśmy, nie powiedzieliśmy sobie nawzajem, ile razy machnęliśmy na coś ręką. Wszystkie te niewypowiedziane słowa gdzieś zawisły między wami, a może nawet postawiły ścianę, którą teraz trzeba zburzyć. Prawda boli i bywa trudna do zmierzenia się z nią. Ale tu nie ma drogi na skróty. Tu nie da się czegoś pominąć, udać, że nie było. Tak się nie uda.

Zmierz się ze zdaniem na swój własny temat

Na to trzeba się przygotować. Bo walka z kryzysem, to też wiele przykrych słów. Nagle okazuje się, że ty też nie byłaś święta w tym związku, że wiele rzeczy zawaliłaś, przegapiłaś. Byłaś mało wyrozumiała, mało czuła, tylko wymagająca i oczekująca. Potraktuj to jak lekcję – nie krzyczy, nie zaprzeczaj, przyjmij te słowa i ponoś je w sobie. I przemyśl. On nie chce cię zranić. Tak jak ty nie chcesz zranić jego. On – jeśli z tobą rozmawia, też chce wszystko naprawić. A że to bolesne dla obu stron? Nikt nie mówił, że będzie łatwo… Ważne, by się nie obrażać. Żeby rozmawiać, prosić o wyjaśnienia – czemu tak się czuł, dlaczego tak uważa.

Nie oczekuj nagłej zmiany

Kryzysu nie zażegnacie po jednej nocnej rozmowie. Nie ma co się łudzić. To wymaga pracy. To proces, który musi mieć czas, żeby się zadziać, żeby zmiany dokonały się w was. To kolejne i kolejne rozmowy. Nie rezygnuj z nich. Nie myśl: „Uff dobra, pogadaliśmy i po sprawie”. Każda rozmowa powinna kończyć się deklaracją twoją i partnera. Powinniście sobie nawzajem coś obiecać, żeby móc się z tego wywiązać. Żeby móc wrócić do tej rozmowy i powiedzieć: „Dziękuję” albo „To mi jednak nie wystarcza, potrzebuję jeszcze czegoś”. Dajcie sobie czas – nie tydzień, nawet nie miesiąc. Tylko tak dokonacie trwałej zmiany w waszej relacji.

Otwórz się na potrzeby partnera

Nie myśl tylko w kategoriach: to mi źle, to ja chcę, to ja oczekuję, to ja czuję. Jest was dwoje, a on też ma swoje uczucia, swoje pretensje i wątpliwości. On też czegoś oczekuje, też go rozczarowałaś. Posłuchaj, co mówi. Spytaj: „A ty co czujesz?”, pozwól mu mówić, niech określi swoje potrzeby, niech powie, dlaczego jemu w tym układzie jest źle, gdzie widzi braki. Co ty możesz zrobić, żeby on lepiej się poczuł. Wiem – to nie jest łatwe.

Chęć musi być po dwóch stronach

Może ten punkt powinien pojawić się na początku. Bo czasami chce tylko jedna strona, tylko jedno chce wyjść z kryzysu. A może się okazać, że partner już nie chce. Nie kocha, jest z tobą tylko dla dzieci. Może kogoś ma. A może nie widzi sensu zmierzenia się z tym wszystkim, co między wami narosło. To bolesne. Ale to też punkt wyjścia na tu i teraz. Jeśli o tym porozmawiacie i on nadal będzie obstawał przy swoim, gdy powie: „Tyle razy już próbowaliśmy i się nie udawało. Nie chcę znowu żyć w iluzji i tracić kolejnych lat”, to może czas to puścić. Zostawić. Zacząć nową drogę, zadbać o siebie i spokojnie pomyśleć co dalej, skupić się na tym, na co masz wpływ, bo na jego uczucia już wpływu nie masz. To może być początek nowego. Lepszego nowego.

Z każdego kryzysu w związku można wyjść (choć nie zawsze rozwiązania mogą być takie, jakich byśmy oczekiwali). Ale kiedy już wspólnie podejmujecie starania, to dobrze pamiętać, że wymaga to ogromu pracy i chęci. Pamiętajcie jednak, że walczycie o siebie, o waszą miłość – to wystarczająca motywacja.


Związek

Czy potrafimy jeszcze mówić językiem miłości, skoro nawet podczas Świąt nie szanujemy drugiego człowieka?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 marca 2016
By Christoph Wagener - Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=26614990
 

Jest mi przykro. Nie nazywam siebie osobą wierzącą, zdecydowanie od dawna bliżej mi do agnostyka. Kiedy zadaję sobie pytanie: „W co wierzysz”, to od kilku lat nasuwa mi się jedna odpowiedź: „Wierzę w drugiego człowieka”. Bo wierzę, że człowiek z natury jest dobry. Bo jak mogę myśleć, że urodził się skażony grzechem, a jego życiowa droga to zło, które w sobie nosi powinna przezwyciężyć. I to nie sam, ale poprzez sakramenty.

Jesteśmy mądrymi ludźmi. Coraz bardziej świadomymi siebie, świadomymi siły swojego umysłu i przekonań, które w sobie nosimy. Coraz więcej wiemy o naszych emocjach, nazywamy je. Chcemy się rozwijać. Nie tylko zawodowo, ale też chcemy pracować nad sobą. I myślę nie po to, jak wczoraj usłyszałam podczas drogi krzyżowej, żeby nasze życie było lekkie. Ale po to, żeby być lepszym człowiekiem. A dla mnie bycie lepszym, to bycie dobrym, szczęśliwym, który to szczęściem naturalnie dzieli się z innymi.

Dawno pogodziłam się z tym, że wszystkich nie uszczęśliwimy. Że ludzie przychodzą i odchodzą jak przypływ. Że my się zmieniamy i oni. I że każdy ma prawo do własnych wyborów, decyzji.

Z wielką uwagą obserwuję zawsze wszystko to, co dzieje się wokół Świąt Wielkanocy. Kocham naszą tradycję. Więc dziś, pewnie za chwilę zacznę z moimi synami malować jajka do koszyczka, upiekę jeszcze babkę (bo mazurek już stoi) i pójdę z nimi do kościoła po raz kolejny posłuchać, czego symbolem są pokarmy, które przynieśliśmy.

Zaczęliśmy najważniejsze Święta dla ludzi wierzących. Święta, podczas których przypominana jest istota wiary, kiedy przypominane jest jak ważny jest dla każdego drugi człowiek. Jak wiele jeden człowiek może zrobić dla kogoś innego. Nawet ten, któremu wydaje się, że jest najzwyklejszy. Bo to Szymon pomagał nieść krzyż, a Weronika ocierała twarz Jezusa. To Jezus mył swoim uczniom stopy w Wieczerniku i nie miało dla nich znaczenia skąd przyszli, kim byli. Ważne, że w tym momencie, w tej ważnej chwili chcieli być z nim. Że chcieli wierzyć w jego miłosierdzie.

I dlatego jest mi przykro. Bo te Święta to przecież dla wszystkich wierzących dowód na to, że Bóg wstawił się za każdym z nich. Każdym, bez wyjątku. Za tego pana, który stoi dziś pod sklepem chowając piwo w kieszeni, kiedy ktoś przechodzi. Za tego, który jeszcze rano wstaje i jedzie do pracy. Za tego, który wczoraj pobił swoją żonę. Za tego, przez którego dorosłe już dzieci muszą się zmagać z jego alkoholizmem. Za tego, który mieszka w Polsce i tego, który mieszka na samym krańcu Afryki. Za każdą kobietę. Tę, która dziś w zniecierpliwieniu nakrzyczy na swoje dzieci i później je przytuli, jak i tę, która dzieci nie ma, nieważne z jakiego powodu.

Bo przecież wobec Boga wszyscy jesteśmy równi. On nigdy nie dzielił na lepszych i gorszych. Każdy, kto kiedykolwiek słyszał o tej religii, słyszał, że Jezus mówił językiem miłości.

I ja. Tak bardzo wątpiąc, ale nie odrzucając, ze smutkiem czytam to wszystko, co dzieje się w ostatnich dniach przed zmartwychwstaniem Jezusa. Przed dniem, w którym pokazuje: kocham was, chodźcie za mną, za was wszystkich (bez wyjątku) cierpiałem i wam dałem dowód swojego dobra.

Zastanawiam się, gdzie w tej wierze, w tej religii jest miejsce na nienawiść. Jak można nazywać się wierzącym i być nienawidzącym jednocześnie. Jak bardzo można nie szanować drugiego człowieka. Jak bardzo można nim pomiatać, ubliżać mu i szkodzić. Jak bardzo wierząc można być przepełnionym gniewem, brakiem zrozumienia. A co najgorsze brakiem pokory. I co usprawiedliwia wszystkie te pełne złości, braku miłosierdzia komentarze pod wpisami księdza Kramera.

Facebook/Grzegorz Kramer

Facebook/Grzegorz Kramer

Próbuję zrozumieć, skąd bierze się to morze nienawiści katolików wobec Papieża, który tak jak Jezus obmył nogi drugiemu człowiekowi. Skąd ten brak pokory i przekonanie, że jest się lepszym od Papieża Franciszka, tylko dlatego, że on pokazuje i przypomina, że wszyscy jesteśmy równi, że każdy z nas jest dobrym człowiekiem.

A gdyby tobie – tak tobie autorze jednego z tych przepełnionych nienawiścią i złością komentarzy Papież chciał obmyć nogi?

Fot. Screen/Gazeta.pl

Fot. Screen/Gazeta.pl

Oglądałam wczoraj z moimi synami film przedstawiający życie Jezusa. Od narodzin aż do zmartwychwstania. Zadawali wiele pytań, wymieniali każdą ze stacji, po kolei. A potem, mimo późnej bardzo już godziny siedzieliśmy i rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło, co zobaczyli. Chciałabym, żeby oni pamiętali do końca życia, że językiem jakim powinniśmy ze sobą rozmawiać jest język miłości. Bez znaczenia, że jest go tak mało, że nawet ci, którzy mówią, że wierzą, o nim zapomnieli, a może nigdy się nie nauczyli.

Chcę, żeby moje dzieci pielęgnowały dobroć, którą przecież każdy z nas w sobie nosi. Nie chcę, żeby opluwali innych za ich poglądy, za pochodzenie, za to kim są, gdzie pracują. Chcę by szanowali drugiego człowieka, by dyskutowali czystym i dobrym językiem, który może przynieść rozwiązanie i zrozumienie.

Nie chcę, by pełni nienawiści do drugiego człowieka w Wielki Piątek klękali przed krzyżem.

I tak, wierzę, że wraz ze zmartwychwstaniem Jezusa, każdy dostaje szansę na bycie lepszym człowiekiem. Pytanie, ilu wierzących z tej szansy skorzysta i ją zrozumie.


Związek

Nie dawaj dobrych rad, usiądź i bądź blisko, gdy trzeba. Dekalog pomocy cierpiącemu

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 marca 2016
fot. PeopleImages/iStock

Cierpisz kiedy się nieszczęśliwie zakochujesz, ale też cierpisz kiedy umiera bliska ci osoba. Choć z perspektywy czasu powiesz, że te dwa powody są nieporównywalne, w chwili kiedy odczuwasz cierpienie, nie wartościujesz tego, co boli bardziej. Emocje nie pozwalają ci racjonalnie ocenić sytuacji. Niewyobrażalny ból powoli mija, i wtedy dopiero zaczynasz racjonalizować swoje cierpienie, nadawać mu sens.

To naturalne, że szukamy powodów i przyczyn, tak oswajamy, uśmierzamy ból psychiczny. Bo jakoś radzić sobie trzeba,  zawsze konfrontujemy się z naszym cierpieniem sam na sam. Czy cierpiącemu można pomóc przetrwać ten ciężki czas?

Joasia ma 35 lat, jest nauczycielką języka francuskiego w prywatnych szkołach językowych. Dwa lata temu, po dłuższej walce z nieuleczalną chorobą zmarł jej mąż. – Widziałam jego ból i byłam przy nim w każdym stadium choroby. Widziałam ulgę w jego oczach po zażyciu środków przeciwbólowych i ja odczuwałam wówczas ulgę. Bolało mnie, gdy widziałam, że jego boli. W pewnym momencie miałam nawet podobne objawy somatyczne.

Potem odszedł i z jednej strony czułam ulgę, że już go nie boli, że się tak okrutnie nie męczy. Z drugiej rozdzierała mnie tęsknota za nim, lęk.  Cierpiałam jeszcze mocniej, choć wszyscy wokół oczekiwali, że odczuję ulgę, bo przecież fizycznie byłam jego chorobą bardzo zmęczona. A ja w końcu miałam czas, żeby poczuć ten ból, który dusiłam sobie przez cały okres choroby męża.

Moje cierpienie odreagowałam długo: płaczem, od szlochania w chusteczkę, po głośne, przerażające wycie na podłodze w kuchni. Brakiem apetytu, brakiem ochoty na spotkanie z przyjaciółmi, z rodziną. Izolowałam się. Potem powoli wracałam do siebie.

Pomogła obecność mojej mamy. Przychodziła, zostawiała pod drzwiami obiad i wracała do domu. Dzień w dzień patrzyłam przez okno, W końcu coś ścisnęło mnie za gardło. Otworzyłam okno, zawołałam ja na górę. Ale, żebym dopuściła mamę do mojego cierpienia musiało minąć trochę czasu.

To, jak poradzimy sobie z naszym cierpieniem, gdzie i czy w ogóle będziemy w nim szukać głębszego sensu w dużej mierze zależy od tego, jak nas wychowano, w co wierzymy, jakie mamy cele w życiu.

Marcin, czterdziestolatek zmaga się z alkoholizmem swojej żony. Cierpi widząc jak upadla ją ta choroba, jak uderza w jego rodzinę i w poczucie bezpieczeństwa ich malutkiej córeczki. Chodzi na terapię dla współuzależnionych. Stara się być świadomym w swoich emocjach, wie, że to kluczowe dla efektów terapii i jego i jego żony także.

– Tak, cierpię. Boli mnie kiedy widzę, jak moja ukochana, najbliższa mi osoba oddala się ode mnie przez alkohol, jak zmienia się pod jego wpływem, traci przyjaciół, pracę. Cierpię widząc te wszystkie konsekwencje. Jak sobie z tym radzę? „Naukowo”. Czytam, staram się wiedzieć o chorobie mojej żony jak najwięcej. Działam, walczę o nią, o naszą rodzinę Przewiduję i ciągle uczę się nie przyjmować do siebie tego wszystkiego co mówi do mnie pod wpływem przypływu agresywnych emocji. Tak, wyciągam ręce po pomoc, szukam ludzi, którzy borykają się z podobnymi problemami. Świadomość, że nie jestem sam jest dla mnie bardzo ważna i motywująca.

Najtrudniejszym do zrozumienia, do racjonalnego wytłumaczenia sobie jest dla nas chyba cierpienie dzieci. Ból fizyczny związany z ciężką, nieuleczalną chorobą, ból psychiczny spowodowany jakimiś traumatycznymi wydarzeniami – to nie powinno się wydarzać w ich życiu. Takie cierpienie sprawia, że tracimy wiarę, zarówno tę w wymiarze religijnym, jak i tę „humanistyczną”, w ludzi. Nie szukajmy odpowiedzi na pytanie „dlaczego”. W miarę możliwości, zawsze pomagajmy.

Dekalog pomocy cierpiącemu

Fot. Flickr / efigment / CC BY

Jak pomóc cierpiącemu?

Nie weźmiesz na siebie cierpienia innej osoby, nie potrafisz go też w magiczny sposób „unicestwić”. Ból fizyczny można jeszcze ukoić, ból duszy wyciszyć można raczej na chwilę. Co możesz zrobić, gdy bliska osoba przeżywa psychiczne cierpienie ?

Dekalog pomocy cierpiącemu

1. Nie umniejszaj znaczenia tego, co spotkało cierpiącego

Coś, co tobie wydaje się błahostką, dla kogoś innego może być końcem świata.

2. Nie wyręczaj gdy nie trzeba

Cokolwiek się wydarzyło, życie toczy się dalej i twój przyjaciel również będzie musiał skonfrontować się w końcu z codziennością. Będzie ona trochę inna, ale nadal pełna nowych możliwości, wyborów do podjęcia, książek do przeczytania.

3. Bądź kiedy on/ona cię potrzebuje

Nie dawaj dobrych rad, bo z pewnością nie czujesz teraz tego, co bliska ci osoba. Nawet jeśli byłeś kiedyś w podobnej sytuacji, jesteś zupełnie inny, odczuwasz również inaczej. Najpiękniejsze co, możesz zrobić to być, wysłuchać i zaparzyć dobrą herbatę.

4. Nie mów „weź się w garść”

Każda żałoba ma swój czas, każdy człowiek potrzebuje innej jego ilości by ją w pełni przeżyć. Niczego nie przyspieszysz.

5. Akceptuj różne formy wyrażania uczuć

Złość i lęk nieodłącznie towarzyszą cierpieniu. Okaż zrozumienie.

6.Rozmawiaj o tym co się wydarzyło, jeśli to jest możliwe, szukaj rozwiązania

Przykre wydarzenie można oswoić, ale nie wolno go wyolbrzymiać.

7. Proponuj pomoc, ale się nie narzucaj

Jeśli bliska ci osoba cierpi z powodu utraty partnera pomóż w organizacji codziennych, bieżących spraw (zadbaj o posiłki, zaopiekuj się dziećmi).

8. Jeśli uważasz, że to potrzebne zaproponuj pomoc specjalisty

Nie zawsze sami jesteśmy w stanie poradzić sobie z naszym cierpieniem. Warto szukać wsparcia.

9. Bądź naturalny

Nie udawaj uczuć, których nie odczuwasz.

10. Zachowaj dyskrecję

Jeśli jesteś blisko cierpiącego to znaczy, że obdarzono cię szczególnym zaufaniem. Szanuj to.

Nie jestem zwolenniczką opinii, że cierpienie uszlachetnia. Fizyczne cierpienie bardzo często upadla. Ale obecność przy cierpiącym na pewno zbliża nas do istoty humanizmu i zmienia naszą perspektywę. Bądźmy wrażliwi na cierpienie, nie przechodźmy koło niego obojętnie.


Zobacz także

Kochasz naprawdę, czy to tylko przywiązanie? Znasz różnicę między tymi dwoma uczuciami?

Jak zachować spokój, kiedy partner cię irytuje…

Najtrudniejszy moment to ten, w którym orientujesz się, że bez jego pieniędzy możesz jednak nie dać rady