Psychologia Związek

Brzydka prawda o atrakcyjności – przystojny partner może być zagrożeniem dla kobiety

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
19 lipca 2017
fot. iStock/ Yuri_Arcurs
 

W dzisiejszych czasach dbanie o bycie fit, piękny wygląd i wieczną młodość wydaje się koniecznością. Notorycznie się odchudzamy, a słowa „jestem na diecie” choć raz w swoim życiu, powiedziała głośno niemal każda kobieta – narzucają nam to kanony piękna prezentowane w kolorowych magazynach, reklamach czy na ekranach telewizorów. Naukowcy odkryli jednak jeszcze jeden istotny czynnik, który skutecznie motywuje nas do pracy na idealną sylwetką.

Według naukowców z Uniwersytetu Stanowego Florydy stopień atrakcyjności naszego partnera ma istotny wpływ na dążenia do smuklejszego ciała i przechodzenie na diety odchudzające. Wyniki przeprowadzonych przez Tanię  Reynolds i Andreę Meltzer badań sugerują, że posiadanie przystojnego męża może mieć negatywne konsekwencje dla ich żon, zwłaszcza jeśli są one mniej atrakcyjne od swoich partnerów. Kobiety w takich związkach są bowiem bardziej skłonne do odchudzania się i wykazują większą motywację do zachowania lub osiągania szczupłej sylwetki. Podobnego oddziaływania nie zanotowano u pań, które uznano za bardziej atrakcyjne od swoich mężów oraz u mężczyzn – ich motywacja do przechodzenia na dietę i większą dbałość o sylwetkę była niska, niezależnie od własnej atrakcyjności i wyglądu partnerek.

Badania opublikowane w czasopiśmie „Body Image” dają nowe spojrzenie na relacje – jeśli kobieta obawia się, że nie spełni oczekiwań partnera, istnieje większe ryzyko wystąpienia u niej zaburzeń odżywiania i innych problemów zdrowotnych związanych z utratą wagi, które w konsekwencji mogą prowadzić do niezadowolenia z życia, depresji, stanów lękowych i niepokoju czy uzależnień.

Wcześniejsze badania przeprowadzone przez Meltzer pokazały, że małżeństwa są bardziej szczęśliwe i satysfakcjonujące, jeśli to żony są bardziej atrakcyjne niż ich mężowie! Jednakże kobiety często mają tendencję do błędnych założeń dotyczących wymagań swojego partnera wobec ich ciała – wydaje im się, że powinny być chudsze, bo tylko takie będą się podobać swoim mężom. Niezwykle istotna jest zatem rola partnera, który będzie potwierdzać atrakcyjność swojej wybranki bez względu na jej rozmiar, a także doceniać i podkreślać inne jej walory i zalety, nie związane z fizycznością, np. wrażliwość, inteligencję oraz udzielane wsparcie.


 

Na podstawie: www.sciencedaily.com

Zapisz


Psychologia Związek

Dlaczego tak trudno nam odejść, gdy ktoś ciągnie nas na dno? 4 myśli, które związują nam ręce

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
20 lipca 2017
Fot. iStock / IBushuev
 

Dlaczego uparcie tkwimy w związkach – kotwicach, które ciągną nas na samo dno? Wiemy, że funkcjonujemy w relacji, która nas wyniszcza, wiemy, że nie tak to powinno wyglądać, a jednak nie potrafimy odciąć liny i wypłynąć na powierzchnię?

Wydaje się to banalne i oczywiste, dopóki sami nie utkniemy w takim potrzasku. Cóż to za problem przeciąć linę? A co, gdy właśnie wypadł nam z ręki scyzoryk, a linia ściąga nas tak głęboko, że widzimy już tylko ciemność? Dlaczego tak trudno nam odejść, gdy ktoś ciągnie nas na dno?

4 myśli, które związują nam ręce

Jestem nikim

Niewiele potrafię, wiem, zarabiam, źle wyglądam. Brak poczucia własnej wartości spycha nas na życiowy marines. Każe myśleć, że nic już nas dobrego w życiu nie czeka. Że nie zasługujemy na dobre życie, relację, miłość, pracę. Dlatego tkwimy w tym, co mamy. To ma za wszelką cenę uchronić nas przed ryzykiem, z którym wiąże się zmiana. Bez wewnętrznej wiary w swoje siły, tylko szaleniec porwałby się na rewoltę.

Jest to w pewnym sensie sytuacja patowa. Toksyczna relacja buduje się korzystając z naszych zasobów i potrzebuje do tego paliwa. Toksyczni ludzie, karmią się pewnością siebie swoich ofiar. Im dłużej tkwisz w toksycznej relacji, tym więcej poczucia własnej wartości tracisz.

Nie wiem, co mnie czeka

A co jeśli stracę? Przecież już tyle energii i uczuć zainwestowałam w ten związek, mam to teraz tak zostawić?  Jest wiele obaw i lęków, które każą nam oddalać od siebie myśl o zakończeniu takiej relacji – bez względu na to czy to związek romantyczny, przyjacielski, zawodowy czy rodzinny. Najważniejszym argumentem staje się niepewność. Odcięcie takie liny, sprawi, że jak korek wyskoczymy na powierzchnię.

Tylko, co po tylu miesiącach czy latach tam na nas czeka?

W toksycznych związkach najmocniej przywiązuje strach przed samotnością, przed porażką, to, co nieznane.

To normalne…

Bez przesady…

To tylko…

Zawsze tak było…

Każdy tak ma, tylko o tym nie mówi…

Tak wygląda życie…

Trzeba się z tym pogodzić…

To tylko kilka myśli, które pomagają nam zracjonalizować wyrządzoną krzywdę. Wyidealizować partnera/bliską osobę i uniknąć konfrontacji z rzeczywistością. Bo skoro każdy tak ma i to normalne – to chyba ze mną musi być coś nie tak, prawda?

Dlaczego uciekamy przed konfrontacją z faktem, że ktoś nas krzywdzi lub wykorzystuje? Bo wymagałoby to on nas decyzji i działania. A bez wiary we własne siły i z obawami o przyszłość wcale nie tak łatwo jest działać. Znacznie prościej jest oszukiwać siebie, tak długo, jak to możliwe. W toksycznej relacji podświadomie wybieramy rozwiązanie pozornie bezpieczne, kupujemy czas.

Niestety czas działa na naszą niekorzyść.

Im dłużej obserwujemy i uczestniczymy w jakimś zachowaniu, tym bardziej je normalizujemy. Awantura o krzywo odłożoną łyżeczkę szokuje tylko kilka razy, potem staje się codziennością, jest tak oczywista, że przestaje dziwić, aż w końcu zamiast się buntować – ulegamy. Szukamy sposobu na święty spokój.

Z czasem to, co dla nas złe, staje się „zwyczajne”.

Przecież poza „TYM” jest dobrze

To nieważne, że codziennie jest źle, bo przecież:

  • ten weekend,
  • te wakacje,
  • ta randka,
  • ten seks….

… itd. były takie cudowne. Pokazały nam, że może być dobrze. Może od czasu do czasu, ale lepszy wróbel w garści… Żeby jeszcze bardziej samych siebie uspokoić, serwujemy sobie chwilowy koktajl szczęścia. Główny składnik to wzloty. Każda relacja ma w swoim archiwum i wzloty i upadki, jednak w związku toksycznym proporcja chwil złych do dobrych, jest jednoznaczna. Mimo tego uwikłanie w taki związek sprawia, że nawet kilka minut dobra, wystarcza na racjonalizowanie i wynagradzanie wielu, wielu lat.

Tkwiąc w toksycznej relacji wszyscy ulegają podobnemu mechanizmowi – w pierwszej kolejności szukają wystarczającej ilości powodów, by zostać i zagłuszają argumenty przemawiające za zerwaniem relacji. Mimo, że ma ona na nich wyniszczający wpływ. Często dopiero świadomość rządzących nami schematów pozwala zebrać w sobie dość siły, by wyjść choć jedną stopą poza mur.


Psychologia Związek

Mąż kilka lat temu usiadł w fotelu i powiedział „właśnie zwolnili mnie z pracy”. I tak siedzi do tej pory, a wszystko jest na mojej głowie

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 lipca 2017
fot. iStock/ dcdp

Wracam do domu z pracy, dźwigam zakupy i planuję, co szybkiego zrobić na obiad, jakie pranie nastawić, białe czy kolorowe, może w końcu zabiorę się za tę stertę prasowania. Otwieram drzwi i od progu słyszę odgłos włączonego telewizora – leci chyba jakiś programu motoryzacyjny, jeden z jego ulubionych. Odkładam siatki, wieszam torebkę i zaglądam do pokoju – mąż siedzi przed telewizorem, dokładnie w tej samej pozycji, jaką zajmował, gdy wychodziłam do pracy. „O już jesteś. Zrobisz herbaty?” pyta wskazując na pusty kubek stojący na stoliku obok. Zaciskam zęby i czując jak opuszczają mnie siły i resztki motywacji, idę nastawić czajnik – od kilku lat nie robię nic innego, tylko zaciskam zęby, połykam łzy i obsługuję mojego bezrobotnego męża.

Kiedy go poznałam był zupełnie innym człowiekiem – inteligentny, oczytany, zabawny, dusza towarzystwa. Pracował jako przedstawiciel handlowy, więc dobrze wiedział jak oczarować ludzi i zjednać sobie ich sympatię. Moją zdobył w jeden wieczór, a po tygodniu byłam już zakochana po uszy i przekonana, że albo on, albo żaden inny. Byłam świeżo po studiach, zaczynałam nową pracę, a w dodatku znalazłam miłość życia – wydawało mi się, że świat stoi przede mną otworem i mam licencję na szczęście. Ale nic nie może przecież wiecznie trwać, prawda?

Pobraliśmy się po roku, po dwóch latach zostaliśmy rodzicami. Nieskromnie powiem, że wiele osób nam zazdrościło – Darek przeżywał wtedy zawodową passę i odnosił sukces za sukcesem, życie rodzinne układało nam się bez większych problemów, jednym słowem: sielanka. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy syn poszedł do pierwszej klasy – firma męża popadła w kłopoty finansowe z powodu jednego ze wspólników, zaszły zmiany w spółce i przez kilka miesięcy trwała walka o ich być albo nie być.  Aż w końcu ogłosili koniec biznesu i wręczyli pracownikom wypowiedzenia. Mąż wrócił wtedy do domu załamany, usiadł w fotelu i powiedział „właśnie zwolnili mnie z pracy”. I tak siedzi do tej pory, a wszystko jest na mojej głowie.

Na początku wszyscy dookoła powtarzali, że na pewno szybko znajdzie pracę, że z jego doświadczeniem przyjmą go z pocałowaniem ręki, nie ma co się przejmować. Obiecywali też pomóc, pytać, dawać znać, jeśli usłyszą o wolnym etacie. Przez pierwsze tygodnie Darek intensywnie szukał, dzwonił, chodził na rozmowy, zagadywał znajomych z branży, ale niestety, bez efektu – albo szukali młodszych (mąż był wówczas po czterdziestce), albo z wyższym wykształceniem i znajomością dwóch języków, a często to Darek kręcił nosem na ofertę i mówił, że stać go na więcej – dziesięć lat pracy z dobrymi zarobkami i na samodzielnym stanowisku trochę go rozpuściły i nie zamierzał zaczynać znowu od zera. Teraz myślę, że właśnie to go zgubiło, ta duma, ta cholerna duma i wielkie ego.

Po dwóch miesiącach poszukiwań widziałam jak dopada go spadek motywacji, zupełnie, jakby ktoś spuścił z niego powietrze i wyssał energię. Dalej przeglądał ogłoszenia i dzwonił, ale już bez większej wiary w powodzenie i bez entuzjazmu. Zrobił się niecierpliwy, drażliwy, pomiędzy nami zaczęły się coraz częstsze kłótnie i spięcia. Kilka razy wyczułam od niego alkohol, ale gdy pytałam o to, zmieniał temat, wykręcał się albo zarzucał mi, że próbuję zrobić z niego alkoholika, nazywał siebie nierobem, nieudacznikiem, mówił, że powinnam znaleźć sobie kogoś, kto potrafi utrzymać rodzinę. Nie miałam siły na awantury, więc odpuszczałam, powtarzałam sobie, że to tylko chwilowy kryzys, że jak znajdzie pracę to wszystko wróci do normy i samo się ułoży. Ta naiwność (a może raczej słabość?) była z kolei moją największa winą.

To, że Darek był w domu wcale nie oznaczało, że wziął na siebie więcej obowiązków – sprzątanie, gotowanie, zakupy, wychowanie syna, wszystko było na mojej głowie! Wiem, sama go do tego przyzwyczaiłam, chciałam być idealną panią domu, żoną i matką, przez lata pracowałam na dwa etaty – taki też obraz wyniosłam z domu rodzinnego, powtarzałam zakorzenione we mnie nawyki, dziś już tak niemodne i rzadziej spotykane. Wracałam z pracy i musiałam nakarmić, oprać i obsłużyć moich dwóch mężczyzn.  Kiedy po pół roku Darek nadal był bezrobotnym, postawiłam się i zażądałam, by w końcu coś zrobił i ruszył się z domu. Obraził się i nie rozmawialiśmy przez kilka dni, ale znalazł pracę. Długo jednak nie zgrzał w niej miejsca, bo pokłócił się z przełożonym i po dwóch tygodniach znowu był bez zatrudnienia. Potem miał jeszcze trzy takie epizody, ale zawsze coś było nie tak – a to umowa „śmieciówka”, a to warunki oburzające i niehumanitarne, a to za daleko i więcej na dojazdy wyda niż zarobi, nie opłaca się. Była próba własnej działalności, spółka ze szwagrem, podobno interes życia i niesamowita okazja – skończyło się na długach, które spłacałam potem przez dwa lata i urażonej ambicji Darka. Mąż wrócił do siedzenia w fotelu przed telewizorem i udawania, że szuka zajęcia, a ja wróciłam do zaciskania zębów i udawania, że wciąż mu wierzę.

Moja urzędnicza pensja wystarczała na opłacenie rachunków i utrzymanie bez zbędnych szaleństw, ale syn co chwilę wyrastał ze swoich rzeczy, w szkole zawsze było coś ekstra do zapłaty, niespodziewanie wyskoczyła wizyta u dentysty, naprawa samochodu – normalnie, jak to w życiu bywa. Mąż nie zmienił też swoich przyzwyczajeń i nie widział konieczności zaciskania pasa, żył tak jak do tej pory zupełnie nie przejmując się tym, że nasze dochody są znacznie mniejsze. Coraz ciężej przychodziło nam (a raczej mi) dopięcie budżetu, teściowie zaproponowali nam finansowe wsparcie, ale Darek odmówił kategorycznie i uniósł się honorem. Do tej pory nie wie, że co miesiąc jego mama przysyła mi pieniądze – bez tego tonęlibyśmy w długach po uszy.

Od siedmiu lat utrzymuję swojego męża i nasz wspólny dom. Czuję złość i ogromne rozczarowanie, jestem wręcz wściekła. Przestałam spotykać się ze znajomymi i przyjaciółkami, bo nie mam już siły odpowiadać na ich pytania o Darka, znosić ich pobłażliwych spojrzeń i wstydzić się za własnego męża. Bo tak, wstydzę się za niego i za siebie – wiem, jak to wygląda z boku, wiem, co myślą sobie inni i że zastanawiają się, dlaczego się na to zgadzam. Szczerze mówiąc, ja sama też tego nie wiem… Jedna z koleżanek powiedziała mi wprost, że ona już by dawno wyrzuciła dziada z domu i nie pozwoliła się wyzyskiwać – cóż, kiedyś też byłam taka harda, łatwo oceniać i gdybać, jeśli zna się coś tylko teoretycznie. A przecież mimo wszystko to jest mój mąż, ojciec mojego syna, człowiek, którego kochałam i z którym spędziłam wiele lat!

Czy gdybym bardziej naciskała byłoby inaczej? Czy to moja wina, czy byłam zbyt wyrozumiała, naiwna i łatwowierna? Najbardziej przeraża mnie to, że mój syn dorasta patrząc na to wszystko i mając za autorytet człowieka, dla którego głównym celem życiowym stało się przełączanie kanałów telewizyjnych, komentowanie wiadomości i wydawanie poleceń „zrób mi herbaty, podaj to, przynieś tamto”. Niedawno teściowa powiedziała mi ze łzami w oczach, że podziwia mnie za to, że jeszcze utrzymuję ten dom, że daję radę i… przeprosiła za swojego syna! Rozpłakałam się wtedy i poczułam ogromną wściekłość na Darka – inni za niego pracują, inni się martwią, inni nawet zamiast niego się wstydzą. Nie wiem już, kim jest, patrzę na niego bez uczucia, z niechęcią i wielkim żalem i modlę się o cud – bo chyba tylko cud może sprawić, że coś się zmieni.

Zapisz


Zobacz także

15 znamion toksycznej miłości

Kobieto, wyjrzyj choć na chwilę poza swoje kołtuny życiowe. Jakaś garstka próbowała zmienić swoje życie, inna garstka je zmieniła

„Robił się coraz większy. Celu już nie miał, bo gdy patrzył w lustro uważał, że wciąż jest za szczupły”. Portrety: Bartek – bigoreksja [część 1]