Lifestyle Związek

Bo ty się w ogóle nie starasz. A ja tu buduję nam miłość za dwoje

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
7 grudnia 2016
Fot. iStock/Marco_Piunti
 

– Ale o co ci właściwie chodzi – mawiał mąż mojej koleżanki jeszcze przed ich rozstaniem. I patrzył w taki sposób, że ja mu wierzyłam: naprawdę nie wiedział, o co jej chodzi. Jak większość mężczyzn, oczekiwał prostych komunikatów, najlepiej takich, na które można odpowiedzieć „tak” lub „nie” i gubił się w tych wszystkich subtelnych sygnałach. – Jemu już w ogóle nie zależy – skarżyła się ona wszystkim swoim znajomym. – Nie stara się, nie zauważa, nie interesuje się moją pracą. Nie kocha mnie już. Nie proponuje nawet, żebyśmy gdzieś wyszli. W tym związku to ja staram się jak mogę, żeby to wszystko utrzymać, żeby to jakoś trwało.

Rozstali się jakiś czas potem, zaledwie trzy lata po ślubie. W nas, znajomych pozostało po tym związku jedynie wrażenie, że przyczyną był brak zaangażowania drugiej strony, jej poczucie osamotnienia, świadomość, że jego uczucie wygasło, wypaliło się gdzieś po drodze. Bo, że to uczucie między nimi kiedyś było, nie mieliśmy wątpliwości. Ale może rzeczywiście przestało mu zależeć, a ona, biedna i oddana tej miłości do granic poświęcała swoje potrzeby w imię wspólnego „my” i budowała w pocie czoła za dwoje. Współczułam jej, bardzo.

Na kilka miesięcy straciłam kontakt z obojgiem, ale tydzień temu spotkałam JEGO. Całkiem przypadkiem zobaczyliśmy się w pewnym skandynawskim sklepie z meblami, gdzie właśnie spożywaliśmy rodzinny obiad. To znaczy – mój był rodzinny, jego raczej „pojedynczy”. Usiadłam na chwilę przy jego stoliku, przywitałam się i ścisnęło mi się serce na widok jednego, smętnego talerza z różowym łososiem i zielonym kalafiorem oraz nędznej kupki frytek. Facet zdecydowanie schudł, zmizerniał i gdyby nie mój sceptyczny stosunek do męskich nieszczęść w ogóle, z pewnością zrobiłoby mi się go jeszcze bardziej żal.

Standardowe pytanie „co u ciebie” wydało mi się w tym wypadku tak niezręczne, że ugryzłam się w język zaraz potem kiedy je zadałam. Za późno. Popłynęło. Widać, musiał wyrzucić z siebie wszystko, a nie miał dotąd okazji. Tu, w totalnym chaosie charakterystycznym dla weekendowych wypadów do centrum handlowego, wśród płaczu niemowląt i wrzasków kilkuletnich podrostków, jakoś łatwiej mu było mówić o uczuciach, niż w gronie przyjaciół, w cichej kafejce przy herbacie owocowej, czy nawet kieliszku czerwonego wina.

Był sam, od rozwodu mieszkał w wynajętej kawalerce. Dlaczego doszło do tego rozstania, to on właściwie nie wie. Bo przecież kochał, nadal kocha i nic złego nigdy nie zrobił. Kiedy przyszła do niego do pracy z pismem rozwodowym, mówiła, że się nie stara, że o nią nie dba. A przecież on dla niej zrezygnował z tego półrocznego wyjazdu do Stanów, dla niej nie wykorzystał tej życiowej szansy, byle zostać tutaj, w Warszawie, bo przecież smutno by jej było i ciężko tu samej. I kto by rano tę kawę parzył? On nie rozumie.

Dlaczego czuła się samotna? Przecież prosto z biura, dzień w dzień wracał do domu po pracy, wpadając tylko do piekarni na rogu po pieczywo na kolację. Potem już cały wieczór, w salonie, na kanapie, na wyciągnięcie ręki. Że z komputerem, telefonem? Ale BYŁ obok, cały ten czas.  I do nikogo na tym komputerze nie pisał, prócz służbowych maili do biurowej asystentki i tych kilku, do reszty zespołu. Żadnej zdrady, żadnej innej kobiety. Tylko ona przecież, przysięgam.

I co to znaczy, że on nie wie, co się dzieje w jej życiu? Wszystko wie, przecież ona bezustannie opowiada o tych koleżankach, przyjaciółkach, ich dzieciach, psach i kotach. I że już pora na dziecko, bo wszyscy mają, tylko nie oni. Ale jak się do tego zabrać, w tych ciągłych pretensjach, łzach, żalach, że on na nią nie patrzy, kiedy ona do niego mówi.

Nie wiedział, że jest tak źle. Jemu nie było źle. On był szczęśliwy. Że nic nie proponował, że się nie starał? Tak, to prawda, ostatnio w ogóle przestał cokolwiek proponować, ale z reguły to, co wymyślił spotykało się z jej miażdżąca krytyka. Portugalskie kino? Nie, wiesz, że nie lubię. Co z tego, że jeszcze nie widziałam, czuję, że nie będzie mi się podobało. Jak to skąd wiem? Wiem, co lubię. Tego nie lubię. I już. Kolacja w tej małej knajpce? Bardziej nie możesz się postarać? Tam dają pizzę i jakiś makaron, tak? No, proszę cię. Nie, nie kupuj biletów do teatru, ja wybiorę. Zostaw.

On wie, pokpił sprawę, mógł być bardziej uważny, bardziej się wysilić. Tylko, w pracy było ostatnio tyle spraw, tyle obowiązków. Wracał do domu i dosłownie nie miał na nic siły. Widział, że jest zła, że foch, że to narasta. Więc może wolał uniknąć konfliktu?

–  To może powiedz jej to wszystko, może jeszcze będziecie razem? – zaproponowałam nieśmiało na koniec naszej rozmowy. Spojrzał na mnie z nadzieją, jakby oczekując jeszcze jakiegoś, dodatkowego potwierdzenia, że ONA do niego wróci. A potem pożegnaliśmy się, życząc sobie dobrych świąt.

Zaniosłam ten bagaż jego emocji do mojego stolika, a potem do domu. Zamierzałam zadzwonić do NIEJ, szepnąć może kilka słów, poprosić, by nie skreślała go, ale przyjaciółka powiedziała mi, że ONA jest już w związku. Szczęśliwym. Znów buduje go za dwoje i stara się jak może najlepiej, by tym razem, ta miłość była idealna.


Lifestyle Związek

Miłość na przeczekanie. Ile czasu dasz ukochanej osobie na zmiany, które nie nadejdą?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
12 grudnia 2016
Miłość na przeczekanie. Ile czasu dasz ukochanej osobie na zmiany, które nie nadejdą?
Fot. iStock/prudkov
 

Ile czasu można dać ukochanej osobie na zmiany, które uporządkowałyby wasze relacje, ulepszyły waszą miłość, sprawiły, że wreszcie pozbyłabyś się wątpliwości, że w końcu mogłabyś być szczęśliwa? Ile trzeba czekać, aż on „zrozumie”, „przejrzy na oczy”, wybierze…? Jak to jest, żyć miłością „na przeczekanie”, mieć „byle jaki” związek i tylko wyobrażać sobie jak to mogłoby wyglądać, gdyby wszystko byłoby inaczej. Albo gdybyśmy zdecydowały się zakończyć tę relację, odejść, wyjść z tej iluzji, poszukać czegoś prawdziwego…

Piętnaście

Iwona czeka na swojego męża już piętnaście lat. Ma z nim dwójkę wspaniałych dzieci, dom, kota i dwa psy, w ogrodzie. Można powiedzieć, że to bardzo dużo. Ale Iwonie brakuje najważniejszego: jego spokoju, radości z tego, że ma piękną i zdrową rodzinę. Wspólnego czasu, rozmów z chłopcami, jego obecności, kiedy grają w sobotnie popołudnie w planszówki, całego tego „ojcowania”. Jego miłości wyrażanej nie wysokością kwoty jaką przelewa jej na konto co miesiąc („ty tak mało zarabiasz, kup sobie coś porządniejszego”), ani marką ubranek jakie na gwiazdkę dostają od niego ich synowie. Mąż Iwony z pewnością ją kocha, ale nie jest w stanie dać jej z tego uczucia więcej niż bezpieczeństwo finansowe, sporadyczna troska o jej zdrowie, kiedy nadchodzą chłodniejsze dni.

Męża Iwony nie ma. Emocjonalnie, bo fizycznie „bywa” tuż obok. Tyle razy prosiła: „Zajmij się nimi, zabierz ich na spacer, oni tak cię potrzebują”. Obiecywał i i jej i chłopcom, a potem, jak zwykle łamał tę obietnicę. I wcale nie zawodowe obowiązki stawały mu na przeszkodzie. On po prostu „nie chce”. Na zewnątrz, wśród obcych , cieszy się sukcesami synów, jest z ich dumny. Ale w domu, potrafi być bardzo wymagający i oschły, kiedy z czymś sobie nie radzą. Nie ma w nim spontanicznej chęci „bycia z nimi”, radości z czasu spędzonego razem, nie ma inicjatywy i woli by ich lepiej poznać. Czasem mówi wprost, że go męczą, drażnią. Żeby ich zabrać. Czasem wpada w szał, wykrzykuje te wszystkie okropne, wulgarne słowa, i że bez niego są niczym, że nic by nie mieli, że powinni codziennie dziękować za to, że urodzili się w takiej rodzinie. Czasem szarpie, mocno i patrzy, tak groźnie, że chłopcy kulą się w sobie jakby chcieli zniknąć.

Iwona wie, że to jest gdzieś głęboko w nim, że to jego dzieciństwo zaważyło na relacjach z synami. Wie, widzi jak dzieci rosną, jak coraz rzadziej czekają na tatę, jak coraz bardziej rozumieją, że nie mogą na niego liczyć, jak się odsuwają, jak nawet z „męskimi” sprawami przychodzą do niej. Mówi, że czeka, bo wierzy, że to „się zmieni”. Znalazła terapię dla niego, dla chłopców, dla siebie. Terapeutka zobaczyła jej siniaki, powiedziała: niech pani już nie czeka, niech pani się ratuje, zabiera chłopców, póki są jeszcze mali i przestanie się o niego troszczyć. Ale Iwona się martwi i czeka dalej. Bo przecież to nie jego wina, że tak sobie nie radzi z emocjami, że nie umie być ojcem. On się jeszcze zmieni, podejmie leczenie. I kiedyś będą wszyscy szczęśliwi. Na pewno.

Dwanaście

Ania jest z Pawłem od liceum. To już całe dwanaście lat. Kocha go, bardzo. I on ją też kocha. Przecież tyle razy rozmawiali o tym, że trzeba by w końcu „coś z tym związkiem zrobić”, założyć rodzinę, mieć dzieci: chłopca i dziewczynkę. Oboje chcą tej rodziny. Wynajęli razem mieszkanie, zaczęli wić gniazdko. Paweł jest cudownym partnerem. Wtedy, kiedy jest z Anią. W chorobie to potrafi ją wspaniale pielęgnować, nawet syrop jej nalewa na łyżeczkę. I chusteczki do nosa przynosi. Nikt nie potrafi takich śniadań jak on jej przygotować. Mówi też tak pięknie o ich miłości, że kiedyś będą mieli te dzieci i duży salon, wakacje w górach… Ale najpierw piękny ślub. Lada moment, już niedługo, da jej pierścionek. Tylko musi zdecydować jaki, bo dla niej to musi być naprawdę coś wyjątkowego.

Pięć lat temu ją zdradził. Przyszedł, powiedział, że się zakochał, że między nimi koniec. I, że przeprasza i dziękuje, było cudownie, ale to już koniec. Wyprowadził się z mieszkania i zostawił ją samą z czynszem i wszystkimi płatnościami, z dnia na dzień. Pół roku później okazało się, że się pomylił, że tamta dziewczyna była dla niego „nikim”. Że tylko ją, Anię potrafi tak kochać, to przeznaczenie. Wrócił, znów zapłacił swoją połowę czynszu. Znów mówili o dzieciach i o pierścionku.

– Ania – mówi jej przyjaciółka – Przecież on cię traktuje jak wyjście awaryjne. Raz zrobił Ci taki numer, to i następny raz nie zrobi?…

Przyjaciółka się nie myliła. Rok później Paweł zaczął spotykać się z koleżanką, którą znał od dzieciństwa. W cudowny sposób odnaleźli się po latach, zaiskrzyło… – Nie rób sobie nadziei – mówił Ani. – To miłość.

Miłość skończyła się po dwóch tygodniach. Ania wie, że Paweł się w końcu ustatkuje, że to ją wybierze „ostatecznie”. Że wcale nie jest żadnym wyjściem awaryjnym, na wypadek, gdyby nowa miłość nie wypaliła. A poza tym, to dobrze, że on wie, że ona będzie na niego zawsze czekać. Tą miłością, taką prawdziwą, wierną, ona zasłuży sobie na takie samo uczucie z jego strony.

I jeszcze jedno, Paweł zawsze wraca na gwiazdkę. A to coś znaczy. No dobrze, raz, jedyny raz zostawił ją samą, pojechał z tamtą dziewczyną z pracy w góry. Ale wrócił przecież i mówił, że to był błąd, że on zrozumiał i że już nigdy więcej. Chciał tylko sprawdzić, czy to uczucie do Ani jest większe niż każde inne. Sprawdził to jeszcze raz, miesiąc temu.

Ania czeka. Wie, że Paweł się zmieni, że zrozumie. Iwona też czeka, zakrywa posiniaczone ręce wciągając bluzkę z długim rękawem. Miłość nie zawsze jest przecież od razu szczęśliwa, prawda? Warto czekać.


Lifestyle Związek

„Kim jestem?” – pyta siebie Ewa, ale nie umie znaleźć odpowiedzi. Wie tylko jedno, to nie jest jej życie. Nigdy go nie miała

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 grudnia 2016
Fot. iStock/alien185

Córeczka tatusia. Puszek – Okruszek. Duma. Oczko w głowie. Jego mała kobietka.  Ewa nie wie, czy powinna być swojemu ojcu wdzięczna za tę całą wielką miłość, którą od niego dostała, czy płakać nad swoim zagubieniem. Bo to ojcowskie uczucie owinęło ją tak szczelnie, tak wysoko uniosło nad ziemią, tak objęło troskliwymi ramionami, że dziś zbyt często brak jej tchu. W miłości zaś dusi się po prostu. I nie wie już kim jest naprawdę.

Odkąd pamięta, zawsze była najważniejsza, pierwsza, jedyna. Mama śmiała się nawet, że ojciec traktuje ją jak królową, ale to ona, ich córeczka jest cesarzową w domu. Miała jego uwagę, czas, czułość, wsparcie – coś, o czym jej koleżanki mogły tylko marzyć. Dlatego też, kiedy zaczęła dorastać, stanęła z boku, odsunęła się. Daleko jej było do ich problemów, nie rozumiała ich, nie potrafiła znaleźć z nimi wspólnego języka.

Dziwna była ta ich relacja, bez przestrzeni, bez tajemnic. Mieć przed nim tajemnice? Patrzył zawsze tak, jak gdyby wszystko o niej wiedział. Jakby ją zaprojektował, zaprogramował, była dla niego taka przewidywalna.

Oszukać go? Zawieść? Przecież tak cieszył się z każdego dowodu zaufania, którym go obdarzyła.

Czuła wdzięczność. Ogromną wdzięczność. Z tej wdzięczności chyba starała się go zadowolić, najlepiej jak umiała. Świetne oceny, udział w konkursach przedmiotowych, recytatorskich. Kolejne egzaminy z angielskiego, francuskiego. I jeszcze to pianino, którego właściwie wcale nie lubiła. Ale on powtarzał, że ma talent, że świetnie gra. Więc skończyła tę szkołę muzyczną, dostała dyplom z wyróżnieniem. Dla niego.

Mamę też kochała, ale inaczej. Ojciec był jej idolem, autorytetem, a mama po prostu bliskim członkiem rodziny. Zawsze radosna, nieco „postrzelona”, artystyczna dusza. My i mama – taki podział miała w głowie Ewa.

Studia? Te, które dla niej wybrał. Nie, niczego nie narzucał. Było jak zawsze. – Zobacz kochanie – powiedział – To będzie dla ciebie najlepsze rozwiązanie, tu sobie świetnie poradzisz. Tak jakby się bał, że Ewa stanie w końcu przed jakimś wyzwaniem. Przecież on był po to, żeby jej wszystkie kłody spod nóg usuwać. Żeby ją chronić.

Dzień po 22-gich urodzinach Ewy, ojciec odszedł. To był rozległy zawał, bez szans na ratunek. Ewa była wtedy na uczelni, odebrała telefon od mamy.Pierwsza myśl? „Boże, co teraz ze mną będzie.” A potem pustka, żal, rozpacz. Jeden wielki znak zapytania. Co dalej? W którą stronę pójść? Pół roku przetrwała tak, prześlizgnęła się przez życie, zawieszona gdzieś, emocjonalnie słaba, krucha. Mama, ekspresyjna, ekstrawertyczna, przeżywała swoją rozpacz głośno, tuż obok, a Ewa – cicha, poważna, milczała. I robiła wszystko, by nie zawalić studiów, by tata nadal mógł być z niej dumny. Byle tylko nie wybiegać za daleko w przyszłość.

A potem spotkała JEGO. Złożyła aplikację do firmy, w której był współwłaścicielem. Rekrutację przeszła, ale oferty ostatecznie nie przyjęła. Zapadła mu w pamięć, zadzwonił. Zakochała się. To znaczy, on się zakochał i ona wtedy poczuła, że to uczucie odwzajemnia. Tak, jakby nauczył ją tej ich miłości. Podał definicję, a ona ją przyswoiła, przyjęła.

Od roku mieszkają razem. Jest starszy, niezależny finansowo, mądry, opiekuńczy. Jak tata. Przypomina go nawet fizycznie. Ma takie same, brązowe, spokojne oczy. Takie same, szerokie opiekuńcze ramiona. Kocha Ewę. Dba o nią. Usuwa te wszystkie przeszkody, wszystko to, co niewygodne. Wieczorem parzy dwie filiżanki zielonej herbaty. – Ewa – pyta – nie chciałabyś być żoną?. I uśmiecha się tak spokojnie, pewnie. Bo pewny jest odpowiedzi. On WIE, że Ewa powie „tak”. Zna jej emocje, myśli, uczucia. Zna ją na wylot. Jak tata.

Ewa jest szczupła, bardzo szczupła. Dziewczęca, delikatna, śliczna. Jej twarz przypomina twarze z elżbietańskich portretów. Od pół roku dusi się w najlepszym ze związków. Czasem ma „te” sny. Ciężkie, duszące, niebezpieczne. Śni jej się, że ucieka, że chce biec na drugi brzeg, ale nogi grzęzną jej bagnie i już nie może wykonać żadnego ruchu. Tam daleko coś ją woła do siebie, jest dobre, piękne. A za plecami dziwny, nieprzyjemny głos szepce: „Zostań, tu jesteś bezpieczna”. Potem Ewa się budzi, serce bije jej bardzo mocno. Zimno jej i gorąco jednocześnie. Wstaje po cichu, nie budzi śpiącego obok narzeczonego. Idzie do kuchni, parzy herbatę i czeka, aż zrobi się jasno. Duszno jej i czuje lęk. Ogromny, przytłaczający. Chciałaby uciec, zniknąć, ale nie umie tego wytłumaczyć. Przecież powinna być taka szczęśliwa.

„Kim jestem?” – pyta siebie Ewa, ale nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Wie tylko jedno, to nie jest jej życie. Nigdy go nie miała.

Ostatnio coraz wcześniej wychodzi do pracy i coraz później z niej wraca.