Psychologia

Nie możemy być całe życie szczęśliwi, to jest niemożliwe – o tym, jak ważny w naszym życiu jest smutek

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 października 2015
Fot. IStock/martin-dm
 

W naszym cyklu rozmów o emocjach było już o złości, tym razem z Bartoszem Szymczykiem, psychologiem i psychoterapeutą, rozmawiamy o smutku, o tym, czy sobie na niego pozwalamy, co przeżywanie smutku może nam dać w relacji z drugim człowiekiem i gdzie jest granica między smutkiem a depresją.

Ewa Raczyńska: Może zaczniemy od tego, czym jest smutek?

Bartosz Szymczyk: Smutek jest jedną z podstawowych emocji, która, jak pokazują badania Paula Ekmana, jest uniwersalna. Przeżywają i podobnie wyrażają ją osoby pochodzące z prawie wszystkich kultur, prawie wszędzie na świecie. To emocja, która powoduje także zatrzymanie, refleksję, możliwość spojrzenia na rzeczy inaczej niż do tej pory – to jedna z ważnych ról smutku i jedna z jego definicji.

Jest druga?

Oczywiście, bo smutek to też emocja, która powstaje najczęściej wtedy, kiedy mamy do czynienia ze stratą tego, co dla nas ważne, co sprawiało, że byliśmy szczęśliwi, co dawało nam poczucie bezpieczeństwa, oparcia i stabilności. Kiedy to tracimy, naturalną reakcją jest właśnie smutek, ból i rozpacz. Tak sobie myślę, że ważne przy tym jest, jak okazujemy ten nasz stan emocjonalny, na ile poprzez ekspresję tej emocji zapraszamy innych do tego, by dali nam wsparcie, byli z nami w sytuacji straty.

Tylko my nie lubimy pokazywać, że jesteśmy smutni…

No właśnie, dzisiaj dużo kłopotu dotyczącego smutku dotyczy właśnie jego okazywania. Nie lubimy tego stanu, ponieważ widok smutnej osoby powoduje nasze pobudzenie i konfrontuje z pewnego rodzaju bezradnością. Co więcej, nasze ciało poza naszą świadomością rozpoznaje emocje bliskich nam ludzi na zasadzie lustra – my także zaczynamy je przeżywać. I kiedy widzimy smutek, to powstaje w nas pewnego rodzaju  rozdarcie, bo z jednej strony ta reakcja naszego organizmu umożliwia nam większą empatię, a z drugiej musimy skonfrontować się z odbiciem tego smutku w nas samych, co czasami jest trudne do wytrzymania.

Tutaj ważnym elementem dotyczącym właśnie okazywania smutku są różnego rodzaju komunikaty, które nieraz słyszymy od otoczenia, często uwarunkowane kulturowo. Niekiedy w procesie wychowawczym otrzymujemy przekaz, by ekspresją smutku za bardzo innym nie przeszkadzać. Także dorosłym, którzy są smutni, mówimy, by wzięli się w garść, żeby się nie mazali, że wszystko będzie  dobrze, że wystarczy się uśmiechnąć. Trzeba jednak mieć tę świadomość, że w ten sposób sygnalizujemy komuś: „Nie przeżywaj tego smutku, bo to ciężkie dla mnie”. Taki komunikat wcale nie anuluje przeżyć tej drugiej osoby, tylko powoduje, że nie czuje się ona akceptowana ze swoimi emocjami, a to wcale nie znaczy, że przestaje je przeżywać, tylko wycofuje się w izolację.

To trudne, bo przecież już w relacji rodzic – dziecko negujemy smutek, umniejszamy jego odczuwanie mówiąc smutnemu dziecku, żeby się nie przejmowało, nie płakało, że w życiu będą jeszcze większe powody do zmartwień.

W takiej relacji trudność stanowi świadomość rodzica, że smutek dziecka oznacza odczuwanie przez niego pewnego rodzaju dyskomfortu. A my jako rodzice czujemy się za los naszego dziecka odpowiedzialni i czasami tę odpowiedzialność rozumiemy tak, że trzeba zrobić wszystko, by komfort dziecka był podtrzymywany za wszelką cenę. A są przecież sytuacje, które wymusza życie i które wiążą się ze stratą, czy ze zmianą. Chociażby, kiedy dziecko idzie do przedszkola. To jest przecież olbrzymia zmiana dla dziecka, która bardzo często, zwłaszcza na początku, budzi wiele obaw i lęków, a także smutek. Bo przecież dziecko traci coś, co było mu już dobrze znane i bezpieczne. Nawet jak odnajdzie się w przedszkolu i lęki miną, smutek przez jakiś czas pozostaje i rzeczywiście rodzice reagują w taki sposób, że trudno jest dziecku ten smutek wyrazić. I rzeczywiście rodzice reagują w taki sposób, że trudno jest dziecku ten smutek wyrazić. A to z reguły pomaga.

Dziecko myśli: „Kiedy jestem smutny, rodzice są smutni”, ma poczucie winy, bo przecież doskonale odczuwa ich brak komfortu w sytuacji, gdy okazuje smutek, nieprawda?

Tak, dziecko wyczuwa nasze emocje, nawet gdy myślimy, że ich nie widać. Myślę sobie, że kiedy nasze dziecko jest smutne, musimy wiedzieć, że to co możemy mu dać, co możemy dawać sobie nawzajem w ogóle, to przyjęcie tych emocji, uspokojenie i podjęcie wspólnej próby ich rozumienia. Akceptując pokazujemy, że emocje po prostu są, że do nas przychodzą, że są sposobem, w jaki reagujemy. Kiedy jest nasza zgoda na cudze emocje i kiedy ktoś czuje, że my się na nie zgadzamy, wtedy można wesprzeć, zachęcić do innych aktywności, czy nawet poradzić. Podstawą skuteczności tych działań jest akceptacja dla tych emocji, które przecież pojawiają się dość spontanicznie i nie jest naszą winą, że jesteśmy smutni. Jak ktoś nas nie akceptuje to nie skorzystamy z jego pomocy.

A jeśli mówimy o tym, co jest groźne w smutku, to właśnie takie zachowania, które mogą się utrwalać.  Na przykład poczucie, że inni nas nie rozumieją, że nie można smutku pokazywać na zewnątrz, tylko przeżywać go w sobie. Czasami w relacji z innymi mamy wrażenie, że odebrano nam prawo do przeżywania smutku, albo sami jego sobie nie daliśmy.

Ale właśnie często jest tak, że ukrywanie naszego smutku jest ściśle związane z tym, jak zostaliśmy wychowani, z tym, czy dostaliśmy od innych, myślę o rodzicach, pozwolenie na jego okazywanie.

W tym pozwalaniu sobie na smutek widziałbym dwa źródła. Jedno bardzo głębokie, a drugie wynikające z dzisiejszych czasów, które wiąże się z bardzo silnym obecnie przekazem, by być szczęśliwym, osiągać sukces, tak jakby życie miało się tylko z tego składać. Pod koniec lat 80. powstała w psychologii gałąź nazwana psychologią pozytywną, która nie ma nic wspólnego z taką prostą afirmacją głoszoną przez różnej maści poradniki –  mówieniem o sobie, jaki jestem wspaniały, dobry i najlepszy. Psychologia pozytywna zajmuje się głównie refleksją nad tym, że ludzie mimo wielu problemów i kłopotów potrafią wychodzić z nich cało, wracać do normalnego funkcjonowania, a czasem nawet wzrastać po przebytej traumie. Dzisiaj natomiast widoczny jest pewien rodzaj wypaczenia tego podejścia polegający na tym, że trzeba myśleć pozytywnie, utrzymywać w sobie pozytywne emocje. To nie jest sensem psychologii pozytywnej.

Często mówię swoim pacjentom, że z emocjami jest jak z wężem ogrodowym. Jeśli zatkamy jego końcówkę to owszem, woda przestanie lecieć, ale siły nie przestają działać, ciśnienie narasta i może dojść do sytuacji, że gdzieś wąż się rozszczelni, woda zacznie kapać, może pod wpływem ciśnienia zrobi się w nim dziura i woda znajdzie ujście.

Musimy pamiętać, że emocje to sól naszego życia, jego immanentna składowa, nie da się z nich wypisać jak z klubu dyskusyjnego. Owszem można próbować tłumić w sobie, blokować, ale tylko przez pewien czas, Bo prędzej czy później zaczną wychodzić gdzieś indziej. W innej relacji, nie tam gdzie powstały. Smutek pod postacią negatywnych myśli o sobie samym, albo izolacji, albo zaburzeń o charakterze psychosomatycznym. Wtedy to  nasze ciało przeżywa za nas smutek, a nie umysł, bo jemu takiego prawa odmawiamy. To jest taka rzecz dotycząca współczesności.

A na tym głębszym poziomie? Gdzie jest problem ze smutkiem?

Myślę sobie, że tu pewien rodzaj kłopotu w pozwalaniu sobie na smutek polega na tym, że od smutku jest blisko do bezradności, a to uczucie jest dla nas bardzo trudne, bo konfrontujemy się z pierwotnymi stanami, kiedy stajemy się bardzo zależni od innych, bardzo wrażliwi i w wielu sytuacjach bardzo mocno bezradni, tak jak na początku naszego życia. Przed tą bezradnością chcemy się bronić za wszelką cenę, na przykład nadmierną aktywnością. Bo będąc smutni odczuwamy pewnego rodzaju kruchość, jesteśmy podatni na zranienia, na uszkodzenia, naruszenia. To są takie stany, których chcielibyśmy unikać, ale nie zawsze jest na to sposób…

Smutek to dla nas oznaka słabości?

Tak, smutek wiąże się z pewnego rodzaju osłabieniem, również na poziomie naszego organizmu, stajemy się apatyczni. Łatwiej zapadamy na choroby, kiedy smutek się przedłuża. Jak jesteśmy smutni to nasza motywacja do działania jest niska, nasz organizm reaguje pewnego rodzaju rozprężeniem, które mogą być przeżywane jako słabość.

Ale ze smutku są też zyski. Myślę, że artyści mogliby w tej kwestii dużo powiedzieć, o tym jak silnym motorem do twórczości jest przeżywanie smutku. Brytyjski psychoanalityk Donald Winnicott wiązał nawet dziecięcą częstość płakania, kiedy jest się smutnym z późniejszą muzykalnością.

Psychoterapeuci sami po sobie widzą, że smutek zwiększa możliwość empatii. Ja na przykład w takiej intymnej sytuacji pomocy psychologicznej, czy psychoterapii czuję się bardziej użytecznym psychoterapeutą, kiedy mój nastrój jest lekko obniżony, gdy jestem trochę smutny. Wtedy potrafię być bardziej empatyczny, choć nie sprawdzałem, czy pacjenci potwierdziliby tę zależność.

Dlaczego tak się dzieje?

Dlatego, że smutek pozwala na empatię. Będąc w smutku stajemy się wrażliwsi na siebie i na innych. Kiedy jesteśmy smutni, to w większym stopniu rozumiemy emocje innych, łatwiej współodczuwamy, potrafimy być w takim stanie rezonowania emocjonalnego w kontakcie z drugim człowiekiem. To pokazuje, że smutek może być użyteczny. To emocja, która w pewien sposób otwiera nas na innych, jest składową naszej wrażliwości.

Często sensem odczuwania smutku jest zdanie sobie sprawy z tego, że są sytuacje, na które nie mamy wpływu. Może to być przeprowadzka, o której zadecydowali rodzice, czy w dorosłym życiu utrata pracy, choroba, śmierć bliskiego. To daje przestrzeń dla konfrontacji z bezradnością, a stąd już blisko do ekspresji smutku, kiedy przez jego okazanie możemy kogoś przywołać, poprosić o pomoc i ją dostać.

Bywa też tak, że refleksja nad daną sytuacją i smutek uświadomią nam, że jednak mieliśmy na nią wpływ, co może pozwolić nam zmienić sposób postępowania czy myślenia… Aczkolwiek zobaczyć ten swój udział- rzecz bolesna.

Boimy się smutku, bo w którymś momencie stawiamy go na równi z depresją. Gdzie jest  granica, za którą można mówić o depresji?

Takich granic jest kilka i odróżniłbym zdecydowanie smutek, który jest emocją trwającą jakiś czas, od depresji będącej stanem przedłużającego się obniżenia nastroju. Depresja jest stanem nastroju, nie jest chwilowa. Medyczne kryterium mówi o epizodzie depresji po dwóch tygodniach trwania w smutku, który staje się nastrojem, czyli rodzajem przeżycia, które obejmuje nie tylko jakiś obszar, ale rozlewa się na całą rzeczywistość. Do tego stanu dochodzą inne objawy somatyczne, związane ze zmianą sposobu spania, czyli towarzyszy nam bezsenność albo nadmierna senność. Zmienia się sposób jedzenia – tracimy apetyt, albo wprost przeciwnie, zaczynamy się objadać. I jeśli towarzyszą nam myśli rozlane na to, że ja jestem beznadziejny, świat jest nieprzyjazny i nie można na nim polegać, a przyszłość jest wyłącznie czarna, to mamy wówczas do czynienia epizodem depresji, który jest czymś więcej niż smutkiem. Kiedy takie epizody powtarzają się co kilka miesięcy, nawracają, możemy mówić o depresji jako zaburzeniu psychicznym. Te kryteria są więc w pewnym sensie wyśrubowane, co jasno pokazuje, że jest duża różnica między smutkiem a depresją.

Ja bym powiedział, że choć smutek i depresja są ze sobą związane, bo osoba z depresją dużo smutku przeżywa, to wydaje mi się, że jednak osią depresji jest nie tylko smutek i strata, ale także bezradność i wycofanie. Trochę tak, jak w eksperymentach Martina Seligmana, który pokazał że depresyjnej rezygnacji można się w pewnym sensie nauczyć.

Depresji nauczyć?

Jeśli sytuacja wygląda tak, że nasze działania nie dają rezultatów, nasz wpływ na rzeczywistość jest marny, czy coś zyskamy, czy stracimy kompletnie nie zależy od nas, tylko od jakiegoś czynnika zewnętrznego lub gdy jesteśmy w sytuacji, gdy jesteśmy w sytuacji, gdy sprawstwo jest nam ciągle odbierane, to poczucie bezradności się generalizuje na wiele innych obszarów życia, utrwala się, nie mija mimo zmiany okoliczności. Martin Seligman eksperymentował na psach, które były umieszczone w klatkach i niestety były traktowane prądem, w sposób losowy- nie było specjalnej reguły. Psy w pewnym momencie doświadczyły takiej generalizacji, że cokolwiek zrobią i tak tym prądem zostaną potraktowane, więc kładły się na podłodze i nie robiły nic. Od pewnego momentu mogły przejść do innego pomieszczenia, gdzie było bezpiecznie i były inne psy. Jednak ten pies, który miał już wyuczoną bezradność, nie szedł tam, pozostawał w bierności. Nawet nie w lęku i panice, jak przy początkowych rażeniach, tylko w smutku i wycofaniu.

Myślę sobie, że to jest trud depresji polegający na pewnego rodzaju wycofaniu i izolacji, to znaczy, że nie podejmujemy takich działań, które mogłyby nam sprzyjać, bo mamy poczucie, że one nic nie dadzą, nie spowodują żadnej zmiany. Nawet gdy różne okoliczności otwierają się przed nami, to w nas jest już tak silnie zakorzenione poczucie bezradności przez przekonanie, że nic od nas nie zależy, że efektem jest tylko dalsza rezygnacja i wycofanie.

Uważam, że to jest kolejny element, który łączy depresję, smutek i bezradność – pewien rodzaj wycofania.

Czasami wyrzucamy sobie, że nie potrafimy być smutni, w sytuacji, która od nas tego wymaga, mamy poczucie winy, że nie współodczuwamy czyjegoś dramatu, straty w odpowiedni sposób. Dlaczego?

Przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi na taką sytuację. Jedna to taka, że zostały nam wpojone pewne wzorce przeżywania smutku, sposoby jego wyrażania, które są bardziej lub mniej akceptowane, zarówno na poziomie kulturowym jak i rodzinnym. Czasami bywa tak, że w nas jest smutek, ale nasza reakcja jest inna niż ogólnie przyjęta. Na przykład w danej kulturze trzeba opłakiwać śmierć bliskich w sposób zbiorowy, a my akurat przeżywamy ten smutek w inny sposób, co nie jest tożsame z ogólnie przyjęta normą, przez co mamy wrażenie, że tego smutku w nas nie ma.

Inna sprawa, że często trudno zmierzyć się z tym smutkiem. Mamy w sobie na przykład surowego sędziego, który mówi: „Co ty robisz, dlaczego się nie smucisz” i my zamiast przeżywać smutek uciekamy, w ten nazwijmy to proces sądowy i skupiamy się na rozstrzyganiu wewnętrznego sporu, dlaczego się nie smucimy, zamiast go przeżywać. To tak,  jakby lepiej było mieć poczucie winy niż być smutnym. Osoby mające w sobie surowego sędziego nieświadomie preferują skupienie się na konflikcie, jacy to jesteśmy nieadekwatni, a nie smutni. Ale dzięki temu mają pozorny i krótkotrwały zysk – nie zajmują się sytuacją straty, tylko jakimś wewnętrznym rozliczeniem.

Bo często tak jest, ze różne rzeczy odciągają nas od smutku. Na przykład, by nie przeżywać śmierci bliskiej osoby, która zginęła w wypadku samochodowym, angażujemy się na 200% w proces odszkodowawczy, a nasze prawo sprawia, że możemy to robić przez kilka lat mając od tego smutku pewien rodzaj zwolnienia. Ale od niego nie da się uciec, przychodzi w końcu moment na konfrontację ze stratą osoby najbliższej.

Mówi Pan, że smutek pozwala na empatię, ale może my nie chcemy czuć tego smutku, gdyż wywołuje on w nas bolesne wspomnienia, od których uciekamy. Mówimy dziecku, żeby nie przejmowało się tym, że kolega go zostawił, bo sami zostaliśmy kiedyś porzuceni.

Smutek jest czymś, co nas konfrontuje egzystencjalnie z uczuciem pustki, samotności, lękiem, czy przypadkiem nie jesteśmy tutaj sami. Cień takich zmagań w smutku często pobrzmiewa, przez co staramy się go unikać. Ale z drugiej strony, jeśli my sobie na taką refleksję nie pozwalamy, to bardzo łatwo jest prowadzić takie życie szalone przepełnione zdarzeniami, aktywnością, ale też takie, w którym z czasem tracimy kontrolę, bo nie da się zawsze być szczęśliwym. Jeśli za tym co tylko pozytywne gonimy nieprzerwanie, to tak, jakbyśmy gonili swój własny ogon, a przecież on nam zawsze będzie uciekał. I świata poza ogonem się nie widzi. I tak będzie w nas narastać poczucie frustracji, pewien rodzaj wewnętrznej presji, ale też zewnętrznej, żeby tego smutku nie pokazywać, robić dobra minę do złej gry. A prędzej czy później smutek nas dogoni i wtedy konfrontacja z nim może być tym silniejsza i trudniejsza, bo włożyliśmy całą masę pracy, by go unikać, a tu się nie udało.

Wspomniał Pan, że smutek to też samotność, czy przyjaciół poznamy po tym, że wspierają nas w smutku i go akceptują? Potrafimy być z drugą osobą tak blisko?

Wśród osób nam bliskich możemy być autentyczni, przez to, że możemy smutek wyrażać. To też siła smutku, że dzięki niemu jesteśmy empatyczni, bardziej wrażliwsi, więc jeśli doświadczamy smutku, to łatwiej nam zrozumieć drugą osobą, bliżej nam jest do jej emocji. To bardzo dobrze widać w grupach terapeutycznych, gdzie smutek bywa o wiele lepiej przeżywany wśród osób, które podobne rzeczy przeżyły, tam spotykają się ze zrozumieniem. Takie wsparcie można dać drugiemu człowiekowi.

A w związku?

Pracuję dużo z parami i wydaje mi się, że w związku szczególnie ważne jest wzajemne dawanie sobie na ten smutek miejsca. Nie chodzi o to, żeby razem popadać w żałobę, czy wielką smutę, pewien rodzaj beznadziei. Są pary żyjące w emocjonalnej symbiozie, takim zlaniu, że kiedy jednemu jest źle, to i drugiemu też musi, nie ma wyjścia. A nie o to chodzi. Ważne jest tworzenie sobie okazji na to, by zrozumieć trudne emocje partnera. To jest często walor leczący, bo my, pewnie każdy z nas, ma wyniesione z wychowania czy kultury poczucie lęku, że nasz smutek nie zostanie zrozumiany. A w małżeństwie zdarza się, że mamy obniżoną dostępność emocjonalną, bo akurat jesteśmy każde gdzieś w swoich sprawach, mamy różnice zdań na jakiś temat. I właśnie szczególnie ważne jest to, by nawet, gdy ta dostępność nie jest pełna, bo musimy lecieć i spieszyć, się, dawać drobne sygnał uznania tej cudzej emocji, pokazać: „widzę że jesteś smutny”. To może być słowo, dotknięcie, ale to zawszę będzie coś, co daje nam poczucie istnienia mostu łączącego nas z partnerem. Że choć ja jestem w smutku, a ta druga osoba w pędzie, to jest między nami więź, zrozumienie, poczucie, że nie zostajemy sami. To chroni przed osunięciem się ze smutku, który jest tak jak mówiliśmy chwilowy, w depresję. Tym, co chroni jest właśnie ta więź, poczucie, że ktoś nas w smutku trochę poniesie, trochę  pomieści, ogarnie. My wiemy, że możemy to samo dać tej drugiej osobie, ale nie teraz. Więź daje poczucie ogromnej siły. To taka swoista odporność przed zapadnięciem się w depresję.

Rozmawiając przypomniałam sobie o bajce „W głowie się nie mieści”. Oglądał Pan?

Tak, nawet pisałem recenzję. A ta bajka jest dokładnie o tym, o czym tu rozmawiamy. Czy widzimy w naszym życiu miejsce dla smutku, czy inni dają nam na nasz smutek przestrzeń, co przeżycie smutku nam daje, czego się w nim boimy. To jest taka bajka, którą polecam i dzieciom i dorosłym. Rodzicom nie tylko po to, by lepiej rozumieć swoje dzieci, ale też, by lepiej rozumieć siebie. Bo to, co dzieje się z bohaterką tej bajki w podobny sposób mówi o nas. Bo kiedy walczymy ze smutkiem, nie dajemy sobie do niego prawa, to on i tak nas dosięga… 

bartosz-szymczyk-580-380Bartosz Szymczyk psycholog, psychoterapeuta par i rodzin, członek Sekcji Naukowej Terapii Rodzin Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Pracuje również indywidualnie z osobami, które doświadczają lęku, zagubienia i przygnębienia. Współzałożyciel Ośrodka Naukowo-Terapeutycznego „Ogrody Zmian”.

 


Psychologia

Zanim wystartujesz w wyścigu po dziecko – zrelaksuj się tu i teraz i zacznij od zdrowia, tylko ono nie może zaczekać

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
26 października 2015
kwas foliowy - epigenetyka
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Ciągle się ścigamy – z czasem i biologią, z innymi i z samą sobą. W pędzie po najlepsze, często zapominamy o tym, co jest ważne tu i teraz. Czasem rzeczy proste i oczywiste, najłatwiej nam umykają.

Tak. To najlepsza pora, żeby o siebie zadbać. Usłyszysz to od przyjaciół, rodziny i ginekologa podczas wizyty w poradni. I w sumie sama o tym wiesz. Przecież chodzi o twoje dziecko. Tylko co się za tym zadbać kryje?

Twoje dziecko zasługuje na wszystko co najlepsze. Już od samego początku ciąży – dbasz najlepiej jak potrafisz o jego przyszłość. Zdrowa dieta, pożegnanie z nałogami, aktywność fizyczna, regularne wizyty u lekarza i badania. Potem przygotowujesz świat, który będzie je otaczał. Zaczynając od ubranek z ekologicznej bawełny, po precyzyjny przegląd dziecięcych słoiczków sklepach – tak na przyszłość, bo przecież to bardzo ważne. I ganiasz za ekologiczną marchewką, śpiochami z certyfikatem – robiąc przerwy na przeglądanie katalogów z meblami – oczywiście tymi bezpiecznymi, z drewna, Eko-bejcą i ochraniaczem w prezencie, ale…

… czy w tych wszystkich ważnych sprawach nie zapomniałaś o tym najważniejszym?

A jak dbasz o siebie? Owszem, wszystko co robisz jest bardzo ważne i potrzebne. Ale to nie wszystko. Zapomnij na chwilę o pospiechu i polowaniu na wszystko to, co najlepsze dla swojego dziecka i wróć na początek.

Nie startuj w wyścigu

Po co tak biec? Gdy już dotrzesz do celu i staniesz na podium „Dziecko” zadyszka będzie ci zupełnie niepotrzebna. Skup się na tym co jest tobie i dziecku potrzebne. Zacznij od zdrowia – bo tylko ono nie może zaczekać. Zwracasz uwagę na to co jesz, jednak to nie wszystko.

Epigenetyka – zapewnij swojemu dziecku ochronę przed chorobami, zanim się urodzi

Epigenetyka, to stosunkowo młoda dyscyplina w świecie nauki i medycyny. Jednak mimo swojej świeżości, nie można jej odmówić wielkich odkryć.

„To, jak wyglądała dieta naszych przodków oraz jakim wpływom środowiskowym podlegali, zostawiło po sobie trwały ślad w naszym kodzie genetycznym. „Duch poprzednich pokoleń” może być przekazywany w wyniku zmian nie w samej sekwencji DNA, ale przez precyzyjne modulowanie tego, w jaki sposób kod genetyczny zostanie odczytany.”*

Epigenetycy nieco podważyli dotychczasowy model myślenia o genach i dziedziczeniu. I pokazali, że wiele czynników może mieć wpływ na zdrowie i jakość życia następnego pokolenia. A dokładnie, że niedobory żywieniowe podczas ciąży mają wpływ na przyszłość dziecka – na jego podatność na niektóre choroby cywilizacyjne, gdy będzie dorosłym człowiekiem.

„To właśnie epigenetyka powiązała ze sobą geny, środowisko prenatalne, rozwój wewnątrzmaciczny oraz narażenie na choroby w wieku dorosłym.”*

Zmiany epigenetyczne mogą powstawać na każdym etapie rozwoju – jednak według prowadzonych badań najbardziej wrażliwe jest na nie ludzki zarodek na początku ciąży. Bardzo wrażliwym okresem jest czas od zapłodnienia do zagnieżdżenia w macicy – pierwsze osiem dni. Dieta przyszłej mamy ma kluczowe znaczenie i wpływ na rozwój dziecka na wszystkich etapach ciąży. To właśnie ona zdeterminuje w dużym stopniu kształtowanie się cech morfologicznych i fizjologicznych rosnącego organizmu.  Wiemy również, że sama zdrowa i zbilansowana dietach zazwyczaj nie jest w stanie dostarczyć organizmowi wszystkich niezbędnych składników lub nie są one w pełni przyswajane. Potrzebna jest zewnętrzna pomoc. Kwas foliowy, kwasy DHA czy witamina D3 – są szczególnie zalecane przez specjalistów  kobietom planującym ciąże, ciężarnym oraz mamom karmiącym piersią.

W Polsce wcale nie jest różowo. Podczas przeprowadzonych badań, okazało się, że polskie mamy – w olbrzymim stopniu nie realizują tych zaleceń.

„W populacji polskich kobiet w wieku rozrodczym stwierdzono znaczne niedobory kwasu foliowego: aż 90% kobiet nie przyjmowało rekomendowanej dawki 400 μg tej witaminy o udowodnionym korzystnym wpływie na redukcję wad cewy nerwowej”*

Nie napawa optymizmem fakt, że kwas foliowy jest od lat zalecany przyszłym mamom, to taki absolutny produkt podstawowy, standardowy (i niedrogi) suplement diety. A gdzie pozostałe składniki, których nie zdołamy dostarczyć ciału?

Pozostałe elementy, które mają epigenetyczny wpływ na matkę i dziecko, to cholina, kwas dokozaheksaenowy, witamina D3, jod, selen i żelazo.

Szybko można się przekonać, że wybór przysłowiowych „witaminek” w okresie ciąży wcale nie jest łatwy. Przede wszystkim należy korzystać tylko z preparatów przeznaczonych dla przyszłych mam (nadmiar niektórych witamin może być wręcz niebezpieczny dla rozwijającego się dziecka),  a wśród nich warto zawierzyć preparatowi kompleksowemu – który zaoszczędzi nam zjadania tony zbędnych suplementów i tableteczek. W ciąży nie liczy się bowiem nadmierna ilość a jakość.

Produkty marki Prenatal wykorzystują w swoim składzie tylko potrzebne i skomponowane w odpowiednich proporcjach składniki – wykorzystując najnowsze osiągnięcia epigenetyki i w zgodzie z zaleceniami specjalistów. Warto zwrócić uwagę na fakt, że ich producent proponuje inny rodzaj produktów – ze względu na tydzień ciąży. Dla mnie to znakomita wskazówka. Wiem, że dziecko na różnych etapach rozwoju potrzebuje innego rodzaju wsparcia i wiem, że nie jest to tylko pusty slogan z opakowania.

Gonimy za designerskim wózkiem, Eko-meblami z dobrą metką, wydajemy często tysiące złotych, aby zapewnić potomstwu bezpieczeństwo.  Może warto zacząć od drobnej inwestycji w nowoczesne suplementy dla kobiet w  ciąży, skoro już wiemy, że w przyszłości zaprocentuje po stokroć – i nie da się tego przeliczyć na żadne pieniądze? Chyba warto zjechać na jedno okrążenie w tym szalonym wyścigu i zacząć tych rzeczy często prostych, małych – ale najbardziej potrzebnych. Na całą resztę będziemy mieli jeszcze sporo czasu.


Artykuł powstał we współpracy z firmą HOLBEX

* Krzysztof Kamiński, Marzena Kucia, Ewa Wietrak „Epigenetyka, czyli jak przez metylację możemy oszukać genetyczne przeznaczenie”; „Postępy Neonatologii” nr 1/2015

kwas foliowy


Psychologia

Każdy ma swój niewysłany list. „Miłość to dziwna rzecz, mój ukochany Eks Mężu”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
24 października 2015
Fot. Unsplash / Alex Hockett / CC0 Public Domain

Drogi M., drogi Eks Mężu,

To było pięć lat temu, sama jestem zdziwiona, że ten czas tak szybko mija. Nadal nie wiem, dlaczego Cię zostawiłam. Chyba nie znałam innego scenariusza, wiesz? Znasz moich rodziców, dziadków – wiesz, że u nas miłość zawsze wiązała się z rozstaniem.

Przepraszam Cię za tamtą noc. Spakowałam ją, psa i siebie i zawiozłam do rodziców. Właściwie można powiedzieć, że uciekłam. Tak bardzo bałam się Twojego cierpienia, że po prostu uciekłam. Zawsze powtarzałeś, że jestem małą dziewczynką, a wiesz, jak to jest z dziećmi, one po prostu wychodzą, jak im się coś nie podoba. Ja wyszłam po cichu. Niewiele wzięłam, więc mogłam spokojnie bezszelestnie wyjść, abyś nie zorientował się, że tym razem na serio. Jak dziecko rzucałam słowa na wiatr, a Ty lekceważąco machałeś ręką. Byłeś pewny, że jak ktoś nie ma nic, to nigdy nie będzie miał odwagi odejść. To taki paradoks- może przez to, że miałam tak mało, nie bałam się wtedy?

Chodziło tylko o Maję. Miała 3 lata i ledwo Cię znała. Byłeś nieobecny, więc rozstanie jej z Tobą nie dręczyło mnie specjalnie. Bałam się tylko o utratę bezpieczeństwa. Pokoju. Kubka. Zapachu domu, który tak lubiła. Mogłam zaoferować jej w zamian łóżko ze mną, starą kanapę i kubek z Tesco. Dzieci nie potrzebują więcej, gdy nam ufają. Maja mi ufała, więc nie było ani chwili, by zapytała, kiedy do Ciebie wrócimy. To było, aż smutne widzieć, jak cały jej świat jest we mnie i ze mną, bo tak naprawdę nigdy nie byłam matką samolubną. Byłam matką samotną. Kobietą. Człowiekiem. Z powodu tej samotności odeszłam.

Prawdy i iluzje. Tak można by nazwać moje życie potem.Pierwsza iluzja? Na przykład taka, gdy zrozumiałam, że samotność jest we mnie, a nie w nas. Choć i Ty nie umiesz być blisko. Wybraliśmy się ze względu na tę wspólną cechę albo też nieporadność, mój terapeuta mówił „dysfunkcję”. Zabawne. Z powodu samotności się związaliśmy i z powodu niej się rozstaliśmy.

Iluzją było też myślenie o sobie, że jestem bezproblemowa w życiu codziennym. Kompromis był dla mnie jak wata cukrowa. Nic bardziej mylnego. Po prostu w związku z Tobą, w którym brakowało bliskości, kompromis był mało dręczący. Chodziło głównie o wybór filmu, który obejrzymy wieczorem, hotelu, do którego pojedziemy albo koloru auta. Potem zobaczyłam, że pary kłócą się o pieniądze, seks, brak rozmów, czułości. Zawsze dumnie powtarzałeś, że my się nigdy o nic nie kłócimy. To żaden powód do dumy mój kochany. Pustka to antonim konfliktu. Nie było się więc o co i po co kłócić.

To zaboli Cię, ale kolejną iluzją było to, że nie lubię seksu. Nie interesuje mnie lub też, jak to określałam, jestem zimna. Nieprawdopodobne, że kobieta może uwierzyć w swoją aseksualność. Ja po prostu nie lubiłam seksu z Tobą. Tego wiecznego trzyminutowego aktu, najlepiej jak leżałam na brzuchu, a Ty nie musiałeś patrzeć w moją twarz. Mówiłam wtedy „gra wstępna jest przereklamowana”. Jak ja to kocham dziś! Gdy ktoś całuje moją szyję, twarz, ramiona, gdy mówi do mnie w trakcie. Gdy leżymy nago i śmiejemy się z moich pieprzyków na brzuchu. Miałam wielu kochanków po Tobie i każdy seks był „lepszy”. Ale nie łudzę się, wspominasz mnie podobnie. Sama bym się ze sobą nigdy nie przespała wtedy. Doszliśmy do ściany oboje w tym temacie.

Nieprawdą było też to, że potrzebuję z Tobą spędzać każdą chwilę. Tak myślałam wtedy. Nie, nie potrzebuję. Lubię być sama. Rozumiem twoje potrzeby dopiero teraz. Gdy uciekałeś na hamak i czytałeś książki. Twoje wypady w góry samemu. Wiesz, że chodzę Twoimi szlakami? Ja, która nienawidziłam gór! Maja prosi też byśmy powiesiły hamak w domu; jest taka jak my. Lubi być sama i lubi czytać. Żałuję jednak, że nie udało nam się zrobić wielu rzeczy razem.

Miałam wiele chwil, gdy żałowałam tamtej decyzji. Chciałam cofnąć czas, przeprosić, błagać o wybaczenie. Chciałam mieć rodzinną sklejkę. Bo przecież wiem, że nigdy nie bylibyśmy naprawdę razem, bo też nie byliśmy wcześniej. Chodziło mi o tą nieudolną sklejkę, która robi wrażenie rodziny. Chciałam jeść obiad w Ikei razem, chciałam ponarzekać innym na męża, chciałam być żoną, chciałam się pozastanawiać nad kolejnym dzieckiem. Wiesz, jak lubiłam iluzje, nadal lubię to robić. Nie byłoby nic ponad te iluzje.

Niektórzy mówią, że nadal mnie kochasz. W końcu nie ułożyłeś sobie życia z kimś innym.To miłe tego słuchać, ale w głębi serca uważam, że jestem Twoją tarczą przed światem, przed kobietami, intymnością, której tak cholernie się boisz. Wreszcie masz porządne alibi: kocham byłą żonę, więc nie mogę kochać nikogo innego. Śmieszne, że oboje to robimy. Zastanawiałam się, dlaczego tak długo nie mogliśmy się rozwieść. Chyba z tego właśnie powodu: oboje lubimy te sklejki, prawda? I wcale nie jest nam łatwo żyć z innymi.

Przyznam ci się, że to było okropnie trudne zrozumieć, że nie jesteś wszystkiemu winny. Kłopoty wracają. A życie nie układa się w cudowny sposób. Może nawet więcej spieprzyłam w tym związku niż Ty? Przepraszam Cię za to. Dziś wiem, że nie jest łatwo być ze mną. Jestem narcystyczną egocentryczką, która wpada w kolejne schizy na swoim punkcie i nie znosi krytyki. Jestem autystyczną samotnicą, której przeszkadzają inni. Jestem chorobliwie ambitna, choć głęboko to ukrywam. I sfrustrowana, gdy nikt się mną nie zachwyca. Może w wydaniu dziecka było to urocze, ale wierz mi jako dorosła baba bywam nie do zniesienia.

Ale, mój ukochany, jedna dobra rzecz, która się stała dla mnie – to dojrzewanie. Nie jestem już małą dziewczynką. Przestałam grać w berka i chowanego. I choć dorosłość bywa nudna i męcząca i już mnie tak wiele rzeczy nie śmieszy, jak kiedyś, to jest mi tak dobrze ze sobą dzisiaj. Tak mi dobrze naprawdę. W moim małym mieszkaniu, które udało mi się kupić na kredyt. Jestem dumna jak paw, gdy robię Ci kawę z własnego ekspresu, na który zarobiłam. Jestem dumna z siebie.

Po naszym rozstaniu stała się jeszcze jedna piękna rzecz. Maja odzyskała ojca. Zmieniłeś się niewiarygodnie! Uwielbiam na Was patrzeć razem i już nawet mogę umierać spokojna, że dasz radę, a tak się tego kiedyś bałam. Pamiętasz jak panikowałam w samolocie? Właśnie z powodu tego strachu. Musiałam żyć dla Majki. Dziś już nie muszę, mogę żyć też wreszcie dla siebie. To taki komfort mieć w Tobie oparcie jako rodzicu.

Dużo lepiej nam się dziś rozmawia, prawda? Ostatnio nawet robiliśmy wspólne biznes. I jak się śmialiśmy na ostatniej imprezie, gdy tylko Ty rozumiałeś moje anegdoty o tym łysym w czarnym swetrze, pamiętasz? Miłość, to dziwna rzecz, mój kochany Eks Mężu. A małżeństwo, to dziwna instytucja. Chyba podświadomie zawsze czuliśmy w tym temacie niedopasowanie. I pamiętasz, jak oboje zaraz po ślubie zdjęliśmy obrączki? Może kiedyś spotkamy się ponad wszystkimi definicjami i znajdziemy na nowo? Nie wiem. Nie myślmy o tym teraz. I tak zobaczymy się jutro rano. Zrobię Ci pyszną kawę.

Z.


Każdy z nas ma swój „niewysłany list”

Czasem zapisany tylko w sercu. Czekający w szufladzie niezałatwionych spraw. Na wysłanie niektórych jest już za późno, na inne brak odwagi, brak aktualnego adresu…  A może wszystko byłoby inne, gdyby się tylko od nich uwolnić?

Piszcie do nas, anonimowo jeśli chcecie. Wyślijcie wreszcie swoje listy i poczujcie ulgę. Wybrane listy nagrodzimy bonami zakupowymi o wartości 200 zł do Limango.

Listy wysyłajcie na adres kontakt@ohme.pl – w temacie wiadomości wpisując „Niewysłany list”

Wszystkie „Niewysłane listy” możecie przeczytać tutaj.

Sponsorem nagród jest LIMANGO


Zobacz także

Dlaczego faceci odchodzą od dobrych dziewczyn. Miłość zarezerwowana jest dla wyjątkowych relacji

6 codziennych trudności, które dobrze znają wysoce inteligentni ludzie

Dlaczego inteligentni nie wierzą w siebie i nie doceniają swoich możliwości

10 wskazówek jak żyć zdrowo, szczęśliwie i w poczuciu spełnienia