Go to content

Joanna Flis: jako rodzice najpierw sami musimy zobaczyć, przed czym w życiu uciekam

Joanna Flis, psycholog
Joanna Flis

„Jako rodzice najpierw sami musimy zobaczyć, przed czym w życiu uciekamy. Jeśli tego nie znajdziemy, to będzie się naturalnie odtwarzało w historii naszych dzieci”, mówi Joanna Flis, psychoterapeutka. „Jeśli ty boisz się wyrażać własne zdanie i unikasz z tym konfrontacji, możesz nauczyć swojego syna, że warto siedzieć cicho. Jeśli jesteś matką, która najbardziej na świecie boi się odrzucenia, to pewnie nie będziesz w stanie znieść, gdy twoja córeczka pokłóci się z koleżanką. Wtedy możesz jej przeszkadzać w samodzielnym radzeniu sobie z tym odrzuceniem. Córka może mieć trudność wtedy, by się przekonać się, że każde, nawet największe odrzucenie, jest możliwe do przetrwania”, dodaje.

Właśnie nakładem Wydawnictwa ZNAK ukazała się książka Joanny Flis „Co ze mną nie tak?”.

Dlaczego tak wiele osób pyta dziś siebie, co ze mną jest nie tak? 

Upatrujemy wszelkich przyczyn naszych kłopotów w nas samych, czyli mamy skłonność do uwewnętrzniania różnych przekonań na swój własny temat. Myślimy: „Jeżeli czuję zmęczenie, to znaczy, że coś ze mną jest nie tak, bo inni radzą sobie lepiej” albo „Jeżeli czuję smutek, to znaczy, że coś ze mną jest nie tak, bo powinnam być szczęśliwa, ponieważ nie mam konkretnych powodów do smutku”.

To dotyczy wielu dorosłych, tych wychowywanych po wojnie aż po dzieci z okresu transformacji. Wtedy nie było jeszcze otwartej rozmowy na temat zdrowia psychicznego. Jesteśmy więc dorosłymi, którzy uwewnętrznili przekonanie, że to z nami jest coś nie tak. Tym punktem wyjścia do oceny siebie był czarno-biały konserwatywny świat, który nie znosił „użalania się” nad sobą, czy pochylania się nad swoim dobrostanem. To był taki czas, kiedy nikt nie zastanawiał się nad tym, jakie potrzeby i prawa mają dzieci i jak one są mocno zróżnicowane.

Małemu dziecku łatwo jest zasymilować w sobie takie przekonanie: „Jeżeli moi rodzice, nauczyciele traktują mnie w sposób niewłaściwy, to znaczy, że coś ze mną jest nie tak”. Kiedy jesteśmy mali, idealizujmy opiekunów, bo chcemy wierzyć, że oni są dla nas dobrzy, mądrzy i bezpieczni. Jeżeli oni nam fundują brak akceptacji i poczucia bezpieczeństwa, to jedyne, co możemy zrobić jest dewaluacją i umniejszaniem siebie. 

W książce pisze pani o dysfunkcyjnych rodzinach. Kiedy przyglądam się moim przyjaciołom, odnoszę wrażenie, że wszyscy się w takich wychowaliśmy.

Tak, na to wygląda. Użyłam optyki syndromu DDD – Dorosłych Dzieci z Rodzin Dysfunkcyjnych, bo do tej grupy zaliczyć można m.in. dorosłe dzieci pracoholików, dorosłe dzieci niedojrzałych emocjonalnie rodziców, dorosłe dzieci alkoholików. 

Źródłem moich poszukiwań były doświadczenia pacjentów. Wiele osób przychodzi do mojego gabinetu i mówi, że mieli dobre dzieciństwo, pochodzą z domów, w których obiad był zawsze na stole, ale rozpoznają w sobie jednak większość objawów DDA lub DDD. Zaczęłam więc zastanawiać się nad środowiskiem, w którym wszyscy się wychowywaliśmy. Nie tylko tym domowym, ale też rówieśniczym, społecznym, szkolnym, bo ewidentnie coś musiało być „nie tak”, skoro większość z nas przeżywa podobny zestaw kłopotów. Patrzyłam na to wszystko przez pryzmat różnych naszych nagminnie niezaspokajanych potrzeb oraz poszukiwałam przekonań i powiedzeń z przeszłości oraz wspomnień, które nas łączą pokoleniowo.

Zobacz: Żona alkoholika: Czuję się jakby za ścianą, bez powietrza. Niech ktoś mi pomoże, bo nie mam już siły tak żyć

Czasem to, z czym dziś się zmagamy jest spadkiem po kobietach z naszych rodzin, które musiały same, bez mężczyzn zajmować się domem, dziećmi i… wszystkim. Ten ogrom cierpień wojennych sprawia, że dziś współczesna młoda kobieta już starcie jest potwornie obciążona. Czy ona ma szanse uzdrowić swoje życie? Pokoleniowy spadek może być dla niej wielkim bagażem, ciężarem…

Jeśli spojrzymy na siebie szerzej, właśnie z perspektywy historii kilku pokoleń, możemy nagle odkryć, że to, z czym się obecnie zmagamy, pochodzi od naszych bliskich. Czasem ta myśl faktycznie napawa nas bezsilnością i bezradnością. Czy, jeśli jestem obciążona pokoleniowymi traumami, to mogę sobie z tym poradzić i jakoś „wypiąć się” z tej historii? To pytanie na pewno dotyczy kobiet, które w rodzinie mają matki, babki i prababki, które same musiały zajmować się wszystkim, bo wojna zabrała im mężczyzn.

Dla mnie pocieszeniem jest myśl, że jeśli dziedziczę lęk po traumie wojennej babci, w której zapisany jest głód i lęk o życie, to mogę również odziedziczyć… miłość, bo ona też przechodzi przez pokolenia.

Oczywiście, że dziedziczymy umiejętność kochania, ale też pewne sposoby patrzenia i reagowania na świat. Jednak moim zdaniem najważniejszą rzeczą, którą możemy zrobić dla siebie, jest próba dostrzeżenia w sobie takich zachowań, które gdy się pojawiają się, to my nie potrafimy zrozumieć, skąd pochodzą. Bo może pochodzą one z mojej własnej historii? A może nauczyłam się tego od rodziców?

Brzmi skomplikowanie. Poproszę o przykład. 

Na przykład lękowe nastawienie jest często czymś, czego się uczymy od swoich bliskich. Jak mamy lękowego rodzica, to już w dzieciństwie wyuczamy się katastroficznych myśli i antycypowania, czyli przewidywania różnych zagrożeń. Czujemy lęk, ale nie wiemy dlaczego. Czujemy lęk, gdy zostajemy sami w domu. Ale nie wiąże nam się to z traumą pozostawienia w samotności  dzieciństwa. Może więc nauczyliśmy się tego od naszej matki, a ona od babki?

Pocieszeniem jest jednak to, że choć nie mamy pełnej kontroli nad czuciem swojego lęku, to mamy wpływ na nasze zachowania. Dlatego nie warto biernie czekać, aż nam się te odczucia same zmienią. Bo być może one nigdy się nie zmienią. Zmienić możemy natomiast swój sposób działania i reakcji na nie.

Jeśli czuję lęk, jak mogę dać sobie wyrozumiałość i ulgę, by się nie? 

Proszę zauważyć, że ulga może pojawić się, jeśli najpierw cierpimy. Dlatego dobrym punktem wyjścia jest zauważenie tego cierpienia. Marzena Barszcz pisze w swojej książce, że wielu z nas żyje teraz… w ciągłym stanie gotowości. 

Jak pani to rozumie? 

Naturalnym stanem organizmu powinien być relaks. Niech pani wyobrazi sobie, że „idzie sobie rozluźniona przez świat” i kiedy nagle pojawia się jakaś przeszkoda, to wtedy się pani mobilizuje i jest w stanie gotowości do pokonania trudności. To byłby ideał! Najczęściej jednak dzieje się zupełnie odwrotnie. Większość z nas „idzie przez świat” w ogromnym spięciu, nawet kiedy nie ma realnego zagrożenia. Dlatego napięcie najpierw trzeba zauważyć. Na przykład zadając sobie pytania: „Co ja robię, żeby nic nie czuć?”, „W jaki sposób odcinam się od namiaru bodźców?”,  „Co robię, żeby ten stan gotowości do wytężonej pracy w sobie podtrzymywać?”

Kiedy już widzę w  sobie napięcie, co dalej mogę z tym zrobić?

Rozmiękczać je w sobie. Jednak większość z nas, kiedy się trochę rozluźnia, to natychmiast czuje niepokój. Bo w tym „rozmiękczeniu i luzie” nie ma energii, która nas napędza, takiej energii pochodzącej ze strachu. Dlatego „pompujemy się” kolejnymi kawami, które są naturalnym stymulatorem tego utrzymania napięcia i stałej gotowości do działań. Ale jednocześnie są fantastycznym nośnikiem niepokoju już do wieczora. 

Dlatego dobrym punktem wyjścia jest zobaczenie, jak to napięcie czy cierpienie manifestuje we mnie, a dopiero potem uczenie się oswajania stanu ulgi.

Dziś wszyscy piszą na Instagramie o czułości wobec siebie, wyrozumiałości i celowym ofiarowaniu sobie poczucia ulgi. 

Ulga i wyrozumiałość brzmią obiecująco, kiedy to są tylko słowa. Jednak ja mam takie doświadczenie terapeutyczne, że kiedy ludzie zaczynają wprowadzać się w stan relaksu, kiedy zaczynają być wobec siebie bardziej wyrozumiali, to boją się, że jeżeli rozluźnią ciało i nagle zaczną je czuć, pojawia się dyskomfort. 

Dlaczego?

Bo czucie swojego ciała jest nośnikiem kontaktu z nieprzyjemnymi uczuciami, pragnieniami i wypartymi wspomnieniami. Wiele osób boi się też, że wyrozumiałość oznacza pobłażliwość. Czyli jeśli sobie odpuszczę zmywanie naczyń wieczorem i zostawię brudną kuchnię, a w pracy spóźnię się z raportem, to niczego w życiu nie osiągnę. Bo jestem leniem, człowiekiem mało ambitnym.

Czy bierność i nic nierobienie jest nam potrzebne do życia? 

Myślę, że potrzeba rozrywki albo nic nierobienia jest bardzo potrzebna każdemu człowiekowi. Natalia de Barbaro w swojej ostatniej książce napisała o potrzebie zabawy, która nazwała potrzebą „lekkoduszenia”. To jest coś, o czym my zapominamy. Dorośli wyobrażają sobie zabawę jako coś infantylnego, dziecięcego i zupełnie niepotrzebnego albo jako coś, co jest niebezpieczne, bo kojarzy się z alkoholizowanie się, co wartościujemy jako dla nas niekorzystne. 

Po lekkość w zabawie bardzo trudno sięgać, bo ona jest czymś, co nam się intuicyjnie kojarzy z traceniem kontroli. Zabawa przecież jest aktywnością, która nie ma celu z zasady, a współczesny człowiek bardzo boi się bezcelowości i nieproduktywności. Nawet przez godzinę w ciągu dnia. Jesteśmy tresowani przez pop-kulturę do tego, żeby wyznaczać sobie kolejne cele i budować poczucie wartości na tym, co udaje nam się osiągać. W takim kontekście aktywność, która nie ma celu, czyli zabawa, wydaje się niepokojąca.

W swojej książce pisze pani o czymś, co nazywa koszykiem potrzeb. Mówi pani, że wiele osób ma „dziurawy koszyk potrzeb”.  O co w tym chodzi?

To jest sformułowanie, które pomaga moim pacjentom oswoić pewne braki z dzieciństwa. Zacznę tłumaczenie od tego, że kiedy dziecko jest małe, to w wystarczająco dobrym domu, ma zaspakajane przez rodziców podstawowe potrzeby emocjonalne i fizjologiczne związane z własnym rozwojem. Tym sposobem dziecko uczy się zaspokajać potrzeby w późniejszym dorosłym życiu. Uczy się, co to znaczy, czuć, że jego potrzeba odpoczynku, pocieszenia czy głodu jest już zaspokojona, a kiedy trzeba coś zrobić w kierunku jej realizacji. 

Najłatwiej mi to wytłumaczyć na przykładzie jedzenia. Jeżeli nigdy nie zjemy do syta, to nie dowiemy się, czym ta sytość jest. Kiedy nie mamy kontaktu z sytością w dzieciństwie, to potem w dorosłym życiu nie potrafimy rozpoznać tego momentu, kiedy jesteśmy syci. Więc zajadamy kompulsywnie aż do granic możliwości. Kiedy ktoś nas przekarmiał w dzieciństwie, sytość kojarzy nam się z wypchanym żołądkiem. 

Jeśli większość naszych potrzeb (także tych emocjonalnych), była zaspokajana, to ten nasz koszyk potrzeb jest czymś, co ma dno. Możemy do niego wkładać różne rzeczy i czujemy, kiedy ten koszyk zapełnia się, a wtedy nasza potrzeba bycia ważną, ambitną, wartościową zostaje zaspokojona. Ten koszyk czasem jest głębszy czasem płytszy, ale ma dno, jest wypełnialny. 

Natomiast kiedy nie mamy tego doświadczenia z dzieciństwa i nie uwewnętrzniliśmy stanu nasycenia, to potem całe życie żyjemy z koszykiem z dziurą. Wrzucamy do niego kolejne rzeczy, wierząc, że dadzą nam poczucie bezpieczeństwa, spełnienia, akceptacji, miłości. Jednak te rzeczy wypadają przez  dziurę. Nasza potrzeby są niezaspakajalne. Żyjemy w nienasyceniu i jeszcze doświadczamy paradoksu, który polega na tym, że im bardziej staramy się więcej i im więcej osiągnięć mamy na koncie, tym większy dysonans przeżywamy.

Mam przyjaciółkę, która jest świetnym chirurgiem, a czuje się niewiele warta. Dlaczego tak się zdarza? 

Im bardziej staramy się, tym mocniej czujemy, że mamy dziurę w koszyku. Dlatego znów staramy się jeszcze bardziej. Na tym „zasadza się” współczesna kultura produktywności. Moi pacjenci, którzy wiedzą, że w koszyku swoich potrzeb maja dziurę, uczą się oddzielać siebie od koszyka. Mówią: „Kiedy znów budzę się z potrzebą, żeby przykręcić sobie śrubę w pracy, to wynika z… mojej dziury w koszyku. Tonie jest konieczność. To jest coś z mojej przeszłości.”

Jak wychować nasze dzieci, żeby nie pytały się siebie: „co ze mną jest nie tak”?

Zacznijmy od poznania własnych schematów postępowania, czyli jako rodzice próbujmy dostrzec, jakie są te nasze dziury w koszyku. Bo jeżeli mamy ich wiele i jesteśmy nieświadomi ich istnienia, automatycznie uczymy dzieci naszej „toksycznej mapy świata”. Bo nasze widzenia świata oparte jest na zaspakajaniu potrzeb w niezdrowy sposób. Te potrzeby wyrosły na bazie dysfunkcyjnych doświadczeń. Przykładem może być niekochana w dzieciństwie kobieta, która dziś łapczywie szuka miłości u mężczyzn, a nawet u maleńkiego dziecka. 

W jaki sposób możemy szukać w sobie tych dziur? 

Na przykład zadając sobie pytania pomocnice: Co robię w swoim życiu, żeby czegoś nie czuć? Czego boję się najbardziej na świecie? Co najbardziej denerwuje mnie w rodzicach? Jeśli ty boisz się wyrażać własne zdanie i unikasz z tym konfrontacji, to możesz nauczyć swojego syna, że warto siedzieć cicho. Bo jak tego nie robi, to np. naraża się innym ludziom. Jeśli jesteś matką, która najbardziej na świecie boi się odrzucenia, to pewnie nie będziesz w stanie znieść, gdy twoja córeczka pokłóci się z koleżanką. Wtedy możesz jej przeszkadzać w samodzielnym radzeniu sobie z tym odrzuceniem. Możesz nieświadomie „mącić” w tym doświadczeniu dziecka i ono nie będzie miało szansy tego przeżyć, znaleźć swojego sposobu na wyjście z sytuacji i przekonać się, że każde, nawet największe odrzucenie, jest możliwe do przetrwania. 

Dlatego najpierw sami musimy zobaczyć, przed czym w życiu uciekamy. Jeśli tego nie znajdziemy, to będzie się naturalnie odtwarzało w historii naszych dzieci.  Poza tym częściej pytajmy dzieci o to, czego potrzebują. Pytajmy, nie zgadujmy, nie czytajmy w ich myślach. Trochę mniej poradników, trochę więcej rozmów. 

Zobacz: Małgorzata Ohme i Joanna Flis: Alkohol, kompulsywne objadanie i oglądanie seriali. Wysoki stres to pułapka uzależnień

Jaonna Flis

Psycholog, certyfikowana psychoterapeutka uzależnień i współuzależnienia, psychoterapeutka systemowa w procesie certyfikacji. Popularyzuje wiedzę na temat zdrowia psychicznego na łamach czasopism, na konferencjach i w mediach. Na Uniwersytecie Szczecińskim prowadzi badania na rodzinami alkoholowymi. Pedagog i ekspertka ds. e-uzależnień w Fundacji dbam o mój [email protected]ęg. Wykładowca i szkoleniowiec. Prowadzi prywatną praktykę terapeutyczną.