Psychologia

Ewa. „Chciałabym być dla Pani wyjątkowa, a przecież to tylko wykupione wizyty z obcą osobą. To takie dziecinne.”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
27 października 2015
Fot. Unsplash / Dominik Martin / CC0 Public Domain
 

Wracamy do Ewy, która zgłosiła się na terapię z powodu fatalnych relacji z mężczyznami i ogólnego poczucia, że nie jest lubiana przez innych. Ewa była w dzieciństwie bita przez ojca, do czego przyznaje się na jednej z wizyt. Terapeutka okazuje jej wsparcie i zrozumienie. Zaczynają rozmawiać o jej złości wobec mężczyzn, czy nie jest ona przeniesionym uczuciem z ojca. Ewa powoli otwiera się przed Terapeutką, ale też zaczyna okazywać jej swoją złość.

Środa 18.00 (dwa miesiące później)

Ja: Mam wrażenie, że Pani nie słucha.

Terapeutka: Skąd takie wrażenie?

Ja: Bo cały czas zerka Pani na zegar.

Terapeutka: Zerkam? Nie wydaje mi się..

Ja: No przecież widzę.

Terapeutka: Gdyby tak było, to co Pani myśli, gdy tak się zachowuję?

Ja: Że jest Pani instrumentalna.

(Hahaha, ale się miota)

Terapeutka: Instrumentalna? W jaki sposób?

Ja: Bierze Pani kasę i odlicza minuty.

Terapeutka: Ach, czyli wykorzystuję Panią finansowo?

(Chyba jest zirytowana)

Ja: Coś w tym rodzaju. Ma Pani w dupie, co mówię.

Terapeutka: Czyli jest Pani dla mnie nieważna?

Ja: Tak. Zresztą ma Pani mnóstwo takich pacjentów. Ledwo Pani pamięta, co tu mówią.

Terapeutka: Czy dałam Pani kiedykolwiek odczuć, że nie pamiętam tego, o czym Pani tu opowiadała?

Ja: Nie wiem… Raczej tak. Na pewno.

Terapeutka: A może Pani dać mi jakiś przykład?

(Jasne. Zapisuję sobie w pamiętniku jej błędy. Egocentryczka).

Ja: Już wiem. Nie pamiętała Pani imienia mojej mamy.

Terapeutka: Tak? To przepraszam.

Ja: No właśnie.

(Dobrze, że umie chociaż przepraszać. Moi rodzice nigdy nie przepraszali za nic)

Terapeutka: Coś jeszcze?

(O luuudzie…)

Ja: Nie pamiętam.

Terapeutka: Rozumiem więc, że fakt, iż raz nie pamiętałam imienia Pani mamy, świadczy o tym, że jest Pani dla mnie nieważna, czy tak?

(Cholera. Powinna pracować jako adwokat, a nie psycholog!)

Ja: Nie tylko.

Terapeutka: Co jeszcze?

Ja: Mówiłam, że nie pamiętam! (Zezłościła mnie)

Terapeutka: Jest Pani na mnie zła?

Ja: Tak. Bo tak Pani na mnie naciska.

Terapeutka: Próbuję zrozumieć. Nie chciałabym, by Pani czuła, że jest dla mnie nieważna.

Ja: Dlaczego?

Terapeutka: Bo tak nie jest.

(Miło. Cisza. A teraz płaczę. Idiotyzm! Czego tak beczysz? Podaje mi chusteczkę.)

Terapeutka: Coś Panią poruszyło w naszej rozmowie?

(Potakuję głową)

Terapeutka: Gdy powiedziałam, że jest Pani dla mnie ważna?

(Tak)

Terapeutka: Tak, jest dla mnie ważne, co Pani mówi. I to, że Pani tu jest.

(Cisza. Siorbię nosem jak gówniara i jestem na siebie zła. Roztkliwiam się od jakiś sloganów, które sprzedaje wszystkim. No ilu ma tu pacjentów?? Koleś przede mną, laska za mną. Pięciu dziennie? Dwudziestu tygodniowo? Wszyscy jesteśmy ważni???)

Terapeutka: O czym Pani myśli?

Ja: Że niezłe ściemy Pani tu uskutecznia.

Terapeutka: Jakie na przykład?

Ja: O tej ważności. Ma Pani ze dwudziestu pacjentów tygodniowo…

Terapeutka: Dwunastu. Czy to zaprzecza temu, co powiedziałam?

Ja: I każdy jest dla Pani tak ważny?

Terapeutka: „Tak ważny”? Czyli jak?

Ja: Jak ja.

(Uśmiecha się do mnie ciepło i jeszcze bardziej mnie wkurza. Pewnie nie odpowie.)

Terapeutka: Wszyscy moi pacjenci są dla mnie ważni, choć mam różne uczucia i myśli wobec nich.

Ja: Jakie ma Pani uczucia i myśli wobec mnie?

(Chwilę patrzy na mnie. Jest uważna i zatroskana)

Terapeutka: Martwię się o Panią i troszczę. Lubię słuchać, gdy Pani opowiada o swojej córce. Lubię, jak się Pani uśmiecha. Myślę, że potrzebuje Pani czuć się ważna. I że jest Pani na mnie teraz zła, że nie jest Pani moją jedyna pacjentką, co rozumie Pani jako odbieranie sobie tej ważności. Chce Pani być dla mnie wyjątkowa, prawda?

(Skąd ona to wie???)

Ja: To śmieszne.

Terapeutka: Co jest śmieszne?

Ja: Takie dziecinne trochę. Że chciałabym być dla Pani wyjątkowa, a przecież to tylko wykupione wizyty z obcą osobą.

Terapeutka: Jestem dla Pani obca?

(W sumie nie. Jest mi bliska)

Terapeutka: Pani Ewo, dobrze Pani to ujęła. Pragnienie bycia wyjątkowym i ważnym dla mnie jest naturalne w przypadku wszystkich pacjentów. (Co mnie obchodzą wszyscy?!). Jest też naturalne dla Pani. Przenosi Pani pragnienia ze swojego dzieciństwa tutaj. Czy czuła się Pani oczkiem w głowie swoich rodziców? Taty? Mamy?

Ja: Rzadko.

Terapeutka: Tęskniła Pani za tym, prawda?

(Znów się rozpłaczę. Cienias)

Ja: Tak.

Terapeutka: Co oznaczało dla Pani bycie oczkiem w głowie?

Ja: (Hmmm). Chciałam, aby mama pozwoliła mi czasem spać ze sobą. (cisza) Chciałam, aby przywieźli mi pluszowego psa, gdy pojechali do Stanów, ale zapomnieli. (cisza). Chciałam, aby odrabiali ze mną lekcje czasami. Takie tam…

Terapeutka: Przykro mi, że Pani tego nie dostała. Każde dziecko tego potrzebuje. Mała Ewa też bardzo potrzebowała.

(Znów płaczę i mam dość. Resztę sesji siedzimy w ciszy. Tym razem ja patrzę na zegar i spokojnie odliczam minuty do końca).

Terapeutka: To tyle na dzisiaj. Dziękuję za tę sesję. Mam prośbę, proszę na kolejne spotkanie zanotować gdzieś gesty/słowa/reakcje innych ludzi, które byłyby dla Pani sygnałem, że jest Pani dla nich ważna. Cokolwiek.

(Aha. To zamieniam się w uczennicę i będę teraz odrabiać lekcje. Świetnie)

Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Ewy:

  1. Ewa, pierwsza wizyta. „Jestem tylko dzieckiem, któremu zrobiono złe rzeczy, dlatego jest złe”

  2. „Chciałabym być dla Pani wyjątkowa, a przecież to tylko wykupione wizyty z obcą osobą. To takie dziecinne.” – czytasz ten odcinek.


Psychologia

Magda. „Nie chcę dziś wychodzić. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Cholera znowu płaczę”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
5 listopada 2015
Fot. iStock
 

Po raz kolejny jesteśmy na terapii u Magdy, która poznaje powoli mechanizmy swoich zachowań. Wie już, że złość nie jest niczym złym. Że nie musi wchodzić w rolę pilnej
i grzecznej uczennicy. Szuka powodów swoich reakcji, uczy się mówić o swoich emocjach, tych najbardziej skrywanych, o których nigdy wcześniej nie rozmawiała.

Piątek, godzina 15:00

Ja: Dzień dobry

Terapeutka: Dzień dobry. Co słychać?

Ja: Zawsze pani o to pyta: co słychać

Terapeutka: Tak? Nie zwróciłam uwagi

Ja: A interesuje to Panią? Co słychać? Co to za pytanie?

Terapeutka: Denerwuje Panią?

(nożesz, jasne, że denerwuje, bo przecież Ona i tak ma w nosie, co słychać)

Terapeutka: Chyba nie pytam zawsze co słychać?

(wrrrr, czepia się słówek)

Ja: No nie.

Terapeutka: A o co pytam?

Ja: Jak się czuję…

(gula w gardle. Jak się czuję, jak się czuję, czy my musimy zawsze o mnie?!?)

Ja: Nie chcę mówić o mnie.

Cisza

Ja: Moja przyjaciółka Ola jest w ciąży. Strasznie się cieszę. Ma już córkę, ale bardzo chciała drugie dziecko. To było jej marzenie. Dwa razy poroniła. Po pierwszym poronieniu nie bała się drugiej ciąży, ale jak znowu poroniła, to była masakra. Tak strasznie płakała, choć ona z tych, co emocje chowają głęboko. Pisała mi maile, nie mogła o tym rozmawiać. O, ona by się nadawała na terapię. Po prostu zero mówienia o sobie, dbania o siebie. Woli się schować w swojej skorupie niż dać sobie pomóc. Ma tyle rzeczy do przepracowania. Z jej mamą… Zresztą nieważne. Ważne, że jest w ciąży. I jest taka szczęśliwa. Bała się bardzo na początku, w ogóle nie chciała o tej ciąży rozmawiać. Teraz to już połowa, więc powodów do strachu mniej. I widzę, jak ona się cieszy, cudowne.

Terapeutka: Dlaczego o niej Pani opowiada? Nigdy Pani nie wspominała tej przyjaciółki. Była mama, siostra, Agnieszka, Beata. Ale Ola? Pierwszy raz o niej Pai mówi…

(tak, wiem, i nie wiem, dlaczego akurat o niej? Opowiadałam o Olce i już wtedy myślałam: O matko, dlatego o niej gadam??? Ale nie mogłam przestać)

Ja: Nie wiem…

Terapeutka: A nie mówiła Pani o sobie?

(nieeee, no nie. Czy wszystko, co mówię, musimy analizować?!?)

Ja: Ale ja nie jestem w ciąży…

Terapeutka: Mówiłyśmy ostatnio o spełnianiu marzeń, o zmianach, na które chce się Pani zdecydować. I których się Pani boi. Czy jej strach, nie jest Pani strachem. Jej się udało, po próbach, po stresie. Pani też się uda.

(i znowu ryczę. Czy ja kiedyś przeżyję choć jedną sesję bez płaczu? Jestem mięczak, nie potrafię zapanować nad emocjami. Wyrażam je tylko płaczem. Wzruszam się – płaczę, złoszczę się – płaczę)

Cisza. (oprócz mojego wycierania nosa. Widzę to. Już wiem, rozumiem, że nie mówiąc o Oli, mówiłam o sobie. Chowam się w skorupie, nie cierpię pytania: jak się czuję, co słychać, kiedy ktoś się mną interesuje, czuje się zagrożona, jak Olka. A może chcę myśleć, że ona tak ma?)

Terapeutka: Co Pani wie o mnie?

(na początku ustaliłyśmy, czy się znamy. Nie mamy wspólnych znajomych. Jesteśmy dla siebie obcymi osobami, tylko tak terapia ma sens)

Ja: Wiem, że ma Pani syna. Była Pani w ciąży, jak zaczynałyśmy terapię.

Terapeutka: No tak (uśmiech). A co jeszcze? Jak sobie Pani wyobraża moje życie?

Ja: Sama Pani wychowuje syna. Mieszka pod miastem. W domu. Za nim jest taka duża łąka. I sąsiedzi daleko.

Terapeutka: Mam psa?

Ja: Tak. Dwa. (śmieję się)

Terapeutka: Małe?

Ja: Nieeee, duże. Piękne wilczury.

(czuję, jak się uspokajam mogąc mówić o niej)

Ja: Mieszka Pani z rodzicami, ale oni się zbytnio nie wtrącają w Pani życie. Tata jest ciepły, wyrozumiały, kochający. Zawsze może Pani na niego liczyć. Mama jest, gdzieś tam z boku zupełnie.

Terapeutka: A rodzeństwo?

Ja: Siostra. W podobnym wieku. Bardzo się kochacie, wspieracie.

Terapeutka: A gdyby się okazało, że mieszkam tu niedaleko, w wieżowcu. Na ósmym piętrze. Mam psa, yorka, małego szczekającego….

Ja: Nieee, to niemożliwe. To w ogóle do Pani nie pasuje.

Cisza. (ciekawe czy się zgadza – myślę)

Terapeutka: O kim Pani mówiła, czyje życie Pani sobie wyobraziła? Moje?

(czuję trzask w głowie)

Ja: A nie?

(jeszcze się bronię)

Terapeutka: To ja Panią pytam. O kim mi Pani przed chwilą opowiedziała?

(tak, wiem… wzdycham)

Ja: O sobie. Chciałabym, żeby tak wyglądało moje życie.

(Ona uśmiecha się tak ciepło. Chciałabym się do niej przytulić. Podziękować, że otworzyła mi oczy. Usłyszeć, że to wszystko jest możliwe. Nie chcę dziś wychodzić. Chciałabym zostać z tym obrazem, który powstał w mojej głowie. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Czuję tę wyjątkową więź z terapeutką. Kocham ją. Wiem, że to co czuję do niej, czuję do siebie… Cholera, znowu płaczę)

Dzwoni dzwonek. Koniec na dziś. Muszę wyjść.

Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Magdy:

  1. Pierwszy raz. „To był impuls. Czułam, że lecę głową w dół i zaraz się rozbiję, że nie mogę nad tym zapanować”

  2. Walka z murem. „Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?”

  3. Nie chcę dziś wychodzić. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Cholera znowu płaczę –  czytasz ten odcinek


Psychologia

Magda. Walka z murem. „Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
25 października 2015
Fot. Unsplash / Martin Wessely / CC0 Public Domain

Wróćmy do świata Magdy, trzydziestolatki i jej terapii. Magda ma syndrom wzorowej uczennicy, nie chce nikogo rozczarować. Na terapii pracuje m.in nad odczuwaniem i wyrażaniem złości.

Magda (po kilku miesiącach) ma wrażenie, że dużo już przepracowała. Dochodzi do momentu w którym czuje, że spotkania u terapeutki nie są potrzebne, męczą ją. Nie wie, że to jest naturalny etap w procesie terapeutycznym. Na szczęście wie to jej psycholożka.

Piątek. Godzina 15:00

Tym razem myślałam, że nie zdążę na terapię. Wysłałam nawet SMS-a, że się spóźnię… Byłam jednak punktualnie.

Terapeuta: Uprzedzała Pani, że się spóźni…

Ja: Bo myślałam, że mi się nie uda dojechać na czas.

(nie chce mi się nic mówić, czuję narastającą złość, pomyślałam, że przesiedzę 45 minut i się nie odezwę)

Terapeuta: Źle Pani wygląda. Schudła. Je coś Pani?

Ja: Kiepsko, nie mam apetytu.

(w głowie budzi się słowo „depresja”)

Terapeuta: A jak ze snem?

Ja: Kiepsko.

(czuję ciepło, które się po mnie rozlewa, tylko dlatego, że ktoś się mną zainteresował, zauważył moje zmęczenie…)

Terapeuta: Jeśli będzie się to utrzymywać, trzeba będzie pomyśleć o wsparciu farmakologicznym.

(to jak uderzenie młotkiem w głowę, brutalne. No tak, zapomniałam, że tu obowiązują pewne zasady, jak mogłam się łudzić, że Ona przez chwilę będzie mi współczuć. Albo sobie poradzisz sama, albo dostaniesz tabletki, jakie to mi znane, nadal nie mam na kogo liczyć. Czemu spodziewałam się, że tym razem będzie inaczej)

Cisza.

(mam ją w głębokim poważaniu, niech spada, nic jej już nie powiem, jak mam sobie sama pomóc, to po co tu mam jeszcze cokolwiek mówić, jak widać już mi terapia nie pomaga. Brak apetytu, bezsenność, co to za terapia, w trakcie której wpada się w taki stan?!? Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?)

Cisza.

Terapeuta: Dlaczego się Pani nad sobą znęca? Doprowadza się do takiego stanu?

(patrzę na nią)

Terapeuta: Nie jest Pani dla siebie dobra, wysoko stawia sobie poprzeczkę, dużo wymaga od siebie…

(czuję, jak gula rośnie mi w gardle. A dziś obiecałam sobie, że nie będę płakać, że nie okażę żadnych emocji, nic jej już nie powiem. Łzy zaczynają mi lecieć po policzkach)

Ja: Może to z tego wchodzenia w rolę pilnej uczennicy…

(mówię cicho i wyciągam chusteczki z pudełka, zawsze wtedy myśli uciekają mi do tych chusteczek, że niemożliwym jest, by one w gabinecie terapeuty nie stały. Wysmarkanie nosa, to chwila na oddech od emocji)

Cisza. Ona nic nie mówi. Siedzi w tym swoim fotelu i żaden mięsień na twarzy jej nie drgnie, patrzy na mnie.

Ja: Wydaje mi się, że mogę coś dobrego i wartościowego osiągnąć, dopiero wtedy, gdy włożę w to dużo wysiłku. Nic co wartościowe nie może przyjść łatwo.

(mówię głośno, a w głowie, jakby obok, analizuję swoje słowa, które mnie samą zaskoczyły, faktycznie, jeśli coś przychodzi mi łatwo, to uważam, że nie jest godne uwagi, nie zasługuje na uznanie, jakbym zawsze szukała czegoś, w co muszę się zaangażować i czemu się poświęcić, jak choćby w pracy, zmieniam ją, kiedy nie stawia mi już wyzwań, staje się prosta…)

Cisza. (choć w mojej głowie huczy od myśli)

Terapeuta: O czym Pani myśli?

Ja: O tym, co trudne…

(nie, ją nie obchodzi przecież co czuję, nie chcę z nią rozmawiać)

Terapeutka: Terapia jest trudna?

Ja: Mam wrażenie, że doszłam do muru, że już dalej w terapii nie mogę się ruszyć.

Terapeutka: Jaki jest ten mur? Proszę opowiedzieć.

Ja: Ogromny. Opieram się o niego kolanami… Ręce mam rozłożone na boki i szukam furtki, żeby móc przejść…

Terapeutka: A jak tam nie ma furtki.

(czy ja zawsze muszę płakać, już nie mogę powstrzymać łez i poczucia beznadziejności, nie chcę myśleć, że nie pokonam tego muru, choćbym miała sobie podrapać kolana do krwi, to przejdę, zrobię krok do przodu, najtrudniejszy, wtedy będę mogła być z siebie dumna… )

Terapeutka: A jak zamiast furtki znajdzie Pani młotek. Uderzy nim Pani w mur i on się rozsypie od jednego, lekkiego uderzenia, okaże się, że nie jest taki mocny i nie potrzeba się męczyć, by go pokonać…

(nie chcę tego słuchać, chcę uciec, jak to rozsypie się, przecież, żeby go pokonać muszę w to włożyć mnóstwo wysiłku, jak stuknę młotkiem, to jego przejście będzie nic nie znaczące)

Terapeutka: A może ten mur okaże się niski, taki do kolan, który lekko Pani przejdzie…

(nie jestem w stanie nic powiedzieć, zaprzeczyć, że to niemożliwe)

Dzwoni dzwonek. Na dzisiaj koniec.

Kilka tygodni później w tym moim obrazie urosłam, byłam tak duża, że podnosząc nogę przeszłam przez ten mur…

cdn.


Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Magdy:

  1. Pierwszy raz. „To był impuls. Czułam, że lecę głową w dół i zaraz się rozbiję, że nie mogę nad tym zapanować”

  2. Walka z murem. „Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?” –  czytasz ten odcinek.

  3. Nie chcę dziś wychodzić. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Cholera znowu płaczę