Psychologia

Magda. Walka z murem. „Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
25 października 2015
Fot. Unsplash / Martin Wessely / CC0 Public Domain
 

Wróćmy do świata Magdy, trzydziestolatki i jej terapii. Magda ma syndrom wzorowej uczennicy, nie chce nikogo rozczarować. Na terapii pracuje m.in nad odczuwaniem i wyrażaniem złości.

Magda (po kilku miesiącach) ma wrażenie, że dużo już przepracowała. Dochodzi do momentu w którym czuje, że spotkania u terapeutki nie są potrzebne, męczą ją. Nie wie, że to jest naturalny etap w procesie terapeutycznym. Na szczęście wie to jej psycholożka.

Piątek. Godzina 15:00

Tym razem myślałam, że nie zdążę na terapię. Wysłałam nawet SMS-a, że się spóźnię… Byłam jednak punktualnie.

Terapeuta: Uprzedzała Pani, że się spóźni…

Ja: Bo myślałam, że mi się nie uda dojechać na czas.

(nie chce mi się nic mówić, czuję narastającą złość, pomyślałam, że przesiedzę 45 minut i się nie odezwę)

Terapeuta: Źle Pani wygląda. Schudła. Je coś Pani?

Ja: Kiepsko, nie mam apetytu.

(w głowie budzi się słowo „depresja”)

Terapeuta: A jak ze snem?

Ja: Kiepsko.

(czuję ciepło, które się po mnie rozlewa, tylko dlatego, że ktoś się mną zainteresował, zauważył moje zmęczenie…)

Terapeuta: Jeśli będzie się to utrzymywać, trzeba będzie pomyśleć o wsparciu farmakologicznym.

(to jak uderzenie młotkiem w głowę, brutalne. No tak, zapomniałam, że tu obowiązują pewne zasady, jak mogłam się łudzić, że Ona przez chwilę będzie mi współczuć. Albo sobie poradzisz sama, albo dostaniesz tabletki, jakie to mi znane, nadal nie mam na kogo liczyć. Czemu spodziewałam się, że tym razem będzie inaczej)

Cisza.

(mam ją w głębokim poważaniu, niech spada, nic jej już nie powiem, jak mam sobie sama pomóc, to po co tu mam jeszcze cokolwiek mówić, jak widać już mi terapia nie pomaga. Brak apetytu, bezsenność, co to za terapia, w trakcie której wpada się w taki stan?!? Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?)

Cisza.

Terapeuta: Dlaczego się Pani nad sobą znęca? Doprowadza się do takiego stanu?

(patrzę na nią)

Terapeuta: Nie jest Pani dla siebie dobra, wysoko stawia sobie poprzeczkę, dużo wymaga od siebie…

(czuję, jak gula rośnie mi w gardle. A dziś obiecałam sobie, że nie będę płakać, że nie okażę żadnych emocji, nic jej już nie powiem. Łzy zaczynają mi lecieć po policzkach)

Ja: Może to z tego wchodzenia w rolę pilnej uczennicy…

(mówię cicho i wyciągam chusteczki z pudełka, zawsze wtedy myśli uciekają mi do tych chusteczek, że niemożliwym jest, by one w gabinecie terapeuty nie stały. Wysmarkanie nosa, to chwila na oddech od emocji)

Cisza. Ona nic nie mówi. Siedzi w tym swoim fotelu i żaden mięsień na twarzy jej nie drgnie, patrzy na mnie.

Ja: Wydaje mi się, że mogę coś dobrego i wartościowego osiągnąć, dopiero wtedy, gdy włożę w to dużo wysiłku. Nic co wartościowe nie może przyjść łatwo.

(mówię głośno, a w głowie, jakby obok, analizuję swoje słowa, które mnie samą zaskoczyły, faktycznie, jeśli coś przychodzi mi łatwo, to uważam, że nie jest godne uwagi, nie zasługuje na uznanie, jakbym zawsze szukała czegoś, w co muszę się zaangażować i czemu się poświęcić, jak choćby w pracy, zmieniam ją, kiedy nie stawia mi już wyzwań, staje się prosta…)

Cisza. (choć w mojej głowie huczy od myśli)

Terapeuta: O czym Pani myśli?

Ja: O tym, co trudne…

(nie, ją nie obchodzi przecież co czuję, nie chcę z nią rozmawiać)

Terapeutka: Terapia jest trudna?

Ja: Mam wrażenie, że doszłam do muru, że już dalej w terapii nie mogę się ruszyć.

Terapeutka: Jaki jest ten mur? Proszę opowiedzieć.

Ja: Ogromny. Opieram się o niego kolanami… Ręce mam rozłożone na boki i szukam furtki, żeby móc przejść…

Terapeutka: A jak tam nie ma furtki.

(czy ja zawsze muszę płakać, już nie mogę powstrzymać łez i poczucia beznadziejności, nie chcę myśleć, że nie pokonam tego muru, choćbym miała sobie podrapać kolana do krwi, to przejdę, zrobię krok do przodu, najtrudniejszy, wtedy będę mogła być z siebie dumna… )

Terapeutka: A jak zamiast furtki znajdzie Pani młotek. Uderzy nim Pani w mur i on się rozsypie od jednego, lekkiego uderzenia, okaże się, że nie jest taki mocny i nie potrzeba się męczyć, by go pokonać…

(nie chcę tego słuchać, chcę uciec, jak to rozsypie się, przecież, żeby go pokonać muszę w to włożyć mnóstwo wysiłku, jak stuknę młotkiem, to jego przejście będzie nic nie znaczące)

Terapeutka: A może ten mur okaże się niski, taki do kolan, który lekko Pani przejdzie…

(nie jestem w stanie nic powiedzieć, zaprzeczyć, że to niemożliwe)

Dzwoni dzwonek. Na dzisiaj koniec.

Kilka tygodni później w tym moim obrazie urosłam, byłam tak duża, że podnosząc nogę przeszłam przez ten mur…

cdn.


Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Magdy:

  1. Pierwszy raz. „To był impuls. Czułam, że lecę głową w dół i zaraz się rozbiję, że nie mogę nad tym zapanować”

  2. Walka z murem. „Wszystko we mnie krzyczy, zerkam na zegarek, ile czasu zostało?” –  czytasz ten odcinek.

  3. Nie chcę dziś wychodzić. Tam jest mi dobrze i bezpiecznie. Cholera znowu płaczę


Psychologia

Ewa. „Chciałabym być dla Pani wyjątkowa, a przecież to tylko wykupione wizyty z obcą osobą. To takie dziecinne.”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
27 października 2015
Fot. Unsplash / Dominik Martin / CC0 Public Domain
 

Wracamy do Ewy, która zgłosiła się na terapię z powodu fatalnych relacji z mężczyznami i ogólnego poczucia, że nie jest lubiana przez innych. Ewa była w dzieciństwie bita przez ojca, do czego przyznaje się na jednej z wizyt. Terapeutka okazuje jej wsparcie i zrozumienie. Zaczynają rozmawiać o jej złości wobec mężczyzn, czy nie jest ona przeniesionym uczuciem z ojca. Ewa powoli otwiera się przed Terapeutką, ale też zaczyna okazywać jej swoją złość.

Środa 18.00 (dwa miesiące później)

Ja: Mam wrażenie, że Pani nie słucha.

Terapeutka: Skąd takie wrażenie?

Ja: Bo cały czas zerka Pani na zegar.

Terapeutka: Zerkam? Nie wydaje mi się..

Ja: No przecież widzę.

Terapeutka: Gdyby tak było, to co Pani myśli, gdy tak się zachowuję?

Ja: Że jest Pani instrumentalna.

(Hahaha, ale się miota)

Terapeutka: Instrumentalna? W jaki sposób?

Ja: Bierze Pani kasę i odlicza minuty.

Terapeutka: Ach, czyli wykorzystuję Panią finansowo?

(Chyba jest zirytowana)

Ja: Coś w tym rodzaju. Ma Pani w dupie, co mówię.

Terapeutka: Czyli jest Pani dla mnie nieważna?

Ja: Tak. Zresztą ma Pani mnóstwo takich pacjentów. Ledwo Pani pamięta, co tu mówią.

Terapeutka: Czy dałam Pani kiedykolwiek odczuć, że nie pamiętam tego, o czym Pani tu opowiadała?

Ja: Nie wiem… Raczej tak. Na pewno.

Terapeutka: A może Pani dać mi jakiś przykład?

(Jasne. Zapisuję sobie w pamiętniku jej błędy. Egocentryczka).

Ja: Już wiem. Nie pamiętała Pani imienia mojej mamy.

Terapeutka: Tak? To przepraszam.

Ja: No właśnie.

(Dobrze, że umie chociaż przepraszać. Moi rodzice nigdy nie przepraszali za nic)

Terapeutka: Coś jeszcze?

(O luuudzie…)

Ja: Nie pamiętam.

Terapeutka: Rozumiem więc, że fakt, iż raz nie pamiętałam imienia Pani mamy, świadczy o tym, że jest Pani dla mnie nieważna, czy tak?

(Cholera. Powinna pracować jako adwokat, a nie psycholog!)

Ja: Nie tylko.

Terapeutka: Co jeszcze?

Ja: Mówiłam, że nie pamiętam! (Zezłościła mnie)

Terapeutka: Jest Pani na mnie zła?

Ja: Tak. Bo tak Pani na mnie naciska.

Terapeutka: Próbuję zrozumieć. Nie chciałabym, by Pani czuła, że jest dla mnie nieważna.

Ja: Dlaczego?

Terapeutka: Bo tak nie jest.

(Miło. Cisza. A teraz płaczę. Idiotyzm! Czego tak beczysz? Podaje mi chusteczkę.)

Terapeutka: Coś Panią poruszyło w naszej rozmowie?

(Potakuję głową)

Terapeutka: Gdy powiedziałam, że jest Pani dla mnie ważna?

(Tak)

Terapeutka: Tak, jest dla mnie ważne, co Pani mówi. I to, że Pani tu jest.

(Cisza. Siorbię nosem jak gówniara i jestem na siebie zła. Roztkliwiam się od jakiś sloganów, które sprzedaje wszystkim. No ilu ma tu pacjentów?? Koleś przede mną, laska za mną. Pięciu dziennie? Dwudziestu tygodniowo? Wszyscy jesteśmy ważni???)

Terapeutka: O czym Pani myśli?

Ja: Że niezłe ściemy Pani tu uskutecznia.

Terapeutka: Jakie na przykład?

Ja: O tej ważności. Ma Pani ze dwudziestu pacjentów tygodniowo…

Terapeutka: Dwunastu. Czy to zaprzecza temu, co powiedziałam?

Ja: I każdy jest dla Pani tak ważny?

Terapeutka: „Tak ważny”? Czyli jak?

Ja: Jak ja.

(Uśmiecha się do mnie ciepło i jeszcze bardziej mnie wkurza. Pewnie nie odpowie.)

Terapeutka: Wszyscy moi pacjenci są dla mnie ważni, choć mam różne uczucia i myśli wobec nich.

Ja: Jakie ma Pani uczucia i myśli wobec mnie?

(Chwilę patrzy na mnie. Jest uważna i zatroskana)

Terapeutka: Martwię się o Panią i troszczę. Lubię słuchać, gdy Pani opowiada o swojej córce. Lubię, jak się Pani uśmiecha. Myślę, że potrzebuje Pani czuć się ważna. I że jest Pani na mnie teraz zła, że nie jest Pani moją jedyna pacjentką, co rozumie Pani jako odbieranie sobie tej ważności. Chce Pani być dla mnie wyjątkowa, prawda?

(Skąd ona to wie???)

Ja: To śmieszne.

Terapeutka: Co jest śmieszne?

Ja: Takie dziecinne trochę. Że chciałabym być dla Pani wyjątkowa, a przecież to tylko wykupione wizyty z obcą osobą.

Terapeutka: Jestem dla Pani obca?

(W sumie nie. Jest mi bliska)

Terapeutka: Pani Ewo, dobrze Pani to ujęła. Pragnienie bycia wyjątkowym i ważnym dla mnie jest naturalne w przypadku wszystkich pacjentów. (Co mnie obchodzą wszyscy?!). Jest też naturalne dla Pani. Przenosi Pani pragnienia ze swojego dzieciństwa tutaj. Czy czuła się Pani oczkiem w głowie swoich rodziców? Taty? Mamy?

Ja: Rzadko.

Terapeutka: Tęskniła Pani za tym, prawda?

(Znów się rozpłaczę. Cienias)

Ja: Tak.

Terapeutka: Co oznaczało dla Pani bycie oczkiem w głowie?

Ja: (Hmmm). Chciałam, aby mama pozwoliła mi czasem spać ze sobą. (cisza) Chciałam, aby przywieźli mi pluszowego psa, gdy pojechali do Stanów, ale zapomnieli. (cisza). Chciałam, aby odrabiali ze mną lekcje czasami. Takie tam…

Terapeutka: Przykro mi, że Pani tego nie dostała. Każde dziecko tego potrzebuje. Mała Ewa też bardzo potrzebowała.

(Znów płaczę i mam dość. Resztę sesji siedzimy w ciszy. Tym razem ja patrzę na zegar i spokojnie odliczam minuty do końca).

Terapeutka: To tyle na dzisiaj. Dziękuję za tę sesję. Mam prośbę, proszę na kolejne spotkanie zanotować gdzieś gesty/słowa/reakcje innych ludzi, które byłyby dla Pani sygnałem, że jest Pani dla nich ważna. Cokolwiek.

(Aha. To zamieniam się w uczennicę i będę teraz odrabiać lekcje. Świetnie)

Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Ewy:

  1. Ewa, pierwsza wizyta. „Jestem tylko dzieckiem, któremu zrobiono złe rzeczy, dlatego jest złe”

  2. „Chciałabym być dla Pani wyjątkowa, a przecież to tylko wykupione wizyty z obcą osobą. To takie dziecinne.” – czytasz ten odcinek.


Psychologia

Ewa, pierwsza wizyta. „Jestem tylko dzieckiem, któremu zrobiono złe rzeczy, dlatego jest złe”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
22 października 2015
Fot. SnapWire / CC0 Public Domain

Ewa jest silną, niezależną kobietą. Samotną, po rozwodzie. Ma 34 lata. Do gabinetu psychologa trafia, bo jedna z jej współpracowniczek rzuciła: „Jesteś nieznośna, nie da się z tobą wytrzymać, nikt cię nie lubi!”. Ewa chciałaby, żeby ją lubili. To pomogłoby jej budować relacje z innymi. Byłoby jej łatwiej w pracy, może kogoś by znalazła. Ale ludzie ją wkurzają: o nic nie dbają, tyle błędów popełniają! Jak można patrzeć na to łaskawym okiem?! Ech.

Środa 18.00 (Pierwsza wizyta)

Rozglądam się w poczekalni. Pani recepcjonistka skubie coś w paznokciach i próbuje przegryźć skórkę. Jak ja to dobrze znam! Ten nie dający spokoju kawałek palca, który zdaje się łaskotać, mamić, uwodzić i nieźle potrafi spier**lić dzień. Zwykle ląduje u swojej manikiurzystki z plastrem na ofierze swojej masochistycznej natury i tłumaczę, że niby co miałam zrobić, jak słaby ten naskórek jak diabli. A ta farbowana blond lala znęca się nad swoim palcem, odbierając mi nadzieję, że wyleczę tu swoje natręctwa, kompulsje i inne demony. Nie chodzi o to, że przychodzę z powodu obgryzania nędznych skórek, ale że ta droga pani, pracująca w miejscu, które ma pomagać ludziom, powinna być doprawdy zdrowa i nie żreć własnych rąk! – Pani Z ma lekkie opóźnienie – informuje mnie recepcjonistka przerywając koronkową robotę na swoim palcu i uśmiecha się do mnie przepraszająco. – Lekkie? To znaczy? – wpatruje się w jej palec, złośliwie dając znać, że znam jej sekret. – Jakieś piętnaście minut – ignoruje mnie i wlepia nos w ekran komputera.

– Hmmm… to chyba nieprofesjonalne – mruczę wkurzona, myśląc o sałatce z awokado, którą planowałam przygotować sobie na wieczór. – Pani Z jest bardzo profesjonalna, ale dziś jest dzień spóźnień i wszyscy przychodzą z opóźnieniem – tłumaczy cierpliwie recepcjonistka nadal nie obdarzając mnie żadnym fragmentem spojrzenia.

– Wydawało mi się, ze jak pacjent się spóźnia, to jego problem. Ma krótszą wizytę – cytuję tekst z podręcznika dla klinicystów. Odrywa wzrok znad ekranu i patrzy na mnie bez słowa (ma ładne niebieskie oczy), po czym odpowiada: – Pani Z ma dobre serce. Proszę dać jej szansę. Poprawia się : – Sobie szansę.

Daje więc szansę przez kolejne dwadzieścia minut, aż drzwi się otwierają i staje w nich drobna szatynka w okularach. Myślę od razu, że wygląda inaczej niż na zdjęciu w Internecie. Jest taka krucha.

– Zapraszam – uśmiecha się miło. – Przepraszam. Dziś są strajki taksówkarzy. Wszyscy mają problem z dojazdem. „Jasne. Problem z dojazdem. Proste” – łykam jej wytłumaczenia jak w dzieciństwie kanapki z pasztetową, jest taka ciepła. Ona.

Nic nie mówię. Rozglądam się wokół. Naprzeciwko mnie obrazek, dwie ręce splecione: stara i młoda. I jakiś widoczek z Grecji albo Hiszpanii. Ciekawa jestem, czy ona sobie to tutaj przywiesiła.

Terapeutka: O czym Pani myśli? (nie wiem, czy mogę jej powiedzieć, wiec robię grymas i wzruszam ramionami).

Ja: Eee tam, nic ważnego.

Terapeutka: To niemożliwe (patrzy na mnie uważnie). Pani myśli są bardzo ważne. W tym miejscu są szczególnie ważne (uśmiecha się).

Ja: Dlaczego?

Terapeutka: Bo mówią o Pani. O tym, co Pani czuje, uważa, przeżywa.

Ja: Ja mam dużo głupich myśli (wpatruje się w obrazek z rękami).

Terapeutka: Jakich na przykład?

Ja: Żeby ktoś umarł.  (wyzywam ją na pojedynek. I co Ty na to doktorko?)

Terapeutka: To raczej złość. Jest Pani zła na kogoś do tego stopnia, że życzy mu Pani śmierci. Co w tym głupiego? (patrzę na nią z niedowierzaniem, nie mam 16 lat, by zabijać w myślach!)

Terapeutka: Komu życzy Pani, aby umarł?

Ja: Wielu ludziom.

Terapeutka: Tyle osób Panią wkurza?

Ja: Tak. nie. Nie wiem. W sumie chodzi o jedną osobę, ale nie przyszłam w jego sprawie. Nieważne.

Terapeutka: A co jest ważne? Co Panią do mnie sprowadza? (zawiesza na mnie smutny wzrok. Dlaczego ona jest smutna?)

Cisza.

(nie chce mi się mówić o tym, z czym przyszłam. Mam teraz w dupie to, że ludzie uważają mnie za zimną, wyrachowaną sukę. Że mnie nie lubią. Odtrącają. Że nie mam związku. Myślę o swoim ojcu. Jestem taka sama. Przeraża mnie ta myśl.)

Terapeutka: Zimno Pani? Trzęsie się Pani? Dam Pani koc. (wyjmuje z szafy jakiś pled i kładzie mi na ramiona. Jest szorstki, a ja mam nadwrażliwą skórę, ale czuję tylko ciepło z tego kawałka szmaty, którym mnie ta obca kobieta okryła).

Ja: Dlaczego moja mama nigdy mnie nie okryła? Ukryła? (myślę głośno, mówię to chyba, kręci mi się w głowie i jest mi wszystko jedno)

Terapeutka: Przed kim miała Panią ukryć? (jest jeszcze smutniejsza, nachyla się do mnie. Długo się nie odzywam, tylko płaczę. Tak bardzo łkam, że nie mogę złapać oddechu. Podchodzi do mnie i głaszcze mnie po włosach)

Terapeutka: Jest już Pani bezpieczna. (ufam jej)

Środa 18.00 (druga wizyta)

Wstydzę się tamtej słabości i uzbrajam się w kolce. Ten sam schemat. Zamieniam się w kostkę lodu i zamrażam. Ona nie chce dać się zamrozić. Ma te same okulary i golf tym razem.

Ja: Nie chcę dziś rozmawiać o ojcu.  (mówię od razu, kiwa głową)

Terapeutka: Rozumiem. O czym chciałaby Pani rozmawiać?

Ja: O Grzegorzu.

Terapeutka: Kim jest Grzegorz?  (miesza łyżką gorącą herbatę)

Terapeutka: Napije się Pani?

Ja: Nie. Grzegorz to mój mąż. Były. (znów miesza, denerwuje mnie to, zaciskam zęby i myślę, że ona jest jednak idiotką. Ile można mieszać? Nie mogła sobie wymieszać przed sesją?)

Terapeutka: Przepraszam (czyta w moich myślach?)

Terapeutka: Mam słabość do cukru. (słabość? ona ma jakąś słabość????)

Terapeutka: Ma Pani jakąś słabość? (wytrąca mnie tym pytaniem z przygotowanej opowieści o eksmężu, którego zdradziłam i zostawiłam. Naprawdę temat herbaty i słabości jest ważniejszy???)

Ja: Tak. Lubię kogel- mogel. (nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy?!!! Przecież ostatni raz zrobiłam sobie kogel- mogel chyba kilka lat temu. Jeszcze zanim Grzegorz odszedł…)

Ja: Mój ojciec robił najlepszy kogel-mogel na świecie. Precyzyjnie obliczał proporcje i wytrwale mieszał aż konsystencja była nieskazitelnie równa i sztywna. Śmiałyśmy się z matką, że jest perfekcjonistyczny także w koglu-moglu.

Terapeutka: Kochała go Pani.

(przerywam)

Ja: Znęcał się nad nami.

Terapeutka: Kochała go Pani, a on Panią ranił.

Ja: Tak. Nie byłam doskonała. Sukinsyn kochał perfekcję nawet w miłości. (długa cisza, ona już nie miesza herbaty)

Terapeutka: Jest Pani zła na niego? Na innych mężczyzn? Ludzi? Na świat?

Środa 18.00 (trzecia wizyta)

A więc jestem zła. Jestem cały czas zła. Sieję zło. Robię złe rzeczy. Zdradzam tych, których kocham. Ranię ich uczucia. Chcę taka być, bo wtedy nikt już mnie nie zrani. Chcę być samym złem, ale nie mogę.

Terapeutka: Co Panią skłoniło, by tu przyjść?

Ja: Moja córka. Nie chcę być dla niej zła. To jedyna osoba, którą kocham.

Terapeutka: To wspaniale. (uśmiecha się radośnie)

Ja: Co jest wspaniałego?

Terapeutka: Że jest na świecie ktoś, kogo Pani bardzo kocha.

Ja: No tak. Ale to nie zmienia faktu, że dla wszystkich innych jestem zła.

Terapeutka: Co to znaczy?

Ja: Ranię ich.

Terapeutka: Tak jak Panią zraniono?

Ja: Nie wiem. Nigdy tego nie łączyłam. Myśli Pani, że się mszczę?

Terapeutka: To chyba nie jest dobre słowo. Ma pejoratywne znaczenie. Oddaje Pani światu, co dostała.

Ja: Ale Grzegorz nie zasłużył…

Terapeutka: Rozumiem… A czy Pani zasłużyła?

Patrzę na nią i nic nie mówię. Pierwszy raz od dłuższego czasu jest mi siebie żal. Nie, nie zasłużyłam. Nie czuję się zła. Jestem dobrym człowiekiem, który zrobił złe rzeczy. Jestem tylko dzieckiem, któremu zrobiono złe rzeczy, dlatego jest złe. Nie jestem zła.

Chcę tu wracać. Chcę dać SOBIE szansę.