Psychologia

Dlaczego niekochane córki zakochują się w narcystycznych facetach? Jest kilka powodów!

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
29 października 2021
fot. Georgijevic/iStock
 

Doświadczenia z dzieciństwa odgrywają istotną rolę i mają duży wpływ na to, jak wygląda nasze dorosłe życie i związki partnerskie. Kobiety często powielają schematy i popełniają podobne błędy jak ich rodzice. Niekochane córki, źle lokują uczucia i wpadają w sidła toksycznych relacji. Co za tym stoi? Powodów jest co najmniej kilka.

Czemu zakochujemy się w nieodpowiednich mężczyznach? Często takich, którzy traktują nas przedmiotowo, z góry. Pozbawionych empatii, perwersyjnych, mających pretensjonalne poczucie własnej wartości. Powodów, dla których dziewczynki, które nie czuły się kochane w dzieciństwie, mogą przyciągać partnerów z tendencjami narcystycznymi w wieku dorosłym jest wiele.

Są przyzwyczajone do manipulowania i kontrolowania

Kobiety, które w dzieciństwie doświadczyły różnych rodzajów przemocy emocjonalnej, nieustannej kontroli i manipulacji wierzą, a wręcz są przekonane, że takie zachowania są normalne. Nie widzą w nich nic złego i niepokojącego. Kobiety te bardzo często nie mają poczucia własnej wartości, nie doceniają siebie, niekiedy nawet nie mają do siebie szacunku. Koniec końców, jako osoby dorosłe szukają partnera, który zachowaniem przypomina ich ojca. Wyniosłego, zapatrzonego w siebie, a niekiedy i zadufanego.

Są empatyczne i nadopiekuńcze

Empatyczne i bardzo wrażliwe kobiety – a takie często są kobiety, które nie czuły się kochane w dzieciństwie – są bardziej podatne na urok narcystycznych mężczyzn. Ich dobre serce, szczerość i delikatność bywają wykorzystane przez wyróżniających się „imponującym” poczuciem własnej wartości facetów. Przepełnione emocjami kobiety muszą pamiętać, że empatia nie czyni ich słabszymi!

Minimalizują swoje potrzeby

Dziewczynki, które nie czuły się ważne dla swoich rodziców w dzieciństwie, w życiu dorosłym często zmagają się z brakiem poczucia własnej wartości. Potrzeby innych stawiają na pierwszym miejscu, one są gdzieś na szarym końcu. Minimalizują swoje pragnienia. Ignorują marzenia, co wykorzystuje narcystyczny facet, który bez żadnych przeszkód może postawić siebie na pierwszym miejscu. Choć zarówno dla kobiety, jak i mężczyzny taki związek może wydawać się idealnym, to tak naprawdę jest toksyczny. Niszczy, rani i rujnuje.

Przykre słowa są dla nich „normalne”

Kobiety, które w dzieciństwie wciąż były krytykowane, zawstydzane, a niekiedy nawet i poniżane, „przyzwyczaiły” się do takiego traktowania. Obelgi i krzywdzące słowa uznają za normalne. Przyzwyczaiły się do gorszej pozycji, dlatego też często niewłaściwie lokują swoje uczucia. Zakochują się w narcystycznych i zapatrzonych w siebie facetach.

Narcystyczny facet kojarzy im się z domem

Relacja jaka rodzi się pomiędzy dzieckiem a rodzicem przygotowuje grunt pod relację w życiu dorosłym. Kobiety wychowywane przez osoby z cechami narcystycznymi, często nieświadomie wybierają partnera podobnego do rodziców. Mają nadzieję, że tym razem poczują miłość i akceptację, której nie doświadczyły w dzieciństwie.

Zaczyna się jak w bajce

Kiedy poznajemy nową i interesującą osobę, dajemy z siebie wszystko, Chcemy zaprezentować się z jak najlepszej strony, często udając kogoś innego niż tak naprawdę jesteśmy. Nawet narcystyczny facet na początku znajomości bywa czuły, uczynny i pomocny. I nie ma nic dziwnego, ani nadzwyczajnego w tym, że kobietę, która nie czuła się kochana w dzieciństwie, będzie do niego ciągnęło. Przecież w końcu spotkała kogoś, kto daje jej to, czego od dawna pragnęła. Szkoda, że to tylko pozory.

Drogie kobiety…

jesteście jedyne w swoim rodzaju, cudowne i niepowtarzalne. Bez względu na to, jak wyglądało wasze dzieciństwo, w przyszłości możecie nawiązać zdrowe relacje. To co miało miejsce kilkanaście lat temu nie jest waszą winą. Nie obwiniajcie się, że być może nie byłyście „idealnymi” córkami, które nie zasługiwały na miłość. Każde dziecko na nią zasługuje! Zacznijcie pracować nad poczuciem własnej wartości, zwiększeniem samoświadomości. Nie jesteście bezbronne, a silne, dzielne i waleczne. Wiedzcie, że zasługujecie na piękny, prawdziwy i szczery związek!


Psychologia

Prosaki na twarzy. Czym są i w jaki sposób można usunąć te zmiany?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
29 października 2021
Prosaki
Fot. iStock
 

Prosaki to zmiany, które nie zagrażają zdrowiu, ale często stanowią widoczny kosmetyczny problem. Ich pojawienie się może mieć różne przyczyny, ale można z nimi skutecznie walczyć. Czym są prosaki, jak odróżnić je od innych zmian i w jaki sposób można skutecznie i bezpiecznie ich się pozbyć?

Czym są prosaki?

Prosaki są małymi torbielami umiejscowionymi tuż pod powierzchnią skóry. Ich nazwa wzięła się od nasion prosa, które przypominają z wyglądu. Pojawiają się na twarzy jako perłowo-białe guzki o wielkości 1-2 milimetra, które kojarzą się z krostkami. Prosaki tworzą się przede wszystkim w efekcie niedrożności mieszków włosowo-łojowych, zablokowanych przez nadmiar łoju. Bez drogi ujścia zaczyna gromadzić się masa rogowo-łojowa, widoczna pod postacią prosaków na twarzy. Niedojrzałe są ledwie wyczuwalne w dotyku, ale gdy „się budują”, można je wyczuć jako twarde grudki.

Co powoduje powstawanie prosaków? Nie ma jednego czynnika odpowiedzialnego za ich tworzenie się. Mogą przyczyniać się do nich zaburzenia genetyczne lub autoimmunologiczne (np. toczeń rumieniowaty), niedostatek higieny. Mogą pojawiać się także po powierzchownym uszkodzeniu skóry, w miejscu urazu. Prosaki na twarzy pojawiają się zarówno u dzieci, jak i dorosłych.

Prosaki

Fot. iStock/Prosaki

Prosaki a trądzik — jak je odróżnić?

Bywa, że prosaki są mylone z trądzikiem lub zaskórnikami, choć zdecydowanie nie są tym samym. Mają nieco inny wygląd i twardą strukturę, trudną do usunięcia — trudno je wycisnąć. Zmiany nie nie bolą i nie powodują innych dolegliwości. Typowe dla prosaków jest to, że występują w grupie, po kilka lub kilkanaście prosaków jednocześnie w jednym miejscu.

Prosaki na powiece i pod okiem

Najczęściej prosaki na twarzy pojawiają się na powiece i pod okiem, na czole, skroniach i nosie. Rzadziej można je zauważyć na tułowiu, rękach i nogach, na genitaliach, oraz w jamie ustnej. Stanowią problem nie zdrowotny, a estetyczny. Szczególnie prosaki na powiece i pod okiem mogą niepokoić, dlatego nie warto próbować usuwać je samodzielnie, tylko należy udać się do specjalisty na kontrolę. Zmiany w tych delikatnych rejonach oczu mogą okazać się np. niewielkimi włókniakami lub jęczmieniem.

Prosaki u noworodka

Prosaki u noworodka są problemem powszechnym, dotyczącym nawet 85% maluchów. Pojawiają się ze względu na niedojrzałość aparatu łojowego u niemowlaków. Prosaków u noworodka nie można samodzielnie nakłuwać ani wyciskać, ponieważ istnieje ryzyko utworzenia się w miejscu ranek poważnego stanu zapalnego w jego skórze. Nie trzeba nic z nimi robić, ponieważ znikają same w ciągu kilku tygodni do kilku miesięcy. Gdy u starszego malucha prosaki nie ustępują, zmiany powinien zobaczyć lekarz.

Domowe sposoby na prosaki na twarzy

Prosaki

Fot. iStock/Prosaki

Prosaki na twarzy można leczyć domowymi sposobami. Najczęściej można sięgnąć po:

Parówkę na twarz

Parówka na twarz otwiera gruczoły łojowe, ułatwiając oczyszczanie ich z nadmiaru łoju skórnego, który powoduje prosaki. Jeżeli prosaki pojawiają się w innych miejscach na ciele niż twarz, warto skorzystać z sauny.

Peeling i krem na prosaki

Stosowane regularnie peelingów z dodatkiem kwasu (glikolowego, migdałowego, AHA, BHA, PHA), pomoże oczyścić i regenerować się skórze. W przypadku braku dostępu do gotowego peelingu można stworzyć go z produktów obecnych w kuchni (oliwa z oliwek lub inny olej, cukier, fusy kawy, itp.) Ważne, by peeling wykonywać maksymalnie 2-3 razy w tygodniu, na tyle delikatnie, by odblokować, ale nie podrażnić skórę. Peelingu nie należy stosować na prosaki pod oczami i na powiekach.

Kremy złuszczające

Kremy złuszczające są skuteczne w zwalczaniu nieestetycznych prosaków na twarzy. Warunkiem jest ich regularne i długotrwałe stosowanie. Warto rozpocząć kurację jesienią lub wczesną wiosną, aby nie narażać skóry na silne promieniowanie słoneczne lub niskich temperatur. Kremy złuszczające najbezpieczniej kłaść na zmiany punktowo, by nie podrażnić fragmentów skóry bez prosaków.

Warto wiedzieć, że zmiany te mogą nawracać, dlatego po usunięciu ich ze skóry należy zadbać o prawidłową pielęgnację skóry.

Prosaki

Fot. iStock/Prosaki

Jak można usunąć prosaki w gabinecie kosmetyczki?

W profesjonalnym gabinecie kosmetycznym mamy do dyspozycji profesjonalne zabiegi oczyszczające skórę. Zaliczamy do nich:

  • zabiegi złuszczające, np.: peeling chemiczny, mikrodermabrazja. Regularne korzystanie z nich wygładzi skórę i poprawi jej koloryt;
  • odblokowanie ujścia łoju przez nakłuwanie grudek igłą pod odpowiednim kątem. Nie należy tego robić samodzielnie w domu, ze względu na ryzyko wywołania zakażenia skóry;
  • elektrokoagulację, czyli wykorzystanie prądu elektrycznego o wysokiej częstotliwości do usunięcia różnych zmian, w tym prosaków;
  • wymrażanie azotem, czyli usuwanie zmian przy pomocy niskiej temperatury;
  • terapię laserową — ze względu na wysoką cenę zabiegu, najczęściej laser traktowany jest jako jedna z ostatnich dostępnych metod;
  • zabieg chirurgiczny (nacięcie lub całkowite usunięcia).

Jak zapobiegać powstawaniu prosaków na twarzy?

Ponieważ prosaki na twarzy mogą powracać, po zakończonym leczeniu należy zadbać o prawidłową higienę i pielęgnację skóry. Ważne jest dokładne oczyszczanie jej rano i wieczorem z nadmiaru sebum i regulowanie pracy gruczołów łojowych dzięki właściwym kremom. Należy wybierać kosmetyki lekkie, które nie przyczynią się do zapychania porów. Warto także  zadbać o regularne peelingi, aby złuszczać skórę i uniknąć pojawienia się kolejnych prosaków.

FB/ohmepl

 


źródło:  www.laroche-posay.pl,  www.doz.pl 

Psychologia

Nasze dzieci w szpitalach psychiatrycznych leżą na materacach w korytarzach. Sytuacja jest dramatyczna – mówią psychiatrzy

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
29 października 2021
fot. SolStock/iStock

O dramatycznej sytuacji rozmawiamy z dwójką psychiatrów. 




Antoni i Anna Umeccy są lekarzami, specjalistami psychiatrii dzieci i młodzieży. Pracują w oddziale psychiatrycznym dla młodzieży w Józefowie Mazowieckiego Centrum Neuropsychiatrii. Antoni Umecki dodatkowo konsultuje dzieci w trybie nagłym na izbie przyjęć. Zgodzili się opowiedzieć nam, dlaczego szpitale psychiatryczne mają dziś coraz więcej pacjentów, dlaczego lekarze mówią: „Dość!” I dosłownie modlą się, żeby podczas ich dyżuru, nie zadzwonił kolejny rodzic w sprawie swojego dziecka, które targnęło się na swoje życie. Wtedy będą mieć dylemat, czy kłaść je na korytarzu na materacu, czy też odsyłać 300 km dalej do Sosnowca, gdzie jest jedno wolne miejsce. Ale wtedy wiedzą, że rodzice nie będą mogli dziecka odwiedzać. A to dla niego przecież ważne w procesie leczenia.







Jak teraz wygląda praca na oddziale dla młodzieży?




Antoni Umecki: – Jest dramatycznie! Praktycznie cały czas mamy więcej pacjentów niż „łóżek” zakontraktowanych z Narodowym Funduszem Zdrowia. Coraz częściej zdarzają się sytuacje, że w trakcie dyżuru brakuje dla dzieci łóżek i trzeba szukać innych rozwiązań np. układamy tymczasowo dla nich materace na podłodze. Nie umiem pani powiedzieć, ilu teraz mamy pacjentów na oddziale ponad podpisany ze szpitalem kontrakt, bo ta liczba codziennie się zmienia. Nie pamiętam już dnia, kiedy mieliśmy wolne miejsca. Kilka dni temu było na oddziale siedmioro dzieci na tzw. dostawkach. Aktualnie sytuacje dodatkowo komplikują procedury związane z pandemią.

Anna Umecka: – Najtrudniejsze jest to, że z jednej strony my lekarze wiemy, że oddział jest przepełniony, a przyjmowanie kolejnych pacjentów to dodatkowe obciążenie nie tylko dla personelu lekarskiego i pielęgniarskiego, ale też dla samych pacjentów! Bo im więcej dzieci w szpitalu, tym trudniej im zdrowieć. Psychiatra na izbie więc kalkuluje:”Czy mogę jeszcze przyjąć tego pacjenta? Gdzie go położyć? Czy jest prawdopodobne, że niedługo ktoś zostanie wypisany?” Ciągłe kombinowanie, jakim cudem znaleźć miejsce dla kolejnych chorych! Trudno z właściwym namysłem prowadzić diagnozę i leczenie, gdy najbardziej palącym problemem na oddziale jest brak miejsc dla kolejnych dzieci. Każdy z nas „modli się”, by na jego dyżurze nikt nie dzwonił i nikt nie przyjechał, bo gdzie ma położyć kolejną osobę?

Antoni Umecki: – Pandemia jest dla nas szczególnie trudnym czasem: w sytuacji, kiedy z powodu covidu wstrzymywane są przyjęcia do jednego z oddziałów w mieście, to pozostałe muszą przejąć napływających pacjentów. Jesteśmy zmuszeni przekazywać tych wymagających hospitalizacji do placówek psychiatrycznych w innych województwach, a też i nie zawsze inne województwa dysponują wolnymi łóżkami. Jeśli się uda przekazać pacjenta, to wraz z rodzicem jedzie on karetką, jak dobrze pójdzie z Warszawy do Lublina. A jak źle, to na drugi koniec Polski, np. do Sosnowca.

Anna Umecka: – Proszę też sobie wyobrazić dziecko, które trafia do szpitala na drugi koniec Polski, jest tam z dala od miejsca zamieszkania, możliwości odwiedzania przez najbliższych są ograniczone. Ta sytuacja z jednej strony naraża dziecko na dodatkowy stres oraz komplikuje proces leczenia. A diagnostyka i terapia pacjenta psychiatrycznego w wieku rozwojowym wymaga współpracy z rodziną, jest nieodzownym elementem procesu zdrowienia.

Słyszałam od rodziców, że dziś zdarza się, że dzieci po próbach samobójczych są odsyłane do domów. To prawda?






Antoni Umecki: – Ja nigdy nie odesłałem do domu dziecka w bezpośrednim zagrożeniu życia. Jeżeli lekarz oceni, że pacjent nadal stanowi dla siebie zagrożenie, to wtedy trzeba szukać dla niego miejsca w szpitalu. Może się też zdążyć, że przyjedzie na izbę pacjent np. po przedawkowaniu leków, ale nie zawsze wymaga on zabezpieczenia szpitalnego. Kluczowa jest tu ocena sytuacji przez psychiatrę na izbie przyjęć. Proszę pamiętać, że dla nas to nigdy nie są łatwe decyzje. My oceniając, czy możemy puścić pacjenta do domu, musimy brać pod uwagę również to, że do psychiatry w poradni zdrowia psychicznego on dostanie się za pół roku. I to jak dobrze pójdzie! Jak już mówiłem zawsze więc przyjmujemy dzieci w stanie zagrożenia życia. Będzie to np. pacjent po udaremnionej czy nieskutecznej próbie samobójczej, w psychozie, który prezentuje niebezpieczne zachowania, ale też pacjent, który jest agresywny.

I teraz proszę sobie wyobrazić oddział dziecięcy, w którym jest 40 pacjentów w wieku od 5 do 13 lat, w tym takie dziecko, które ma problem z zachowaniami agresywnymi. To dla personelu medycznego jest bardzo trudna organizacyjnie sytuacja. Aktualnie niestety przy notorycznym przeciążeniu oddziałów praktycznie nie realizujemy przyjęć w trybie planowym dla tych, którzy wymagają leczenia w oddziale stacjonarnym, ale nie stanowią bezpośredniego zagrożenia dla siebie i innych.

Czy pandemia jest bezpośrednią przyczyną tej dramatycznej sytuacji?







Antoni Umecki: – Na początku pandemii pacjentów przyjeżdżało trochę mniej, bo młodzież odetchnęła od stresu związanego ze szkołą. Jednak to był stan przejściowy, bo bardzo szybko pojawiły się konsekwencje izolacji i ponownie oddziały zaczęły pękać w szwach. Aktualnie, odkąd dzieci wróciły do szkoły bijemy rekordy, jeżeli chodzi o ilość hospitalizowanych pacjentów!

Powrót do szkoły bardzo spotęgował problem?






Anna Umecka: – Jednym z czynników ryzyka zaburzeń psychicznych jest doświadczana w środowisku szkolnym i rówieśniczym cyberprzemoc i odczuwana presja na wyniki w nauce. Niestety w wyniku ostatnich przemian społeczno-gospodarczych instytucja rodziny uległa transformacji. Jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów w Europie. To skutkuje tym, że rodzice mają mniej wolnego czasu, który mogą poświęcić na po prostu bycie ze swoim dzieckiem. Dzieci szukają więc wsparcia poza rodziną, często i jedynie w internecie. Nasz ośrodkowy układ nerwowy, psychika są tak skonstruowane, że znajomości z portalu społecznościowego nie zastąpią nam realnych relacji. Niestety dzieci są dziś bardzo samotne, a pandemia dodatkowo to spotęgowała. Uwydatniła też, że system opieki medycznej i psychiatrii dziecięco-młodzieżowej w Polsce jest po prostu niewydolny.

Antoni Umecki: – Niewydolny między innymi dlatego, że nie mamy sensownego połączenia pomiędzy opieką psychologiczną w szkole a opieką psychologiczno-psychiatryczną w Środowiskowych Centrach Opieki. Obserwujemy sytuacje, w których dzieci niewymagające natychmiastowej opieki psychiatrycznej, trafiają do nas po wskazaniu naszej placówki przez pedagoga szkolnego, jako miejsca, gdzie otrzymają szybką pomoc. To liczne sytuacje, w których rodzice, pedagodzy, psycholodzy nie mają do zaoferowaniu młodemu pacjentowi adekwatnego zaplecza poza szpitalem.





 Teraz powstają Środowiskowe Centra Opieki, ale tu też jest problem, bo brakuje lekarzy psychiatrów, którzy mogliby tam pracować. Jest nas za mało!

Jakie są emocjonalne i behawioralne zmiany nastolatka z depresją?

Czy wy, psychiatrzy, pracujecie coraz więcej?


Antoni Umecki: – Lekarze często zostają po godzinach, za co nikt nam dodatkowo nie płaci. Kłopot polega raczej na tym, że jak lekarz ma pięciu pacjentów, to może faktycznie zebrać wywiad z dzieckiem i jego rodzicami, omówić wszystko w zespole, zrobić konsultację rodzinną, badania neuropsychologiczne i mnóstwo czynności, będących standardem diagnostyki i terapii. W sytuacji, gdy ma dziesięciu pacjentów, to każdemu z nich poświęci już mniej czasu.

Czy mamy obawiać się, że niedługo nie wytrzymacie i wszyscy odejdziecie z pracy? W warszawskim szpitalu przy ulicy Sobieskiego wszyscy lekarze z oddziału dziecięcego złożyli wymówienia.

Antoni Umecki: – Codziennie spotykamy się z koniecznością podejmowania trudnych decyzji. W mojej ocenie wszyscy powinniśmy złożyć wypowiedzenia. To jedyna realna szansa na zmianę.

Czy pamiętacie taki czas, żeby na oddziałach było spokojniej, kiedy była proporcjonalna liczba pacjentów do liczby łóżek?


Anna Umecka: – Kiedy zaczynałam pracę na oddziale dziecięcym w 2012 roku, pacjentów było dużo mniej. Mam wrażenie, że mniej dzieci się samookaleczało i było mniej prób samobójczych. Częściej przyjmowaliśmy do szpitala pacjentów chorych psychicznie. Teraz mamy o wiele więcej młodych ludzi, którzy gdyby w porę otrzymali wsparcie psychologiczne w środowisku, to nie trafiliby do szpitala na oddział ostry. W Polsce nie ma sensownej profilaktyki ani ochrony zdrowia psychicznego dzieci. Jeszcze raz to powtórzę: gdyby rodzic, nauczyciel, pedagog lub pielęgniarka szkolna zauważyli problem na wcześniejszym etapie, to dziecko nie trafiłoby na oddział psychiatryczny. My jako społeczeństwo nie jesteśmy edukowani w obszarze zdrowia psychicznego, taką wiedzę powinniśmy zdobywać od wczesnych lat szkolnych. I tu pojawia się kolejne zagadnienie: młodzi ludzie mają tendencję do wracania do szpitala, bo tu otrzymują pomoc, wsparcie i na chwilę zostają uwolnieni od zewnętrznych obciążających sytuacji. Przy braku oddziaływań pozaszpitalnych, pacjenci wracają do dysfunkcjonalnego środowiska, w którym czynniki ryzyka pogorszenia przeważają nad czynnikami ochronnymi, gdzie dochodzi do kolejnego kryzysu i ponownej hospitalizacji.




Antoni Umecki: – Kiedyś była taka zasada, że w mediach nie mówiło się o samobójstwach, bo to powodowało tzw. efekt Wertera. Teraz w dobie mediów społecznościowych wszędzie mamy zalew treści o samobójstwach, samookaleczeniach, anoreksji. W umysłach młodych ludzi w kryzysie częściej pojawia się myśl, że samobójstwo jest więc jakimś rozwiązaniem. Młodzi ludzie dziś wskazują sobie nawzajem pewne destrukcyjne sposoby rozładowywania emocji, radzenia sobie w trudnych sytuacjach, bo niczego lepszego, zdrowszego nie oferuje im środowisko.







Czy macie na koniec jakiś apel do nas rodziców?




Anna Umecka: – Być z dziećmi w relacji, interesować się nimi.
Antoni Umecki: – Trochę mniej pracować. Lepiej wolny czas spędzić z synem czy córką na spacerze w lesie niż poświęcić go na zarabianie pieniędzy na nowego smartfona.


Zobacz także

Co zabija twoje poczucie własnej wartości? Niektóre przyczyny nie łatwo jest zauważyć

Osobowość narcystyczna – istnieją jej trzy różne rodzaje. Jak je rozpoznać?

Po czym poznasz fałszywego przyjaciela? Mity o przyjaźni, w które ciągle wierzymy