Psychologia

„Dla mnie ojciec jest kimś takim jak mleczarz, jak listonosz. Nie wiem, kim powinien być mężczyzna w domu”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 listopada 2022
 

Moja mam rozstała się z tatą, kiedy miałam dwa lata, dlatego nie mam żadnych, najmniejszych nawet, wspomnień z okresu, kiedy byliśmy rodziną. W mojej głownie nie został ani jeden obraz. Nic, zero. Nawet przez mgłę. W zasadzie moja mama zawsze była takim babo-chłopem. Tuliła mnie do snu, czytała bajeczki, ale potrafiła też zmienić koło w samochodzie, kiedy złapała gumę czy naprawić zapchane kolanko w zlewie w kuchni. Nie mam jej nic do zarzucenia. Starała się i była naprawdę dobrym, kochającym rodzicem. Jednak w tych okolicznościach zostałam wychowana na dziewczynę zaradną, niepotrzebującą „silnego męskiego ramienia”. I to niby tak po wierzchu wygląda… fajnie. Ale nie do końca.

Dziś czytam we wszystkich poradnikach, że kobiety powinny być niezależne. Że trzeba czuć w sobie siłę, by potem móc pokochać inną osobę. Nie wiem, może coś mi się pomieszało… Jednak dla mnie ta nieumiejętność poproszenia mężczyzny o pomoc, jest smutkiem i przeszkodą do budowania relacji. Nie wiem, jak miałby wyglądać normalny zdrowy związek. Wszystkie, w które wchodzę, szybko sie kończą, bo albo staje się w nich opiekuńcza, zaborcza i kontrolująca, albo dla odmiany udaję małą nieprzystosowaną dziewczynkę, która trzepoce rzęsami i potrzebuje wsparcia. Nigdy mi to na dobre nie wychodzi. Moje terapeutka mówi, że brak mi wzorców, ale, że to nie jest koniec świata. Tylko skąd ja miałabym czerpać te wiedzę? Skąd? Do tej pory brałam ja z filmów romantycznych. A wiadomo, że to tylko prowadziła mnie na manowce.

Do tego mam bardzo dziwną relację z moja mamą, która uważam za świetną kobietę. Ona naprawdę potrafiła radzić sobie w bardzo trudnych życiowych sytuacjach. Zawsze na kierowniczych stanowiskach, zawsze z dumnie podniesioną głową. Do dziś, kiedy muszę podjąć trudną decyzję – jadę do mamy i z nią przegaduję, co powinnam zrobić. Czy zmienić pracę? Czy skorzystać z możliwości wyjazdu do Danii w mojej firmie na rok? Czy rozstać sie z chłopakiem, który okazał się niedorajdą życiową i nie potrafi od roku znaleźć pracy? Zawsze muszę wszystko skonsultować. Oblewają mnie zimne poty, gdybym miała sama podjąć taka kluczową dla mojej przyszłości decyzję. W takich sytuacjach jestem więcej niż pewna, że nie będę umiała zdroworozsądkowo poradzić sobie z rozwiązaniem sytuacji. Niby co w ty złego, że mając mądra matkę, proszę o ją o pomoc? Tyle, że ja mam teraz 38 lat. I chyba powinnam już sama…. Nie, ja na pewno powinnam już sama wziąć odpowiedzialność za swoje życie.

W moim domu w dzieciństwie nie było mężczyzn. Wychowywały mnie mama i babcia. Ojca i dziadków nie znałam. Dziś kiedy patrzę na koleżanki, które wychowywały się w podobnych domach, widzę, że one już mają dzieci i dawno pozakładały rodziny. Udało im się wyrwać z tego „kobiecego zaklętego kręgu”. Kompletnie nie wiem, dlaczego ja tego nie potrafię zrobić. Przecież nie wychowywałam się w żadnej patologii. Mama i babcia bardzo mnie kochały i nadal kochają. Jak to się mówi oddały by mi własną koszulę i nieba by mi przychyliły. Dlaczego więc dziś jestem wiecznie i notorycznie nieszczęśliwa? Dzień po dniu. W każdej godzinie. Chwilę, kiedy czuję się spełniona, są jak drobne koraliki mojego życia. Tylko minuty…

Czasem oglądam filmy, w których ojcowie pojawiają się nagle w życiu swoich dorosłych córek. Przyjeżdżają niespodziewanie i proszą o wybaczenie, że ich nie było w ich życiu. Najczęściej dzieje się to, gdy już wiedzą, że śmiertelnie chorują. Córki najpierw zamykają im drzwi przed nosem, ale ci ojcowie są już zdeterminowani, niezłomni, mądrzejsi. Mieli czas, by w cierpieniu przemyśleć swoje postępowanie i proszą o wybaczenie. A potem następuje jakiś… happy end. Dlaczego tak nigdy nie dzieje się w prawdziwym życiu? Dlaczego mój ojciec sobie o mnie nie przypomni? Nie spróbuje się skontaktować? Wykreślił mnie ze swojego życia, kiedy byłam maleńkim dzieckiem… Próbowałam do niego pisać i dzwonić. Nigdy nie przynosiło to skutku. Na listy nie odpowiada. Telefon odbiera, ale rozmowa szybko przekształca się w mój niezręczny monolog. Zawsze po takim telefonie kładę się do łóżka i leżę, patrząc w sufit godzinami. Boli mnie coś w środku: w piersi, w brzuchu, w sercu…

Za każdym następnym razem, kiedy przychodzi mi do głowy, by znów dzwonić do taty, bo zbliżają się jego urodziny lub Święta Bożego Narodzenia, dosłownie brakuje mi oddechu. Zbieram się do tego wiele godzin, bo wiem już, jak będę się czuła, kiedy odłożę słuchawkę. Pusta i obolała w środku. Ponieważ on nigdy nie oddzwania, ja mam w sobie odwagę najwyżej raz do do roku wykonać ten gest ze swojej strony. Czasem chodzę też na cmentarz, gdzie jest ojca rodzinny grób. Leży w nim babcia i dzidek, których nigdy nie poznałam. Idę tam jednak nie po to, by zapalić świeczkę i pomodlić się chwilę za ich dusze. Idę tam po to, by sprawdzić, czy to już koniec mojej męki. Czy leży tam mój ojciec? Czy umarł? Bo pewnie nikt nie pamiętałby, żeby zaprosić mnie na jego pogrzeb. Wiem, że ta chwila może być dla mnie tragiczna, że nie udało się nam pogodzić za życia. Ale może być też wyzwoleniem od tego okropnego czekania.

Tato, proszę zadzwoń do mnie pierwszy raz w życiu w te święta. Tak bardzo czekam już od ponad trzydziestu lat. Tak trudno mi uwierzyć, że nic do mnie nie czujesz, że nie jesteś ciekaw, na jaka osobę wyrosłam. Czy to możliwe, że masz mnie w kompletnie w du*ie? Dziecko zawsze ma nadzieję… Myśl, że jestem nieważna dla pierwszego mężczyzny mojego życia, robi mi okropną wyrwę w sercu. Proszę, powiedz mi choć jedno dobre słowo. Bym miała się czego uchwycić, a po twojej śmierci mieć choć jedno ciepłe wspomnienie związane z tobą. Będzie mi potem łatwiej żyć…


Psychologia

Jeśli nie chcesz, by ktoś wysysał z ciebie energię, nie podawaj mu słomki

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
19 listopada 2022
fot. Unsplash
 

Czasem żyjemy w złudnym poczuciu krzywdy. Realnie cierpimy, bo nie potrafimy w odpowiednim momencie zawalczyć o swoje. Wydaje nam się, że większość rzeczy, które nam się przydarzają to jednak nasza wina. Nie umiemy się wkurzyć na drugą osobę. Wydaje nam się, że jak to zrobimy, rozpęta się jakaś okropna awantura, a my lubimy tzw. święty spokój. Lubimy, kiedy inni nas lubią. Nie potrafimy pogodzić się z myślą, że ktoś nas krzywdzi ot tak sobie, a może nawet z premedytacją i dla własnej przyjemności. Zawsze taką osobę przed sobą tłumaczymy i próbujemy jakoś zrozumieć. Czy już widzisz, jak bardzo taka postawa może ci szkodzić?

Odcięcie od trudnych emocji

Mamy poczucie, że wszystko, co robimy, jest podyktowane naszymi dobrymi intencjami. Wydaje nam się, że jesteśmy wrażliwi, dobrzy i empatyczni. Wyciągasz do innych ręce z różnymi swoimi dobrymi chęciami, a oni odpowiadają często: agresją, niezrozumieniem, złośliwością, brakiem zrumienia. Wtedy pytasz:

„Jakim cudem ci ludzie, nie potrafią odpowiedzieć dobrem na dobro?”, „Dlaczego chociaż ją lubię, to ona mnie zawsze tak surowo odtrąca?”, „Czemu on nie widzi, że tak bardzo się staram?” Ale prawda jest taka, że to nie jest pełen obraz nas samych!

Zastanów się, czy potrafisz przyznać się przed sobą, że czasem czujesz: złość, nienawiść, gniew, napięcie, irytację, rozjuszenie itp. Jeśli nie – to znaczy, że raczej nie kontaktujesz się z tą trudniejszą częścią swojej natury. Zachowujesz się tak, jakbyś bała się przyjąć, że jesteś tylko człowiekiem. Z krwi i kości. Przecież wszyscy czujemy coś, co społecznie uznawane jest za mało eleganckie, niegrzeczne, karygodne. Taka jest natura człowieka. Ważne byśmy umieli przyznać się przed sobą, że bywamy mściwi i empatyczni. Czasem współczujemy, a czasem jesteśmy obojętni. Kochamy i jednocześnie nie lubimy drugiej osoby.

Sabotowanie siebie

Czy wiesz, że bycie empatycznym, wyrozumiałym, wybaczającym bez przerwy, notorycznie i bez szacunku dla siebie, może prowadzić do sabotowania siebie? Już tłumaczymy! Na pewno znasz osobę, która uważa, że jest wybaczająca wszystkim wszystko. Jeśli ktoś takiej kobiecie robi krzywdę, ona natychmiast próbuje zrozumieć intencje swojego… no cóż, jednak jakby nie było „oprawcy”. Na przykład – jeśli szef zwolni ją bez prawnie uzasadnionej przyczyny, ona, zamiast zezłościć się, zaczyna go usprawiedliwiać: „Musiał tak zrobić, bo jest inflacja”, „Musiał zatrudnić na moje miejsce swoją córkę, bo przecież to jest rodzinna firma”, „Nie umiał tego zrobić z klasą, bo z nim szefowie przez lata postępowali dokładnie tak samo”.

Takie głębokie empatyzowanie jest jak trucizna! Trucizna, którą sama sobie zatruwasz życie. Widząc tylko dobro w innych ludziach, używasz tego do usprawiedliwiania ich krzywd w stosunku do ciebie. Mówiąc jeszcze bardziej wprost: nie stawiając granic, nie złoszcząc się, a w zamian za to odcinając od swoich prawdziwych emocji – krzywdzisz siebie.

Bez przymilania

Jeśli czujesz, że właśnie postępujesz w taki sposób, zadaj sobie pytanie: czy nie żyłoby ci się lżej, gdybyś przyznała przed sobą, że nie jesteś chodzącym pełnym empatii ideałem i że czasem czujesz do kogoś po prostu gniew. Gniew, z którym nie zamierzasz nic specjalnego robić. Nie będziesz się przymilać do tej osoby, by twoje „trudne uczucie” wobec niej zniknęło. Po prostu pozwolisz sprawom toczyć się dalej swoim własnym biegiem… Bez naprawiania. Bez przebaczania i usprawiedliwiania kogoś na siłę.

W takiej sytuacji rozumienie i przebaczenie (natychmiast!) to właśnie jest podawanie drugiej osobie słomki do wysysania twoich zasobów. By znów mogła spróbować zwalić na ciebie w pracy zadania nie do wykonania, by pisała do ciebie SMS-y w środku nocy, że musisz coś poprawić, by wykorzystywała cię w domu do zajmowania się rzeczami, których nikt nie lubi robić itp. W sumie nawet trudno dziwić się, skąd taka osoba ma wiedzieć, że jesteś na nią zła, skoro zawsze witasz ją uśmiechem.

Do miliona razy sztuka?

Z czasem, gdy stajesz się bardziej świadoma, udaje już ci się postawić granicę i powiedzieć komuś, że notorycznie „cię przekraczał”. Z czasem uczysz się wytrzymywać myśl, że nie każdy musi cię lubić i to jest jego prawo. Ale bywa… że mija czas (miesiące, lata) i jakaś niewytłumaczalna siła, ciągnie cię znowu do osoby, która traktowała cię w przeszłości nie najlepiej. Tłumaczysz to sobie, że chodzi o przebaczenie. Jednak jeśli ty się nie zmieniłaś, to nie masz teraz szansy zmienić tej relacji na zdrowszą.

Pewnie masz wiele koleżanek, które próbowały wrócić do mężczyzn, którzy był o nie kiedyś bezpodstawnie bardzo zazdrośni z nadają, że teraz będą umieć temu przeciwdziałać. Ale niestety po latach ta sama sytuacja powtórzyła się. Podobnie bywa z przyjaźnią. Raz zerwana z powodu jakiegoś poważnego naruszenia może po latach kusić, by ją wznowić. Znów pragniesz poczuć to, co dawało ci kiedyś tyle przyjemności i zapominasz o tym, co było złego. Dlatego kiedy przychodzi ci do głowy myśl, by zbliżyć się do osoby, wobec której od jakieś czasu „trzymasz” bezpieczny dla siebie dystans, zastanów się, czy naprawdę tego chcesz i czy jesteś na to gotowa. Czy dokonałaś w sobie wystarczających zmian, by teraz umieć stawiać jej zdrowe granice? Weź też pod uwagę, że niestety niektórzy ludzie ranią, bo chcą. Bo sprawia im to przyjemność. Bo inaczej naprawdę nie potrafią. Być może więc „odcięcie się” było i nadal jest dla ciebie jedyną i bezpieczną decyzją?

A dlaczego tak robię?

Odpowiedzi jest wiele. Może tak zostałaś nauczona w dzieciństwie? Może twoi rodzice opowiadali ci bajki, że ludzie są tylko dobrzy? Albo za wszelką cenę mama szukała razem z tobą wytłumaczeń na niegodziwe zachowanie ojca i nigdy nie brała cię w obronę, kiedy nauczyciele przekraczali twoje zdrowe granice? A może oboje rodzice robili coś, co nie powinno się wydarzać, sprawując, że twoje granice rozmywały się i przestawałaś czuć, kiedy ktoś robi ci na złość, krzywdzi cię, ośmiesza? Może jako mało dziewczynka sama szukałaś dla tych ludzi usprawiedliwień? A ponieważ byłaś inteligentnym i sprytnym dzieckiem, zazwyczaj udawało ci się wykoncypować w swojej głowie szereg pozornie sensownych wytłumaczeń. Może to był twój jedyny sposób na przeżycie w tamtym momencie? Może gdybyś nie motywowała przed sobą sensownie działań swoich rodziców, nie potrafiłabyś wtedy przetrwać? Tylko ty znasz odpowiedź, dlaczego dziś stałaś się osobą tak głęboko empatyczną i notorycznie wybaczającą?

***

Dlatego kiedy kolejny raz będziesz zastawiać się, dlaczego ludzie postępują wobec ciebie nie fair i dlaczego nie potrafisz na to adekwatnie reagować, powiedz sobie stop i daj czas na przemyślenie. Bo sprawa jest bardziej skomplikowana niż wydawało ci się na początku. Nie podawaj innym słomki, by wysysali z ciebie energię. Nie sabotuj samej siebie.


Psychologia

„Ty debilko” słyszę i nie reaguję. Dokąd prowadzi życie z furiatem

Redakcja
Redakcja
18 listopada 2022

Znów chciałam cię usprawiedliwić, żyjemy w takim napięciu. Chora mama z nami, gorzej idzie firma. Przecież masz prawo być zdenerwowany. Znów chcę wyprzeć, zamieść pod dywan. Przecież jest między nami dobrze, tu nie ma kata i ofiary.

Ale zaraz coś mi każe się zatrzymać. Wywlec „smród”, który chcę gdzieś upchać. Coś mi każe zadać sobie kilka pytań.

Jeśli boisz się, jak zareaguje na coś druga osoba, to już jest przemoc, czy wciąż normalny związek?

Od początku to było jasne. Jesteś taki narwany, bił cię ojciec, nie potrafisz mówić o uczuciach, zapalasz się i gaśniesz.

Ale życie z tobą to coraz bardziej rozpędzona karuzela. Albo wizyta w domu strachu, nigdy nie wiadomo co, gdzie i kiedy wyskoczy.

Jeśli w towarzystwie masz poczucie, że musisz kontrolować, żeby nie powiedział innym czegoś nieprzyjemnego… to jest to wciąż normalny związek?

Lubisz podkreślać, że do wszystkiego doszedłeś pracą. Nienawidzisz nieróbstwa, niesumienności, słabości. Jak się zapalisz, muszę łagodzić atmosferę, bo innych też zaczynasz pouczać i jest mi zwyczajnie głupio.

Tak, wiem, nie powinno mnie to obchodzić. A jednak czuję ten cholerny przymus łagodzenia atmosfery, którą psujesz.

Jeśli on zabrania ci przyprowadzić kogoś do waszego wspólnego mieszkania….  to jest przemoc, czy wciąż normalny związek?

Tak, kiedyś nie chciałeś wpuścić do mieszkania syna mojej przyjaciółki po próbie samobójczej. Uważałeś, że bierze narkotyki i jest niebezpieczny dla otoczenia.

„Może nas zakatrupić w ciągu nocy” oznajmiłeś, gdy pół nocy jeździłam z nim i szukałam miejsca, gdzie ktoś mógłby go przenocować. W końcu wykupiłam mu hotel.

Jeśli on cię wciąż ocenia… to jest  przemoc, czy wciąż normalny związek?

Niby mnie wspierasz w drodze zawodowej, niby rozumiesz, a potem coś klika i masz przed sobą profesora i surowego nauczyciela w jednym: „Nie powinnaś tak”, „Powiedz temu, kretynowi, swojemu szefowi, że…”. „Zwolnij się natychmiast, kiedy wreszcie będziesz pracować na siebie?!”, „Oczywiście! Ty mnie nigdy nie słuchasz”.

Nie zauważyłeś, ale przestałam ci o sobie opowiadać?

Jeśli w złości cię obraża… to jest wciąż normalny związek?

Przyzwyczaiłam się do: „Jak ty, kretynko, jeździsz!” „Gdzie parkujesz?!”, „Kurwa, jak można nie umieć tego zrobić!”. Szybko przepraszałeś, przecież tak nie myślisz.

Ale już doszliśmy w tym dużo dalej. Ty doszedłeś. Wczoraj wyzwałeś mnie od debilek, bo dostałam mandat, innym razem pieklisz się o źle ułożone śmieci. I mam raczej wrażenie, że to pretekst, by po prostu się wyżyć. Ostatnio wymachiwałeś nade mną rękami, robiłeś dziwne miny i pukałeś się ostentacyjne w czoło: „Kretynka, kretynka”. Czekaj, co ja wtedy zrobiłam?

Dziś nie przepraszasz. „Wiesz, że tak nie myślę” powtarzasz.

Naprawdę wiem to? Raczej myślę, że zniknęły przy tobie moje granice. Że dziesięć lat temu nie przespałabym nocy z kimś, kto mówi do mnie: „Ty debilu”.

I takie mam pytanie.

Czy jeśli wciąż cię tłumaczę, to jestem jednak ofiarą przemocy, czy kobietą w normalnym związku?

 


Zobacz także

Szacunek to podstawa. Jak sprawdzić, czy nie brakuje go w twoim związku?

Dlaczego w kółko mierzysz się z tym samym problemem? 5 powodów

2 słowa, które wzmocnią twój związek. I wcale nie chodzi o „kocham cię”