Macierzyństwo

Pierwszy trymestr życia dziecka – czemu jest taki ważny?

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
12 października 2016
 

Pierwsze trzy miesiące po porodzie to trudny okres zarówno dla matki jak i dziecka. Zawsze się mówi: „najgorsze pierwsze trzy miesiące”, „najtrudniejsze pierwsze trzy miesiące”. Dlaczego? Powodów jest wiele. Wielu psychologów i pediatrów uważa, że ciąża homo sapiens powinna trwać 12 miesięcy, ale ze względu na szybko rozwijający się mózg i rozmiar głowy, nie możliwe byłoby urodzenie dziecka w 12 miesiącu ciąży (zobaczcie sobie jakiej wielkości jest trzymiesięczne dziecko – moja córka jest na tym etapie ma 70 cm i waży 7 kg ;)). Ale idąc tą myślą to pierwszy trymestr życia dziecka to tak naprawdę czwarty trymestr ciąży. Nawet jeżeli ta teoria jest na wyrost, to warto w ten sposób traktować dziecko. Dlatego powinno być pod szczególną ochroną w pierwszych miesiącach życia.

Co to znaczy „pod szczególną ochroną”?
Dziecko dopiero przyszło na świat. Wcześniej żyło sobie w przyjemnej, cieplutkiej, ciasnej macicy. Czuło się tam bezpiecznie, było przyjemnie, a nagle nie wiadomo czemu ten bezpieczny domek zaczyna się „psuć”. Coś je pcha, uciska, przeciska, aż nagle jakieś ręce wyciągają je na zewnątrz do wielkiego, przerażającego, głośnego i zimnego świata! Nie wiadomo co się dzieje i dlaczego! Poród dla malucha to trauma (dobrze, że tego nie pamiętamy!), ale na szczęście natura tak nas zaprogramowała, że po chwili gdy trafimy na kojące ręce mamy, pewne rzeczy stają się dla nas znajome: głos, zapach, bicie serca. Jest przyjemniej i bezpieczniej. Przez chwilę. Potem znowu ktoś nas przekłada, bada, rozbiera, ubiera, myje. Każdy silniejszy dotyk sprawia ból, pierwsze oddechy też nie są przyjemne i wywołują lęk – bo maluszek tego nie zna. Światła, hałasy, mnóstwo głosów… CO SIĘ WŁAŚCIWIE DZIEJE?! GDZIE JA JESTEM?! WŁÓŻCIE MNIE Z POWROTEM!

Kolejne dni dla noworodka to dni pełne wyzwań, stresu, ale też radości. Często my – dorośli, oczekujemy od takiego maluszka, żeby „poczekało”, „zrozumiało”, „nie płakało”, „nie wisiało cały dzień na cycku” itd. Ale gdybyśmy spróbowali wczuć się w jego psychikę i zrozumieć jak ogromnym wysiłkiem zarówno psychicznym jak i fizycznym jest życie w pierwszych tygodniach po porodzie, to łatwiej by było przez to wspólnie przejść.

Wyobraźcie sobie, że nagle budzicie się na drugim końcu świata, w jakiejś dżungli, gdzie mieszkańcy mówią obcym językiem, nie noszą butów i ubrań, jedzą to co zbiorą czy upolują, śpią w namiotach albo pod gołym niebem, jest potworny upał. Musicie tam przeżyć kolejne kilka miesięcy. Nie czulilibyście lęku, strachu, obaw? Nie szukalibyście kogoś kto się Wami zaopiekuje, kto poprowadzi w tej obcej kulturze, przy kim czulibyście się bezpiecznie? Nie byłoby miło przytulić się do kogoś w nocy wiedząc, że wokół Was grasuje dzika zwierzyna?

Podobnie czuje się noworodek. Dlatego przez te pierwsze miesiące życia powinniśmy być szczególnie wyrozumiali dla naszego dziecka i nie narażać go na nadmierny stres. Powinniśmy odcinać niepotrzebne bodźce, nie spraszać do domu tłumów gości, nie przemęczać dziecka wypadami w głośne i hałaśliwe miejsca, po prostu zapewnić mu ciepłe schronienie, spokój, zapewnić bezpieczeństwo i zaspokoić potrzebę bliskości.

Pierwszy trymestr życia dziecka jest ważny, ponieważ dopiero kształtuje się jego układ odpornościowy, jego ciało adaptuje się do życia pozapłodowego. Dlatego u noworodków często pojawiają się problemy skórne, które mijają zamoistnie po kilku tygodniach, powoli rozprostowują się stawy, wzmacniają mięśnie, wyostrza się wzrok, słuch, węch, dotyk, smak, dojrzewa przewód pokarmowy – stąd kolki, które mijają zwykle po trzecim miesiącu czy częste czkawki i ulewanie. Nie bez powodu przez pierwsze trzy miesiące należy też podawać witaminę K. Ogólnie dziecko przystosowuje się do życia w naszym świecie i my – rodzice mamy za zadanie jak najbardziej mu w tym pomóc, ale powinniśmy pozwolić mu to robić w swoim tempie.

W pierwszym trymestrze życia dziecka jest też największe zagrożenie nagłą śmiercią łóżeczkową. Po czwartym miesiącu ryzyko spada aż o 80%.

A co najważniejsze dla tego okresu – to jest to czas w którym dziecko poznaje się z rodzicami, a my – rodzice poznajemy dziecko i jego temperament. Obserwujemy jego potrzeby, zachowania, nastroje, upodobania. To jest czas kiedy stabilizujemy jego tryb życia, uczymy pierwszych najważniejszych rzeczy, które zapoczątkują kolejne ważne etapy w jego życiu.

Od tego jak nasze dziecko zacznie swoje życie w naszym świecie, zależy jak ono będzie się wyglądało w przyszłości. Dlatego dajmy dziecku czas, spokój i siłę. Na gości, imprezy, wyjazdy i masę atrakcji przyjdzie czas jak podrośnie. A tym czasem rozkoszujmy się pierwszymi chwilami z naszym maluchem w ciszy i spokoju.


Macierzyństwo

„Nie kocham mojego dziecka” – czyli trochę o depresji poporodowej

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
14 października 2016
 

Tym razem to nie będzie mój wpis, tylko list Ani, która opisała mi co czuła gdy urodziła córkę i kilka miesięcy później. Problem depresji poporodowej jest bardzo powszechny, dlatego każda mama po porodzie powinna być objęta szczególną ochroną i wsparciem ze strony najbliższych. Dokładanie niepotrzebnych stresów, nerwów i problemów tylko zwiększa ryzyko wystąpienia baby bluesa. A pamiętajmy, że depresja poporodowa może wystąpić nie tylko zaraz po porodzie (w połogu). Również kilka miesięcy później. 

„Moja córka Matylda w połowie listopada skończy roczek. Gdy czytam wypowiedzi mam na temat cudowności tego okresu to siedzę cicho, bo ja bym tego tak nie nazwała. To był najgorszy etap w moim życiu. 

Tuż przed porodem czekałam w dużym napięciu. Czekałam na cc [cesarskie cięcie], bo córka układała się pupą do dołu i nie chciała się odwrócić. Mąż wtedy musiał wyjechać w delegacje i miał wrócić na sam poród. Oczywiście zakładając, że termin nie uległby zmianie. Miesiąc wcześniej zmarł mój teść na raka wątroby, więc atmosfera w domu nie była zbyt optyministyczna mimo tego, że zaraz miała pojawić się na świecie nasza córeczka. 

Udało się. Urodziłam. Poród odbył się bez problemu. Szybko i sprawnie. Mąż był przy mnie w szpitalu. Stwierdziłam, że jak już ujrzę Matyldę to poczuję ulgę i napięcie odejdzie. Gdy pierwszy raz ją zobaczyłam, poczułam jedno wielkie… NIC. „Czy to moje dziecko?” – pomyslałam. „Gratuluję! Urodziła pani córeczkę. 10/10 w skali Apgar. 3430g i 56 cm”. Słychać było jedynie płacz dziecka. Zamarłam. Gdzie te ochy i achy o których opowiadały inne matki gdy zobaczyły pierwszy raz swoje dziecko? Gdzie te łzy radości i wzuszenia? Ok. Miałam cesarkę. Może zaraz te wszystkie emocje się pojawią. Przystawili mi ją do piersi, z pierwszym bólem, ale jakiś pokarm się pojawił. Zjadła. Trzymałam ją na rękach i nie wiedziałam co się dzieje. Czułam się jakbym się solidnie naćpała i nic nie ogarniała. Po chwili zasnęłam.

Obudziłam się po kilku godzinach a obok mnie siedział mój mąż i karmił małą butelką. Powiedział, że nie chciałam się obudzić i nakrzyczałam na niego, żeby dał mi spokój. NIE PAMIĘTAM TEGO. Znowu spojrzałam na tą małą, pomarszczoną istotę i NIC się we mnie nie pojawiło. Zero emocji. Po trzech dobach wypuścili nas do domu. Uznałam, że teraz NA PEWNO będzie wybuch emocji! Nigdy nie lubiłam szpitali więc, może to mnie jakoś blokowało.

Wróciliśmy do domu. Zobaczyłam łóżeczko, wózeczek, zabawki, pieluszki i inne dziecięce akcesoria. Moja córka była o dziwo spokojna. Trochę płakała, ale ogólnie więcej spała niż robiła cokolwiek innego. Przyznałam się wtedy mężowi, że… chyba nie kocham naszej córki, że to chyba obce dziecko. Przytulił mnie, powiedział, że to minie, że to pewnie szok poporodowy, że jestem zmęczona i będzie dobrze. Uspokoiło mnie to.

Mijały dni, tygodnie. Nie mijało. Byłam coraz bardziej rozdrażniona i zmęczona. Wstawanie w nocy, ciągłe telefony od znajomych i rodziny, co chwile ktoś chciał do nas przychodzić i nas wyciągać na jakieś spacery i inne atrakcje. Matylda zaczęła częściej płakać i domagać się karmienia co godzinę. Potrafiła wisieć mi na cycu przez 3 godziny bez przerwy a potem płakać z głodu. Nie pomagały smoczki, butelki, chciała cyca i płakała. Chyba miałam za mało pokarmu. Chociaż gdzieś w środku chyba chciałam po prostu przestać karmić piersią… Blokowałam się. Wkurzało mnie to, czułam się przywiązana do łóżka i do dziecka, które było dla mnie obce. Ona chyba to czuła, bo z każdym dniem stawała się coraz bardziej płaczliwa, rozdrażniona, aż przyszedł ten „cudowny” moment – KOLKI. Kolejne dwa miesiące męki… Mąż starał się mnie wspierać, ale odtrącałam go. Nie chciałam z nim rozmawiać, miałam wszystkiego dość. Płakałam każdego dnia. Nie chciałam zajmować się dzieckiem, więc coraz częściej przychodziła mi pomagać moja mama, teściowa i siostra. Z drugiej strony wkurzała mnie ich obecność i mądre rady. Jak wychodziły to wybuchałam i wyładowywałam się na mężu, który zaczął coraz więcej czasu spędzać w pracy. Błędne koło.

Któregoś dnia przyszedł i powiedział, że tak już nie może być. Minęły 3 miesiące i jest horror. I z dzieckiem i z nami. Zaproponował, żebyśmy porozmawiali z psychologiem. Wydarłam się na niego za kretyński pomysł, ale potem się rozryczałam i zgodziłam. Wiedziałam, że dłużej tak nie dam rady. Gdy pojawiły się pierwsze myśli, żeby brutalnie mówiąc… pozbyć się dziecka… sama chciałam wyskoczyć przez okno. Wstyd mi się do tego przyznać, ale tak było. Nigdy bym nie skrzywdziła Matyldy, chociaż miałam takie myśli, że lepiej mi było gdy jej nie było. 

Pierwsze sesje z psychologiem odbyły się z ogromnymi bólami, ale potem już jakoś poszło. Spotykaliśmy się u nas w domu najpierw dwa razy w tygodniu, później raz. Dostawałam zadania do wykonania. Takie trochę prace domowe jak w szkole, które miały na celu pomóc mi zrozumieć naszą sytuacje. Miałam wypisać np. 10 marzeń związanych z moją córką, jak widzę naszą rodzinę za 10 lat, co lubię w sobie, czemu jestem dobrą lub złą matką itd. Takie psychologiczne pierdoły, ale z czasem zauważyłam, że pozytywnie na mnie wpływają. Miałam też zadania np. obejrzeć z mężem film, poczytać książkę, obowiązkowo wychodzić na spacery (była wtedy zima, więc łatwe to nie było, ale próbowałam), ćwiczyć w domu pilates albo jogę itd. Duperele. Ale znowu pomogły. Dostałam też łagodne leki na depresje poporodową. Wtedy pierwszy raz ktoś to tak nazwał. 

Po dwóch kolejnych miesiącach, gdy Matylka miała już 5 miesięcy coś się we mnie obudziło. Patrzyła na mnie tymi swoimi maślanymi oczkami, kolki już minęły, ale za to zaczęły się pierwsze ząbkowania. Bawiła się jakąś kolorową grzechotką, uśmiechnęła się do mnie i wyciągnęła do mnie rączkę. Wcześniej nie bawiłam się z córką. Robił to mąż. Ja ją tylko karmiłam, przewijałam i w sumie tyle. Tego dnia coś we mnie pękło. Poczułam jakąś więź z córką. Nić porozumienia. Miałam wrażenie, że mówi do mnie: „Nie martw się mamo. Będzie dobrze”. Łzy napłynęły mi do oczu, wzięłam ją na ręce i przytuliłam. Pierwszy raz tak od serca. Nosiłam ją wcześniej na rękach, ale wyglądało to jakbym przenosiła karton z ubraniami. A tu po prostu stanęłam i ją przytuliłam. Popłakałam się. Mówiłam, że ją przepraszam, że jestem złą matką i, że…. ją bardzo kocham. Pierwszy raz od jej urodzenia powiedziałam te dwa słowa: KOCHAM CIĘ. 

Mój mąż stanął w drzwiach i zamarł. Patrzył na nas i niedowierzał. Po chwili wybuchł płaczem. Przytulił nas obie i powiedział, że czekał na ten moment pięć miesięcy.

Oczywiście to nie był koniec tego koszmaru. Kolejne dni były coraz lepsze. Spędzałam więcej czasu z córką, bawiłam się z nią i zaczęłam się cieszyć z tego, że mam rodzinę. Dalej korzystaliśmy z pomocy psychologa. Kolejne 3 miesiące były cudowne. Moja relacja z mężem zaczęła się poprawiać. Dużo czasu spędzaliśmy we troje, a gdy Matylda szła spać, cieszyliśmy się sobą. Wszystko zaczęło być jak dawniej, dopóki Matylda nie skończyła 8 miesięcy. 

Bardzo boleśnie przechodziła ząbkowanie. Gorączkowała i płakała całe noce. Znowu przestałam spać, znowu ciotki dobre rady wydzwaniały, znowu straciłam siły i wiarę w siebie. Wtedy miałam nawrót depresji. Bardzo silny. Wzięłam garść leków przeciwbólowych. Na szczęście mąż wtedy wrócił wcześniej z pracy i zobaczył mnie z opakowaniem leków. Zabrał mnie do szpitala, gdzie zrobili płukanie żołądka. Zostałam w szpitalu na kilka dni. Nic mi się nie stało, ale zalecili konsultacje psychiatryczną. Dostałam silniejsze leki antydepresyjne. Wtedy definitywnie przestałam karmić piersią. 

To był jak do tej pory ostatni epizod depresji poporodowej. Minęły 4 miesiące i znowu jest w porządku. Nie wiem co wywołało tamten atak, ale od 4 miesięcy cieszę się, że mam córkę i męża. Bardzo ich kocham i nigdy nie chciałabym, żeby komukolwiek z nas coś się stało. 

Słyszałam o baby bluesie, ale nigdy nie sądziłam, że sama przez to przejdę i to w tak masakryczny sposób. Ten rok był ciężki. To było kotłowanie się złych myśli, których się bardzo wstydzę, to była ogromna nienawiść do samej siebie, poczucie, że jestem złą matką i nigdy nie dam szczęścia Matyldzie, to poczucie, że nie nadaję się na żonę, a przede wszystkim, że nie powinnam żyć na tym świecie. 

Wszystkim mamom, które walczą z depresją poporodową życzę dużo siły. Mam nadzieję, że macie wsparcie w najbliższych. Co mogę Wam poradzić? Nie bójcie się sięgnąć po pomoc specjalisty. Ja gdybym nie zgodziła się na terapie z psychologiem, pewnie bym już dawno się wykończyła. Nie bójcie się też przyznać, że macie problem, że nie kochacie swojego dziecka. Wy je tak naprawdę kochacie, ale ta miłość jest przykryta chorobą jaką jest depresja poporodowa. Mam nadzieję, że żadna matka po porodzie nie zostanie zostawiona samej sobie. Powodzenia dziewuchy!” 

Ja ze swojej strony życzę dużo siły bliskim osób chorujących na depresje, bo to bardzo trudny okres dla rodziny i przyjaciół. Ania, dziękuję za ten list!

 


Macierzyństwo

W jaki sposób narażamy nasze dzieci na alergie?

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
9 października 2016

Nie jest tajemnicą, że liczba alergików z każdym rokiem regularnie wzrasta. Niestety alergia coraz częściej dotyka młodsze dzieci.

Przyczyn alergii jest bardzo wiele, najczęściej odpowiedzialny za to jest czynnik genetyczny (jeśli jeden z rodziców choruje ryzyko wynosi 20-40% a gdy oboje 50-80%) natomiast ogromne znaczenie ma również czynnik środowiskowy. W wielu przypadkach u dzieci obciążonych genetycznie, zadbanie o odpowiednie otoczenie może zapobiec rozwojowi alergii.

Według badań częściej na alergie chorują dzieci wychowujące się w miastach niż na wsiach, co jest dosyć logiczne: duże natężenie spalin, zanieczyszczeń oraz chemikaliów, które mocno nadwyrężają układ odpornościowy. Nic więc dziwnego, że słabsze organizmy nie dają sobie z tym rady.

Co jeszcze może osłabić lub zaburzyć pracę układu odpornościowego dziecka zwiększając przy tym ryzyko wystąpienia alergii?

– Nadmierna czystość
Częste sprzątanie, mycie, dezynfekowanie, kąpiele kilka razy dziennie, nadmierne używanie kosmetyków antybakteryjnych czy detergentów. Alergolodzy informują, że częściej wśród ich pacjentów są dzieci z domów w których rodzice za bardzo przestrzegają higieny (nie znaczy to, żeby całkowicie z tego rezygnować!).

– Nadmierny bałagan
W niektórych domach nie ma czasu na regularne porządki i przechodzimy w drugą skrajność – nadmiar kurzu, brudu, pleśni, grzybów, roztoczy – to również zwiększa ryzyko wystąpienia alergii.

– Dym tytoniowy
Jeden z najczęstszych winowajców alergii. Dzieci, które przebywają w towarzystwie osób palących (nawet jeśli nie są przy samym paleniu, ale wdychają dym z ubrań czy rąk) są narażone na alergie, w tym niebezpieczną astmę oskrzelową. Dlatego kobiety w ciąży i dzieci powinny jak najrzadziej przebywać wśród palaczy a na pewno nie wolno palić w ich towarzystwie.

– Zwierzęta w domu
Koty, psy, papugi, chomiki czy kanarki. Nasze pupile mogą wywołać alergie u maluszków. Warto zatem zadbać o właściwą higienę: często sprzątać po zwierzakach (klatki, kuwety, posłania do spania itp), kąpać zwierzęta, wietrzyć mieszkanie.

– Dieta
Zarówno dieta matki karmiącej jak i dieta dziecka po wprowadzeniu pokarmów stałych może wywołać reakcje alergiczne. Złe odżywianie – przeładowane sztucznymi, przetworzonymi składnikami i barwnikami jest tego częstą przyczyną.

– Leki i antybiotyki
Pomagają ale i szkodzą. U wielu dzieci częste leczenie antybiotykami i lekami może wywołać alergie nie tylko na składniki leków ale również osłabić układ odpornościowy i wywołać alergie wziewne, pokarmowe czy skórne na inne alergeny.

– Choroby wirusowe, bakteryjne i infekcje
Również przyczyniają się do osłabienia układu odpornościowego i narażają go na nieprawidłową pracę co może wywołać alergie. Dlatego warto robić wszystko, żeby zadbać o zdrowie swojego dziecka (unikanie ludzi chorych, mycie rąk przed kontaktem z dzieckiem, regularne odwiedzanie pediatry itp a gdy dziecko zachoruje – starać się jak najbardziej wzmacniać jego układ odpornościowy prawidłową witaminową dietą, ruchem, nie przegrzewaniem, unikaniem nadmiernego stresu u dziecka).

Unikanie perfum w kontakcie z niemowlętami
Perfumy i kosmetyki perfumowane mogą również zwiększyć ryzyko rozwoju alergii u maluchów. Zbyt intensywne zapachy drażnią delikatny układ oddechowy niemowląt i nie tylko mogą być przyczyną rozdrażnienia i płaczu dziecka ale również mogą mieć wpływ na rozwój alergii.

Te wszystkie czynniki wynikają z rozwoju cywilizacyjnego. Mówi się, że co trzeci noworodek znajduje się w grupie wysokiego ryzyka rozwoju alergii.

„W okresie niemowlęcym najczęściej występują wyprysk oraz alergie pokarmowe, astma często rozwija się w wieku przedszkolnym, a katar sienny w wieku szkolnym.
Takie przejście od jednego typu alergii do następnego zwane jest „marszem alergicznym”. U niemowląt z historią występowania tej choroby w rodzinie wyprysk jest często jej pierwszą manifestacją, która w późniejszych okresach życia ewoluuje w kierunku innych schorzeń o podłożu alergicznym.”

Analizując literaturę i własne doświadczenie (niestety mam przyjemność mieć alergie wziewną i pokarmową) wychodzi na to, że przyczyna leży głównie w zanieczyszczonym środowisku, paleniu papierosów i nadmiernym natężeniu chemii w najbliższym otoczeniu (środki czystości, kosmetyki, jedzenie).

Więc jaki styl życia warto wprowadzić u siebie i swojego dziecka, żeby zmniejszyć ryzyko wystąpienia alergii?

Wybierać jak najmniej chemicznych kosmetyków i środków czystości (teraz jest duży wybór kosmetyków hipoalergicznych, ekologicznych i naturalnych. Tylko polecam czytać etykiety, bo łatwo się złapać na marketingowe ściemy),

Nie przesadzać z nadmierną czystością, ale też nie wychowywać dziecka w nadmiernym bałaganie – warto zachować zdrowy rozsądek,

Unikać palaczy a na pewno nie palić w domu ani nie pozwalać na palenie gościom. Nie pozwalać też wdychać dziecku dymu z ubrać czy rąk palaczy,

Pilnować zdrowej, nieprzetworzonej diety zarówno u siebie jak i dziecka,

Karmić piersią (u maluchów),

Dzieci wychowywane w mieście zabierać na wycieczki do lasu czy na wieś.

Jeśli rodzice mają inne choroby o podłożu autoimmunologicznym, dziecko nie tylko jest obciążone genetycznie tymi chorobami, ale również alergią – nawet jeśli rodzice jej nie mają. Oczywiście na alergie mogą chorować również dzieci, których rodzice są w pełni zdrowi (ok 15%), więc wszelkie środki ostrożności warto zachować u każdego dziecka.

Więcej o alergiach możecie przeczytać tu:
– http://www.poradnikmamy.pl/dzieci-z-alergia/zagadnienia/wszystko-o-alergii-czyli-definicja-objawy-i-przyczyny.html
– http://www.zdrowystartwprzyszlosc.pl/zywienie-dzieci/alergie/zmniejsz-ryzyko-alergii
– Polecam też książkę dr Danuty Myłek „Alergie”.