Lifestyle Macierzyństwo

Niekończący się test na macierzyństwo… Po dwóch latach i trzech miesiącach od złożenia papierów adopcyjnych Monika została mamą

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 lipca 2016
niekończący się test na macierzyństwo
Fot. iStock / golero
 

– Zadzwonili we wtorek około 11:00. Byłam akurat w pracy i kiedy zobaczyłam na telefonie „ośrodek adopcyjny”, musiałam usiąść. Usłyszałam, że jest chłopiec, wiek około 9 miesięcy. Nie mogłam dodzwonić się do męża. 15 minut – jedne z najdłuższych w moim życiu. W pracy już nic nie byłam w stanie zrobić. Pojechaliśmy do ośrodka. Dowiedzieliśmy się, że to szóste dziecko 24-letniej kobiety, z pewnością alkohol był tam codziennością….

Zawsze gdzieś z tyłu głowy miała, że jak nie będzie mogła mieć własnego dziecka, to adoptuje to, które czeka na miłość. Tak pomyślała po pierwszym poronieniu. Przeszło jej przez myśl, ale to nigdy nie jest prosta decyzja, zawsze chcesz walczyć. Nie ty jedna poroniłaś, nie ostatnia, a jednak kobiety rodzą dzieci, zachodzą w ciążę, zostają szczęśliwymi matkami.

Monice nie było to dane. Poronienie. Leczenie niepłodności. Wszystko bez efektów, na jakie czekali. Nie mogli mieć dzieci w sposób naturalny. Zaryzykowali in vitro. Kilkadziesiąt tysięcy wywalone w błoto. Na to in vitro nie było ich tak po prostu stać. To zawsze okupione było dużymi wyrzeczeniami.

Może ktoś by się poddał. Powiedział – natura zadecydowała, nie będziemy rodzicami, nie będę matką. Monika: – 31 lipca 2013 roku złożyłam papiery w ośrodku adopcyjnym. Miałam wszystko przygotowane, kobiety z ośrodka były zaskoczone, że zadbałam o każdy szczegół.

Nie przeszli testów psychologicznych. – Oblaliśmy. Wyszło, że ja przejściach nie jestem gotowa na posiadanie dziecka. A mój mąż w ogóle nie chce mieć dzieci. Wysłali nas na terapię.

Walczysz o własne dziecko. Już nie wiesz, czy coś jest w stanie bardziej cię złamać, niż kolejna strata, kolejna nadzieja wyrzucona na śmietnik. W głowie rozbrzmiewa ci tylko chichot losu: „Masz takie marzenie? Chcesz zostać mamą? Hahahaha, a wiesz, że marzenia się nie spełniają”. Monika przekonywała się o tym kilkukrotnie. Choć bardzo emocjonalna, nigdy ze swoimi uczuciami się nie obnosiła. Wszystko, co w niej niszczyły kolejne nieudane próby trzymała w sobie.

– Posypałam się na terapii. Przez osiem miesięcy, co tydzień na każdej wizycie płakałam. Wypłakałam chyba wszystko to, co trzymałam przez tyle lat w środku. Nie mówiliśmy tylko o dziecku, o macierzyństwie, którego nie mogę doświadczyć. Sięgaliśmy do wielu obszarów… Terapia pomogła mi uporać się z wieloma rzeczami, które w sobie nosiłam. Pozwoliła zrozumieć. Dzisiaj wiem, że wtedy nie byłam gotowa na adopcję. Chciałam zaszyć dziurę po tych wszystkich nieudanych próbach. Mieć dziecko udowadniając, że mogę być matką. A przecież nie o to chodziło.

Oboje przeszli terapię. Podeszli do kolejnych testów psychologicznych, to one miały wykazać, czy nadają się na rodziców.

– Pamiętam, jak go przyniosły, chłopca, który mógł zostać moim synem. Nie mogłam wziąć go na ręce. On siedział i rozglądał się dookoła, uśmiechał się. Dopiero kilkanaście minut później przeszliśmy do innego pokoju. Tam w obecności trzech kobiet – dyrektorki domu dziecka, psycholog i prawnego opiekuna Franka, mogłam się nim zająć. Tylko jak zająć się nieznanym dzieckiem, kiedy trzy kobiety na ciebie patrzą i wiesz, że od tego, jak się zachowasz, jak mały zareaguje, one będą decydować, czy nadajesz się na jego matkę.

Na cenzurowanym, niekończący się test na macierzyństwo…

… A przecież matkami stajemy się naturalnie, nikt nie pyta cię przed porodem: „Czy jest Pani gotowa?”, nikt nie ocenia, czy się nadajesz. Jesteś w ciąży, rodzisz, jesteś matką. Koniec. Nikt nie patrzy, jak karmisz dziecko, jak je przewijasz, czy kąpiesz w dobrej temperaturze wody. Nikt ci nie powie: „Nie wyciąga do Pani rączek, dziękujemy. Następna proszę”.

A co, gdy matką tak bardzo chcesz zostać. Gdy wiesz, że nie zaleje cię fala ciepła, kiedy położą ci dziecko na piersi, a ty ujrzysz je po raz pierwszy. Takie małe, bezbronne i umęczone trudem przyjścia na świat.

Moniki decyzja o macierzyństwie musiała rozegrać się za zamkniętymi drzwiami sypialni, w nocy, w rozważaniu między „tak” a „nie”. W zastanawianiu się, czy moje dziecko dotknięte jest chorobą alkoholową. I czy to, że w wieku dziewięciu miesięcy tylko siedzi, jest normalne. Bo chyba powinno raczkować, stawać? I te rączki tak zaciska mocno…

To walka między sercem a rozumem. – W ośrodku adopcyjnym wypełniasz taki formularz. Piszesz, jakie chciałabyś dziecko. My chcieliśmy takie, które nie skończyło jeszcze roku. Bez znaczenia, czy chłopiec czy dziewczynka. A tam możesz nawet zaznaczyć kolor oczu, włosów, czy mają być proste czy kręcone. Nam pokazali Franka…  Zadzwoniłam do ośrodka, że za tydzień przyjedziemy do niego znowu. Nie mogliśmy inaczej.

Jeździli po pięć, sześć razy w tygodniu. Popołudniami. Pracodawcy bez problemu pozwalali im rozpisać urlopy na godziny. Dla nich tak cenne, bo spędzane z Frankiem w domu dziecka. Kąpali go, karmili, uczyli się siebie. Z czasem pozwalano im zostać tak długo, aż Franek nie zasnął. – Wtedy wracaliśmy spokojni, bo mieliśmy takie poczucie, że jest mu dobrze.

Franek z wizyty na wizytę robił postępy, rozwijał się. Zaczął stawiać pierwsze kroki, dzisiaj już rączki zaciska rzadko. Jest wesołym, żywym dzieckiem ciekawym świata.

Fot. iStock / RyanJLane

Fot. iStock / RyanJLane

Po dwóch latach i trzech miesiącach od złożenia papierów adopcyjnych Monika została mamą. Mamą Franka. Nie opowie mu, jak się urodził i jaki był pomarszczony, kiedy pojawił się na świecie, ale będzie mu opowiadać o dniu, kiedy go pierwszy raz zobaczyła. Kiedy pokochała go bez reszty, kiedy poczuła, że jej marzenie jednak się spełnia, ich wspólne marzenie do stworzenia rodziny, w której słychać śmiech i płacz dziecka. O tym najszczęśliwszym dniu w jej życiu, kiedy Franek pojawił się na ich drodze.

Monika: – Znajomi mówią, że jesteśmy bohaterami. Ale ja nie czuję się bohaterką, w ogóle. Bohaterem nazwałabym tych, którzy pomimo tego, że mają własne dziecko, adoptują inne. Nam nie dano wyboru, decyzja mogła być tylko jedna.

Dzisiaj po głowie zaczyna się jej błąkać myśl o rodzeństwie dla Franka, żeby on już nigdy nie został sam. Kiedy powie mu o adopcji? Kiedy przyjdzie na to czas, bo wie, że on powinien znać prawdę.

Ale teraz jest czas na miłość, na szczęście, na zabliźnianie się ran, które są i w Monice i we Franku. Mają siebie. Są w trójkę. Są rodziną. Wygrani, po walce, którą przeszli, która nie raz każdemu z nich odbierała nadzieję na szczęśliwy dom.


Lifestyle Macierzyństwo

Czas wyluzować i trochę sobie odpuścić – 9 oznak tego, że jesteś dla siebie zbyt surowa

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
13 lipca 2016
Fot. Pixabay/ Unsplash/ CC0 Public Domain
 

Niby wiesz, że nie musisz być perfekcyjna, a idealnych kobiet tak naprawdę nie ma, ale ciągle coś każe ci biec szybciej, sięgać po więcej i analizować swoje działania. Nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że nie jesteś dla siebie samej zołzą, katem i tyranem w jednym. Czasem trzeba odpuścić nie tylko dzieciakom, partnerowi czy przyjaciołom, ale przede wszystkim samej sobie. Sprawdź, czy nie jesteś dla siebie zbyt surowa, a potem… po prostu wyluzuj!

Ciągle rozpamiętujesz swoje błędy

Nawaliłaś w pracy, nie zrobiłaś na czas sprawozdania lub popełniłaś jakieś towarzyskie faux pas – zdarza się każdemu! Rozpamiętywanie wciąż i wciąż danej sytuacji nie sprawi, że wymażesz ją z przeszłości. Powiedz sobie: trudno, stało się, mleko się rozlało. Jesteśmy tylko ludźmi, mamy prawo do potknięcia i popełniania pomyłek. Najważniejsze jest nie to, że popełniłaś błąd, ale to, co zrobisz, by go naprawić i następnym razem postąpić właściwie.

Zadręczasz się wyrzutami sumienia

Masz wyrzuty sumienia, bo zapomniałaś o urodzinach koleżanki, bo znowu zostałaś po godzinach w pracy, bo pokłóciłaś się z partnerem o błahostkę, bo przypaliłaś zupę, bo nakrzyczałaś na dzieciaki, bo odmówiłaś współpracownikowi. Cokolwiek byś nie zrobiła, świadomie lub całkiem niechcący, odczuwasz palące wyrzuty sumienia i doszukujesz się swojej winy w danej sytuacji. Natychmiast przestań! Wyrzuty sumienia to naturalne zjawisko, które mówi nam, że postąpiliśmy niewłaściwie, ale gdy stajemy się ich zakładnikami, zamiast pobudzać nas do zmian i poprawy, demotywują i tłamszą. A to już nic dobrego.

Jesteś dla samej siebie najostrzejszym krytykiem

Gruba, głupia, brzydka, zapominalska, roztrzepana, spóźnialska – zbyt łatwo przychodzi ci opisywanie siebie w taki negatywny sposób. Każdy komplement kwitujesz słowami niedowierzania lub zaprzeczenia i jesteś głuche na pochwały i słowa uznania. Jak inni mają cię pozytywnie oceniać, skoro sama tego nie robisz? Zrób eksperyment i przez kilka dni mów o sobie wyłącznie dobrze- spójrz w lustro i skomplementuj swoje oczy, usta, uśmiech czy ubranie, pochwal się za wykonaną pracę, spraw sobie drobną przyjemność w nagrodę, zrób coś, o czym od dawna marzysz. Gwarantujemy, że już kilku dniach poczujesz się znacznie lepiej i zaczniesz myśleć bardziej pozytywnie!

Fot. Pixabay/ Unsplash/ CC0 Public Domain

Fot. Pixabay/ Unsplash/ CC0 Public Domain

Nie wierzysz we własne pomysły i możliwości

Wewnątrz swojej głowy aż tryskasz pomysłami, jesteś kreatywna i twórcza, ale z obawy przed opinią innych i ich negatywną oceną siedzisz cicho jak mysz pod miotłą. Nie wierzysz, że to, co wymyśliłaś ma szanse na sukces i powodzenie, sama obniżasz swoje kwalifikacje i umiejętności, wolisz się nie wychylać i nie wychodzić przed szereg. Kobieto, popełniasz poważny błąd! Twój wewnętrzny krytyk jest twoim najgorszym wrogiem – nie pozwala ci pokazać innym jak wielki potencjał nosisz w sobie. Zaryzykuj i odważ się na pokazanie własnych możliwości – sama się zdziwisz na ile cię jeszcze stać i jak wiele potrafisz.

Skupiasz się na tym, czego nie osiągnęłaś

Jesteś wykształcona, inteligentna, masz dobrą pracę i jesteś raczej szczęśliwa, ale zamiast skupiać się na swoich sukcesach większą uwagę zwracasz na to, czego nie udało ci się osiągnąć, zobaczyć lub posiadać. Powiem ci coś – zawsze będzie kila rzeczy, które mogłaś zrobić inaczej, lepiej, które przyniosłyby ci większe pieniądze, sławę albo uznanie, ale w życiu nie można mieć wszystkiego! Bądź dumna i świadoma swoich sukcesów, nie rozpamiętuj tego, co mogłoby być i żyj – tak po prostu.

Koncentrujesz się na tym, czego zmienić nie możesz

Pewnych rzeczy zmienić się nie da – im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej dla ciebie i twojego szczęścia. Nie zmienisz przeszłości, bo ona już dawno jest za tobą. Nie zmienisz tego, co inni czują i co mówią za twoimi plecami. Nie możesz zmienić też wszystkiego w sobie – i wcale nie musisz tego robić, to tylko twoje kompleksy dają złe rady i podpowiedzi.  A skoro nie można czegoś zmienić, to trzeba to zaakceptować, oswoić i nauczyć się tolerować.

Porównujesz się z innymi

Kaśka jest szczuplejsza, Baśka ma większe mieszkanie, Monika lepszą pracę, Paulina jest matką idealną, a mąż Natalii to przy twoim Stefanie prawdziwy ideał… Pamiętaj jednak, że nigdy nie znasz całej prawdy i widzisz jedynie wycinek z czyjegoś życia, to, co on sam chce ci pokazać. Każdy z nas żyje swoim własnym skomplikowanym życiem i ma jakieś szkielety w szafie, więc przestań porównywać się z innymi i im zazdrościć. Zamiast tego postaraj się być najlepszą możliwą wersją samej siebie.

Nie jesteś dla siebie dobra

Nie umiesz odpoczywać, zapomniałaś już jak to jest kupić coś wyłącznie dla własnej przyjemności, jesteś przekonana, że nie zasługujesz nawet na odrobinę luksusu i rozpieszczenia.  Każdy z nas oprócz przysłowiowego chleba potrzebuje też czasami igrzysk, więc wyluzuj i pozwól sobie na przyjemności – bez wyrzutów sumienia i analizowania. Zajęcia fitness w gronie przyjaciółek, wypad do kina, kolacja z ukochanym w ulubionej knajpie, nowe (potrzebne lub nie) buty albo gorąca kąpiel z książką – bądź dla siebie dobra, zasługujesz na to!


Lifestyle Macierzyństwo

Feministka ze mnie taka, jak z Pani Premier fashionistka… Jest w „feminizmie” coś takiego, co odstrasza nawet kobiety

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
12 lipca 2016
fot. iStock/ wundervisuals

Nigdy nie należałam do dziewczyn, które wolały dresy i czarne glany, a na przerwach w szkole wołały, że chłopacy są im do niczego nie potrzebni. Marzyłam o wielkich miłościach, stop – jednej miłości, pięknych rozkloszowanych sukienkach i ogromnej kuchni w wielkim domu z ogrodem, gdzie każde śniadanie dla mnie i ukochanego byłoby idealne. Daleko było mi do typowej feministki, która na każde z powyższych marzeń stwierdziłaby, że nie szanuję samej siebie. Jednak czy feminizm oznacza ciągłe chodzenie w spodniach i samotne życie?

Kilka tygodni temu w sieci pojawiła się nowa wersja teledysku do kultowej piosenki Spice Girls, „Wannabe”. Śpiewające i tańczące dziewczyny po kolei odkrywają ogromne napisy, które przedstawiają postulaty do świata dotyczący kobiet. Bo przecież wszystkie chcemy równego dostępu do edukacji, tak samo wysokich płac jak faceci, zaprzestania przemocy wobec piękniejszej płci czy zaprzestania ślubów dziewczynek z dorosłymi mężczyznami, które może nie dotykają nas bezpośrednio. #WhatIReallyReallyWant odniosła ogromny sukces i poruszyła najtwardsze serca w bardzo dobry marketingowy sposób. Chcąc nie chcąc, to właśnie tak trzeba aktualnie kierować uwagę współczesnych młodych kobiet na dotyczące je problemy.

Nie jestem zbytnio odporna na reklamy, a czasami wręcz wydaje mi się, że można mi wcisnąć każdy ładnie opakowany słoik pełen niczego. Nic dziwnego, że tak bardzo spodobała mi się kampania z piosenką pięknych Brytyjek. Oprócz maltretowania mojej przyjaciółki pseudo śpiewaniem „Wannabe”, w głowie zostało mi jeszcze ziarenko niepewności – czym tak właściwie jest ten feminizm? No bo skoro ja też chcę zarabiać tak dobrze jak faceci pracujący na tym samym stanowisku, ale też nie wyobrażam sobie, żeby przemoc wobec kobiet nie była karana, to może też jestem trochę feministką?

Jest coś w medialnym przekazie dotyczącym potomstwa sufrażystek, co odstrasza nawet kobiety. Króluje przecież obraz zaniedbanej, ubranej po męsku baby, która nie pójdzie do SPA, ale na manifestację już tak. Pewnie tak jak zdolność do kochania samej siebie, tak i pierwiastek feminizmu pochodzi z domu rodzinnego. W moim przypadku był to dom pełen miłości, w którym tata pomagał mamie, a mama tacie. Dziś z rozbawieniem wspominamy momenty, w których tata pracował całymi dniami, więc to mojej rodzicielce przypadła zaszczytna funkcja wbijania nowych gwoździ czy skręcania nowego łóżka. Tata za to robił najlepszą zapiekankę ziemniaczaną na świecie i był maniakiem czystości. Totalne równouprawnienie, a jednak ze mnie feministka taka, jak z Pani Premier fashionistka. Może w tym wszystkim chodzi po prostu o szacunek?

Nie każda z nas w dzieciństwie chciała być księżniczką, niektóre wolą być hot dogami, tak jak pięcioletnia Aisney, która w bajkowym tygodniu nie wybrała błyszczącej sukienki, tylko strój bułki z parówką. Wiecie co jest najpiękniejsze w tej historii? Nikt nie miał nic przeciwko temu. Mała dziewczynka mogła być kimkolwiek chciała, tak jak w tej reklamie. Dorosłe feministki pewnie są z niej dumne, bo przecież nie można wciskać wszystkich w te same ramy i dzielić na różowe czy niebieskie. Rozumiem to doskonale, bo sama nie lubię ciasnych stereotypów. Ale czy w takim razie nie mogę czuć się dobrze w roli tej dziewczyny, która rano wstaje wcześniej, żeby zrobić swojemu facetowi obiad do pracy i obudzić go zapachem świeżo mielonej kawy?

Nic nie jest białe albo czarne. Żyjemy w świecie, którego ulubionym kolorem jest szarość, bo to właśnie dzięki niej wiele osób może spotkać się pośrodku i pójść na kompromis. Przez kilka lat pracowałam w sporcie i doskonale wiem, że niejednokrotnie kobiety muszą ciężej pracować, żeby udowodnić jak bardzo wartościowymi pracownikami są. Z drugiej jednak strony, uwielbiam czekać na ukochanego z późną kolacją, bo sama dobrze wiem, jak miło jest, gdy ktoś na ciebie czeka w domu i zrobi coś miłego. Może więc pora na umiarkowany feminizm?


Zobacz także

Komputer czy konsola? Obalamy mity

Fot. iStock/Sergey_Peterman

Nauczmy się przebaczać, nie dla innych, ale dla siebie. Wybaczenie nie oznacza zapomnienia o swoich krzywdach

Drogi mężu, nigdy dobrze cię nie znałam. Jesteś dla mnie zagadką, której nie jestem już ciekawa