Macierzyństwo

6 niematerialnych dóbr, w które warto zainwestować i dać je własnemu dziecku. Zanotuj tę „listę zakupów”

Redakcja
Redakcja
13 września 2021
fot. evgenyatamanenko/iStock
 

Chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Poświęcamy się, wypruwamy sobie żyły, pracujemy ponad siły, żeby im się dobrze żyło, żeby niczego im nie zabrakło. Kupujemy nowe komputery, telefonu, elektryczne hulajnogi, zabawki i co tam jeszcze dusza zapragnie. Ale czy to o to chodzi? Czy to rzeczy warte poświęcania zdrowia, czasu i uwagi? Czy nie ma innej „listy zakupów”, którą powinniśmy zrealizować dla naszych dzieci.

#Oh!Szkoło: Pomóżmy dzieciom znów dobrze poczuć się w szkole. Akcja z nagrodami! ❤ 

  • pewność siebie połączoną z pokorą, która pozwoli naszym dzieciom iść po to, co jest dla nich ważne
  • poczucie własnej wartości – świadomość tego, w czym są mocni, jakie umiejętności powinni w sobie rozwijać (szkoła niestety najczęściej pokazuje tylko to, z czego trzeba się poprawić)
  • radość życia – bo tylko z pozytywnym nastawieniem będą szli do przodu i uśmiechali się do innych, a świat będzie dla nich bardziej przyjazny
  • nadzieja – że nie ma rzeczy niemożliwych, że jeśli czegoś naprawdę chcemy, jesteśmy w stanie to osiągnąć
  • empatia, by rozumieć, jak bardzo potrzebujemy drugiego człowieka, a on nas
  • miłość – zwykłą miłość do świata, życia, ludzi, przyrody. Z tej miłości rodzi się najpiękniejsza i najbardziej wartościowa
  • wdzięczność za to, co mamy
  • a z niej to, czego najbardziej dziś pożądamy – radość z życia
  • poczucie, że jesteśmy we właściwym, dobrym miejscu


Macierzyństwo

Związek bez seksu, bez trzymania się za ręce, bez spotkań! Tak, byłam w takim trzy lata. Słyszałam tylko jego głos

Listy do redakcji
Listy do redakcji
14 września 2021
fot. FreshSplash/iStock
 

Myślisz, że to niemożliwe być w związku z kimś, kogo widziało zaledwie godzinę i z kim rozmawiało się łamanym angielskim przez dziesięć minut? Jesteś w błędzie! Byłam w związku z takim mężczyzną przez trzy lata. Ale nie to jest najdziwniejsze! Najdziwniejsze jest to, że po tym pierwszym spotkaniu już nigdy się nie wiedzieliśmy. A jednak przeżywaliśmy wszystko. Miłość, namiętność, bliskość, frustrację, rozmowy o dzieciach i wspólnej przyszłości. Nawet okropne kłótnie, po których nie odzywaliśmy się o siebie dwa miesiące. Kilka poważnych rozstań i gorących powrotów. Jak to wszystko możliwe? Posłuchaj…

To było dokładnie trzy la temu. Postanowiłam iść na samotną pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Bardzo się bałam, ale przygotowałam się do tego, jak do wyprawy alpinistycznej. Kilkakrotnie pakowałam i rozpakowywałam plecak. Ważyłam go, minimalizowałam ekwipunek. Miałam ze sobą jedzenie, moskitiery i aerozole owadobójcze… Ale to przecież nie o tym.

Pewnego dnia podczas pielgrzymki niedaleko Porto przystojny pielgrzym zapytał mnie, skąd może nabrać wody. Nie bardzo potrafiłam mu wytłumaczyć, dokąd ma iść, bo słabo mówiłam wtedy po angielsku, więc zaprowadziłam go do źródełka. Chwilę rozmawialiśmy, głównie na migi, dowiedziałam się, że ma na imię Diego i pochodzi z Kuby. Ja dużo nadrabiałam uśmiechem. Wymieniliśmy się adresami na kontach społecznościowych i… każdy poszedł swoją drogą. I w tym momencie właśnie wszystko się zaczęło.

On do mnie napisał. Podziękował. Powiedział, że takie kobiety serdeczne i dobre po prostu się nie zdarzają i że jestem dla niego aniołem nie z tego świata. Nie wiem, jak to się stało, ale po powrocie do domów zaczęliśmy do siebie dzwonić na różnych komunikatorach internetowych. To on zaczął i co ciekawe, choć słabo mówiłam po angielsku, Diego tak nawijał… że nie czułam dyskomfortu. Właściwie mówił przez pół godziny i czasem miałam wrażenie, że wszystko mu jedno, czy ja to rozumiem. To mnie wkurzało! Zapisałam się więc na intensywny kurs do native speakera i stopniowo nasze rozmowy stały się ciekawe, czasem nawet namiętne.

Diego jest Kubańczykiem, ale pracuje jako szef brygady remontowej na Florydzie. Najpierw podobała mi się jego pogoda ducha i fakt, że za każdym razem, jak ze mną rozmawiał, dosłownie promieniał ze szczęścia. Wydawał się też niezwykle zaangażowany, bo dzwonił czasem nawet dwa razy dziennie.

Po jakimś czasie Diego zaczął mówić, że marzy, by mnie odwiedzić w Polsce. Ale zawsze wtedy podkreślał, że chciałby mnie widzieć codziennie, jak wracam z pracy i że pragnie zatrzymać się u mnie. „Dlaczego nie w hotelu?”, pytałam wystraszona. A on tylko: „Bo jestem tak bardzo stęskniony!” Powiedziałam mu więc, że to w ogóle nie wchodzi w grę. Wtedy zaczął mnie zapraszać do siebie. Przyznam szczerze, że zamieszkanie u faceta, którego widziałam na oczy 30 minut też wydawało mi się szalone, więc powiedziałam mu, żebyśmy spotkali się połowie drogi. Może wspólne wakacje w Hiszpanii?”, proponowałam. Teraz on nie chciał się zgodzić. Wypytywałam – dlaczego. A on znowu swoje: zaprasza mnie do siebie albo wpadnie do mnie. Coś mi tu nie pasowało: Może ten gość nie ma kasy! Zwęszył, że jestem zamożna i że u mnie się jakoś zahaczy. W dodatku Diego zaczął snuć wizje przez telefon, że chętnie się do mnie przeprowadzi i że marzy o dzieciach. Ja też bardzo pragnęłam dziecka, więc ta wizja jakoś grzała moje serce, ale nie umiałam się do spotkania na żywo ośmielić.

Jak wygląda seks takiej pary? Banał! Byliśmy zbyt nieśmiali, by odważyć się na jakiekolwiek igraszki. Jak para dzieci. Jak podlotki, które omijają temat. W końcu pomyślałam, że to jest CHORE i zerwałam z nim! Przez telefon. Powiedziałam, że ten nasz „niby-związek” jest jakimś szaleństwem i że to koniec. Przestałam odbierać i wszystko przycichło.

Pamiętam, że spojrzałam wtedy w kalendarz i się przeraziłam. Minęło półtora roku od naszego trzydziestominutowego spotkania. Przez ten czas razem przeżyliśmy WIELE: niemal codziennie rozmawialiśmy, zbliżyliśmy się, przesyłaliśmy sobie zdjęcia, emotikonki, opisy naszych dni. Powiem tak – miło było jednak mieć kogoś takiego na drugim krańcu świata, kto mówił, że jestem cudowna. Dlatego po dwóch miesiącach złamałam się i wysyłałam mu zdjęcie… zachodzącego słońca. Ależ się ucieszył. Od razu zadzwonił. Wtedy postawiłam jednak warunek, że musimy przejść na drugi level, czyli rozmawiać z użyciem kamerki. Diego wystraszył się, powiedział, że przytył i że pewnie mi się nie spodoba. Znów z nim zerwałam. Tym razem na tydzień.

To on pierwszy zmienił zdanie. Dzwonił, dzwonił… Widziałam, że mogę odebrać i w końcu go zobaczyć na kamerce, ale miałam wtedy mokre włosy i zero makijażu, więc mój żołądek ścisnął się ze strachu. Stchórzyłam. Dziś z perspektywy czasu wiem, że to było jakieś chore przepychanie się i że ja z taką humorzastą laską, (jaką byłam wtedy!), sama bym nie wytrzymała. Przez kilka miesięcy było między nami fajnie, ale im lepiej ja mówiłam po angielsku, tym Diego bardziej mnie denerwował. Pamiętam, że na początku cieszyło mnie, że jest taki po amerykańsku wyluzowany, a teraz wkurzało mnie, że on zawsze czuje się wspaniale. Mówiłam więc: „Diego, co to za miłość, jak mi nie mówisz, co czujesz!?” I jeszcze: „Po co ty w ogóle mnie wybrałeś? Po co ci taka kobieta na drugim krańcu świata?” A on: „To symboliczne, to jakiś boski jest znak, że podałaś mi wtedy wodę. Dzięki tobie piłem ze źródła i to ty odmieniłaś moje życie!”. Cóż, na chwilę moje serce topniało. On twierdził, że byłam dla niego znakiem od Boga!

Myślicie, że ta historia ma jakiś happy end?! Oczywiście, że nie ma! Oboje tak bardzo baliśmy się miłości, że przez trzy lata nie doszło między nami do spotkania. Rozmawialiśmy za to godzinami, obdarowując się naprzemiennie ciepłymi uczuciami i karczemnymi awanturami. Dziś? Czasem jeszcze do siebie dzwonimy i piszemy, ale chyba już bardziej jako znajomi. On rzadko już mówi, że chciałby mnie odwiedzić. Czuję, że to kres tej historii. Boję się jednak, że nie jestem gotowa na prawdziwą miłość. Mam już czterdzieści lat. Co, jeśli potrafię być tylko w takim dziwnym wirtualnym związku? Co, jeśli już nic mnie nie czeka? Co, jeśli zmarnowałam szansę, bo stchórzyłam? A może przeciwnie, nie dałam zamieszkać u siebie jakiemuś świrowi, który chciał mnie wykorzystać? Proszę, nie piszcie, że jestem dziwna. Proszę nie oceniajcie mnie. Proszę o chwilę zrozumienia. Ja naprawdę cierpię.

Katarzyna


Macierzyństwo

„Nie umiem żyć na niby, wiedząc, że mój mąż mnie nienawidzi”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
13 września 2021
fot. bymuratdeniz/iStock

Moje małżeństwo rozpada od momentu, którego nawet nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Jestem Ola, mam 25 lat. Z moim mężem poznaliśmy się cztery lata temu, na imprezie. Nigdy nie ukrywałam, że zwracałam na niego uwagę na długo przed tym , zanim on mnie w ogóle zauważył. Potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko.

Właściwie nie wiem, dlaczego go wybrałam. Tak naprawdę zawsze gustowałam w innych mężczyznach, pod każdym względem. Ale kiedy spędzaliśmy razem czas, podczas rozmowy nasze zdania tak jakby wzajemnie się uzupełniały. On mówił zawsze to, o czym ja pomyślałam sekundę wcześniej. Tak samo odwrotnie. Było między nami bardzo dużo różnic, ale też bardzo dużo podobieństw. Coś bardzo mnie do niego ciągnęło. Naprawdę się w nim zakochałam. Drugi raz w życiu.

Dałam się ponieść instynktowi, mając jeszcze całkiem świeżą ranę na złamanym sercu. Wszystko było cudowne: plany o wspólnym domu, o rodzinie, o wakacjach, o zestarzeniu się na jednej kanapie. Ale był jeden szkopuł – chorobliwa zazdrość. Jestem raczej typem ekstrawertyka, zawsze byłam otwarta, śmiała, uwielbiałam imprezować z przyjaciółkami. Ale od momentu kiedy zaczęliśmy być razem nie interesował mnie żaden inny mężczyzna.

Niby ustaliliśmy, że nie będziemy się trzymać w klatce, ale gdy dojechałam na imprezę ze znajomymi, dostawałam SMS od niego, że jeśli tam wejdę, to z nami koniec. Nie rozumiałam, dlaczego mi to robi. Nie chce poszaleć ze mną, i ja sama też nie mogę wyjść z domu. Jakby w ogóle mi nie ufał (cały czas twierdził, że nie ufa facetom, którzy będą na jednej imprezie ze mną).

Oczywiście on prawie codziennie wychodził na piwo z kolegami i wracał późno w nocy. Przestałam spotykać się ze znajomymi, kontaktowałam się z tylko jedna przyjaciółką, rzadko. 8 miesięcy później, w wigilię dostałam pierścionek zaręczynowy – spełnienie moich marzeń. Nie wierzyłam w to, co się dzieje, bałam się, że się z tego obudzę.

Zaczęliśmy planować ślub. Miesiąc później okazało się, że jestem w ciąży. Byłam na 3. roku studiów licencjackich. Zamieszkałam u niego w jego rodzinnym domu. Strasznie się bałam, ale koniec końców zaczęłam się cieszyć, że będziemy mieć dziecko. Całą ciążę dostawałam taką dawkę stresu, jakiej żadna ciężarna nie powinna czuć: codziennie wyjścia na piwo i powroty do domu na gazie. Awantury, że mam pretensje o nic. Że on ciężko pracuje i należy mu się reset.

Po porodzie to samo, ja w domu z dzieckiem, on wieczorem z kumplami. W końcu zainterweniowali moi rodzice, ponieważ nie dawałam sobie już rady psychicznie. Obiecał że nie będzie uciekał z domu, nie będzie mnie stresował, będzie się starał. To trwało tydzień. I znowu recydywa.

Obecnie mamy dwoje dzieci, ja zaraz wracam do pracy. Po każdym lepszym okresie przychodzi gorszy, dłuższy od poprzedniego, z gorszymi skutkami. Jest agresywny, wyrzuca mi, że przyczepiłam się się niego i musiał się ze mną ożenić. Że jestem złą matką. Że za krótko karmiłam. Że nie pomagam mu w pracy. Że za często odwiedzam moich rodziców… To bardzo poniżające. Nigdy mnie nie uderzył, ale podnosi na mnie rękę nie raz, żeby mnie przestraszyć, popycha mnie, poniża, wyzywa. Robi to przy dzieciach. Boję się, że ich przyszłość na tym ucierpi.

Coraz częściej myślę o tym, żeby odejść. Wstydzę się tego, bo wiem, co zrobiłabym swoim dzieciom. Wstydzę się swojej słabości. Boję się, że to wszystko się dzieje przeze mnie, że nie umiem rozmawiać o uczuciach. Wiem, że nie zostawiłabym moich dzieci, że nie odebrałabym sobie życia. Bardzo je kocham. Ale jest mi tak trudno, naprawdę już przestaję widzieć dla siebie drogę. Jeśli od niego odejdę, skrzywdzę dzieci, bo mimo wszystko bardzo go kochają i potrzebują. A jeśli zostanę to czuję, że wpadnę w dół, z którego już nigdy się nie wyczołgam.

Nie wiem dlaczego, ale ciągle bardzo go kocham. Mimo tych wszystkich złych rzeczy, złych słów. Ale czuję, że on już nawet nie może na mnie patrzeć. Że chciałby żebym umarła. Wiele razy pokazuję mu, że potrzebuję tak niewiele – żeby mnie przytulił i pozwolił mi się wypłakać. Ale dla niego to jest oznaką słabości. On nie chciał takiej żony, którą trzeba niańczyć, bo nie radzi sobie z psychika. Nie widzę już drogi. Nie wiem, jak odzyskać, to co straciliśmy. Bardzo chce pełnej rodziny dla moich dziewczynek. Naprawdę nie chce się rozstawać, chociaż dla niego jest to obojętne. Wiele razy kazał mi się wynosić.

Nie wiem, co jest ze mną nie tak. Ale wiem na pewno, że nie poradzę sobie z tym, nie potrafię się podnieść. Nie umiem udawać obojętnej. Nie umiem żyć na niby, wiedząc, że mój mąż mnie nienawidzi. Staram się o niego dbać, być typową panią domu, dla niego i dzieci. Chciałabym, żeby ktoś też tak o mnie dbał. Żebym była dla niego ważna, żeby mnie szanował. Żeby mnie kochał, tak jak ja go kocham.


Zobacz także

Ania Starmach: „Zamiast katować się na siłowni i liczyć kalorie wolę tulić moją córkę”

Bajkowy Dzień Dziecka w Julinku 4 i 5 czerwca

Jesienna dieta dla najmłodszych – z myślą o wzmacnianiu ich odporności. Prawidłowe żywienie dziecka w pytaniach i odpowiedziach