Lifestyle

Zanim wydasz na mnie wyrok, musisz wiedzieć znacznie więcej o tym, co mam w głowie

Redakcja
Redakcja
16 stycznia 2021
Newton's Equations. Rear view, close-up on young man standing back against green chalkboard. He explains, solves physics tasks, retro style. Processing for retro bleached look, slight vignette added.
 

Otóż nie ma mowy o kreatywności w świecie powagi. Einstein napisał, że kreatywność to inteligencja, która się raduje. Tak jest po prostu skonstruowany nasz mózg: zabawa, radość i taniec otwierają go na nowe; powaga – zamyka i wpycha w utarte koleiny myślowe. Dr hab. Ryszard Praszkier

Zanim wydasz na mnie wyrok, musisz wiedzieć znacznie więcej o tym, co mam w głowie.

Miesiąc temu, aby odreagować, wymyśliłem i anonimowo ogłosiłem w internecie konkurs fotograficzny pt. „Przedmioty biurowe atakują”, który znalazł uznanie wśród ludzi pracujących, a następnie konkurs na modę z papieru toaletowego. W obu przypadkach napłynęło ponad pięćset prac z całego świata. A moje wyróżniające się zdjęcie z głową owiniętą papierem toaletowym, z pozostawiona dziurą na jedno oko, zostało ocenione przez internautów na 9/10.

Lubię robić innym ludziom niespodzianki. Kiedyś w porozumieniu z rodzicami jubilatki schowaliśmy się w jej pokoju, a kiedy wypadliśmy stamtąd, krzycząc: „Sto lat!”, zastaliśmy koleżankę w salonie, rozkraczoną na kanapie w chwili, gdy pies zlizywał masło orzechowe spomiędzy jej ud.

Ataki głupawki były moją zmorą przez cały okres edukacji. Mój rekord to trzy jedynki podczas jednej lekcji, za śmianie się. Przy trzeciej rosło prawdopodobieństwo, że umrę na wesoło, błagałem nauczyciela, aby już przestał. Zauważyłem, że kiedy w szkole zaczynam śmiać się razem z uczniami swoim zaraźliwym śmiechem przypominającym zepsuty rozrusznik, oznacza to, że już im ufam i czuję się z nimi bezpiecznie.

Już w liceum bałem się tego, co będzie, kiedy moje pojebane geny zmieszają się z jakimiś cudownymi drugiej osoby i będą leżały tak w formie człowieka na przewijaku.

Najbardziej zabawna na świecie jest moja własna głupota. Serio, kiedy czasem pomyślę, co ja mam w tej głowie i dokąd potrafi zaprowadzić moja wyobraźnia…

Czasem biegam, używając aplikacji Endomondo. Pododawali mnie tam jednego miesiąca do znajomych moje uczennice i uczniowie. Uznaliśmy, że będziemy się nawzajem motywować. Problem w tym, że wkrótce wszyscy starali się biegać wyłącznie po trasach w kształcie penisów. Doprawdy, byłem nauczycielem w szanującej się szkole, zwracano się do mnie „panie profesorze”, a wieczorami głowiłem się, jak narysować prącie w Endomondo.

Żeby się nie śmiać w nieodpowiednich okolicznościach (a wtedy akurat najbardziej chce mi się śmiać), wyobrażam sobie różne rzeczy: katastrofę lotniczą, wdepnięcie w gówno…

Potrafię zadzwonić do uczennicy, żeby ją pocieszyć, bo akurat siedzi załamana oceną z matematyki, a potem zamiast powiedzieć jej coś sensownego i uchronić dajmy na to przed samobójstwem, chichram się, jakbym miał kurwa siedem lat. I słyszę jej mamę z drugiego pokoju, a jest godzina 23.10: „A z kim ty tak tam gadasz?”. A uczennica wyjąc ze śmiechu, krztusząc się, wypluwa z siebie: „Z wychowawcą!”.

– Aha – skomentowała kiedyś tę historię merytorycznie moja psychoterapeutka.

Byłbym zachwycony i gotowy do udziału i organizacji wycieczki polegającej na tym, że przez kilka dni robimy dokładnie to samo. Włącznie z zachwytem i zadziwieniem na widok napotkanych miejsc i ludzi. Może to być również codzienne wchodzenie na tę samą górę. Moich uczniów w ogóle to nie bawi. Może ty ze mną pojedziesz?

Kiedyś zapowiedziałem uczniom sprawdzian, którego termin wypadał podczas wycieczki, w której nie miałem uczestniczyć. – Sorze, wtedy jest wycieczka. – Nie szkodzi, sprawdzian rzecz święta, wycieczka nie wycieczka, napisać trzeba. I wiesz co, pojechałem pociągiem, pekaesem, a następnie autostopem na granicę polsko-ukraińską, chwila rozmowy ze Strażą Graniczną i… autokar z moimi uczniami został zatrzymany na granicy. Do środka weszli uzbrojeni funkcjonariusze, poinformowali, że przyszły sprawdziany z geografii i kazali je wszystkim napisać. Upajałem się widokiem, pijąc kawę kilkadziesiąt metrów dalej.

To ja – osoba kontrowersyjna.

Jesteśmy serio. W pracy musi być poważnie, cicho, spokojnie i bez wygłupów. A co dopiero w takiej szkole. Przyjdź kiedyś na dowolną szkolną uroczystość, na przykład rozpoczęcie czy zakończenie roku, Dzień Nauczyciela czy wiele innych. Jeśli podejdziesz do tego doświadczenia właściwie, pękniesz ze śmiechu. Najczęściej wszystko przebiega w tak nadętej, tak zabawnie napompowanej atmosferze, że momentami trudno uwierzyć, że to na poważnie. Że to nie plan zdjęciowy nowego sezonu Latającego Cyrku Monthy Pythona.

– Doprawdy nie wiem, o co ci chodzi, ale to coraz bardziej oburzające – pomyślisz.

Ale to przecież wygląda tak, jakby nasza (a w konsekwencji również dziecięca) kreatywność została ograniczona i spętana przez coraz dziwniejsze normy wyczerpanego nerwowo społeczeństwa. Otacza nas „nadpowaga56”– traktujemy pracę i wyzwania zbyt serio, zamiast się nimi bawić i czerpać z nich radość.

– Czyli co, urodziłeś się, żeby tańczyć? – zapytasz.

Wolę widelcem orać pole.

Ostatni raz tańczyłem w dyskotece Mega Music Wilga Club w Wildze. Gdzie zastałem swoją dobrą koleżankę, niesamowity tłum ludzi i piwo w puszce za piątaka. A zespół na scenie energetycznie odśpiewywał refren: „Wchodzę ja se raz do klubu, ja pierdolę, ile ludu”. Noga sama chodziła. A później jeszcze tylko raz kumpel zapytał mnie koło południa: „Co ty tańczysz?”, ale ja nie tańczyłem, tylko od rana celebrowałem z przyjacielem narodziny jego córeczki. I tak wyszło.

Chodzi więc raczej o to, że w szkole i całym naszym średniej wielkości kraju radować i cieszyć się nie wypada, nie ma na to w ogóle czasu. To byłoby niepolskie. A trzeba strzec niepodległości Polski. Smutku i cierpiętnictwa.

– Przesadzasz – przyznasz.

– Przesadzam – przyznam.

Prawda jest taka, że polska szkoła to jedna wielka olbrzymia eksplozja radości. Głęboko zawoalowanej. Taki Andrzej Poniedzielski w monologu Wesele – Trąba Słonia.

Skoro mam jedno życie, chciałbym je przeżyć możliwie dobrze. Tak mniej więcej. Nie chcę być pozytywistycznym doktorem Judymem, nie mam nawet misji do spełnienia. Pragnę nie wstydzić się siebie, kiedy co rano patrzę w lustro, mieć, ile potrzeba, i być, ile się da. A najpoważniejsze w życiu przedsięwzięcia realizowałem z ludźmi, z którymi potrafię się także szczerze pośmiać. Być nauczycielem, to znaczy wykonywać jeden z najpiękniejszych zawodów na świecie. Pełen wolności, z przestrzenią na nowe pomysły. Potrzebuję czasem wprowadzić do szkolnej rzeczywistości pierwiastek szaleństwa i odrobinę radości. Po to, by pojawiły się mobilizujące emocje i aby kolekcjonować wspomnienia zamiast rzeczy.

W trzecim roku nauki w gimnazjum uczniowie mojej ostatniej klasy wychowawczej tak bardzo zaangażowali się w konkursy przedmiotowe, że nie dawało się ani z nimi spotkać, ani popracować merytorycznie, ani tym bardziej snuć jakichś planów.

– Sorze, po konkursach, teraz prawie nie śpimy – tłumaczyli.

Ale ich załatwili. Przecież po konkursach będą kolejne, zauważyłem, że z roku na rok ich liczba rośnie, nigdy się nie kończą. I gdzie jest ich błysk w oku. Nie ma… Wróci po konkursach. To było chyba pod koniec lutego.

– Widzę, jak dużo macie pracy – pochylam się nad młodzieżą.

– No mamy, mamy, wie Sor… trzecia klasa.

– I widzę, jak jesteście przemęczeni i niewyspani.

– No bywa.

– I mam pomysł, wyjdźmy na jeden dzień ze szkoły, za tydzień na przykład.

– Byłoby super, chyba nie ma wtedy żadnego konkursu.

Dwa dni później przybyłem i poinformowałem, że pójdziemy do muzeum. Muzeum Włókiennictwa. A żeby zrobić coś szalonego, po jednym muzeum pójdziemy do drugiego. Geologicznego. 

– Będzie fajnie, panie od włókiennictwa już się szykują, będziemy mogli podziargać coś na drutach, no czad po prostu.

Po twarzach uczniów widać było, że nie podzielają mojego entuzjazmu. Ostatecznie lepsze to niż siedzenie w szkole.

W rzeczywistości dwa tygodnie wcześniej zobaczyłem niewiarygodnie tanie bilety lotnicze na trasie Warszawa–Gdańsk. Były po 9 złotych, to kupiłem dla całej klasy. Wyszliśmy więc po dwóch lekcjach ze szkoły i w drodze do Muzeum Włókiennictwa zahaczyliśmy o lotnisko Okęcie. Tam odebraliśmy od wciągniętych w spisek rodziców śpiwory i polecieliśmy do Trójmiasta. Dwadzieścia cztery godziny później wróciliśmy do szkoły. Chwila oderwania od szkoły, nagle ze świata konkursów znaleźliśmy się na bałtyckiej plaży. To była eksplozja radości moich uczniów. Za 9 zł. Bo nocleg za darmo w jednej ze szkół, i to ze śniadaniem. A po drodze „specjalne” urodziny jednego ucznia z klasy. Jeszcze w szkole został wezwany do dyrektora z poważnym zarzutem i usłyszał, że może być relegowany z naszego gimnazjum. Kiedy wychodził załamany z gabinetu, natknął się na całą naszą klasę z tortem. A potem z dziesięć razy śpiewaliśmy mu „Sto lat”. W najbardziej obciachowych okolicznościach: na lotnisku, w autobusie, w sklepie spożywczym. To była prawdziwa radość.

No bo otrzymałem od życia tylko maleńką iskrę szaleństwa. Chcę być czujny, żeby jej nie stracić.

Podczas pracy klasowej z geografii umieściłem zadanie dodatkowe: „Wyślij sms pod numer (tu był numer jednej z moich wychowanek, której chciałem zrobić miłą niespodziankę) z odpowiedzią na pytanie: „co jest w życiu ważne”.

Wychowanka-studentka, siedząc nad książkami w Monachium, odebrała przed południem ponad dwadzieścia nastoletnich mądrości. Lub żartów. Na każdy sms odpisała, wplątując się przy okazji w kilkanaście miłych konwersacji.

Kilkoro uczniów podziękowało mi później za to zadanie. Uruchomiło w nich tak dużo dobrych emocji – tłumaczyli. Naprawdę czasem bywam zaskakiwany, jak niewiele potrzeba…

– Kocham te jebane życie! – powiedział spontanicznie przez mikrofon wzruszony kumpel-nauczyciel, kiedy zobaczył społeczność uczniów i nauczycieli zgromadzonych w komplecie na boisku szkolnym. Z transparentem na jego cześć. Z okazji urodzin. Wszyscy umówili się, że wyjdą ze szkoły na długiej przerwie. Ale dyskretnie. Zdezorientowany kolega nagle został sam jeden w opustoszałym gmachu szkoły. Poszedł na lekcję, ale uczniów też brak. Wszystkiego dobrego, drogi friendzie.

56 Termin zaczerpnięty ze zbioru felietonów dr. hab. Ryszarda Praszkiera pt. “Kopuła”. Poszczególne rozdziały zwracały uwagę na „krępujące nasze kreatywne odloty w kierunku zupełnie nowych dla świata rozwiązań, nadmierne trzymanie się stereotypów”: • Nadkonsultacje – o nadmiernym udzielaniu i pobieraniu konsultacji • Nadpowaga – o traktowaniu pracy i wyzwań serio, zamiast się nimi bawić i czerpać z nich radość • Nadporządek – o pozytywnej roli chaosu • Nadrealność – o trzymaniu się rzeczywistości, podczas gdy genialne rozwiązania leżą w sferze fantazji i wyobraźni • Nadsumienność – o wadze przypadkowych i luźnych spotkań przy kawie oraz o mocy połączeń horyzontalnych • Nad-cv-izm – o poważnym traktowaniu siebie i podciąganiu swojego obrazu „pod cv”; o braku autoironii, dystansu i zabawy z samego siebie. • Nadnietaneczność – o przełomowej roli muzyki i tańca. • Nadsprytność – o umiejętności cieszenia się sukcesem bez mądralińskiego szukania ukrytych przyczyn. • Nadprofanum – o dopuszczeniu sacrum do naszej pracy.

Fragment pochodzi z książki „Nauczyciel z Polski” Jarka Szulskiego, której premiera odbędzie się 27 stycznia. 

Jarek Szulski – nauczyciel z pasją, współtwórca Akademii Psychologii Przywództwa i autor bestsellerowych powieści „Zdarza się” i „Sor”, powraca z praktycznym poradnikiem i jednocześnie wciągającą opowieścią o miłości do szkoły. Bazując na własnych doświadczeniach, we wzruszający sposób pokazuje drogę dorastania i rozwoju nieco szalonego nauczyciela, dotyka jasnych i ciemnych stron „najpiękniejszego zawodu świata” oraz zachęca do zupełnie nowego kształtowania szkolnej codzienności, tak by każda godzina spędzona z uczniami stała się dla wszystkich niesamowitą przygodą. I udowadnia, że jest to możliwe!


Lifestyle

Uzależnienie od słodyczy? Jak sobie z nim radzić podpowiada Mikołaj Choroszyński

Redakcja
Redakcja
16 stycznia 2021
Fot. iStock/wundervisuals
 

Chęć na śledzika czy pączka? Nie ma sprawniejszego mechanizmu niż nasz własny organizm. Zauważcie, że w trakcie ciąży potrafi podpowiadać kobiecie, czego potrzebuje w danym momencie. Rozbitek Steven Callahan w trakcie 76-dniowego dryfowania po oceanie po wyczerpaniu się zapasów żywności żywił się wyłącznie złowionymi surowymi rybami. Dosyć szybko jego smaki przestawiły się tak, że najbardziej smakowite były dla niego elementy takie jak oczy, wątroba czy ości ‒ bogate w witaminy i składniki mineralne.

Okazuje się więc, że potrafimy rozróżniać znacznie więcej niż podstawowe smaki.

Żywność, jaką zjadamy, dostarcza w pierwszej kolejności energii, tak abyśmy mogli sprawnie funkcjonować. Od jej dostępności szczególnie zależny jest mózg, który, ważąc około 2 proc. masy ciała, zużywa 20 proc. energii! Dostępność tejże jest kluczowa dla przetrwania, ale czy to wszystko? Możemy wyróżnić szereg innych substancji niezbędnych, aby organizm sprawnie funkcjonował. Żeby to lepiej zrozumieć, podzielmy je na trzy poziomy w zależności od funkcji:

  1. Energia ‒  dostarczamy ją poprzez żywność, która następnie jest przekształcana głównie w glukozę; zasila ona wszystkie tkanki i organy.
  2. Składniki budulcowe jak białka i tłuszcze ‒  to z nich zbudowane są zasilane energią z żywności tkanki i organy.
  3. Składniki odżywcze, takie jak witaminy, minerały, błonnik, a także związki biologicznie aktywne ‒  nie dostarczają nam ani energii, ani budulca, lecz zarządzają wszystkimi zachodzącymi w organizmie reakcjami.

Jedząc drożdżówkę z białej mąki, dostarczamy głównie energii, czyli podstawowego elementu. Brak pozostałych, których pozbyliśmy się w 70 proc., 80 proc. czy nawet 100 proc. Jednak organizm nadal ich potrzebuje. Aby pokryć zapotrzebowanie na minerały i witaminy, będzie podpowiadał, by zjeść więcej ciasta, pomimo że zapotrzebowanie na energię zostało już w całości pokryte. Spójrzmy teraz na odwrotną na sytuację. Jemy posiłek z kaszy gryczanej, która nie została pozbawiona cennych właściwości i doskonale odżywia organizm. Kaszy zjemy tyle, ile dyktują nam potrzeby fizjologiczne organizmu. Szczególnie jeżeli będzie ona bez dodatków typu sól, sosy, tłuszcz.

Jakiś czas temu wraz ze studentami analizowaliśmy dzienniczek żywieniowy pewnej starszej pacjentki. W ciągu dnia pojawiły się w nim białe pieczywo, biały ryż, biszkopty, kisiel, banany, czyli produkty dostarczające dużych ilości kalorii, lecz niewiele poza tym. W efekcie analiza jej żywienia wykazała znaczne braki praktycznie wszystkich witamin i minerałów. Czy odżywiając się tak, można być zdrowym? Chyba zgodzicie się ze mną, że może to być trudne. Potrzeby kaloryczne pacjentki nie były zbyt wielkie, więc aby odpowiednio ją odżywić, należy dokonywać wyborów mądrze. Tym bardziej że wraz z postępującym wiekiem słabną sygnały płynące z organizmu, więc trudniej jest zinterpretować np. pragnienie. Właściwe dokonywanie wyborów zabezpiecza nas i pozwala sprawnie funkcjonować przez całe życie. Bo z pewnością to, czego nikt z nas by nie chciał, to dożyć emerytury tylko po to, aby chorować!

Każda decyzja, jaką podejmujemy, prowadzi nas w stronę zdrowia, bezpieczeństwa i szczęścia lub w przeciwnym kierunku. Dlatego przy dokonywaniu wyborów warto pamiętać, że jedząc słodycze czy żywność przetworzoną, pozbawiamy się możliwości zjedzenia czegoś dużo bardziej wartościowego.

Jakie sygnały mogą być błędnie interpretowane jako głód? 

Czasami zdarza się tak, że organizm chce nam coś przekazać, a my źle interpretujemy płynące z niego sygnały. Świetnym przykładem jest badanie Donalda Duttona i Artura Arona z 1974 roku, podczas którego naukowcy prosili uczestników, aby przeszli po niebezpiecznym wiszącym moście. Następnie ochotnicy rozmawiali z młodą kobietą, ankieterką, która na koniec zostawiała swój numer telefonu i zaznaczała, że można się z nią skontaktować, jeżeli będą dodatkowe pytania. Okazało się, że częściej dzwonili mężczyźni, którzy przeszli po najbardziej niebezpiecznym 140-metrowym wiszącym moście. Zbadano im puls i temperaturę zaraz po przejściu. Okazało się, że interpretowali pobudzenie związane z przeprawą jako pobudzenie seksualne i byli skłonni częściej dzwonić do ankieterki, która wydała im się bardziej atrakcyjna.

W innym badaniu otyłym mężczyznom wmówiono, że są pobudzeni (na podstawie podniesionego tętna). Połowie z nich wytłumaczono, co jest powodem pobudzenia. Druga połowa nie dostała wyjaśnień. Grupa bez wyjaśnień zjadła w efekcie średnio cztery razy więcej orzeszków, do których był dostęp podczas badania. Pokazuje to, że możemy poszukiwać sposobów, aby zniwelować niezidentyfikowane napięcie. Niestety częściej sięgniemy po coś do jedzenia lub picia niż po techniki relaksacyjne.

Z niezdrowymi nawykami łączą nas również pewne mosty. Jak widzicie, zdarza się, że sięgając po nieplanowaną przekąskę, nieprawidłowo interpretujemy sygnały płynące z naszego ciała. W swojej pracy dosyć często spotykam się z myleniem uczucia pragnienia z głodem. Organizm dopomina się o szklankę wody, a w zamian dostaje np. ciasteczko. Zresztą często wypicie 1-2 szklanek wody skutecznie tłumi pojawiającą się nagle chęć sięgnięcia po słodycz. Jeżeli nawet jej nie stłumi całkowicie, to przynajmniej jest w stanie odroczyć ją w czasie, a my wtedy zyskujemy cenne minuty, aby zaplanować jakieś inne rozwiązanie. Przykłady takich rozwiązań podam w ostatnim rozdziale.

Regularnie powtarzającym się problemem jest również nieprawidłowa interpretacja takich sygnałów jak zmęczenie czy brak snu. Co nauczyliśmy się robić w odpowiedzi na uczucie zmęczenia? Chyba zgodzicie się ze mną, że gdyby każdy wysypiał się tyle, ile potrzebuje, to spożycie kawy i środków pobudzających nie byłoby tak popularne?

Mechanizm ten może wyglądać następująco. Nie wysypiasz się tyle, ile potrzebujesz. Organizm odczuwa zmęczenie jako stres, więc sięgasz po coś na ząb, by złagodzić nieprzyjemne objawy. W wielu badaniach potwierdza się, że nawet godzina snu mniej wiąże się z większą ochotą na słodycze i jedzenie komfortowe oraz większą ilością spożywanych kalorii. Różnice były spore, średnio sięgały 385 kcal dziennie!

Ponadto wiele osób konsumuje dodatkowe kalorie całkowicie podświadomie, przeważnie w postaci smakowitych dodatków lub przekąsek. Czasami w ciągu dnia skuszą się na jakąś słodycz w przelocie lub wieczorem chapną coś w kuchni na stojąco. Co ciekawe, zapytani później nawet tego nie pamiętają.

Tak więc przykładowy dzień po krótszej nocy może wyglądać tak: rano nie mamy energii, aby wstać, przesuwamy moment wyjścia z łóżka do ostatniej chwili. W ciągu dnia jeszcze wszystko jest OK, można ratować się kawą, herbatą czy energetykiem. Pamiętajcie, że herbata również jest mocnym stymulantem. Często w ciągu dnia stymulanty działają tak skutecznie, że nie odczuwamy efektów niedospania. Problem zaczyna się wieczorem. Po całym dniu w pracy czy szkole wracamy do domu i całkowicie puszczają wszystkie hamulce. Nie ma już wystarczająco siły na trzymanie mentalnej gardy, a nie ma jej, bo noc była zarwana… Wracamy więc do domu i wieczorem zaczyna się uaktywniać syndrom szperacza-podjadacza.

Błędne interpretowanie sygnałów płynących z naszego organizmu i nieumiejętność prawidłowego nazywania emocji ma też swoją fachową nazwę ‒  aleksytymia. Można ją porównać do daltonizmu. W jednym zaburzeniu nie rozpoznaje się kolorów, nie można więc dokładnie opisać tego, co się widzi. W drugim ‒  nie można trafnie opisać tego, co się czuje, więc trudno znaleźć prawidłowe sposoby na poprawę samopoczucia. Dlatego też (jak w przytoczonym badaniu) pobudzenie może być interpretowane jako pożądanie.

Dobrze, ale czy nazywanie emocji będzie miało przełożenie na mniejsze spożycie żywności przetworzonej? Tak, i to olbrzymie.

W wielu badaniach potwierdza się, że dzieci z nadwagą i otyłością doświadczają aleksytymii. Często dzieje się tak, ponieważ rodzice automatycznie na każdy sygnał dyskomfortu swojej pociechy proponują rozwiązanie w postaci czegoś do zjedzenia.

Też nie zawsze potrafiłem dobrze interpretować emocje płynące z mojego wnętrza. Przez wiele lat wręcz je w różny sposób tłumiłem, co skutkowało rozwojem zaburzeń odżywiania. Dopiero kiedy skupiłem się na słowniku uczuć i potrzeb, zacząłem uczyć się nowego języka. Języka rozmowy z samym sobą. Wtedy też zrozumiałem, że aby pomóc innym, powinienem najpierw zadbać o najważniejszą osobę w swoim życiu ‒  o siebie. Stąd też warto co jakiś czas zajrzeć do listy uczuć i potrzeb, aby nazwać te, które są w nas żywe. Z nauką języków już tak jest, że nieużywane słowa szybko ulatują z pamięci.

Fragment pochodzi z książki Mikołaja Choroszyńskiego „Uzależnienie od słodyczy – skuteczne narzędzia do zmiany nawyków”.

Mikołaj Choroszyński – jest magistrem żywienia i dietetyki (Lubelski Uniwersytet Przyrodniczy) oraz absolwentem studiów podyplomowych na kierunku psychodietetyka (Uniwersytet SWPS), obecnie w trakcie doktoryzacji z nauk medycznych (tytuł „Metabolism and the effect of animal derived oxysterols in the diet on the development of
Alzheimer’s disease” pod kierunkiem prof. dr hab. n. med. Marii Barcikowskiej-Kotowicz), w ramach której prowadzi badania we współpracy z czołowymi naukowcami oraz praktykami dziedziny. Jest wykładowcą akademickim na Wyższej Szkolenie Inżynierii i Zdrowia w Warszawie i Warszawskiej Uczelni Medycznej im. Tadeusza Koźluka oraz właścicielem poradni dietetycznej Bdieta współpracującej z placówką medyczną z POLMED S.A. Specjalizuje się w dietetyce klinicznej, współpracując z osobami z wielochorobowością dietozależną.


Lifestyle

„Lepiej jest kochać i stracić osobę kochaną, niż nie kochać w ogóle”. To nie takie oczywiste…

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
16 stycznia 2021
Fot. iStock

„Lepiej jest kochać i stracić osobę kochaną, niż nie kochać w ogóle” – te słowa Alfreda Tennysona przewijają się przez internetowe memy w towarzystwie pytań Shakespeare’a na ten sam temat; co lepsze? Swoją drogą ten piekny cytat został mocno okrojony z kontekstu, ale za sam problem nie-miłości wzięli się naukowcy…

„Lepiej jest kochać i stracić osobę kochaną, niż nie kochać w ogóle” – okazuje się, że niekoniecznie

Według nowych badań przeprowadzonych przez naukowców z Michigan State University, istnieje duża szansa, że ​​tyle w tych słowach prawdy, na ile chcemy je sobie pięknie zracjonalizować.

Tak wynika z  nowych badań, w ramach których podjęto próbę oszacowania szczęścia osób zamężnych/żonatych, rozwiedzionych i samotnych pod koniec ich życia, aby dowiedzieć się, jak bardzo miłość i małżeństwo wpłynęły na ogólny dobrostan.

Na potrzeby badania naukowcy przeanalizowali historie relacji 7532 osób w wieku od 18 do 60 lat, aby określić, kto deklarował się jako najszczęśliwszy pod koniec swojego życia.

Ludzie często myślą, że małżeństwo, to jedyna opcja na szczęście w życiu. Badanym zadano m.in. następujące pytania:

  • Czy ludzie muszą być w związku, aby być szczęśliwi?
  • Czy bycie singlem przez całe życie przekłada się na nieszczęście?
  • Co by było, gdybyś był kiedyś żonaty, ale to nie wyszło?

Dr William Chopik, adiunkt psychologii na Uniwersytecie Stanowym Michigan i Mariah Purol, studentka i współautorka prac z psychologii MSU, stwierdzili, że uczestnicy należeli do jednej z trzech grup:

  1. 79 procent pozostawało w „stałym związku małżeńskim”, spędzając większość życia w jednym małżeństwie;
  2. 8 procent było „konsekwentnie stanu wolnego” lub większość życia spędziło w stanie wolnym;
  3. 13 procent miało różne historie lub doświadczenia wchodzenia i wychodzenia z związków, rozwodu, ponownego małżeństwa lub żałoby.

Następnie badacze poprosili uczestników, aby ocenili ogólny poziom szczęścia, gdy byli starszymi dorosłymi, a wyniki porównali go z grupą, do której się zaliczali.

„Zaskoczyło nas, że osoby samotne przez całe życie i osoby, które miały doświadczenia w  związkach, nie różniły się tym, jak bardzo byli szczęśliwi” – powiedziała Purol. „To sugeruje, że ci, którzy„ kochali i stracili ”, są tak samo szczęśliwi pod koniec życia, jak ci, którzy „nigdy nie kochali”. Małżeństwa wykazywały niewielki wzrost szczęścia, różnica była wręcz nieznacząca.

Szczęście to stan umysłu

„Ludzie z pewnością mogą być w nieszczęśliwych związkach, a osoby samotne czerpią radość z różnych innych dziedzin ich życia, takich jak przyjaźnie, hobby i praca. Z perspektywy czasu, jeśli celem jest znalezienie szczęścia, wydaje się trochę głupie, że ludzie przykładają tyle wagi do partnerstwa ”.

Jeśli ktoś tęskni za partnerem całe życie, dąży do tego, aby przede wszystkim założyć rodzinę i zbudować razem szczęśliwe życie, wyniki nowego badania sugerują, że jeśli ta osoba nie jest całkowicie szczęśliwa na początku swojego życia, to małżeństwo prawdopodobnie nie zmieni tego wszystkiego dramatycznie.

„Wygląda na to, że mniej chodzi o małżeństwo, a bardziej o sposób myślenia” – mówi badaczka. „Jeśli potrafisz znaleźć szczęście i spełnienie jako osoba samotna, prawdopodobnie będziesz trzymać się tego szczęścia – bez względu na to, czy masz pierścionek na palcu, czy nie”.

Nic dodać, nic ująć! Nie uzależniajcie swojego szczęścia od innych – to za mało!


Źródło: Michigan State University Badanie zostało opublikowane w Journal of Positive Psychology.

Zobacz także

Sport w każdym rozmiarze!

Pięć mądrości o małżeństwie, które można włożyć między bajki...

Żabka, słoneczko i koteczek. To, jak nazywa cię twój partner, ma swoje ukryte znaczenie

Przyjaźń czy kochanie? Co on naprawdę do ciebie czuje

Istnieje jedno pytanie na temat twojego partnera, na które powinnaś znać odpowiedź