Lifestyle

Wiosenne porządki? No ludzie! Muszę, naprawdę muszę wszystko zmieniać?

Poli Ann
Poli Ann
9 kwietnia 2019
Fot. iStock / martin-dm
 

No i przyszła. Jak co roku i jak zwykle czekam na nią z niecierpliwością, bo dość mam zimy, która zimy swoją pluchą i deszczem wcale nie przypomina. I naprawdę się cieszę jak głupia, gdy wiosna nadchodzi, ale z każdym rokiem czuję w związku z jej nadejściem coraz większą presję. 

Wiosna to porządki. Wszystko krzyczy, że dokładnie 21. marca należy koniecznie zacząć WIOSENNE PORZĄDKI. Wszędzie. W domu, ogrodzie, szafie, biurze, głowie i d… nawet, bo pewnie po zimie w te ukochane dżinsy z dziurami lub tę cienką ołówkową spódnicę w kwiaty się nie zmieści. Niech to szlag trafi!

I jak zawsze co roku ochoczo zakasywałam rękawy, by wszędzie, ale to absolutnie wszędzie zaprosić tę wiosnę, co to zdecydować się nie może, kiedy ma nadejść, tak w tym roku zamierzam się zbuntować. Bo w imię czego mam już teraz sięgać po ściereczkę, grabie i sekator, worki foliowe czy poradniki typu jak żyć szczęśliwie, tylko dlatego, że moje osobiste dziecko właśnie spaliło tudzież utopiło Marzannę?

A jak se posprzątam 3. kwietnia na ten przykład, ogarnę ogródek przed majówką, ciuchy w szafie wymienię pod koniec lutego, w biurze wstawię sobie kwiatki w październiku, a na dietę żadną nie przejdę, to co się stanie? Świat zachwieje się w posadach, ludzie będą wytykać mnie palcami czy może na fejsbuku o mnie napiszą???

No ludzie! Muszę, naprawdę muszę wszystko zmieniać, bo w telewizji o tym mówią, że jak wiosna to WIOSENNE PORZĄDKI? Bo wszyscy jak nakręceni wrzucają w internetach zdjęcia ogródków, pomytych okien i siebie w dresie najmodniejszym, bo sezon joggingu czas zacząć? A zimą to się nie da okien umyć, kwiatków posiadać czy biegać? Da się, bieganie przetestowałam na własnej skórze. Na nogach i butach znaczy się:)

Czy koniecznie muszę pół rzeczy z szafy wywalać, bo wystawy sklepowe i wszędobylskie reklamy informują mnie, że paski teraz to owszem są modne, ale nie poziome, lecz pionowe? I w związku z tym będę obciachem numer jeden na osiedlu, jeśli nie zastosuję się do wyżej wymienionych rad?

A jak zimą faktycznie przybrałam dwa kilo, to muszę je na wiosnę koniecznie zgubić, bo to nie wypada mieć innego rozmiaru niż sezon wcześniej? Jeśli mi samej to nie odpowiada to rozumiem. Biorę się za siebie. Wciągam getry na tyłek i spalam te kalorie w miarę możliwie najprzyjemniejszy sposób. Ale jeśli mi jest po prostu dobrze i wygodnie z tym, co sobie zimą wyhodowałam to dlaczego mam ulegać presji i jako że pora roku się nam zmieniła i Pani Wiosna oto nadejszla, to ja też mam się zmieniać? A sama z siebie i kiedy chcę to nie mogę?

A włosy muszę obciąć, skrócić, wydłużyć, zakręcić, wyprostować, przyciemnić lub rozjaśnić, bo wiosna to i nowe trendy, i należy się dostosować? No cholewka nie!!! Nie i już!!!

Kiedyś tej presji ulegałam, a jakże. Wiosna to nowa ja i WIOSENNE PORZĄDKI.

Przez tydzień do północy tyrałam w chałupie, żeby wiosnę było w domu czuć, w pracy ustawiałam doniczki z kwiatkami, choć Beata jest alergiczką (niech się hartuje dziewczyna). W kuchni cudowałam znów po nocach nowe wiosenne przepisy, bo za dnia latałam po galerii, żeby uzupełnić szafę o nową wiosenną kolekcję. Do kosmetyczki też się na litość wcisnęłam, żeby na wiosnę kwitnąco wyglądać. I oczywiście dietę też wyszukiwałam wiosenną, by wbić się w tę nową o celowo rozmiar mniejszą kolekcję. Wiosenną oczywiście. I niby wszystko było w najlepszym porządku. Wiosennym rzec, by się chciało.

Wiosna dookoła i w naturze, w domu, w pracy, i w szafie. Tylko jakoś ja taka niewiosenna byłam. Zmęczona, blada i wściekła jakbym jesienną chandrę złapała.

Dlatego w tym roku, skoro z nadejściem wiosny mają pojawić się zmiany to owszem zmienię, ale swoje podejście. WIOSENNE PORZĄDKI zrobię, tylko wtedy, gdy najdzie mnie na to ochota. I zrobię je przede wszystkim w głowie. Usiądę sobie na balkonie. Co z tego, że jeszcze łysym i bez kwiatów? I będę ze spokojem obserwować zaharowane sąsiadki, co to okna już myją. Ja je sobie umyję jak będę chciała, a jak nie umyję to co? Wiosna nie nadejdzie? Ominie mnie szerokim łukiem? Muszę sobie to wiosenne poczucie wyszorować, umyć lub kupić? Nie da się inaczej?

Ja chcę je po prostu mieć! Za darmo, dodam bezczelnie, nie kiwnąwszy palcem najmniejszym! W głowie chcę sobie tak wiosennie uporządkować, żeby nie czuć żadnej presji, przymusu czy nakazu. Będę sobie robić wszystko wtedy, gdy mam ochotę i jeśli tego naprawdę chcę, i potrzebuję.

I właśnie wtedy poczuję wiosnę! Już właściwie zaczęłam na tym balkonie, pijąc herbatkę ulubioną, choć płytki na balkonie pieruńsko brudne. I co? I nic! Zobaczyłam dookoła wiosnę spokojną, piękną i radosną. I przecież o to właśnie chodzi, prawda???

 


Lifestyle

„Synku, jak się nie będziesz uczył, to będziesz zasuwał jak ta pani…”. Portret Kasjerki

Poli Ann
Poli Ann
9 kwietnia 2019
Fot. iStock / gorodenkoff
 

Basia ma piegi, piękne rude włosy i czarne oczy. 23 lata. Nie jest lalką, ale urodę ma ciekawą. Pracuje w znanym supermarkecie. W tygodniu i czasem w sobotę. Studiuje zaocznie. Pochodzi z głębokiej wsi. Kilka domów na krzyż. Pięcioro rodzeństwa. 3 pokoje. Do trzynastego roku życia nie miała w domu bieżącej wody ani nawet pralki. Marzy o lepszym życiu. Jest zdolna i ambitna. W pracy obrotna, szybko się uczy. 

Gdy skończyła liceum rodzice powiedzieli, że maturę ma to idzie do pracy, a jak chce studiować to też musi zarobić, bo ich nie stać. Basia wybiera więc najbliższe miasto ze szkołą wyższą. Kierunek przyszłościowy: zarządzanie i marketing zaocznie. 

Spać będzie najpierw w tanim hostelu, dojeżdżać PKS’em zanim znajdzie pracę. Od mamy dostaje 20 zł na obiad. Czesne za pierwszy semestr opłaca sama za zarobione latem pieniądze. Pracowała w knajpie. Najpierw na zmywaku, myła też podłogi, toalety, potem przeszła na salę jako kelnerka. Całe lato harowała, żeby odłożyć jak najwięcej pieniędzy i żeby nie musieć brać od mamy, której i tak ledwo starczało do pierwszego. 

Pracę w mieście znalazła szybko. Młoda, ładna, komunikatywna. W nowym markecie potrzebowali kasjerek. Praca w tygodniu. Pensja nieduża, ale na wynajem pokoju starczy. Po tygodniu szkoleń siada przy kasie i już od pierwszego dnia dostaje kopa. W przenośni i to nie od kierownika. Autorem niniejszego kopa jest jakiś nowobogacki tatuś, co to w kolejce tak głośno rozmawia przez telefon, że wszyscy słyszą, jak daje ostrą reprymendę swojemu pracownikowi, nie przebierając w słowach. No nie hamuje się facet. I podchodząc do kasy, pokazuje synkowi Basię mówiąc tak jakby jej obok nie było: 

Synku, jak się nie będziesz uczył, to będziesz zasuwał jak ta pani. 
Zabolało. Basia się nie odezwała. Co miała burakowi mówić, że w liceum była pierwsza i maturę zdała celująco? Że pracuje, by za studia zapłacić, bo jej rodziców na to nie stać? Że jest tu, bo się uczy do cholery? Że sądząc po błędach językowych to ów tatuś matury nawet nie ma? 
Takie „kwiatki” trafiają się codziennie. Na początku jest bardzo ciężko znosić obelgi, prostacką krytykę, fochy klientów. Basia to przeżywa. 

Innym razem siedzi na kasie od rana. Ruchu nie ma dużego. Nagle podbiega do niej jakiś mężczyzna koło czterdziestki i każe sobie pomóc. No ale jak? Ona kasy opuścić nie może. Jak nie może? Ma mu pomóc znaleźć drożdże. Bo ten głupek co rozkłada palety nie umie. 

No rusz d… I mi pomóż. Od czego tu jesteś? Chyba nie od świecenia cyckami. 
Oczywiście nie wstała. Ugryzła się w język. Tamten się pienił, wezwał kierownika, a że klient nasz pan to kierownik wraz z nim udał się ma poszukiwania zaginionych drożdży, które to leżały sobie w zasięgu wzroku jegomościa. Nawet nie przeprosił. 

Kolejnym razem awanturę wszczęła kobieta po trzydziestce, bo Basia sobie dzwoni zamiast ją obsłużyć. Na nic zdały się tłumaczenia, że system się zawiesił i że musi to zgłosić, bo nic na kasę nie nabije. Nasłuchała się więc, że skoro kasy obsłużyć nie umie, to po co tu pracuje. Niech się douczy. Gdy z głośników nadano komunikat, że za kwadrans awaria systemu zostanie usunięta i prosi się klientów o cierpliwość, ładnej trzydziestce rzednie mina. Zagryza usta, nie mówi nic. Może jej głupio, ale się nie przyzna. No bez przesady, skąd mogła wiedzieć, że to awaria. Sadzają na kasie młode, niedoświadczone siksy to czego się po nich spodziewać? 

Po jakimś czasie Basia bezbłędnie rozpoznaje typ klienta. Wystarczy spojrzenie. I na nic ubranie, makijaż czy wykształcenie. Ci tak zwani z górnej półki też umieją dopiec i są roszczeniowi. Często bezpodstawnie, bo to nie kasjerki wina, że jakiś produkt nie chce się nabić albo, że cena się nie zgadza. Nawet 20 groszy to awantura gotowa. 

Jakim prawem?! 
Oszukać chciała. 
Więcej tu moja noga nie postanie. 
Zgłoszę do rzecznika praw konsumenta. 
To te najłagodniejsze formy, nazwijmy rzecz po imieniu, wk…wu klienta. Zdarzają się też epitety pod adresem Basi i jej koleżanek. Najczęściej uderzają w ich rzekomy brak wykształcenia, więc Basia po jakimś czasie zahartowana z uśmiechem serdecznym oznajmia, że właśnie obroniła licencjat z najlepszą lokatą na roku. 

Prawda, że cudownie? Może mi Pan/Pani pogratulować. 

Uśmiech nadal przyklejony, a rozdziawiona gęba i mina wkurzonego klienta bezcenna. Jednych zatyka, innym głupio i przepraszają, jeszcze kolejni cedzą coś przez zęby, ale o wiele ciszej. A Basia jeszcze im słodko życzy miłego dnia, choć najchętniej przy wyjściu, by podłożyła nogę. Ta przesadzona uprzejmość czasami potrafi zdziałać cuda lub przynajmniej wprawia w osłupienie. Tych marudnych, wiecznie niezadowolonych, spieszących się (i żądających, by specjalnie dla nich drugą kasę otworzyć, bo on/ona w dwuosobowej kolejce stać nie może), awanturujących się i nieznających podstaw dobrego wychowania szczególnie. 
Dziś, kiedy studia skończyła i awansowała na zastępcę kierownika ds. marketingu, o pracy na kasie nie zapomina, szczególnie jako klientka. Ma też kilka swoich złotych zasad, których się trzyma, bo wie jak ciężka to praca. 

Zasada nr 1 

Gdy kod kreskowy jest błędny to nie kasjerka odpowiada za złą cenę. Ona tylko ją wprowadza! 

Zasada nr 2 

Kasjerka siedzi przy kasie! Nie lata po całym sklepie, nie wie, czy mają śmietankę do kawy bez laktozy. Po to są ludzie na sklepie!!! 

Zasada nr 3 

Gdy kasjerka chwyta za telefon to po to, by przyspieszyć Twoją obsługę, a nie plotkować. 

Zasada nr 4 

Gdy towar nie ma kodu kreskowego kasjerka Ci go nie urodzi. 

Zasada nr 5 

Nie rób zakupów do 20.59 podczas gdy sklep czynny jest do 21. Kasjerka musi zamknąć kasę, rozliczyć się i marzy by o 20.59 tę kasę zamknąć. Jest zmęczona jak i Ty po ciężkim dniu. 
Zasada nr 6 
Gdy kasjerka wolniej Cię obsługuje to weź pod uwagę, że może jest nowa albo cholernie boli ją głowa po prostu. Kasjerka to nie robot!!! 
Zasada nr 7 
Kto powiedział, że na kasie siedzą gamonie? To często młodzież studiująca albo ktoś, kto po prostu lubi tę robotę. Tak lubi!!! Jak i być może Ty swoją pracę, choć inni tego nie rozumieją. 
Zasada nr 8 

Kasjerka/kasjer to człowiek. Obsługuje Cię, ale należy mu się szacunek i życzliwość jak i Tobie. Na kasie może pracować Twój przyjaciel, siostra, kuzyn, córka, wujek, a może i Ty sam/sama kiedyś w markecie wylądujesz. You never know.


Lifestyle

„Moja tusza to szkarłatna litera. Jestem człowiekiem drugiej kategorii?”. Portrety: Gruba HashiMAJA

Poli Ann
Poli Ann
21 marca 2019
Fot. iStock / Rostislav_Sedlacek

Jestem gruba. No jestem i co? Nie mogę? Czy muszę wyglądać jak wszystkie laski z insta? Mieć wyrzeźbiony brzuch, wypracowane na siłce pośladki i bicepsy, sztuczne rzęsy i paznokcie, i doczepy na dodatek? Mam ważyć mniej niż powinnam lub chwalić się, że moja tkanka mięśniowa zwiększyła się odwrotnie proporcjonalnie do tłuszczowej? A jak nie ulegam trendom to znaczy, że jestem zaniedbana, leniwa i niezbyt mądra? Nikt nie pyta o moje wykształcenie, zainteresowania i zawód. Nieważne. Przecież jaka jestem każdy widzi. A gruba znaczy głupia. Skoro nie umiem o siebie zadbać, trzymać w ryzach apetytu to oczywistym jest fakt, że inteligencją nie grzeszę. Tuszą za to tak.

A ja hybrydę mam, bo jest wygodna i długotrwała. Rzęsy nosiłam, ale były po prostu niewygodne. Używam odżywki i z dobrą maskarą moje rzęsy osiągają niezłą długość.

Włosów nie farbuję. Mam szczęście. Są kruczoczarne i choć zbliżam się do czterdziestki siwych nitek brak. Doczepów nie akceptuję.

Zresztą nie muszę się nikomu tłumaczyć z tego jak wyglądam. Brudna i śmierdząca nie chodzę. Wręcz przeciwnie. Dbam o ciało, o higienę i o dziwo o dietę.

Lubię buty i torebki. Jak każda kobieta staram się modnie zestawiać garderobę, jednak z moim rozmiarem trudno mi znaleźć w sklepach coś pasującego. Od pół roku mam świetną krawcową, która szyje mi fantastyczne ubrania, wcale nie worki ani nie sukmany dla emerytki. Nie patrzy pobłażliwie jak te dziewczyny w sieciówkach, które swoim „dzień dobry” komunikują raczej „A ta tu czego”.

Jestem gruba. Nie dlatego, że się obżeram. Patykiem nigdy nie byłam, w ciąży przytyłam tylko 10 kg, zawsze wyglądałam fajnie. Takie 38/40. Kawałek pupy i biustu. Czułam się ze sobą dobrze.
Dziś 30 kg plus. Rozmiar ileś razy XL. I jak nie daj Boże idę z wafelkiem loda (jedna gałka!!! sorbet) to i tak czuję na sobie te spojrzenia pełne dezaprobaty. A kto powiedział, że gruby ma nie jeść lodów, kawałka tortu czy czekolady? Czy moja tusza to szkarłatna litera, która mnie stygmatyzuje, skazując jednocześnie na niejedzenie?

W ciągu pół roku przytyłam te cholerne 30 kg. Z powietrza. Jakbym się ustawiła po kilogramy, bo gdzieś je za darmo dawali. Jadłam mniej, ba, prawie wcale, a puchłam w oczach jak bańka mydlana. Z tygodnia na tydzień ciuchy się kurczyły, a ja zajmowałam więcej miejsca na planecie. Dopiero po jakimś czasie trafiłam do mądrego lekarza. Nie wyśmiał mnie jak poprzednicy. Przytyła i do lekarza przyszła się pożalić. Było tyle nie wsuwać, a nie teraz na tabletki cud liczyć. Nie pytali jak się czuję, nie zlecili badań. Traktowali jak intruza. Dopiero czwarty z kolei młody lekarz po prostu ze mną porozmawiał. Zlecił badania tarczycy. Tsh w normie. Pewnie menopauza mi się zbliża stąd fale zimna i gorąca, permanentne zmęczenie, obniżony nastrój. Ale on szukał dalej. Wystarczyły dodatkowe badania. Kartka z wynikami przeciwciał wołała wielkim i tłustym wykrzyknikiem. Podwyższone. Piętnaście razy. Hashimoto jak się patrzy. Choroba cywilizacyjna, autoimmunologiczna i bardzo częsta wśród kobiet. Główny winowajca mojej nagłej tuszy. Ruszyłam do boju, ale nie było tak łatwo jak myślałam. Ciało szalało. Mimo lekarstw, diety zapisanej przez dietetyka przez duże D i ruchu wcale nie chudłam. Zatrzymałam się, nie tyłam, ale do upragnionej wagi wciąż miałam lata świetlne.

Dziś jestem pod stałą kontrolą endokrynologa. Na temat Hashimoto wiem bardzo dużo. Wciąż się dokształcam. Słucham sobie. Jem często i mało. Produkty dobrej jakości, ale gruba jestem nadal. I pewnie będę przez jakiś czas zanim hormonów nie ustabilizuję. I będę zatem wciąż oceniana przez pryzmat kilogramów. To tak bardzo wkurza, że muszę udowadniać jak wartościowa jestem tylko dlatego, że nie wpisuję się panujące trendy. I stąd pytanie:

CZY TYLKO DLATEGO, ŻE JESTEM GRUBA JESTEM CZŁOWIEKIEM GORSZEJ KATEGORII???!!!!

No cholera nie! Znam języki, mam kierownicze stanowisko, zarządzam ludźmi, nieźle zarabiam. Jestem dobrą matką i partnerką. Przyjaciółką, na której można polegać. A mimo to najpierw widzi się moją tuszę, potem mnie. Na szczęście mam swój rozum i kilku fajnych ludzi dookoła, dla których jestem po prostu interesującą osobą. Jestem gruba i sama będę decydować, kiedy, ile i czy w ogóle schudnę. A nawet jeśli nie schudnę to nadal wiem, że jestem wciąż tym samym człowiekiem. Dlatego zanim kogoś skrytykujesz to zastanów się, czy nie wyrządzasz komuś krzywdy. To raz. A dwa, Hashimoto jest podstępne, może właśnie Ty będziesz następną osobą, jaką zaatakuje i zmieni Twój rozmiar, i samopoczucie. Trochę empatii zatem. Tego chyba można wymagać w cywilizowanym świecie…?