Lifestyle

Wierzysz w miłość idealną? Jesteś na dobrej drodze do zniszczenia swojego związku

Redakcja
Redakcja
11 grudnia 2017
Fot. iStock/Geber86
 

Para doskonała? Nie wiadomo, czy taka istnieje, bo każdy ma inny przepis na idealny związek. Życzymy sobie, by rozumieć się z partnerem w pół słowa, mieć podobny gust, pasje i marzenia. Marzymy o wielkich uniesieniach, doskonałym dopasowaniu, życiu bez kłótni, zazdrości i podejrzeń. Wierzymy, że zgadzanie się ze sobą w każdej kwestii gwarantuje szczęście i długie, zgodne życie we dwoje. 

Życie pisze przewrotne scenariusze i oczekiwanie perfekcyjnego związku jest nierealne, a nawet szkodliwe. Zbyt wiele par — zarówno w krótszym, jak i dłuższym stażem — wpada w pułapkę wierząc, że istnieje „idealny związek”.

Sami tworzymy nierealne oczekiwania

W większości porównujemy swoje relacje z relacjami innych, do czego prowokują portale społecznościowe. Znajomi chwalą się wspaniałymi rzeczami, które robią dla nich ich partnerzy — kwiaty, kolacje, szalone wypady. Zazdrościmy tego nie pamiętając, że relacje w mediach społecznościowych są filtrowane i widać tylko cudowne urywki wielkiej miłości. Zapominamy, że nikt nie publikuje zdjęć z ich kłótni i nie obnaża poczucia samotności. To sprawia, że próbujemy ukształtować swoich partnerów na wzór tego, co widzimy u innych. Jednak opierając się o nierealistyczne oczekiwania, stawiamy wymagania, które po prostu są zbyt wysokie. A gdy partner nie może ich spełnić, jesteśmy rozczarowani „miłością”, która nie sprostała marzeniom.

4 kroki, które pomogą realnie podejść do związku

Sama miłość nie wystarczy i nadmierne oczekiwania niszczą związki. Pary, które myślą w ten sposób rozczarowują się, rozstają i szukając szczęścia gdzie indziej, popełniają te same błędy. Mają nadzieję znaleźć kogoś, kto pasuje do ich formy, nie wiedząc, że wymagają zbyt wiele. Jeśli ty również wierzysz w miłość idealną, możesz zrobić wiele, by w porę zmienić swoje oczekiwania względem partnera.

1. Nie każ się mu domyślać

Obniżając swoje wymagania nie chodzi o to, by było ci obojętne, co oferuje co partner. Ale by dojść z nim do porozumienia, mów otwarcie o tym, czego oczekujesz i wypracujcie kompromis.

2. Bądź ze sobą uczciwa

Czy jeśli pracujesz i nie masz na nic innego sił i czasu, czy możesz wymagać, by partner w każdej wolnej chwili organizował wasz wspólny czas? Nie oczekuj od partnera, że wykona wszystko to, na co tobie brakuje sił czy chęci. Wykreśl ze swojej listy wymagań to, czego sama nie jesteś wstanie dla niego zrobić.

3. Zostaw na liście tylko uzasadnione oczekiwania

Fakt, że ty możesz sprostać wyśrubowanym oczekiwaniom, nie oznacza to, że twój partner także jest w stanie. Bądź sprawiedliwa i zostaw na liście tylko to, co jest wam naprawdę do szczęścia potrzebne.

4. Zapomnij o wizji pary idealnej

Przestań gonić za idealną relacją. Nadmierne oczekiwania sabotują nie tylko twojego partnera, ale ciebie i twój związek. Realistyczna relacja jest pełna wyzwań i wymaga kompromisów, na czym powinnaś się skupić.

źródło: www.lifehack.org


Lifestyle

Idealna kawa? Każdy ma na nią swój własny sposób. Ja swoją przygotowuję w domu!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 grudnia 2017
Fot. iStock/SPmemory
 

Mój tata miał swój rytuał parzenia kawy. Ponad 30 lat temu to właśnie kawa była produktem deficytowym i tata powtarzał przez lata, że żadna inna później nie smakowała mu tak, jak ta zdobyczna po długim staniu w kolejkach. 

A przecież cudowny aromat kawy kojarzy się nam często z domem, z ciepłem i relaksem. Sama długo szukałam tej idealnej dla siebie małej czarnej (choć z odrobiną mleka jednak). Próbowałam różnych „sztuczek” – od tej zwykłej rozpuszczalnej, przez mieloną w młynku, aż po czajniczek do zaparzania kawy. W końcu znajomi zaczęli mnie namawiać na kupno ekspresu.

I faktycznie – ekspres do kawy, który wcześniej kojarzył się jedynie z dobrymi kawiarniami, zacząć być dostępny nawet w marketach za niewygórowaną cenę. Na saszetki, na kapsułki – kto jaki by chciał. A ja zawsze miałam problem… Bo mi ta kawa z domowych ekspresów rzadko kiedy smakowała. Poważnie, nie żebym jakoś specjalnie wybrzydzała, ale często miała zapach plastiku, była zbyt mocna i taka sama właściwie dla wszystkich. A przecież każdy z nas lubi inną kawę. Inną też pije o poranku, inną po południu.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Człowiek się jednak uczy przez całe życie – przynajmniej ja jestem tego doskonałym przykładem, bo w końcu, pomimo moich oporów, szukania, pytania, czytania opinii, w naszym domu zagościł ekspres do kawy. I to ekspres przez duże E, bo Krups EVIDENCE EA892D. Mój mąż żartował, że pewnie będzie tak duży, że miejsca dla niego zabraknie, ale jakież było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że ekspres wygląda zupełnie niepozornie i wcale nie przestrasza swoimi gabarytami. Na pewno nie trzeba dla niego szukać specjalnego miejsca w kuchni. Jak to ja – ze sceptycyzmem i niedowierzaniem przyglądałam się temu cudowi. No ale – raz kozie kawa. Kto nie ryzykuje, ten nie pije kawy, więc czemu by nie spróbować. Rzadko mi się zdarza, że brakuje mi słów, ale powiem wam jedno –  ten ekspres to R E W E L A C J A. Naprawdę, nie ma tu krzty przesady. Ja, która nie wierzyła, że w domu można przygotować kawę tak dobrą,  jak z popularnych kawowych sieciówek – musiałam odszczekać wszystkie moje wątpliwości. Bo:

  • po pierwsze – ekspres jest niesamowicie intuicyjny. Nie lubię czytać instrukcji, głowić się, który przycisk wcisnąć, żeby czegoś nie zepsuć, a tu wystarczył jeden rzut oka na kartkę, na ekspres i wszystko jasne, jaką kawę chcesz, na jaką masz ochotę
  • po drugie – rodzaje kaw, ich proporcje możesz regulować i dostosowywać do własnych potrzeb, tak naprawdę każdy może dostać inna kawę – mocniejszą, słabszą, z większą bądź mniejszą ilością mleka
  • po trzecie – ekspres do ciebie przemawia – nie żeby mówił, ale każdy jasny komunikat można przeczytać na wyświetlaczu, dla mnie jest to bardzo ważne, bo ja nigdy nie pamiętam, kiedy co czyścić, uzupełniać, i tak dalej
  • po czwarte – tu mój mąż pokochał ekspres, bowiem ma on połączenie bluetooth – ściągasz sobie aplikację, dzięki której możesz zaparzyć sobie kawę jeszcze leżąc rano w łóżku (tylko wieczorem podstaw filiżankę); poza tym aplikacja informuje, kiedy należy ekspres odkamienić, kiedy zmienić filtr wody (a tak – samodzielnie wykonujecie test na jej twardość – rewelacja); faceci to w większości gadżeciarze, więc ta opcja na pewno ich przekona
  • po piąte – ekspres, choć nie wygląda – można ustawić na zrobienie dwóch kaw, co w domowych ekspresach rzadko się zdarza
  • po szóste – jest tak łatwy w obsłudze, że chętnie dzieci z niego korzystają przygotowując sobie ciepłe spienione mleko na śniadanie, ale też robiąc nam kawę
  • po siódme – ekspres zapamiętuje twoje ustawienia, czyli jeśli zmieniasz trochę proporcje tradycyjnego capuccino, ekspres pamięta, jaka twoja ulubiona wersja i dopóki jej nie zmienisz, zawsze taką przygotowuje
  • po ósme – jest prosty w czyszczeniu, nie ma zakamarków, skrytek, czy przycisków, które jak to w kuchni lubią zbierać brud – dla mnie jest to niezwykle ważne.

Przepadłam. Uwielbiam kawę z tego ekspresu. Mieliśmy niesamowitą frajdę odkrywając jego funkcje i możliwości. A przygotowanie spersonalizowanej kawy jest dla mnie atutem nie do przebicia.

Jeszcze sama nie zdążyłam wszystkich rodzajów kaw przygotować i posmakować. Ale obiecuję, że zrobię to w najbliższym czasie i wam o tym napiszę. Szukacie prezentu na Gwiazdkę? Piszcie list do świętego Mikołaja z życzeniem o ten właśnie ekspres!

image1 (1)


Lifestyle

„A może zwariowałam ale o tym nie wiem?”… Na ten temat płaczemy razem

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
11 grudnia 2017
Fot. iStock/Viktor_Gladkov

Kiedy kilka miesięcy temu spotkałam się z Wiolą po raz pierwszy w gliwickim Kafo to przecież od razu wiedziałam, że to nie będzie łatwa opowieść. Zresztą spora część z kobiecych opowieści, których wysłuchuję nie jest łatwa. Wiola przyszła wtedy na spotkanie ze swoją córeczką Zosią – śliczną i rezolutną małą dziewczynką. To był deszczowy dzień lipca.

W kwietniu tego samego roku zmarł najstarszy syn Wioli – Janek.

– Chyba napisałam do Ciebie za wcześnie. Nie, nie jestem silna – po pierwszym łyku kawy Wiola patrzy mi prosto w oczy.

Nie pamiętam, czy coś odpowiedziałam, ale długo potem myślałam o tym czy da się w ogóle uchwycić i zamknąć w jakieś trwałe ramy pojęcie kobiecej siły. Szczerze? Nic mądrego nie wymyśliłam.

Tydzień temu w samym środku śnieżnego piątku znowu siedzimy w Kafo. Wiola wygląda jakoś inaczej.

– Kupiłam sobie nowe spodnie, hmm dość obcisłe i odważne. (Ach, to może dlatego – myślę sobie… )

Jest w tej kobiecie jakaś niezwykła energia. Coś co delikatnie pulsuje na samym dnie przykryte łzami, bolesnymi wspomnieniami i traumatycznymi przeżyciami.  Ale jednak jest!

Wiola przyniosła cały plik zdjęć.

– Kasia! Moja córka ostatnio oglądała te zdjęcia i zapytała mnie: mamo a dlaczego Ty jesteś na tych zdjęciach taka zła? Bo Ty się nigdy nie uśmiechasz..? To prawda, nigdy się nie uśmiechałam. Ale teraz już bardziej się uśmiecham niż kiedyś – dodaje Wiola

Zaczynamy od zdjęcia pod tytułem „Najsmutniejsza Wigilia świata czyli tuż po diagnozie Janka”.

– Tak, tak myślałam wtedy, że to będzie najsmutniejsza nasza Wigilia ale… o tu Janek zakłada czubek na choinkę.

– A to? – Wyciągam z pliku zdjęć takie na którym Wiola uśmiecha się promiennie (a jednak! uśmiecha się!)

– To ja w czasach biznesowych przed dziećmi – wyjaśnia mi Wiola. A ja myślę sobie – o kurcze jak ona cudnie i seksownie wygląda.

Łyk kawy i pytam:

– Wiolu, co chcesz opowiedzieć o Janku?

– A co chcesz wiedzieć?  Bo wiesz, Janek to była miłość mojego życia. Był strasznie fajnym człowiekiem. Kiedy Janek się urodził  to ja miałam wrażenie,  że unoszę się nad ziemią.  Jakbym lewitowała. (W tle słychać gwar kawiarni a ja przypominam sobie jak rodził się mój syn. I zapach tej chwili. Tak, tak ja wiem o czym mówi Wiola.)

– Wyobraź sobie, że Janek kolekcjonował scyzoryki i noże. Ale marzył też o psie, którego nie mogliśmy niestety mieć ze względu na jego chorobę – kontynuuje Wiola.

–  Pięknie rysował.  Na początku to była seria „fugonoj”, potem rysował jaskółki. Rozdawał te swoje obrazki wszystkim dookoła. Niestety po drugiej chemoterapii przestał rysować ale przeczytał za to całą serię Tytusa Romek i Atomka. (Chciałabym zobaczyć jakieś rysunki Janka ale wyobrażam sobie, że leżą pewnie skrupulatnie przechowywane w pudełeczku na dnie szafy).

– Wiesz, że to ja zdiagnozowałam chorobę Janka?  (ach, ta cholerna kobieca intuicja – myślę). Tydzień przed oficjalną diagnozą. Czułam to.

Wiola opowiada, że kiedy dostali skierowanie do szpitalu na hematologię to pojechali tam całą rodziną.

– Paweł, trzeba pójść z Jankiem do fryzjera – mówię do męża. Paweł odpowiada, że pójdą ale po powrocie ze szpitala.

– Kasia, a ja przecież wiedziałam, że zostaniemy tam dłużej.

To był październik, padał jak zwykle deszcz.

12.10.2009, pobranie szpiku i diagnoza.  Ostra białaczka limfo blastyczna.

Ma być normalnie!

Przez te wszystkie lata od diagnozy życie rodzinne  toczyło się prawie normalnie. Dzięki pomocy rodziny i sąsiadów reszta dzieci chodziła do szkoły, wyjeżdżali razem na wakacje, przyjmowali w miarę możliwości gości w domu.

– Ma być normalnie. Bo wiesz, ja byłam przekonana, że to jest długa, ale tylko chwila. Musimy zatem Janka traktować tak, żeby jak to wszystko minie mógł żyć normalnie.

Janek grał na gitarze, miał dodatkowe lekcje z języka angielskiego. Oczywiście nie chodził do szkoły, uczył się w domu ale jeździł na rowerze i biegał jak każde dziecko. W szpitalach w których przez te wszystkie lata spędzali mnóstwo czasu też starali się organizować normalne życie. Gotowali, przychodziło rodzeństwo. Obiad rodzinny na oddziale to norma przecież!

Bywały też ciężkie chwile. Wiola opowiada o tym jak tydzień przed świętami Janek wyszedł na przepustkę ze szpitala. Młodszy syn Maciek miał zapalenie płuc i musiał zostać w szpitalu a mąż zachorował na anginę.

– Jakim sposobem ja wtedy nie zwariowałam? A może zwariowałam ale  o tym nie wiem (mimo wszystko uśmiechamy się)…

Na ten temat płaczemy razem…

Janek  przeszedł  przez ten czas dwie próby przeszczepu  szpiku. Niestety nie udane. Dawcą był Paweł, tato Janka.

– Na ten temat płaczemy z mężem razem. Wierz mi lepiej się płacze z kimś.  Łatwiej się można wypłakać tak, że już nie masz łez. Na chwilkę ich nie masz, potem znowu wracają – dodaje Wiola.

Parę dni przed śmiercią Janek leżał na oddziale intensywnej terapii.

– Wiesz ja jestem legalistką, poddaję się zasadom, miał izolatkę a my mogliśmy być z nim na zmianę. Zmienialiśmy się z Pawłem co godzinę.  Czytaliśmy mu książki (myślę sobie czy kiedykolwiek potrafiłabym wrócić po latach do książki, która była ostatnią książką czytaną mojemu dziecku)

– Ale jak umierał to byliśmy razem. Zadzwonili do nas, że jest przesilenie a ja głupia myślałam, że to jest przesilenie w dobrą stronę. Skąd się u mnie wzięło coś takiego? Może chodziło o te, żebym nie płakała z nim? Była dzielna? Silna? Dla niego?

To była godzina 9:30. Janek się uśmiecha.

Ile to trzeba mieć… wiesz sama nie wiem czego? (siły? mój dopisek)

Wiola w zeszłym miesiącu zaczęła razem z dziećmi chodzić na zajęcia grupy wsparcia organizowane przez hospicjum. Powiedziała dzieciom, że  idą tam po to żeby spotkać osoby takie których nie spotkają na co dzień w szkole. Czyli takie, które niedawno straciły kogoś bardzo bliskiego.

Siła od ludzi

Wiola opowiada o rodzinie, sąsiadach i znajomych, którzy pomagali i pomagają. I o przyjaciółce. Tej samej od 35 lat.

Tyle było jasnych chwil przecież!

Kiedy Janek miał dziesiąte urodziny to zorganizowali dla klasy Janka garden party. Przyszły wtedy wszystkie dzieciaki. Albo szkolne mikołajki na których cała klasa łącznie z panią ubrała maski medyczne żeby Janek mógł być bezpieczny.

– Janek dzięki nam był taki jaki był. To nie tylko geny. Chodzi o tą siłę, którą miał w sobie. I pogodę ducha.

Na zdjęciach z ostatnich ferii jest cała rodzina. Dzieci szaleją na sankach i nartach.

– To był ostatni czas nadziei. Po feriach Janek trafił do szpitala.

– Mam poczucie, że rodzic powinien potrafić obronić swoje dziecko. – mówi Wiola – tak jak kiedyś w prehistorycznych czasach bronił swoje dziecko przed mamutem. To taki atawizm jest. Ale się nie udało. Pieprzony mamut!

Długo się zbierałam do spisania tego wywiadu.

Wiola ma w telefonie nagrany śmiech Janka. Słuchamy go w tą i z powrotem. Jak zaczarowane. Przed oczami mam radosnego chłopca – blondyna w okularach i widzę go jak wygłupia się na szpitalnym łóżku, ogląda swoje ulubione filmiki o Koniu Rafale albo przekomarza się z młodszym bratem.


Wiola. Mama trójki dzieci. Janka, Maćka i Zosi.

– Czego ja teraz miałabym się bać? Latania samolotem? Groźnego psa?

Bo już się wszystko wydarzyło. Chyba niczego się nie boję.

PS: Wiola będzie jedną z bohaterek naszej książki o sile kobiet. Dziękuję Ci Wiolu za zaufanie.

linia 2px

Katarzyna Szota-EksnerKatarzyna Szota-Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana , mocno zaangażowana w projekt Sunday is Monday – nawołujący do dbania o siebie.  Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie! Współtwórczyni (razem z Emilią Kołowacik)  niezwykłego Kalendarza 2017 Zadbaj o Siebie. Dziewczyna ze Śląska.


Zobacz także

Kto się boi szczęśliwych, rozwiedzionych kobiet? Szczęśliwe, zadowolone z życia mężatki

Kto się boi szczęśliwych, rozwiedzionych kobiet? Szczęśliwe, zadowolone z życia mężatki

Dar czy diabelski podszept? Jak nie dać się zwieść intuicji

Założę się, że tego nie zrobisz… i wygram! W sam raz na weekend