Lifestyle

„Tylko dzieci, które nie boją się, że zostaną ocenione, nie wstydzą się błędu”. Drużyna pani Wiesi, czyli żywy dowód na to, że się da

Redakcja
Redakcja
30 sierpnia 2021
fot SDI Productions/iStock
 

W pierwszej klasie planują każdy dzień, później W 1992 roku Wiesia ze zdziwieniem słuchała nauczycielek opowiadających o buźkach i kropeczkach zamiast ocen.

Od początku się upierała, że nie ma ich być pod żadną postacią. Poznała profesor psychologii Annę Brzezińską, która zaprosiła ją do współpracy w ramach międzynarodowego projektu „Tempus Redesign”. Była jedyną nauczycielką ze zwykłej podstawówki, wyjeżdżała na dwa tygodnie na wizyty studyjne do Utrechtu. Przeżyła objawienie.

– U nas jak w poniedziałek dzieci w Środzie Wielkopolskiej poznawały literkę „A”, było bardzo prawdopodobne, że robią to też dzieci w innych miastach Polski. W Holandii zobaczyłam, że można pracować inaczej. Zaczęłam eksperymentować, zrozumiałam, że podstawą mojej pracy jest refleksja, i dzięki temu dotarłam do miejsca, w którym jestem – opowiada Wiesia. Literki u pierwszaków wprowadza według potrzeb – gdy akurat wybierają się na wycieczkę na lotnisko, to jest „S”. Tradycją stało się już, że na urodziny dziecka wszyscy poznają literkę, od której zaczyna się jego imię.

Na początku Wiesia obawiała się, że bez ocen uczniowie stracą motywację. Stworzyła więc tablicę, na której po całym dniu dzieci same wystawiały sobie oceny, przylepiając kółeczka. Na pierwszym zebraniu rodzice wpatrywali się w tę tablicę jak sroki w gnat i liczyli kropki, porównywali, kto ma więcej, i pytali dlaczego. Na drugi dzień z hukiem ją zlikwidowała. Później wymyśliła sprawności na wzór zuchów w harcerstwie – dzieci wklejały w zeszytach obrazki na znak, że osiągnęły jakiś poziom. Bardzo szybko okazało się, że to działa tak samo jak ocena – dzieci pracowały, by zdobyć sprawność, a nie dlatego, że coś je ciekawiło.

W kolejnym roku nie postawiła już nic: żadnego słoneczka, chmurki, literki ani sprawności. Tylko informacje zwrotne. Tego, jak ich udzielać, również musiała się nauczyć – najpierw metodą prób i błędów, a później przy wsparciu Centrum Edukacji Obywatelskiej,
największej organizacji pozarządowej zajmującej się zmianami w szkołach publicznych. W 1999 roku do szkół wprowadzono ocenianie kształtujące, oparte między innymi na ocenach opisowych. Wiesia była przekonana, że nauczyciele przerzucą się
na nie jak ona, aby tylko zrezygnować z cyferek.

– Wystawianie ocen to moje najgorsze przeżycie w pierwszych latach pracy. Czułam się jak bezduszna maszyna. Przecież znałam otoczkę, znałam to dziecko. Wiedziałam na przykład, że ma jakąś trudność i robi wszystko, co może, a jednak nie doskakuje do poprzeczki na lepszą ocenę. Jaka to była ulga nie musieć już tego robić! – wspomina.

Zaczęła pisać listy do dzieci. W pierwszej klasie czytają im je rodzice, w kolejnych uczniowie robią to już sami. Wiesia siada przy stole w kuchni z widokiem na szkolne boisko i pisze wychowankom o tym, co już wiedzą, pokazuje, jakie postępy poczynili przez cały rok.

– Jeśli dzieci są oceniane, boją się popełniać błędy, raczej się do nich nie przyznają, ściągną albo znajdą jeszcze inne rozwiązanie. Tylko dzieci, które nie boją się, że zostaną ocenione, nie wstydzą się błędu – mówi.

Czasem Wiesia przekazuje to zadanie dzieciom, by same oceniły, czy coś już potrafią. Wspólnie określają, jakie będą tak zwane kryteria sukcesu. Na przykład celem jest: „Poznam literę «K»”, a kryterium sukcesu: „Potrafię rozpoznać literę «K» w wyrazach, umiem ją napisać i potrafię połączyć z innymi literami”. Inny cel: „Przygotowanie do klasowej wyprawy badawczej”, a kryterium sukcesu: „Wiem, co trzeba zabrać, w jakim kierunku iść, jak się ubrać i znam zasady bezpieczeństwa”. Zapisują to wszystko na tablicy. Kiedy dzieci uznają cel za osiągnięty, same podchodzą do tablicy i się pod nim podpisują. W ten sposób Wiesia pokazuje, że ma do nich zaufanie. Zazwyczaj dzieci starają się go nie nadszarpnąć.

– Oczywiście nie każdy pracuje na sto procent. Jeśli widzę, że jakichś podpisów długo brak, staram się dojść, dlaczego tak jest. Czasem sam widok zadania sprawia, że dziecko myśli, że to za trudne. Moja w tym głowa, by mu pokazać, że nie. Nigdy do niczego nie zmuszam.

Kiedy Wiesia już na dobre pozbyła się ocen, zrezygnowała z ćwiczeń. Wkrótce taki sam los spotkał podręczniki. Od lat pracuje według własnego, autorskiego programu. Dzieci mają swobodę, by pewne zadania realizować zgodnie rozkładają zadania na tydzień.

– Wiedzą, że na koniec będziemy podsumowywać, kto co zrobił, a czego nie zrobił i dlaczego coś się nie udało. Ale jeśli kilka razy się nie wyrobią, to uczą się, jak zorganizować swój czas. Mogą sobie na to pozwolić, bo jeśli się nie uda, nie spotka ich żadna nieprzyjemność – tłumaczy Wiesia.

Kilka lat temu ze zdziwieniem odnalazła się w pojęciu „nauczyciel konstruktywista”.– Organizuję dzieciom środowisko do uczenia się. Staram się być na uboczu, nie narzucam się dzieciom z pomocą. Moja rola polega na tym, by je zaciekawić. Bo są rzeczy, które naturalnie niosą dzieci, i takie, które, no, po prostu trzeba zrobić. I ja mam bank pomysłów, jak je wpleść, by pociągnąć uczniów za sobą. Podpatruję, co ich interesuje i na bazie tego proponuję projekt: o człowieku, atomie, bakteriach, kosmosie. Dzieci mówią, co im się z tym kojarzy, co chciałyby zrobić, a moją rolą jest przemycić w tym konieczną teoretyczną wiedzę. I to wcale nie jest takie trudne.

Lecimy w kosmos, to jakie czynności musimy wykonać? I już dzieci szukają wyrazów. A jak je znajdą, to mówię im, że te wyrazy nazywają się czasowniki. I później to ćwiczymy wiele razy, na różne sposoby. Te dzieci będą się uczyły przez całe życie. Nie wiadomo, ile razy będą musiały zmieniać zawód. Muszą wiedzieć, że uczenie się to coś przyjemnego, a nie przykry obowiązek.


Czujesz, że tradycyjny model szkoły nie wspiera dzieci w rozwoju tak, jak mógłby i powinien? Twoje dziecko ma dość nadmiaru sprawdzianów i prac domowych, a ty – roli jego nadzorcy? W poszukiwaniu szkół, do których chce się chodzić, Maria Hawranek, reporterka i mama, przejechała całą Polskę. W Warszawie, Gdańsku, Bielsku-Białej, Radowie Małym czy Słupi Wielkiej znalazła inspirujące miejsca i ludzi, którzy zarażają entuzjazmem i wcielają w życie inne pomysły na edukację. Sięgają do metod Marii Montessori czy Celestyna Freineta, rezygnują z ocen, prowadzą lekcje w przyrodzie i mają czas, by dbać o relacje. Wszystko po to, by uczniowie mieli szczęśliwe dzieciństwo, ale też odnaleźli się w dorosłym życiu. 

Oto pierwszy przewodnik, który pokazuje, jak w praktyce wyglądają przyjazne szkoły – prywatne, domowe i publiczne. W całej Polsce, dla każdego dziecka.

 

 

 


Lifestyle

„Kolor może wskrzeszać zmarłych!” Wspaniała Iris Apfel świętuje 100. urodziny!

Redakcja
Redakcja
30 sierpnia 2021
 

Iris Apfel, uwielbiana przez miliony projektantka, dekoratorka wnętrz, ikona stylu, obchodzi właśnie setne urodziny. Zapewnia, że ​​swój pierwszy dodatek nabyła w wieku 11 lat. „Jestem dziewczyną z Wielkiego Kryzysu, nie mieliśmy dużo pieniędzy. Nikt ich nie miał. A kiedy trochę się ich zdobyło, trzeba było mądrze wydawać”.

„Nic, z rzeczy, które się wydarzyły, nie było przeze mnie zaplanowane” mówi Iris Apfel, eklektyczna ikona stylu nowojorskiego, w filmie dokumentalnym Alberta Mayslesa. „To się po prostu wydarzyło”. Iris udowadnia, że dobry gust nie jest aspiracją, nie polega na gonitwie za trendami. „Robią” go dobrze dobrana biżuteria czy płaszcz, a nie hity sezonu. Dla Apfel ubieranie się jest czynnością twórczą – jak mówi, jak granie jazzu – a jej szafę wypełniają inspiracje z całego świata są. Modę nazywa krawieckim safari, oglądanym przez okrągłe różowe okulary i jest po prostu dziką zabawą.

Urodziła się w Nowym Jorku w latach 20. Jej matka prowadziła butik, a ojciec firmę spedycyjną.

Apfel była dobrze po osiemdziesiątce, kiedy została tzw. „It girl”, czyli właśnie ikoną stylu, która jest inspiracją dla kobiet na całym świecie i dla kreatorów mody. Dopiero pojawiając się na wystawie w 2005 roku w Costume Institute stała się naprawdę znana. A wszystko to zmaterializowało się w kampaniach m.in. dla firmy & Other Stories czy M · A · C oraz linii biżuterii Rara Avis. Apfel, jowialna jak mało kto, lubi to nieoczekiwane medialne wzburzenie. Jak z rękawa sypie maksymami, typu „styl to ciekawość i poczucie humoru” lub że „najważniejsza jest nie impreza, ale ubieranie się na nią”.

„Nagle stałem się gwiazdą geriatryczną. Mój mąż i ja bardzo się śmialiśmy z tej sytuacji. Robię to przez całe życie i teraz natrafiam na mnóstwo magazynów, zwłaszcza europejskich, które piszą o mnie. Ale nie robię nic innego od tego, co robiłem przez ostatnie 70 lat!”

 

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Iris Apfel (@iris.apfel)

Jednak już wiele lat wcześniej jej wyczucie stylu znane było „w branży”. Niedługo po ślubie z mężem Carlem — „Był fajny, był milutki i gotował po chińsku, więc nie mogłam wybrać nic lepszego” — powiedziała — para założyła Old World Weavers, firmę zajmującą się projektowaniem wnętrz, która odnawiała Biały Dom pod rządami prezydentów od Trumana do Clintona.

Aby zdobyć unikalną sztukę i tkaniny, z których byli znani, podróżowali po całym świecie. W filmie Mayslesa możemy zobaczyć, jak targuje się o bransoletki w Harlemie — chce tylko tych tanich, trzy za dwadzieścia dolarów — i wciąż krąży między Nowym Jorkiem a Florydą, odbierając czasem pięćdziesiąt telefonów dziennie. Dowiadujemy się, jak układa manekiny według własnego wizerunku (biżuteria warstwowa, kontrasty wzorów) i sprzedaje akcesoria w sieci Home Shopping Network.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Iris Apfel (@iris.apfel)

Jak zrozumieć jej zamysł, stojący za tym wspaniałym, bezczelnym stylem? Tam, gdzie inne ikony stylu są czasami nakazowe, Apfel odnajduje piękno w indywidualności, jakkolwiek niecodziennej. W prawdziwej modzie nie chodzi o zadowolenie ludzi wokół siebie, mówi, ale o zadowolenie siebie: „Lepiej być szczęśliwym niż dobrze ubranym”.

Jednym z tematów, który wyjątkowo jej doskwiera jest banał w modzie, sytuacja, kiedy wszyscy wyglądają tak samo. – Myślę, że to straszne. Myślę, że to bardzo smutne… Ludzie są okradani z ich wyobraźni – i wszystkiego innego – dzięki kulturze sterowania gustami, którą mamy – mówiła w wywiadzie dla „Vogue”.

Pionierka w sztuce łączenia pchlich targów z charakterystycznymi ubraniami. Jej garderoba to skarby Diora, Versace czy Lanvin, ale też afrykańskie naszyjniki. Niestrudzona kolekcjonerka wyznaje, że ma alergię na nowe technologie: „Każdy, kto mnie kocha, może mnie znaleźć przez telefon. E-maile i telefony komórkowe uczyniły młodych ludzi nudnymi. Nie umieją już mówić i komunikować się”. Dodaje: „Właściwie nie lubię nowoczesności. Trendy przychodzą i odchodzą. Lubię ponadczasowy ubiór, prostotę, to co można nosić długo, choć obecnie wszystko ma być używane i wyrzucane”.

 


Lifestyle

Szkoły, do których chce się chodzić, są bliżej niż myślisz!

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
30 sierpnia 2021
fot. FatCamera/iStock

Czujesz, że tradycyjny model szkoły nie wspiera dzieci w rozwoju tak, jak mógłby i powinien? Twoje dziecko ma dość nadmiaru sprawdzianów i prac domowych, a ty – roli jego nadzorcy? W poszukiwaniu szkół, do których chce się chodzić, Maria Hawranek, reporterka i mama, przejechała całą Polskę. W Warszawie, Gdańsku, Bielsku-Białej, Radowie Małym czy Słupi Wielkiej znalazła inspirujące miejsca i ludzi, którzy zarażają entuzjazmem i wcielają w życie inne pomysły na edukację. Sięgają do metod Marii Montessori czy Celestyna Freineta, rezygnują z ocen, prowadzą lekcje w przyrodzie i mają czas, by dbać o relacje. Wszystko po to, by uczniowie mieli szczęśliwe dzieciństwo, ale też odnaleźli się w dorosłym życiu. 

Oto pierwszy przewodnik, który pokazuje, jak w praktyce wyglądają przyjazne szkoły – prywatne, domowe i publiczne. W całej Polsce, dla każdego dziecka. Z autorką rozmawia Karina Caban-Rusinek.

Dla kogo jest Twoja książka?

To jest książka dla rodziców i dzieci, którzy czują, że tradycyjny model szkoły ich gniecie, uwiera, męczy i nie wspiera w harmonijnym rozwoju tak, jak mógłby i powinien. Dla dzieci, które mają dość nadmiaru sprawdzianów i prac domowych oraz rodziców, którzy mają dość roli nadzorców pilnujących, czy ich pociechy wywiązują się ze swoich obowiązków.

Dlaczego napisałaś tę książkę?

Kilka lat temu poznałam André Sterna – chyba najsłynniejszego na świecie człowieka, który nigdy nie chodził do szkoły. Erudyta, gitarzysta, kompozytor, lutnik, pisarz, który mówi w pięciu językach. Nie lubi słodyczy i dużo się śmieje. Spotkanie z nim było jak zachłyśnięcie się rześkim górskim powietrzem, skok do chłodnej wody oceanu: przyjemne, elektryzujące, otwierające. Zostawiło mnie ono z tęsknotą za tym, kim mogłabym być, gdybym nie czuła, że muszę być taką grzeczna i pilną uczennicą oraz z ogromną chęcią, by poznać i opowiedzieć o innych sposobach na edukację, która przez lata zaowocowała reportażami i wywiadami.

Z czasem pogodziłam się z tym, że nigdy nie poznam dziewczynki, którą mogłam się stać, i nauczyłam się doceniać kobietę, którą jestem. Jednak bardzo bym chciała, by inne dzieci, w tym moje własne, mogły rozwijać się zgodnie ze swoim potencjałem. To dla nich tak naprawdę napisałam tę książkę.

fot. FatCamera/iStock

Którzy z bohaterów książki są Ci szczególnie bliscy?

W czasie pracy nad książką poznałam tak wielu entuzjastów edukacji, że nie wszystkich byłam w stanie w niej opisać. Ten fakt bardzo mnie ucieszył. Wielu jej niedorosłych bohaterów mi imponuje: maluchy z przedszkola Puszczyk pod Białymstokiem, które z zapamiętaniem pracują w błocie i z radością eksplorują przestrzeń wokół nich bez względu na pogodę; nastolatki z Bielska-Białej, które przejęły odpowiedzialność za swoją edukację i w ramach Montessori Open Space samodzielnie dbają o swój rozwój; ósmoklasiści ze szkoły waldorfskiej w Krakowie, którzy potrafią prowadzić elokwentne, mądre i kulturalne dyskusje. Wśród
dorosłych mój nieustanny zachwyt budzi Wiesława Mitulska, nauczycielka z publicznej podstawówki w Słupi Wielkiej, która od niemal 30 lat nie postawiła żadnej oceny cyfrowej i prowadzi kolejne pokolenia podopiecznych według autorskiego programu. Wspomnienie czułości i szacunku, z jakimi traktuje swoich uczniów, do dziś ogrzewa moje serce.

Pozostaję pod wrażeniem energii i zapału małżeństwa Sawickich, którym dwie dekady temu zamarzyła się bezpłatna szkoła Montessori we wsi w górach w Beskidzie Żywieckim, a dziś prowadzą ich w Polsce kilkanaście. Imponują mi też dwie charyzmatyczne dyrektorki – Marzena Kędra ze szkoły Cogito w Poznaniu i Ewa Radanowicz z podstawówki w Radowie Małym, które za swoją wizją edukacji poszły jak tury i przemieniły publiczne placówki w miejsca wibrujące energią i chęcią poznawania świata.

Czy pandemia wpłynęła na postrzeganie szkoły przez Ciebie?

Wpływ pandemii na funkcjonowanie niemal wszystkich edukacyjnych inicjatyw w Polsce był potężny. Wprowadził zamęt w ich codzienność i nadszarpnął relacje, które na długi czas musiały stać się wirtualne. W trakcie zbierania materiałów nie opuszczała mnie myśl, że poznaję moich bohaterów w czasie dla nich nienaturalnym, jakoś zaburzonym, i starałam się mieć to na uwadze. Mimo to w moich opowieściach świadomie nie skupiłam się zbytnio na wyjątkowych warunkach, w jakich uczniom przyszło żyć i pracować w ostatnich dwóch latach. W reportażach pomijam lub umniejszam ten wątek, bo jeśli wpuściłabym go w adekwatnym do
stopnia jego oddziaływania na szkoły wymiarze, nie byłaby to już książka o alternatywach wobec systemowej edukacji, a o edukacji w czasach zarazy (i chyba warto, by na ten temat powstała osobna publikacja). Poza tym pisałam z nadzieją, że ten czas w historii edukacji jest przejściowy, a nadmierne eksponowanie pandemii szybko uczyniłoby tę książkę nieaktualną.

Co da Twoja książka osobom, które po nią sięgną?

  • Potężną dawkę inspiracji w postaci charyzmatycznych bohaterów i niebanalnych inicjatyw edukacyjnych.
  • Poznanie pełnego i bardzo szerokiego spektrum możliwości, jakie rodzice i dzieci – wbrew pozorom, czasem również wbrew intuicji – mają w Polsce w dziedzinie edukacji.
  • Możliwość zajrzenia w codzienność szkół i klas, spędzenia z nimi jednego zwykłego – niezwykłego dnia z ich życia, której rodzice nie mają w czasie żadnych dni otwartych.
  • Orientację w różnych alternatywnych podejściach do edukacji, które, co prawda, łączy szacunek do dzieci i możliwie indywidualne podejście do ich rozwoju, ale różni bardzo wiele. Szkoła waldorfska, szkoła Montessori czy szkoła demokratyczna to odmienne światy i warto poznać najbliższe im wartości, zanim podejmie się decyzję o staniu się ich częścią.
  • Wiedzę, jak znaleźć miejsca, które okażą się najbliższe sercu czytelników.
  • Wskazówki, jak świadomie wybrać najlepszą możliwą ścieżkę dla własnego dziecka lub, w przypadku starszych dzieci – dla siebie samego.
  • Wiedzę o najbardziej podstawowych zależnościach w edukacji i odkryciach neurobiologii dotyczących uczenia się.

zo i przyjemność z lektury, mam nadzieję.


 

Maria Hawranek – reporterka i podróżniczka. Pisze dla „Dużego Formatu”, „Wysokich Obcasów”, „Tygodnika Powszechnego” i „Przekroju”. Współtwórczyni serwisu IntoAmericas.com. Współautorka książek Wyhoduj sobie wolność oraz Tańczymy już tylko w Zaduszki. Autorka wielu reportaży i wywiadów dotyczących edukacji. Mama Gucia.

 

Maria Hawranek, fot. Klaudyna Schubert


Zobacz także

Zorkownia powstała z czysto egoistycznych pobudek. Bardzo chciałam przychodzić do hospicjum, ale nie dawałam sobie rady z emocjami.

Kiedy odchodzi człowiek, który jest dla nas całym światem – umieramy wraz z nim

O tym jak zwykli ludzie, robią całkiem niezwykłe rzeczy, czyli bajkowy świat fantazji, zrobiony… iPhone’em

Dlaczego zawsze mam w domu banany i nigdy nie wyrzucam do kosza ich skórek