Go to content

„Synowi pozwalam brać bułeczkę z Jadłodzielni, chipsy robię z obierek, zapiekanki z czerstwego chleba”

O tym , jak nie marnować jedzenia w kuchni i przy okazji oszczędzać pieniądze i dbać o środowisko rozmawiamy z Anetą Łańcuchowską (dietetyczka_anetka), która jest dietetykiem klinicznym, blogerką kulinarną, kucharką telewizyjną i mamą dwóch chłopców na pełen etat.


Jak nie marnować jedzenia?


– Jestem zwolenniczką planowania posiłków z wyprzedzeniem. Jak idę do sklepu, to staram się wcześniej pomyśleć, co będę gotować przez tydzień na obiady i kolacje. Czasem robię listy zakupowe i wtedy naprawdę nic się nie marnuje. Raz w tygodniu staram się też przeglądać lodówkę i zjadać z rodziną te produkty, które mają już bliski termin przydatności do spożycia. Ostatnio podczas takiego sprzątania znalazłam troszkę powiędłą paprykę, dlatego szybko przerobiłam ją na gulasz. Poza tym nie kupuję w ogóle wędlin; z kilku powodów. Po pierwsze: dlatego, że jemy niewiele mięsa, po drugie: ponieważ wędlina w sklepie jest niskiej jakości, a po trzecie: szybko się psuje, nawet przechowywana w lodówce. Dlatego wolę zamarynować i sama upiec mięso, a potem kroić je na kanapki. O tej porze roku korzystam też z warzyw i owoców mrożonych, bo uważam, że wtedy do obiadu zużywam tylko taką część mrożonki, jaką realnie potrzebuję. Reszta wraca na następy raz do zamrażalnika.

Wekujesz albo mrozisz?


– Niewiele, mogę się wytłumaczyć tym, że mam dwójkę małych dzieci i jednak szukam patentów upraszczających życie. Kiedyś gotowałam wywar warzywny i go mroziłam w małych porcjach na później. Teraz znalazłam gotowy wywar o dobrym składzie, z którego korzystam, by oszczędzać czas. Staram się podczas gotowania być przewidująca. Jeśli piekę warzywa na obiad, dokładam ich więcej na blaszkę, by z części zrobić też pastę na kanapki. Nie chcę potem musieć jeszcze raz rozgrzewać piekarnika. W ogóle uważam, że my dziś zapominamy o takich bardzo prostych patentach naszych mam i babć, które pozwalają oszczędzać środowisko i przy okazji jedzenie i pieniądze. Dlatego kiedy gotuję, staram się przykrywać garnki pokrywkami, bo wtedy potrawy szybciej dochodzą i mniej zużywam gazu.

Masz patenty na przechowywanie jedzenia w lodówce?

– Zacznijmy od lodówki. Dwa lata temu miałam taką, która już nie trzymała odpowiedniej temperatury. Widziałam, że w środku zbiera się coraz więcej wilgoci. Choć wydawała się sprawna, postanowiłam zmienić ją i jestem mocno zaskoczona, że zdecydowanie dłużej mogę w niej teraz przechowywać warzywa. W plastikowych pojemnikach przechowuję kawałek sera, wybieram produkty niekrojone, bo takie dłużej można przechowywać, a dodatkowo nie produkuję bezmyślnie plastikowych śmieci.



Czy rozczarowały cię jakieś pomysły zero waste. Ja przyznam, że próbowałam mrozić obierki z warzyw, by potem z nich gotować bulion, ale jednak dla mnie to było dość dziwne.


Uważam, że ludzie dziś zdecydowanie obierają bez sensu nagminnie każde warzywo do wszystkich potraw. Kiedy gotujemy bulion, wystarczy te korzeniowe dobrze wyszorować i pokroić drobno, by oddały aromaty do wody. Ja często te warzywa najpierw podsmażam, a potem dopiero zalewam wodą. Natomiast po odcedzeniu, zamiast wyrzucić, miksuję je razem z jajkiem, dodatkiem kaszy lub płatków i tak przygotowuję pulpeciki. Mam oczywiście świadomość, że witaminy rozpuszczalne w wodzie „przeszły” z warzyw do bulionu i wtedy wartość odżywcza warzyw nie jest wysoka. Jedynie błonnik zawarty w nich możemy uznać za dobrodziejstwo dla naszych jelit i układu pokarmowego. Natomiast ziemniaki jesienne staram się myć jak najdokładniej jak potrafię, a z ich obierek przygotowuję w piekarniku chipsy. Naprawdę smakują mojej rodzinie. Spróbuj!

A co wyrzucasz bezwzględnie podczas remanentu lodówki?


Jeśli zobaczę na warzywie lub na owocu maleńką nawet kropkę pleśni, wyrzucam całość. Zdaję sobie sprawę, że tam w środku znajdują się niewidzialne gołym okiem mykotoksyny, które są szkodliwe dla zdrowia. My widzimy jedynie maleńki fragment zgnilizny czy pleśni na powierzchni, ale środek jest już „chory”. Warto też przy okazji pamiętać, że spleśniałe warzywa wzajemnie się od siebie „zarażają”. Jeśli jedna marchewka jest nadgniła lub spilśniała, a dotyka drugiej, to niestety obie są „chore” i trzeba je wyrzucić.

Czasem prowadzę w ramach fundacji, z którą współpracuję warsztaty dla dzieci w szkołach i przedszkolach. Muszę ci powiedzieć, że zdarza się, że w ostatniej chwili uczestnicy odwołują to spotkanie, kompletnie nie biorąc pod uwagę, że my nagle zostajemy z kilogramami warzyw i owoców.

Pewnie podchodzą do tego tak „lekko”, bo warsztaty są darmowe. Wtedy stosujemy różne metody, by przedłużyć życie tych warzyw. Podwiędłe marchewki wkładamy do miski z lodowatą wodą. Sama byłam zaskoczona, jak szybko potrafią się zregenerować. Zdarza się jednak, że musimy je zanieść do tzw. Jadłodzielni. W Warszawie jest już ich ponad sto, ale wiem też, że te miejsca dobrze funkcjonują w innych miastach. Co ciekawe wiele osób myśli, że to są lodówki, z których mogą korzystać tylko ubodzy. A to nie prawda. Zdarza mi się ugotować za dużo obiadu, wtedy zanoszę tam nadmiar zupy w słoiku.

Czy sama korzystasz z tego jedzenia?

– Mieszkam na warszawskim Żoliborzu i zawsze, jak idę z synami na spacer, obserwuję, co się dzieje przy mojej Jadłodzielni. Starszemu synowi staram się tłumaczyć, co to za miejsce. Zdarza mu się np. wziąć stamtąd dla siebie bułeczkę i ja nie oponuję. Chcę go uczyć otwartości, choć wiem, że wiele osób boi się korzystać z Jadłodzielni. Jakby bali się, że ktoś napluł na złość do tego jedzenia.

Pamiętam z Instagrama taką rozmowę twoją, że byłaś zdziwiona, dlaczego ludzie kupują dziś nagminnie chleb krojony. Nadal kupujesz cały bochenek?


– To prawda, zawsze proszę w piekarni o chleb w całości, w jednym kawałku, bo taki wolniej obsycha i moim zdaniem to też jest sposób na niemarnowanie. Nie przechowuję go też w zamkniętym worku plastikowym bez dostępu powietrza, bo wtedy pleśnieje, nawet jeśli ma znakomity skład. Chleb przechowuję w woreczku z materiału lub zwykłej papierowej torebce, wtedy nie spleśnieje, tylko wyschnie. A z takim zeschniętym chlebem można już sporo zrobić – np. zetrzeć na tarce i wykorzystać jako panierkę dla pulpecików albo porwać na kawałeczki, zalać masą jajeczną i na tej bazie wyczarować z innymi dodatkami jakąś zapiekankę chlebową z piekarnika.

Coraz przychylniej patrzę na sposoby mojej mamy.

Pamiętam, że jak zostawały ziemniaki z obiadu, to mama następnego dnia robiła z nich kopytka. A ty jakie masz wspomnienia?

– U mnie w domu mama wszystko lubiła wykorzystywać i przerabiać. Dlatego zero weste to dla mnie nie moda, a raczej wychowanie. Do tej pory robię ściereczki kuchenne z bawełnianych ubrań, które już do noszenia się nie nadają. (śmiech). Wiele osób niestety wychodzi z założenia, że nie ma już sensu starać się żyć ekologicznie, bo i tak nic nie zdziałamy, bo Ziemi nie da się już uratować. Ja się z tym nie zgadzam. Jeśli każdy z nas będzie starał się, jeśli tę wiedzę i szacunek do jedzenia i planety przekażemy naszym synom i córkom, to mamy szanse jeszcze zmieniać świat.

Zobacz także: Jak oszczędzać forsę i być eko? 15 świetnych rad nałogowej „oszczędzaczki” do zastosowania od razu