Lifestyle Rozwód Związek

Stary, przestań ignorować błędy, które popełniasz w związku. Uwierz, życie singla nie jest wcale takie dobre

Sziti Mąż
Sziti Mąż
14 sierpnia 2019
Fot. iStock / PeopleImages
 

Jeśli chcesz uczyć się na błędach innych facetów, jeśli chodzi o torpedowanie twojego małżeństwa głupimi niedopatrzeniami i samolubną głupotą, cóż, właśnie trafiłeś we właściwe miejsce.

Oczywiście możesz się śmiać i uważać, że to co piszę jest zupełną bzdurą, uwierz jednak – mam za sobą setki rozmów z kobietami i mężczyznami. Okazuje się, że oprócz popełniania poważnych błędów wobec związku, na sumieniu miewamy te wydawałoby się błahe, które jednak, kiedy słyszymy: „chcę się z tobą rozstać” mają niebagatelne znaczenie. My – faceci, ignorujemy je, prychając z oburzeniem i twierdząc, że kobiety są mistrzyniami robienia z igły widły. A jednak.

Cztery błędy popełniane przez mężów, które prowadzą do rozwodu i psują małżeństwo

Przytyłem

Nie przestawaj czytać, bo właśnie wielu w tym momencie, zamknie ten artykuł, uważając, że mam gówno do powiedzenia. Nie chodzi o to, że z wiekiem mamy trochę kilogramów więcej, że rośnie nam brzuch, ale o lenistwo. Tak – stajemy się w związku leniwi. Czujemy się zbyt komfortowo i pewnie – tak jak ty teraz.

Najczęściej małżeństwo wydaje się nam dość łatwe od samego początku. Jesteśmy przekonani, że wystarczy być sobą i robić to, na co mamy ochotę. Też tak myślałem i byłem w błędzie, jak wielu innych facetów, którzy zostali sami.

Nie skupiałem się na moim małżeństwie i żonie tak, jak na pracy, na tym, ile pieniędzy mam w portfelu, co zjem na obiad. Właściwie w ogóle nie zastanawiałem się nad swoim małżeństwem. Byłem na auto-pilocie i to był fundamentalny błąd.

Więc jeśli chcesz wiedzieć, jak być dobrym mężem, zacznij zwracać uwagę na swoje małżeństwo w sposób, w jaki zwracasz uwagę na bzdury, takie jak mecze piłki nożnej czy muzykę, którą pobierasz na swój nowy smartfon. Zrób to, jeśli nie chcesz zostać sam, w miejscu, w którym ja dzisiaj jestem.

Seks był o mnie

Byłem tylko jednym z najgorszych kochanków wszech czasów. Jasne, możesz teraz poczuć się zadowolony z siebie, bo z pewnością tak o sobie nie myślisz. Powiedziałbyś: „Mam dobre życie seksualne, kocham się z żoną dość regularnie, czasami nawet częściej niż moi koledzy”. Zastanów się tylko, czy seks w twoim małżeństwie nie dotyczy niemal zawsze ciebie. Nie, że świadomie. W końcu nie wierzę, że jesteś spoconym i pijanym studentem, który próbuje na siłę zaciągnąć swoją żonę do łóżka. Problem polega na tym, że nie słuchamy swoich partnerek. Wydaje nam się, że wszystko robimy najlepiej i to my wiemy, jak zrobić jej dobrze, pomimo subtelnych sygnałów, które nam daje, że czasami chciałby coś zmienić. Nie, my nie przyjmujemy krytyki, nie chcemy słyszeć, że robimy coś źle. Jeśli tak będziesz podchodził do seksu, uwierz – za kilka lat możesz wcale go nie mieć.

Nie pomagałem płacić rachunków

Słuchaj, nie dbam o to, jak bardzo twoja żona uwielbia zajmować się finansami ani jak jest w tym dobra. Nie zrozum mnie źle, zarabiałem całkiem dobrze, ale nie potrafiłem być szczęśliwy bez pracy. Pracowałem, ale to żona zajmowała się domowym budżetem. Dzisiaj, z perspektywy czasu, wiem, że nie było to dobre. Nie dlatego, że robiła to źle, wręcz przeciwnie. Warto jednak, żebyś pamiętał, że większość kobiet chce i zasługuje na opiekę, bez względu na to, jak są niezależne i silne. Chcą mieć poczucie bezpieczeństwa, które daje im świadomy ich wspólnego życia partner, czyli ten który interesuje się domem, wydatkami i wie, gdzie kupić ulubione pieczywo dla swojej żony.

Powiedziałem rzeczy, których nigdy nie mogę cofnąć

Nie można wymazać absolutnie niczego, co mówimy drugiemu człowiekowi. Pamiętaj o tym, nim w kłótni powiesz coś, czego będziesz latami żałował. Wiem, bo wypluwałem swój jad wiele razy… Zastanów się, zanim zechcesz zacząć mówić. Oddychaj. Przygryź wargę, aż zacznie krwawić. Wyjdź. Tylko nie mów rzeczy, które zranią twoją żonę, bo nigdy nie cofniesz krzywdy, którą jej wyrządzisz.

Tak, wiem, myślisz, że jesteś twardy. Że nawet zostając sam, świetnie dasz sobie radę. Obiad odgrzejesz w mikrofalówce, będziesz jadł przed telewizorem, nikt nie będzie niczego od ciebie wymagał… Nie masz pojęcia, o czym mówisz…


Lifestyle Rozwód Związek

Stary, kiedy zostajesz ojcem, bierzesz na siebie odpowiedzialność. Romans jest serio dla ciebie ucieczką?

Sziti Mąż
Sziti Mąż
2 września 2019
Fot. iStock/domoyega
 

Często słyszę od kobiet, że największy kryzys w ich związku przyszedł, gdy pojawiły się w nim dzieci. I właściwie nie tylko od kobiet, ale też od facetów, którzy mówili: przestała mnie zauważać, wszystko się zmieniło, czułem się niepotrzebny. Nie tłumaczę facetów, którzy w czasie, gdy ona cała swoją uwagę skupiała na dziecku, poszli w jakiś romans, czy flirt, który okazał się dla ich związku zabójczy. Stary, jeśli przy trudnościach od razu szukasz pocieszenie u innej, to ile jesteś wart? Dziecko? Oboje go chcieliście, cieszyliście się. Fakt. My – faceci nie czujemy ciąży, nie czujemy się ojcami w momencie, kiedy widzimy test ciążowy. Co więcej, ojcami zostajemy często kilka tygodni po tym, gdy dziecko już się na świecie pojawi.

Bywa, że związek, który się idealnie układał, nagle po pojawieniu się dziecka pełen jest awantur, cichych dni, nieporozumień. „Nienawidzę go” – mówią kobiety. Im trudno się pogodzić z faktem, że ich partner nie podąża za nimi, nie angażuje się w rodzicielstwo z równą siłą. Co więcej, wychodzi z kolegami, zostaje w pracy po godzinach i oddala się nie wiadomo właściwie kiedy.

Pamiętam swoje małżeństwo, gdy pojawiło się pierwsze, a potem drugie dziecko. Dziś, gdy patrzę na to z perspektywy czasu, widzę, jakim byłem egoistą, jak wiele rzeczy nie chciałem zauważać. Jak unosiłem się dumą. I jak nierzadko zdarzało mi się myśleć, że nie chce mi się wracać do domu – to nadąsanej żony, do hałasu, do obowiązków. Dlatego stary, jeśli w twoim związku pojawia się dziecko, pamiętaj o kilku rzeczy, jeśli nie chcesz schrzanić tego, co w twoim życiu tak naprawdę jest najważniejsze.

Przestań myśleć o sobie

Zostajesz ojcem, tym samym stajesz się odpowiedzialny za swoje dziecko. Wiem, że to mega ciężar do udźwignięcia, ale musisz się z nim zmierzyć, a nie przed nim uciekać. Jesteś ojcem, czyli w twoim życiu pojawił się mały człowiek, dla którego masz być wsparciem, autorytetem, kimś, z kogo może brać przykład. Przestań skupiać się na tym, co dziecko ci w twoim życiu odebrało, a skup się na tym, jak dużo ci dało i jak bardzo ze swojego tacierzyństwa możesz czerpać.

Schowaj dumę do kieszeni

Od setek lat wiadomo, że kobietom łatwiej wejść w rolę rodzica i opiekować się dzieckiem. Taki jest fakt, ale to nie znaczy, że ty nie możesz się tego nauczyć. Słuchaj swojej żony, a nie unoś się dumą, bo przecież ty na pewno wiesz lepiej. Nie wiesz, być może ona też nie, ale z pewnością w większym stopniu niż ty wie, co robi. I nie piszę tu o ojcach, którzy od razu odnajdują się w tej roli, ale o tych, którzy potrafią schrzanić swój związek tylko dlatego, że nie czują się na początku rodzicielstwa doceniani za to, że raz dziennie zmienia pieluchę dziecku.

Bądź wsparciem

Ja nie byłem, ale nie chciałem słyszeć swojej żony, gdy mi to mówiła. Przecież pracowałem, zarabiałem, o co jej mogło chodzić, gdy mówiła, że mnie potrzebuje. Dziś już wiem, ale to kilka lat za późno. Ona chciała, bym był blisko, bym ją przytulił, wyszedł na spacer z dzieckiem, kiedy wracałem z pracy, żebym zrobił kolację, zadbał sam z siebie o zakupy, sprawdził, czy nie kończą się pieluchy. Żebym robił to wszystko sam z siebie, dbał o nią, by ona nie miała poczucia, że w swoim rodzicielstwie jest samotna, a ja pojawiam się tylko w sytuacjach, gdy ona zaciskając zęby wymusza na mnie jakąś aktywność.

Rozmawiaj

Podstawą każdego kryzysu w związku jest brak rozmowy. Każdego. Stary, jeśli nie będziesz rozmawiał ze swoją żoną, mówił jej, jak się czujesz, to nic dobrego z tego nie wyniknie. Skąd to się bierze, że wolisz wyżalić się obcej kobiecie, a nie swojej żonie? Czego się boisz? Chcesz być macho? Chcesz uchodzić za tego lepszego w waszym związku? Serio? Nie masz odwagi powiedzieć swojej żonie i matce twoich dzieci o tym, z czym sobie nie radzisz, z czym jest ci ciężko? Ocknij się chłopie, bo inaczej utoniesz. I zostaniesz sam jak palec, a uwierz mi – to naprawdę nie jest fajne, wiem coś o tym.


Lifestyle Rozwód Związek

Stary, czasami najlepsze, co możesz zrobić dla kobiety twojego życia, to pozwolić jej odejść

Sziti Mąż
Sziti Mąż
9 lipca 2019
Fot. iStock

Stary, czy wiesz, że czasami najlepszym, co mógłbyś zrobić dla niej, to pozwolić jej odejść? Tak, nie przesłyszałeś się. Nie musisz czytać jeszcze raz pierwszego zdania dopatrując się złośliwego chochlika, który zmienił jego sens.

Widzę facetów, którzy nie pozwalają odejść kobietom ich życia, choć zbyt późno zrozumieli, że nimi były. Sam tak robiłem. Przepraszałem, chciałem rozmawiać, przynosiłem kwiaty, obiecywałem, że się zmienię, żeby dała mi jeszcze jedną szansę. I dawała. Wierzyła mi. Tylko ja kolejny i kolejny raz ją zawodziłem. Bo kiedy znowu poczułem się pewnie w naszym związku, kiedy minął lęk przed tym, że jej „odejdę” stanie się realne, odpuszczałem. Wracałem do utartych nawyków, do tego, na co ona zwracała mi uwagę, a ja zupełnie ignorowałem. Przecież jest dobrze – myślałem, już znowu jest dobrze, ponownie jesteśmy w tym samym rytmie, w tej znajomej i bezpiecznej codzienności.

Ale nie. Żona odchodziła ode mnie cztery lata. Przez cztery lata dawała mi szanse na to, bym zrozumiał, jak wiele mogę stracić i jak bardzo potrafię zranić. A ja trzymałem ją kurczowo przy sobie, mamiłem obietnicami, zapewniałem o poprawie, powtarzałem, że już wszystko rozumiem. Bywało, że i ją atakowałem. Mówiłem, że ona też nie jest święta, że mi też czasami w tym związku brakuje czegoś. Wiesz, na czym polegała różnica? Że ona moim słowo wychodziła naprzeciw, analizowała je, myślała, rozmawiała, a na końcu zmieniała się dla mnie. Najgorszą rzecz, jaką dzisiaj w sobie czuję, to to, że wpędzałem ją w poczucie winy, próbując zrzucić na jej barki odpowiedzialność za to, że między nami nie układa się najlepiej.

Poznałem kiedyś faceta. Banalna sytuacja, spotkaliśmy się w pociągu. Siedzieliśmy sami w przedziale. Słyszałem, jak rozmawia z żoną o dzieciach, co robią, gdzie są, jak im minął dzień. Kiedy skończył, miał posępną minę. Zapytałem, czy wszystko w porządku. Wylało się z niego. Opowiedział, jak spieprzył życie sobie i swojej rodzinie. To miały być najpierw niewinne żarty, flirty, które zaczęły przekształcać się w coś więcej. W nocne rozmowy na czatach, w wysłanie zdjęć, w kompulsywne pragnienie uwagi i adoracji innych kobiet. W seks częściej wirtualny niż ten rzeczywisty, choć też się zdarzył dwa razy.

Żona wiedziała, choć nie miała pojęcia o wszystkim. Domyślała się, czuła szóstym zmysłem, że dzieje się coś złego. Rozmawiała z nim, pytała, czasami znajdowała strzępki rozmów w jego telefonie, wiadomości na mailu. Mówiła mu, że ją rani, że ją to boli, że dla niej tłumaczenie, że to nic nie znaczy, niczego nie zmienia. Że jak ktoś kocha, to nie może sprawiać, by ta druga osoba cierpiała. Płakał. Wielki chłop w pociągu płakał. „Za każdym razem dawała mi szansę, a ja za każdym razem ją marnowałem”. Trzymał ją przy sobie ze wszystkich sił. Podobnie jak ja zapewniał, że ją kocha, że ona jest tą jedyną na świecie, że on wie, że robi źle, że już nigdy więcej, że teraz już będzie inaczej. Że przyjdzie do niej i powie jej, kiedy będzie czuł, że zbacza na zły kurs. Ale nie przychodził. Był tak arogancki w swoim postępowaniu, że szukał możliwości ukrycia kłamstw. Miał zawsze gotowe odpowiedzi i żal do niej, że bywa nieobecna, że oddala się czasami do niego. Zawsze jednak wracała, była obok, chciała wierzyć i zaufać, powtarzała, że nie można żyć w związku bez zaufania. „Manipulowałem, oszukiwałem, kombinowałem, by ukryć przed nią te wszystkie rzeczy, jakie robiłem, ale ona znała mnie bardziej chyba niż ja siebie”. Pewnego wieczoru powiedziała mu, że kolejnego razu, kolejnej odkrytej rozmowy, w pół zerwanej z obcą kobietą, nie przeżyje.

Ale on i tak to zrobił. Płakał, błagał, przepraszał. Tylko tym razem było inaczej. Postawiła ścianę, odcięła się. A on się bał, ale miał nadzieję, że znowu mu się uda.

Odeszła. Na koniec powiedziała: „pozwól mi odejść, proszę cię”. Wiesz, płakałem w tym pociągu razem z nim. Dwóch dorosłych facetów, którym głos w gardle dławiły łzy. Jak absurdalna musiała być to dla kogoś sytuacja.

A później opowiedziałem mu o sobie. O tym, ile zrozumiałem, ile dowiedziałem się o sobie, o mojej byłej żonie, o kobietach i związkach, dowiedziałem się, bo chciałem dokładnie wiedzieć, gdzie leżał mój błąd i czy aby na pewno był on moim błędem.

Dowiedziałem się jednego: czasami trzeba pozwolić kobiecie odejść:

– żeby ona zaznała w końcu spokoju, by mogła odetchnąć pełną piersią i w końcu pomyślała tylko o sobie, a nie o tym, jak dalej ma ciebie kochać

– żeby zmieniła perspektywę, by mogła przyjrzeć się także tobie z pewnej odległości, poukładać swoje emocje i myśli

– żebyś ty zrozumiał, jak wiele straciłeś i podjął decyzję, czy stać cię na walkę, nie o was, ale w pierwszej kolejności o siebie, by ona zobaczyła cię takim, jakim byłeś na samym początku, gdy powierzyła swoje życie twojemu

– żebyś pobył sam ze swoją pychą i dumą unuraną w pokorze, żebyś cierpiał tak, jak ona cierpiała przez te wszystkie lata, by dotarł do ciebie ogrom jej straty, do której się przyczyniłeś

– żebyś zdecydował, czy chcesz walczyć

– żebyś w samotności dokonał wyborów, żebyś poczuł się sam jak palec i odpowiedział sam przed sobą szczerze na pytania, które powinieneś zadać sobie już dawno: czy na pewno chcesz z nią być, czego ty chcesz, kim ty dzisiaj jesteś i w jakim miejscu naprawdę chcesz być za dwa lata.

Odłóż na bok złość, frustrację i rozpacz, prawo do rozpaczy miała tylko ona, ty okazałeś się dupkiem tak pewnym jej miłości, że zgubiła cię własna pycha i egoizm. Teraz jej pozwól na ten egoizm. Nie błagaj o wybaczenie, nie żebrz o jej uwagę. Stań twardo na nogach i zdecyduj, w którą stronę chcesz iść. Jeśli chcesz z nią być, jesteś o tym przekonany, pracuj nad sobą, by już nigdy nie iść tuż za nią, ale z całą swoją mocą wyjść jej naprzeciw.

Stary z pociągu, tego ci właśnie życzę i trzymam mocno kciuki.