Lifestyle

Miłość i krzywda. Serial „Sceny z życia małżeńskiego” obnaża prawdę o naszych związkach

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
12 października 2021
Kadr z serialu, fot. materiały prasowe HBO
 

Jak zareklamowałabym serial „Sceny z życia małżeńskiego?”. Zamiast szybkiej decyzji o ślubie i słuchania rodziny w tej kwestii: „Sceny z życia małżeńskiego”. Zamiast nauk przedmałżeńskich: „Sceny z życia małżeńskiego”. Zamiast szybkiej decyzji o rozwodzie: „Sceny z życia małżeńskiego”. Po rozwodzie– „Sceny z życia małżeńskiego”…

Nie wiem, czy obejrzałam kiedyś tak prawdziwy, bolesny film o wieloletnim związku i rozstaniu. Związku ludzi, którzy zaczęli ze sobą być, zanim tak naprawdę poznali siebie, dowiedzieli się kim są, czego potrzebują, jaki rodzaj relacji chcą budować. Ile jest takich małżeństw? Pobieramy się szybko niesieni wielką miłością, zauroczeniem albo przekonaniem, że „powinniśmy zakładać rodzinę”.

Większość z nas nie ma żadnych wyobrażeń, jak to ma wyglądać, ile będzie wymagać pracy, bo przecież wszystkie komedie romantyczne kończą się na „żyli długo i szczęśliwie”. A potem jesteśmy zszokowani, że rzeczy nie dzieją się same. Że druga osoba nie zapełnia naszej pustki, nie spełnia oczekiwań, nie jest taka jak sobie wyobrażaliśmy. Że nic nie jest takie, jak sobie wyobrażaliśmy.

Ktoś powie, że to film lewacki (czytałam takie opinie– jakby zdradzanie się było lewackie). Kogoś może złościć (sama kilka razy chciałam wyłączyć, bo miałam poczucie, że to najbardziej pesymistyczna wersja małżeństwa jaką można sobie wyobrazić), ktoś uzna, że to nie o nim ( i świetnie).

Jednak większość z nas odnajdzie choćby kawałek siebie w historii Miry i Jonathana (w tej roli rewelacyjni: Jessica Chastain i Oscar Isaac). I większość z nas popełnia podobne błędy.

Oszukiwanie siebie

Poznajemy ich i już w pierwszym odcinku czujemy emocjonalny niepokój. Chociaż to taka idealna para. Mają piękny dom, córeczkę, on jest pracownikiem naukowym, intelektualistą, ona zarabia na dom. Tak się umówili. Wydaje się, że wszystko gra, że to układ obojgu pasujący. Ale szybko orientujemy się, że nie, nie gra. Widzimy to w tym, jak nerwowo łapią się za ręce przy znajomych, chociaż wcale tego nie potrzebują, jak sobie dogryzają, jak bardzo koncentrują się na związku przyjaciół, którzy otwarcie przyznają się do zdrad.

Czy ludzie szczęśliwi zajmują się związkiem innych? Czy ludzie, którym pasują to, kim są analizują małżeństwa przyjaciół? Nie. Mira i Jonathan (moglibyśmy wpisać tu dowolne imiona) są krytyczni, oceniający, bo robią wszystko, żeby nie przyjrzeć się sobie. I temu w jakiej kondycji jest ich relacja.

Nie wiem dlaczego, ale gdy oglądałam „Sceny z życia małżeńskiego” przypomniało mi się kilka szczęśliwych rodzin, które znam. Ot, choćby z wakacji. Patrzymy i zazdrościmy. Jadą na urlop super samochodem, z dwójką cudownych dzieci, są piękni, młodzi …a i tak czuć między nimi podskórny konflikt. Ona nie mówi wprost: „Pls, zajmij się dziećmi, chcę odpocząć” tylko zaczyna syczeć: „Nigdy się nie zajmujesz dziećmi może chociaż na wakacjach”. A, gdy ona wyciąga pieniądze, bo chce za coś zapłacić, on szepcze jej do ucha. „Znowu wydajesz!”.

Czy wszystkie małżeństwa takie są? Oczywiście, że nie. Ale te tuż przed kryzysem, w kryzysie, a z nieumiejętnością powiedzenia prawdy– owszem.

Bezwzględność

Nie ma znaczenia, czy to kobieta, czy mężczyzna. Jest moment w związkach, które przeżywają kryzys, że jedno staje się ofiarą, drugie oprawcą. Czasem zamieniają się tymi rolami, ale zawsze ktoś zaangażowany jest bardziej, ktoś mniej. Gdy Mira oznajmia mężowi, że odchodzi, on jest w szoku. Kompletnie się tego nie spodziewał. Ona zaczyna narrację obwiniania. „Byłam przy tobie samotna, umierałam każdego dnia, czułam się nieszczęśliwa”. Każdemu, kto był w takim punkcie życia– zadrży serce. Słyszał takie rzeczy, mówił je. To aż boli, bo uświadamia, jak bardzo potrafimy nie myśleć o drugiej osobie, rodzinie, gdy chcemy ją porzucić. Gdy myślimy (czasem może mamy rację), że szczęście jest gdzieś indziej.

Do tej pory to mężczyzna był tym zostawiającym. Człowiekiem ze spakowanymi walizkami, jedną nogą w nowym życiu, który jeszcze musi „to załatwić”, powiedzieć partnerce, od której odchodzi. Opędzić się od niej, jak od niewygodnej przeszłości. Pozbyć się poczucia winy zwalając na nią– to przez ciebie odchodzę, byłaś beznadziejna, nie rób teraz scen. Przypomnijmy sobie choćby film „Co przyniesienie jutro” (reż. Hope Gap).

W „Scenach” „oprawcą” (a raczej osobą dążącą do wolności) jest kobieta. Ona nie chce już rozmawiać, chce wyjść. Decyduje się pojechać do kochanka, do nowej pracy, zostawić córkę pod opieką męża. Rozporządza czasem dziecka tak, że możemy mieć skurcz żołądka. Ja miałam, choć potem analizowałam z koleżankami, dlaczego byłam na nią taka wściekła. Bo nie potrafimy przyjąć, że kobieta też ma prawo pomyśleć o sobie? Być rodzicem dochodzącym? Bo my, kobiety, nie jesteśmy tego nauczone i dlatego tak surowo oceniamy siebie nawzajem?

Niedocenienie. Nadmierne oczekiwania

Mira się wyprowadza, robi się atrakcyjniejsza, pewniejsza siebie. Przez kolejne odcinki obserwujemy kolejne zrywanie więzów. Okazuje się to, niestety, nie takie proste. Ta wiwisekcja tego, ile łączy ludzi, ile niewidzialnych nici jest aż przerażająca. Oboje się miotają, aż człowiek ma ochotę krzyknąć do nich. „Weźcie to już utnijcie, nie róbcie scen”. Tutaj spierałam się z przyjaciółmi: oni rozstają się tak długo, bo jednak się kochają, czy może tkwią w związku– koluzji? Służyli tylko zaspokajaniu swoich potrzeb dlatego nie potrafią zerwać?

Już niby nie są razem, a ciągle są. On chodzi na terapię, uczy się żyć bez niej.

W końcu Mira zaczyna żałować rozstania. Kochanek nie okazuje się tak idealny, życie bez Jonathana również. Uderza ją to w momencie, gdy sprzedają dom, wszędzie stoją poustawiane kartony. Mira nie chce podpisać papierów rozwodowych, opowiada mężowi o porażce w pracy. Ale on już nie chce tego słuchać. Mówi: „Już tego nie czuję, nie boli mnie to”. Te historie też znamy, prawda? Ktoś nas zostawia, potem chce wrócić. Albo odwrotnie. Im ona bardziej napiera, tym on bardziej nie chce. Pierwszy raz unosi się emocjami, chociaż do tej pory był aż za spokojny, wyważony, co też mogło złościć. Bo jak można tak spokojnie znieść to, że ktoś cię zdradza?

 

fot.materiały prasowe

Nie chcę dalej spoilerować, ostatni odcinek to majstersztyk. W jakimś sensie wywraca flaki i zaczynamy szukać odpowiedzi na pytanie o swoje życie. Jak chcemy, żeby wyglądały nasze relacje? Jakie mamy oczekiwania? Jak wyobrażamy sobie miłość? Po co nam ona w ogóle jest? Dlaczego tak często uważamy, że najlepiej tam, gdzie nas nie ma? Dlaczego nie doceniamy tego, co mamy? Albo dlaczego chcemy wrócić do tego, co było nudne i znane?

Te pytania każdy będzie miał inne. I czegoś innego dowie się o sobie. Wczoraj moja przyjaciółka powiedziała, że to film o tym, że nie da się wygrać z własną naturą. Inna, że to film o iluzji. A dziś koleżanka z pracy była zirytowana, że człowiek po jednym, nieudanym związku, może zacząć ranić inne osoby, jakby już nie mógł być dobry. Jakbyśmy tylko raz mogli być oddani i wierni. Dla mnie to wciąż film o miłości i o tym, jak jej czasem nie doceniamy.

Naprawdę warto obejrzeć – nie tylko wtedy, gdy macie małżeński kryzys, czy jesteście w wieloletnim związku.

 


Lifestyle

Tosia zaginęła w Tatrach! Dzięki uporowi właścicieli odnalazła się po 25 dniach w lesie. Poznaj tę nieprawdopodobną historię miłości do psa!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 października 2021
 

Tosia zaginęła ponad miesiąc temu. To miał być krótki rodzinny wyjazd. Tylko ich trójka: Kasia, Jurek i adoptowana przed trzema laty suczka Tosia. Spędzili razem wspaniałe dwa dni, a kiedy Jurek poszedł wspinać się na Gerlach, Kasia wzięła Tosię i poszły razem Młynicką Doliną, trasą polecaną na spacery ze zwierzętami.

„Ruszyłyśmy skoro świt, by było jak najmniej ludzi. Jak już wracaliśmy, to czułam, że Tosia stawała się coraz bardziej zamknięta. Wiedziałam, że ma za sobą historie ucieczkowe. Dlatego właśnie trafiła do schroniska, bo poprzedni właściciele nie mieli motywacji, by nad tym pracować. Z tego powodu też wybrałam drogę dookoła jeziora, by uniknąć tłumów turystów zmierzających do wodospadu. Nagle suczka wyrwała mi się. Była na smyczy w specjalnych szelkach antyucieczkowych. Zrobiła to szybko i natychmiast zniknęła z pola widzenia. Od godziny 12.15 zaczął się mój dziki taniec po okolicach Strbskiego Plesa. Pytałam wszystkich napotkanych ludzi, czy widzieli czarnego psa. Miałam straszne wyrzuty sumienia, czułam rozpacz i dramatyczną bezsilność”, opowiada Kasia.

 

Oboje z Jurkiem nie wiedzieli na początku, co robić.

W miejscowości, w której mieszkali, nie było ksero, by wydrukować ogłoszenia. W nocy wpadli na pomysł, by poprosić o pomoc w najlepszym hotelu w okolicy, który miał centrum biznesowe. „Przetłumaczyliśmy na szybko nieudolnie z błędami informację o zaginionej Tosi za pomocą „google tłumacz” i tymi sposobami mieliśmy plik kartek do rozwieszenia”, opowiada Kasia.

Fot. Instagram, materiały prywatne

Przedłużyli swój pobyt o dwa dni, które poświęcili na szukanie psa. Ale w końcu musieli wracać do domu, do Lublina.

„Wyjeżdżaliśmy, wyjąc. Bo to nawet nie był płacz. Myśmy po prostu wyli, patrząc na ten bezmiar lasu, przestrzeni i gór, wiedząc, że gdzieś tam najprawdopodobniej jest Tosia. To było jak szukanie igły w stogu siana”, opowiada Kasia.

W Lublinie zaczęła przeglądać internet i tak trafiła na „Fundację Trop”

A tam na wspaniałego Tomka, który doradził, co robić, by skutecznie szukać psa. Kasia wiedziała już, że jak najszybciej powinna wrócić na Słowację. „Niewiele myśląc, spakowałam się i wyruszyłam w tę podróż, ale już zaopatrzona w porządnie przetłumaczone, dzięki pomocy naszego syna, ogłoszenia na język słowacki”, opowiada.

Na miejscu codziennie od świtu szukała psa. Jednak nikt nie widział Tosi. „Pytałam wszędzie – w sklepach, przy straganach, nawet objechałam okoliczne miasteczka. Cały ten region był oklejony ogłoszeniami: na przystankach autobusowych przy stacjach elektryczki. Tomek poradził mi, by docierać do pracowników kuchni, na zaplecza, bo pies tam może szukać jedzenia. To niestety utrudniały mi procedury covidowe”, opowiada Kasia.

Razem z mężem zaczęli też wysyłać maile gdzie się tylko dało, do pensjonatów, do szkół, na policję, do weterynarzy, do straży miejskiej i granicznej. „W tym czasie słyszeliśmy, że to jest jakiś poroniony pomysł. Ale ja inaczej nie potrafiłam. Owszem mogłam wrócić do domu i dalej płakać. Myśmy sobie po prostu życia bez Tosi nie wyobrażali. Chcieliśmy o nią walczyć”, mówi Kasia.

Fot. Instagram, materiały prywatne

Po tygodniu wróciła do domu, ale nie poddawała się.

W drugim tygodniu postanowili puścić drugą turę maili. I jeden z nich trafił w końcu do ludzi, którzy im pomogli. Nagle zadzwonił ktoś ze straży miejskiej w Štrbie i powiedział po słowacku, że też ma psy i że zrobi wszystko, żeby im pomóc. Jedni po polsku, drudzy po słowacku, bo jak ludzie chcą, to się dogadają. Jan Gallo i jego żona Zuzanna pomogli Katarzynie i Jurkowi w sposób niezwykły. „To był niezwykły zbieg okoliczności. Pewnego dnia popsuła się kolejka elektryczna i Zuzanna jechała do pracy o godzinie 6.00 rano autobusem i nagle na poboczu w świetle latarni zobaczyła psa. Jan natychmiast przejrzał w tym miejscu monitoring straży miejskiej i wysłał nam zdjęcia. Były niewyraźne, ale ja natychmiast poznałam Tosię, po jej charakterystycznym sposobie poruszania się. Serce mi zamarło, bo widziałam, że ona niemal została potrącona przez ten autobus. Ale to był pierwszy sygnał, że pies żyje”, opowiada Kasia. Teraz już zostało pytanie: jak to zrobić, by ją złapać. W tym czasie już hulały media społecznościowe. Wiele osób wspierało Jurka i Katarzynę. Dla nich to było szczególnie istotne, bo dodawało otuchy.

„Kolejnego dnia zadzwonił do mnie Jan i powiedział, że dostał zdjęcia od znajomego, który ma w lesie rozstawione fotopułapki i że na jednej nagrał im się pies. Wiedzieliśmy, że Tosia do nikogo obcego nie podejdzie, dlatego znów pojechałam. Jan zaprowadził mnie do Joszko, który pokazał mi zdjęcia Tosi z fotopułapki, oddalonej od miejsca, w którym ją zgubiłam o 300 metrów. Okazało się, że mój pies przychodził do takiego paśnika, gdzie była woda w pniu dla zwierząt.

 

Poszliśmy razem to miejsce, w środku lasu. Rozsypałam karmę, położyłam kilka ulubionych piłek tenisowych Tosi, a do drzewa przywiązałam koszulkę męża. To wszystko były porady Tomka, który twierdził, że pies musi poczuć jak najwięcej domowych zapachów. Natychmiast też zaczęłam chodzić z uporem maniaka i nawoływałam swoją dziewczynkę”. Bałam się okropnie, ale brałam latarkę i szukałam jej po lesie sama do godziny 22.00”, opowiada.

Fot. Instagram, materiały prywatne

Tej nocy Kasia nie spała prawie wcale.

Wstała o godzinie 5.00 i znów pojechała samochodem do lasu. Zaczęło świtać. Pamiętała słowa Tomka z „Fundacji Trop”: „Nie patrz blisko, bo pies będzie z daleka ciebie obserwował i wtedy podejmie decyzję, czy wraca. Krzyknęła może dwa, może trzy razy i zobaczyła ją… siedziała w trawie. „Widziałam już, że jej ciało mówi, że już chce do mnie przyjść.

Uklękłam, łzy już płynęły mi po policzkach. Nie krzyczałam, nie okazywałam emocji, ale cały czas mówiłam do siebie pod nosem jej imię. Podbiegła, cała w wariackim tańcu. a ja zachowałam olimpijski spokój. Jedną ręką zaplotłam wokół obroży, drugą głaskałam, podawałam smaczki i ukochane frisbee. Przypięłam smycz, powoli założyłam szelki. No i zaczęłam oddychać”, mówi Kasia.

 

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Kasia i Jurek (@jerzynova)

Była godzina 6.20, kiedy wróciły spokojnie do samochodu.

To było powolne schodzenie z emocji. Co ciekawe, Tosia nie miała na sobie szelek ani smyczy, najprawdopodobniej Kasia zapięła je za luźno i to psu uratowało życie, bo mogła się z nich wyswobodzić.

Kasia mówi: „Nasza dziewczynka przeżyła 25 dni w lesie. Ogromnie pobudzona, przerażona, łkająca jak dziecko, pachnącą przygodą. Głodna, spragniona, z talią modelki, bez jakichkolwiek ran na ciele, z jednym kleszczem. Cała i zdrowa!”


Lifestyle

Nasza dwuletnia Martynka powiedziała: „Połknęłam baterię, auć!” Cudem przeżyła! Rodzicu, musisz to wiedzieć!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
11 października 2021
Fot. iStock/MilosStankovic

Był piątek, godzina 19.30. Nasza dwuletnia córka Martynka podeszła do męża i powiedziała: „Połknęłam baterię, auć!”, mówi psychodietetyczka Agata GłydaPierwsza reakcja Agaty była taka: „Boże, coś zawsze znowu musi przydarzyć się nam w piątek wieczorem”. Ale po chwili oboje byli już z mężem przerażeni.

 

Martynka zaczęła trzymać się rączką w okolicach mostka. Natychmiast zdaliśmy sobie sprawę, że to poważne. Ale nie wiedzieliśmy jeszcze oboje jak bardzo. Po prostu baliśmy się, że córka może się udusić, opowiada.

Rodzice natychmiast więc pojechali na SOR w Bielsku-Białej. To był dla nich najbliższy dziecięcy szpital. Zabrali tam córkę błyskawicznie, bez przebierania. Pojechała w kapciach. Po wykonaniu badania technik pokazał mi baterię w przełyku córki, powiedział, że mu przykro i spuścił wzrok. Wtedy nadal nie byłam świadoma zagrożenia. Poinformowano mnie, że powinniśmy pojechać z córką szybko do szpitala w Katowicach, ponieważ oni nie zajmują się wydobywaniem baterii. Pytanie było: „Czy mamy samochód?”. Ponieważ mamy, dlatego sami zawieźliśmy Martynkę do Katowic.

Teraz już wiem, że nasz pierwszy błąd polegał na tym, że w domu nie zadzwoniliśmy pod 112. Myślę, że dzięki temu od razu zostalibyśmy skierowani do większego miasta. A w przypadku Martynki bardzo ważny był czas!, mówi mama.

 

Do Katowic jechali godzinę.

Tam w poczekalni była ogromna kolejka. Rodzice z dziesiątkami dzieci z gorączką, przelewającymi się im przez ręce. Kiedy zostaliśmy przyjęci jako pierwsi i błyskiem przygotowano dla Martynki salę operacyjną, mój poziom strachu sięgnął zenitu. Po operacji podeszła do nas lekarka z tą baterią w pojemniczku, takim jak na mocz. Była blada jak papier – pamiętam.

Dopiero wtedy powiedziała, że to było bezpośrednie zagrożenie życie dla Martynki, bo bateria niestety wylała. Szok! Niewiele do mnie docierało. Pytałam wtedy lekarzy, czy moje dziecko może umrzeć. Powiedzieli mi, że raczej nie i że pierwsza doba jest najważniejsza, że będą obserwować, czy nie dojdzie do wstrząsu. A potem jeszcze dwa tygodnie – czy w poparzonym przez baterię przełyku nie dojdzie do perforacji, mówi Agata.

Przez trzy tygodnie Martynka była karmiona dożylnie, przez wkłucie centralne do szyi. Była z mamą w izolatce. Potem jeszcze przyplątała się do nich infekcja. Córka dostała antybiotyk, na który zareagowała uczuleniem, na skórze miała czerwone plamy.

 

 

Szczęście w nieszczęściu, że Martynka…

Dziewczynka ma dwa lata i dwa miesiące dobrze się rozwija i komunikuje z rodzicami. Gdyby nie powiedziała im od razu, że połknęła baterię, to niestety – takie przypadki są znane – mogłaby umrzeć. U dzieci, które tego nie mówią, dochodzi najczęściej do pęknięcia przełyku. Agata Głyda jest mamą ostrożną. Na szafkach w kuchni i na klamkach okiem ma zamontowane zabezpieczenia. Obiecała sobie, że niezależnie od tego, jak ludzie będą ją oceniać, to ona chce o tym mówić. „Jestem mamą wykształconą, byłam na kursach pierwszej pomocy, a jednak nie wiedziałam, jak groźne może być połknięcie baterii”, mówi. Na swoim Instagramie zrobiła ankietę dla innych rodziców. Wyniki zaskoczyły nawet ją, bo z siedmiu tysięcy osób, które wzięło udział w ankiecie, ponad cztery tysiące nie wiedziało, że to jest takie niebezpieczne.

 

Bateria to nie guziczek, który wyjdzie z kupką. Jeśli podejrzewasz, że dziecko połknęło baterię to niezwłocznie dzwoń na numer alarmowy, by dowiedzieć się od wykwalifikowanego personelu, jak postępować. (…) Reagujcie szybko!! Jak widać z przeprowadzonego eksperymentu czas ma ogromne znaczenie. A to tylko szynka, woda i pokojowa temperatura. W ciele dziecka panują jeszcze lepsze warunki dla takiej baterii. (…) Nieszczęśliwy wypadek może się zdarzyć każdemu, oczywiście nikomu tego nie życzę, ale od naszej reakcji po wypadku wiele zależy, napisała na Instagramie.

Jej eksperyment z plastrami szynki i baterią oraz zdjęcie, które opublikowała na Instagramie, obiegło w ostatnich dniach wszystkie media.

Dziś po 32 dniach hospitalizacji małej Martynce już nic nie zagraża. Została jej jedna blizna w przełyku. Dziewczynka czeka jeszcze na badania kontrolne w grudniu. Teraz jest żywiona ostrożnie, je głównie papki.

„Kilka nieszczęśliwych sekund i życie odmienione o 180 stopni. Na szczęście nasza historia zakończyła się dobrze! Przypominam: jeśli zdarzy się wam lub znajomym, że dziecko połknie baterię, reagujcie szybko. Bateria pod wpływem wilgoci w ciele może wylać i oparzyć poważnie dziecko od środka. Nasza lekarka prosiła też, bym przekazała, że bardzo niebezpieczne są kuleczki magnetyczne. O tym akurat czytałam w @drhospice kiedyś na story. Wtedy je wyrzuciłam…”, napisała Głyda na swoim Instagramie. Nam powiedziała jeszcze: Wszelkie baterie, chemię domową, kapsułki do pralek i zmywarek i magnesy (zwłaszcza popularne ostatnio kuleczki magnetyczne) należy trzymać jak najdalej poza zasięgiem dzieci (tych małych i większych).


Zobacz także

200 rzeczy, które powinnaś wyrzucić

200 rzeczy, które powinnaś (już, teraz, natychmiast) wyrzucić. Akcja „Uporządkuj swoje życie”

Jak długo powinien trwać urlop

Dlaczego mamy potrzebują wakacji bez dzieci

Skradła serca kibiców na całym świecie. Pani prezydent Chorwacji, to po prostu jedna z nas