Lifestyle

Rozdajemy nagrody za trzeci tydzień akcji #Bądźdobradlasiebie

Redakcja
Redakcja
7 grudnia 2015
Fot. Pixabay/Unsplash / CCO
 

Mamy nadzieję, że listopad w tym roku był dla was ciut bardziej przyjazny. Że każdej z was udało się zrobić coś dobrego dla siebie. Okazuje się, że nie musi się zawalić świat, że bliscy nie będą cierpieć, kiedy przez chwilę pomyślimy o sobie, prawda?

Czynienie dobra dla siebie procentuje przenoszeniem swojego dobrego samopoczucia na innych. Uczmy się tego drobnego egoizmu, on nikomu nie robi krzywdy. Im więcej będziemy robić dobrych i drobnych rzeczy dla siebie, tym będziemy mocniejsze, pewniejsze siebie, a świat częściej będziemy oglądać przez różowe okulary. Obiecujemy!

Akcja się skończyła, ale to nie znaczy, że wy macie skończyć myśleć o sobie.

Dziękujemy, że z nami byłyście 🙂

P.S. Nie zapominajcie o naszej nowej akcji: Napisz list do Mikołaja


Ogłoszenie wyników – Tydzień trzeci

Sesję coachingową ze specjalistką – Karoliną Cwaliną wygrały

Anna Wajda oraz Monika Skuza.

Serdecznie gratulujemy.

Laureatki prosimy kontakt mailowy w celu ustaleniu szczegółów sesji w ciągu 7 dni od daty ogłoszenia wyników (czekamy do 14.12.2015). Prosimy o przesłanie danych do kontaktu (imię i nazwisko, numer telefonu) na adres e-mail: [email protected]. Otrzymanie danych potwierdzamy w odpowiedzi zwrotnej.

 


Lifestyle

Niepowtarzalne wnętrza nie rodzą się w katalogach. Zainspiruj się na dobre

Sylwia Smotarska
Sylwia Smotarska
7 grudnia 2015
Fot. iStock / Voyagerix
 

Jak to było? 1 kg cukru na miesiąc, tabliczka czekolady na dwa…. Kto pamięta? Trzeba było sobie jakoś poradzić i jakoś sobie wszyscy radzili. Do dziś nie jadłam pyszniejszej „czekolady” niż blok z kakao robiony przez mamę mający, choć na chwilę, osłodzić tę szarzyznę.

Do dziś wzdycham na wspomnienie smaku wody z „sokiem” z tzw. saturatora (aż dziw, że żywcem nie pożarła nas salmonella), wciąż mam przed oczami lody „cudownie śmietankowe” Bambino i oranżadę wściekle czerwoną, zieloną i żółtą w foliowych torebkach. Albo te gumy do żucia, które pewnie miały więcej cukru niż szklanka coli, pamiętacie?

W sumie z sentymentem to wspominam. Brak mi jednak sentymentu do tamtych wnętrz. Słowo – klucz – półkotapczan jawi mi się do dziś jako największy koszmar. Ba! Ja miałam regało-łóżko-biurko, taki kombajn w sosnopodobnej okleinie na wysoki połysk, dramat w trzech aktach.

Meble Emilia, fotel z gąbki i porcelanowe klosze w kwiatki

To był szczyt designu. Na ścianach – wałek. Kto pamięta o co chodziło z wałkiem? Dobra, młodzi wiedzą, bo moda na powtarzające się na ścianach wzory powraca, jest to nawet zabawne i ciekawe, na pewno oryginalne.

Ta szara bylejakość była dla nas często jedynym wyborem. Byli szczęściarze mający  ciocię w USA. No ale przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie przysyłał z Ameryki abażuru czy sofy, najwyżej szybkowar czy markowe „adidasy”.  Nasze dzieciństwo to trzepaki, zimy stulecia i półkotapczany, regał zajmujący większą część pokoju i komplety (dwa fotele + tapczan obity granatowym  pluszem).

Czy to nam coś dało, czegoś nauczyło? Pewnie! Nie mieliśmy innego wyboru, musieliśmy być kreatywni… i tak nam zostało.

Czary mary w twoim domu – możesz zrobić wszystko

Bardzo jestem ciekawa czy macie w swoich wnętrzach coś bardzo innego, nie kupionego gotowca tylko przedmiot wykreowany, absolutnie własny, wymyślony i stworzony własnoręcznie.  Lampę, abażur, meble ogrodowe, kawowy stolik… ci bardziej kreatywni robią sami kuchenne meble bo niby kto powiedział, że musi być określona liczba górnych i dolnych, określony gabaryt, materiał, struktura?

PALETY

Najszybciej przekonaliśmy się do mebli z europalet. Na stałe zagościły na naszych tarasach, balkonach i we wnętrzach. Z dobrze wyszlifowanej palety zrobić można praktycznie każdy mebel. Stolik kawowy, fotel, narożnik, posłanie dla kota… wystarczy szlifierka, farba, impregnat, czasami kółka żeby nadać meblowi mobilności. Palety i drewniane skrzynki to także fantastyczne półki, w których wyeksponować możemy książki czy kolekcję miniaturowych aut (najładniejsze skrzynki to te po dobrych winach aktualnie dostępne w wielu marketach – po uprzednim poproszeniu i wybłaganiu kierownika zmiany ☺ ).

  Z desek po paletach można zrobić blaty (te kuchenne też bo niby czemu nie!?) a nawet położyć je jako deski podłogowe (to wersja dla odważnych). Jeśli jednak mąż nie daje się przekonać uważając, że paleta na której przyjechał transport do dyskontu w żadnym wypadku nie może stanąć w waszym salonie jako pełnoprawny stół, namów go chociaż na blat… kupcie najprostszy stolik z okleiny w popularnej sieciówce, a deski przybijcie równo na wierzchu blatu, zaręczam, że po dokładnym wyszlifowaniu absolutnie nikt nie zorientuje się, że kiedyś to były deski przemysłowe, a stolik kosztował 19,99 😉 polecam wykorzystać taki trik. Działa.

 

 

A co zrobić jeśli nie dysponujemy farbami, bejcami, lakierami? O tym chyba będzie osobny tekst, ale na szybko podpowiem, że cudowne efekty daje przetarcie drewnianych desek fusami po kawie, liściem z ogrodu czy wykorzystaną saszetką po herbacie. Zaręczam zaskoczenie efektem finalnym.

 

KLOSZE

Z czego można zrobić ciekawe klosze lamp? Banalna odpowiedz brzmi – ze wszystkiego! Tym bardziej, że żyjemy w erze nowoczesnych, ledowych żarówek, które nie rozgrzewają się już do czerwoności, możemy więc spokojnie przykryć je kloszem nawet z papieru czy bibuły bez obawy o pożar w domu. Bardzo polecam zwykłe, czarno białe gazety (są takie jeszcze w druku?) przestrzegam tylko przed treścią… dziwnie by było gdybyście zrobili abażur z „jedynki” brukowca i przy niedzielnym obiedzie rodzinnym teść dojrzałby nagłówek o silikonowych piersiach czy obniżce emerytur 😉

Cudowne abażury to także zwykły kawałek materiału, koronki, obrusa niedbale narzucony na lampę. Desenie i kolory tkanin bardzo ładnie rozpraszają światło, dają ciekawe efekty i możliwość wielu kombinacji. Polecam.

Kloszem może być też… brak klosza. Czemu nie? Mam nawet taki w domu. Wykorzystałam piękną, ogromną dekoracyjną żarówkę w stylu retro (poszukajcie na portalach aukcyjnych), a rolę klosza spełniają dwie metalowe obręcze, pozostałość po poprzednim abażurze. Wygląda to ciekawie, absolutnie nie banalnie i dosłownie każdy gość pyta mnie o co chodzi 😉 uwielbiam!

Wersja hard, dla odważnych – koleżanka ma w domu… uliczną latarnię, która stoi dumnie w przedpokoju i „robi” klimat paryskich bruków. To dopiero hit.

SZPULE I SZPULKI

Nie. Nie te, na które nawijamy nici. Te, na które nawijane są grube kable. Wiecie, że jest wiele fabryk, które chcą się takich szpul pozbyć? A co możemy zyskać? Otóż rozmiary i stan tych znalezisk jest na tyle dobry, że spokojnie mogą nam służyć za stół i zestaw ogrodowych krzeseł. Gwarantuje wielkie „łał” waszych znajomych.

DRUGIE ŻYCIE

Bańki po mleku potrafią stać się wazonem (uwaga, przeciekają) stare, zaśniedziałe lustro nie musi być jedynym w łazience, skoro już mało co w nim widać, niech będzie „obrazem”, niech odbija światło czy powiększa optycznie wnętrze. Stare krzesła ciotki Jadwigi, które planowała wywalić na śmietnik są zapewne cudowne, trzeba tylko kupić fantastyczny, kwiecisty materiał i wymienić obicia….  

A po co to robić?

Dla siebie. W czasach, kiedy mamy wszystko, kiedy wszystko jest proste i wszystko jest szybko, bardzo trudno jest zdobyć się na oryginalność. Czasami prościej kupić niż rozejrzeć się dookoła, pomyśleć, zrobić samemu. Rozumiem brak czasu, sama cierpię na takowy, rozumiem brak talentów plastycznych, ale braku chęci już nie ☺  Rozejrzyjcie się po waszych wnętrzach. Jak jest? Pięknie, od linijki, ekskluzywnie, z jajem…. Może być różnie ale czy jest INACZEJ? Czy macie mebel, którego nie sprzedaje żadna sieciówka? Czy macie coś, co zrobiliście sami od projektu po realizację? Czy macie mebel, z którego jesteście dumni bo np. ohydną, zgniłą zieleń przemalowaliście na skandynawską, cudowną biel?

Jak jest z wami, moje czytelniczki?


Lifestyle

Zakochanie? Eee tam. Miłość dojrzała jest piękna

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
7 grudnia 2015
Fot. Unsplash/Wilson Sánchez / CC0 Public Domain

Ludzie marzą o tym, by się zakochać. Epatować energią, która przypisana jest tylko miłości w jej pierwszej fazie, temu rodzajowi omnipotencji, który pozwala ci wierzyć, że absolutnie wszystko jest do pokonania, być wypełnionym po brzegi zapachem, kolorami, smakiem; czuć cokolwiek, zapomnieć o pustce, mieć nadzieję.

Ten jedyny stan w życiu, który jak heroina uzależnia tych, którzy mają problem w spokojnym kochaniu, wędrowców od zakochania do zakochania, nałogowców, którzy wybierają dwa dni w Paryżu ponad lata spędzone z jedną osobą, bo tylko wtedy czują, że żyją. Motyle w brzuchu, przyjemny rozgardiasz w życiu, napęd na czterysta kół – taki dopalacz w najczystszej formie. Uwielbiam podczepiać się pod cudze zakochanie, bo chociaż kapka tego cudownego eliksiru przypomina mi, jak jest, było lub będzie, ale jeszcze bardziej lubię podczepiać się do… miłości dojrzałej.

Tych dwojga, którzy mają już za sobą kumulację endorfin, przeszli kilka kryzysów, a jeden poważny, którzy zastępują idealizm – realizmem, mając za sobą niejedno wzajemne rozczarowanie, którzy nie patrzą na siebie tylko z czystym uwielbieniem, ale z czułą kpiną na kogoś, kogo doskonale znają i wiedzą, jak potrafi być powierzchowny, jak wyuczony wierszyk na konkurs recytatorski, jak wiele pod spodem lęku i niepewności, jak te spinki do mankietów spadną obok łóżka, w którym on pochrapuje w fazie rem, jak kochane są te stare nawyki denerwujące i nie do zniesienia, ale już właściwie nie tylko jego, ale wspólne, usankcjonowane tysiącami wspólnych momentów dobrych i złych, tego, że wystarczy jedno jej spojrzenie, by on wiedział i by ona złapała, że on złapał i że to jest ten moment, gdy powinni wyjść, bo ona już nie daje rady, a on wie, że jak nie złapie tego momentu, to ona zacznie być złośliwa i może powie coś za dużo, a potem będzie to roztrząsać w domu, jak to możliwe, że powiedziała to komuś, kogo lubi, że zmęczenie jej nie tłumaczy, a on będzie miał wieczór z głowy, a może nawet dwa, więc lepiej ją wyprowadzić i spokojnie zasnąć.

Gdy położy mu na ramieniu głowę, bo tak lubi zasypiać, upewniając się, że on nie zaśnie pierwszy. Śpisz? Nie – odpowie, mimo iż to będzie już we śnie, wie, że ona wtedy czuje się bezpieczna, bo pamięta, jak opowiadała o ojcu, który pijany wracał nad ranem i stawiał cały dom na nogi i jak się wtedy bała o matkę i o młodszą siostrę. I może to dla niej zrobić prawie każdej nocy, żeby czuła się spokojna i wie, że jak wyjeżdża, to pamięta, aby zadzwonić przed 22-gą, aby mogła zasypiać z jego głosem i choć są już trochę starzy i to wydaje się śmieszne, to ona w środku jest nadal małą dziewczynką i to jego ramię już nie tak silne, pomarszczone trochę jest jej morfiną.

Gdy ona wie, że on nie lubi pietruszki, dlatego nalewa mu zupę do osobnego garnka, a resztę doprawia zielonym, wie też, że jak jest chory to tylko rosół ich uratuje, bo on im tak zatruje życie, że ma już ten przepis od teściowej, który wcale nie jest najlepszy, ale jest jego matki ukochanej i że on jest wtedy dzieckiem tej matki i ona staje się dla niego matką, choć czasami się temu przeciwstawia i mówi, żeby dorósł, ale też wie, że oni nie dorastają nigdy i godzi się na to i wie, że nie można na nim polegać, jeśli chodzi o pakowanie, bo zawsze czegoś zapomni i że lepiej nie prosić go o załatwienie spraw urzędowych, bo się do tego kompletnie nie nadaje. A on już wie, że ona bierze na siebie za dużo, że nie potrafi odmawiać, więc czasami mówi za nią „nie”, o co ona się wścieka, ale potem jest mu wdzięczna i idą do kina, a ona prawie zawsze płacze na filmach i w sumie nie lubią tych samych filmów, ale oglądanie osobnych seansów nie sprawdziło się, bo jednak lubią razem jeść popcorn i siedzieć obok siebie, a on wie, że jak ona zje za dużo nachosów to boli ją potem brzuch, więc zabiera jej pudełko, a ona mówi, żeby nie mówił jej, co ma robić, i że będzie jadła te nachosy, bo nie jest obecnie na diecie i chce mieć dużo polane serem.

Gdy jadą autem i nie muszą siłować się z milczeniem, gdy znają swoje burczenie w brzuchu, czkawkę. Gdy nie muszą puszczać wody w kranie, by uciszyć dźwięki płynące z toalety, bo już dawno odkryli, że nie są postaciami z bajki, ale żywymi ludźmi, których ciała nie mają czasami posłuchu, bo chorowali razem, rodzili dziecko, bo ich dziecko było żywiołem i bawiło się puszczaniem własnych bąków, bo zatykali nosy i się śmiali, bo krępujące jest tylko to, co jest nieprawdziwe, kłamstwa między nimi, które szybko wychodziły na jaw, bo znają się jak łyse konie, a on, jak kłamie, to marszczy nos i choć widzi to tylko ona, to wystarcza, by go podpuścić aby się przyznał. I mają może jedno duże kłamstwo na koncie, które kogoś poraniło, ale też wiedzą, że czasami warto wybaczyć, że człowiek bywa słaby, tchórzliwy, niedoskonały i to jest ta deziluzja, z którą każdy musi się zmierzyć, a której zakochany nie widzi, bo jedzie na biały koniu na oślep do swojego raju, który z rajem niewiele ma wspólnego.

Bo już wiedzą, że prawdopodobnie, ktoś nie odejdzie. I mają świadomość, że nie mają tej pewności, ale w nawet w tej niepewności istnieje pewność wielka.

Ludzie marzą, by się zakochać. A ja marzę o tej pewności.


Zobacz także

Mój niezawodny sposób na pozbycie się zaskórników. Produkty na pewno masz w domu

Teściowa po polsku

Podobno mądra i dojrzała matka powinna pozwolić odejść swojemu synowi, bla bla bla…Teściowa po polsku

O czym musisz pamiętać, kiedy spotykasz się z rozwodnikiem. 9 porad dla zakochanych