Lifestyle

Rodzina męża to głowa węża… Zwłaszcza TAKA rodzina

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 lipca 2016
Fot. iStock / helenecanada
 

Najpierw poznajesz JEGO: swój „prawie-ideał”, na widok którego pewnego lata zmiękły ci kolana. Na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka wydaje się podejrzanie cudowny. Przynosi kwiaty i czekoladki, zakochujesz się, jest pięknie, zaczynacie snuć plany. Sielanka jak z filmu. Aż któregoś dnia pada zdanie: „ A może chciałabyś poznać moją rodzinę?” i kolana miękną ci po raz drugi. To na poważnie, na serio jest.

Nadchodzi moment, w którym stajesz oko w oko (a raczej oko w 10 par oczu) z krewnymi i znajomymi Królika. Jeżeli JEGO rodzina przypomina ogromną włoską familię masz dwa wyjścia: do końca życia (lub związku) próbować zachować swoją tożsamość, albo dać się wchłonąć i porwać przez sam środek tego cyklonu.

Pierwsze koty za płoty

Okazja zdarza się niebawem. 101- wsze rodziny dziadka, seniora rodu. Tego, o którym słyszałaś setki opowieści. Szukasz więc prezentów „90+” i przeglądasz swoją garderobę.

– Po prostu załóż to, co masz najlepszego – podpowiada ci mądra i doświadczona w tej kwestii przyjaciółka, a ty nierozsądnie wybierasz zaledwie elegancką wygodę. Jeszcze nie przemawia do ciebie jej komentarz, że „to będzie na 100% stado hien”. Żałujesz już w progu. Gwar, krzyki i wybuchy śmiechu, które słyszałaś jeszcze stojąc na wycieraczce cichną nieco i co drugi krewny biegnie się przywitać. Twój ukochany wpada w wir namiętnych pocałunków cioć i babć (naprawdę jest ich aż tyle?!) rzucających ci ciekawskie spojrzenia niczym tabliczki z punktacją od 0 do 10. Czujesz, że gdybyś wybrała bluzkę z dekoltem choć w połowie tak głębokim jak ten ciotki ze złotym krzyżykiem między piersiami, zdecydowanie podniosłoby to twoją samoocenę. Przynajmniej na mocną czwórkę.

Pierwsze uprzejmości (czy oni wszyscy muszą się całować, nie wystarczy uścisk dłoni?!) zostały wymienione, krążysz wokół bufetu w poszukiwaniu kieliszka wina. STOP! – zapala ci się czerwone światełko. Lepiej nie dawać powodu do plotek. Wybierasz szklankę zimnej wody i za chwilę wraca ci pewność siebie. No, przynajmniej jakieś namiastki. Uśmiechnięta, udająca rozluźnioną prowadzisz uprzejmą konwersację, poznajesz kolejnych członków rodziny. „Dziadka nie denerwuj, dziadek jest przygłuchy, ciotki – tej grubej w okularach – nie pytaj o pierwszego męża (nawet by ci to do głowy nie przyszło!)” – przypominasz sobie gorączkowo instrukcje.

Twoja pamięć postanawia jednak akurat tego dnia spłatać ci figla. Grubą ciotkę w okularach zagadujesz o wiszący na ścianie portret pewnego przystojniaka z mundurze wojskowym. Los sprawia, że to ów rzeczony „pierwszy mąż”. Wspomnienia z 1944 wracają, ciotka zalewa się łzami, przygłuchy dziadek denerwuje się tak, że zaczyna rytmicznie stukać laską o podłogę. Matka twojego W. przybiega natychmiast, wydając dźwięki takie jak syrena alarmowa. „Tatusiu, nie  w parkiet, dziurę tatuś zrobi, jak na górze, w sypialni” – pada z jej czerwonych, umalowanych ust.

Już do końca imprezy czujesz na sobie ciekawskie lub krytyczne, a czasem nawet rozbawione spojrzenia. Ta jedna jedyna, co patrzy życzliwie, to żona brata twojego ukochanego. Ona cię rozumie. Ona też nie jest „stąd”.

Do domu wracasz ze spuchniętą od bólu głową. Następnego dnia zostajesz w łóżku do południa i ratujesz się ziółkami, jak po niezapomnianej nocy sylwestrowej.

M jak… matka

We włoskiej rodzinie najważniejsza. W tej, typowo polskiej, również. Skoro już się znacie, któregoś dnia odbierasz od niej telefon („Kochanie, mama chciała do ciebie zadzwonić, prawda, jak miło, podałem jej numer”) z propozycją nie do odrzucenia. Takie rodzinne „babskie” spotkanie. Będzie tylko ona i kilka dziewczyn z rodziny. Kiedy się zjawiasz na miejscu, okazuje się, ze te kilka dziewczyn to także dwie siostry twojego faceta, trzy całkiem młode kuzynki i gruba ciotka w okularach (teoretycznie już ci wybaczyła niewybaczalne „faux-pas” z portretem, , ale dystans zostanie już na zawsze. Jest miło, rozmawiacie sobie. Głównie o NIM. O TWOIM mężczyźnie.

Przychodzi pora na rodzinny album. A w albumie mnóstwo JEJ (tej ostatniej „byłej”) zdjęć. „Taka ładna, fajna była, myślałam, że się z nią ożeni. Pytałam go nawet, dlaczego się jeszcze nie oświadczył” – pada nie raz, ale chyba ze trzy razy. „O tu byli razem na wakacjach, ze trzy lata temu” – mama pod nos prawie podsuwa ci zdjęcie objętej i uśmiechniętej pary. –  Nie przejmuj się, ciebie też wkleimy – słyszysz pokrzepiające słowa jednej z sióstr W. i od razu ci lepiej. Musiałaś chyba zrobić jakąś bardzo wymowną minę. Szybko opanowujesz emocje i znów robisz „pokerową twarz”.

Wpada ci do głowy, że to może jakiś dziwny test na wytrzymałość. Tym razem dajesz się namówić na kieliszek czerwonego i postanawiasz podjąć wyzwanie. Atmosfera rozluźnia się na chwilę przy zdjęciach z dzieciństwa. Mama rozczula się do łez nad fotografiami synka w pieluszce, bez pieluszki, nago w piasku i w przebraniu Batmana na balu maskowym w przedszkolu. – Dbaj o to moje oczko w głowie – tyle słyszysz. W domyśle pobrzmiewa jeszcze: „ bo jak nie, to cię znajdę, włosy powyrywam i żywcem przerobię na bigos”.

Jest tylko jedno „ale”. Cokolwiek zrobisz, nigdy nie zadbasz o W. tak jak ona. Przez następne lata tego związku, będzie ci to udowadniała na każdym kroku, nawet nieświadomie i nawet wtedy, gdy (na tyle, na ile potrafi) zaufa ci i okaże dowody jakiejś „można powiedzieć” życzliwości.

U nas to się robi inaczej

Słyszysz to od samego początku. „U nas rodzina jest na pierwszym miejscu”. Z resztą ten podział na „u nas” i „u ciebie” jest szalenie deprymujący. Czujesz już, że może być dobrze, że uda się wypracować jakiś zdrowy kompromis, a potem dzieje się coś, co przypomina ci, że dla nich zawsze będziesz „obca”.

Na TĘ rodzinę możesz liczyć. Nawet wtedy, kiedy nie chcesz. Rodzina ci pomoże rozwiązać problemy, o których nie wiedziałaś, że istnieją. Znajdą wszystkie dziury w całym i zaszyją je własnoręcznie.

Święta spędzacie tak, jak to się „u nich robiło od zawsze”. Jeśli spróbujesz nieśmiało zaproponować zmiany, zostaniesz uprzejmie i z sympatią wysłuchana, a potem po prostu przydzieli ci się zadanie („ciasto zrób, jak umiesz”). Masz problem z dopasowaniem? Chcesz wyjechać na święta? Nie żartuj. U nas nigdy się tak nie robiło. W święta TRZEBA być razem. Na prezenty urodzinowe zrzucacie się razem, nie wyłamuj się z jakimiś oryginalnymi pomysłami.

W (waszą) rocznicę ślubu wpadną kupą i niezapowiedziani (lub zapowiedziani pół godziny przed faktem) nie bacząc, że to WASZE, a nie ICH święto. Wszelkie WASZE życiowe decyzje (ślub, kupno domu, zmiana miejsca zamieszkania, wybór szpitala położniczego) zostaną omówione w szerokim, rodzinnym gronie i choć usłyszysz „rób jak uważasz” (wiadomo, że tylko mieszasz W. w głowie), nawet nie próbuj robić tak, jak uważasz.

Ile osób w tej ogromnej rodzinie tylu ekspertów od wychowania. I tylu gości na porodówce. Bo już kilka godzin po porodzie możesz liczyć na wizytę. Przeczuwasz to, do torby do szpitala podświadomie pakujesz korektor pod oczy i byle jaki tusz od rzęs. Podczas gdy oni bez skrępowania cykają fotki TWOJEMU dziecku (właściwie to dziecko W., więc należy już do FAMILII), ty zmęczona i półprzytomna czekasz aż się domyślą, że tak intymne chwile chciałabyś teraz dzielić jedynie ze swoim mężem. Nie domyślą się. U nich przecież jest inaczej. Wysłuchujesz więc wspomnień okołoporodowych swojej teściowej, ciotek i kuzynek, dowiadujesz się, że DZIECKO jest oczywiście podobne do NIEGO, a w ogóle to ma nos dziadka, a gesty (noworodek!) babci. Przez następne lata słyszysz to tyle razy, że zastanawiasz się czy w ogóle miałaś jakiś udział w stworzeniu tego potomka.

Ale o co ci chodzi?

Spytacie gdzie w tym wszystkim facet. Powiecie, że z niego trąba, że nie umie powiedzieć STOP i powstrzymać zapędów mamusi, cioci i reszty rodziny.  Ale bądźmy sprawiedliwi. Po pierwsze, jemu też łatwo nie jest. On dopiero uczy się innych relacji rodzinnych niż te, w których funkcjonował przez 20, 30 lat swojego życia. Nie stawał do tej pory przed tak istotnymi dylematami jak „pierwszy i drugi dzień świąt z całą rodziną, czy tylko pierwszy, a potem wyjazd”.

Po drugie, mężczyźni w przeważającej większości są mało domyślni. Drugą, uprzykrzającą nam życie cechą jest ich konformizm, czyli dążenie do „świętego spokoju”. Jeśli więc próbujesz ukochanemu (może już mężowi, jeśli sprawy zaszły na tyle daleko) robić wyrzuty z powodu zachowania członków jego rodziny, z dużym prawdopodobieństwem będzie się próbował od rozwiązania tego problemu wykpić. No bo o co właściwie ci chodzi? Przecież ONI chcą dobrze…

Życie pisze różne scenariusze. Na trzy moje koleżanki, które związały się z JEGO WIELKĄ RODZINĄ każda wybrała inne rozwiązanie. Pierwsza, po spowodowanym rodzinnymi ingerencjami kryzysie, wyjechała za granicę. Mąż pojechał za nią. Są szczęśliwi, rodzinę oglądają via Skype, a do Polski wracają na święta. Druga dusi się i tłumi  w sobie narastającą frustrację, ale stale próbuje się dostosować, być „jak oni”. Trzecia zaś, od początku dała wszystkim do rozmienia, że dopasowywać się nie zamierza. I może jej nie kochają, ale na pewno liczą się z jej zdaniem.

Jeśli JEGO rodzina przypomina tę, opisaną powyżej, nie martw się. Pierwsze 5 lat jest najgorsze. Przez następne 5 zaczynasz nabierać odwagi, a po 15 latach jesteś w stanie powiedzieć: ”Dajcie mi wszyscy święty spokój. Będzie tak, jak ja chcę.” A wtedy usłyszysz zdziwione: „Przecież nie mówiłaś, że ci nie pasuje…”.


Lifestyle

Nie bądź taka piękna… jak już trzeba wybierać, to o wiele lepiej być całkiem przeciętną i mądrą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
14 lipca 2016
Fot. iStock/wundervisuals
 

Zawsze uważałam, że jak już trzeba wybierać, to o wiele lepiej być całkiem przeciętną i mądrą, niż mądrą i piękną, że o kombinacji głupota plus powalająca uroda nie wspomnę. Znam wiele pięknych, nieszczęśliwych i niepewnych siebie kobiet, za to ani jednej brzydkiej i tak dalece niezadowolonej ze swego wyglądu i zakompleksionej jednocześnie – co ostatecznie przekonało mnie, że brzydota i przeciętność są lepsze dla zdrowia, po prostu.

Weźmy taką Kaśkę, panią stomatolog, z gabinetu w trzeciej klatce. Nogi do podłogi, rzęsy niebotycznie długie (i właśnie, że własne), piękne usta i włosy w kolorze orzecha. Widzieliście kiedyś jak takie orzechowe włosy lśnią w blasku słońca? Pacjenci (nie pacjentki) do doktor Kasi walą drzwiami i oknami. Nawet na rwanie. Co trzeci z obstawą: żona, dziewczyna, zaniepokojony facet… Bo ona jest po prostu podejrzanie piękna! I cholernie samotna. Z grona przyjaciółek, została jej jedna, jedyna (przeciętna), która nie przestraszyła się tej urody i nie popadła w paranoję utraty narzeczonego na rzecz Orzechowych Włosów.

Przyjaciółek od serca i znajomych od piątkowego wyjścia na kawę było więcej, na studiach. Odchodziły systematycznie bezlitośnie banując Kasię towarzysko, kiedy tylko związały się z kimś „na stałe”. Przyczyna? Oczywista. Zalewało je z zazdrości i ciemno się w głowie robiło od podejrzeń. Bo przecież Kaśka sama jest i taka ładna, to na pewno tego faceta, w pocie czoła zdobytego zaraz ukradnie. A nawet jak nie ukradnie, to co ona się tak uśmiecha do niego? I niech lepiej do niego nie mówi, bo wyjdzie na jaw, że ma coś do powiedzenia. Piękna, mądra, z nietuzinkowymi zainteresowaniami (rugby)? Nieszczęście gotowe.

A pani Iwonka z warzywniaka? Mąż ją najpierw wystawił „na kasie”, bo mu dzienne obroty zwiększyła trzykrotnie. Kiedy biuściasta, jasnowłosa i zielonooka pani Iwonka obsługiwała, panowie ustawiali się w kolejce po ziemniaki i pieczarki, a panie – z ciekawości, ale i sympatii – po włoszczyznę i szparagi. Pani Iwonka w zieleninie to był widok przyjemny dla oka. Ale przebrała się miarka, kiedy jeden klient zaczął po malinowe przychodzić nie raz, a kilka razy dziennie (czas wolny mu pozwalał, bo facet był od niepamiętnych czasów niepracujący). Zjawiła się w końcu małżonka delikwenta i oznajmiła mężowi Iwonki, że tak nie może być, że obsługa sklepu powinna wyglądać jak normalny człowiek, a nie Marylin Monroe dla ubogich, bo to tylko odwraca uwagę i  prowokuje u Bogu ducha winnych mężczyzn chęć jakiegoś romansu. Panią Iwonkę przerzucono do pracy biurowej przy zamówieniach, czym – jestem pewna znając jej miłość do warzyw, owoców i ludzi w ogóle – pogrzebano na amen radość z pracy i pasję do tego, niełatwego zawodu.

urodziwi to maja trudniej

Teraz w warzywniaku wita nas rozkojarzonym, bezzębnym uśmiechem pan Wiesio, teść Iwonki. Kasę liczyć umie, ale pomidorów już tak nie wybierze, kalafiorowi liści to nawet nie oberwie i nie zapyta współczująco: Czy małej już katar przeszedł?. Mała, czy pies, czy sąsiad z góry – wszystko mu jedno.

Albo nawet ten Krystian, jedyny facet w mojej grupie na studiach i jeden z siedmiu na roku. No fakt, przystojny był: wysoki, kędzierzawy, patrzył niebieskim, rozmarzonym wzrokiem. Typ – „wyzwanie dla cierpliwych”, bez dwóch zdań. Ale co on miał za życie na tym babskim (filologia) wydziale. Egzaminy ustne Krystiana trwały godzinę, półtorej, podczas gdy my – dziewczyny otrzymywałyśmy na odpowiedź maksymalnie 15 minut. No i Krystian do egzaminu musiał być przygotowany. W przeciwnym wypadku pani profesor od fonetyki zapraszała go na poprawkowy do swojego gabinetu, na małe tête-à-tête. Inne wykładowczynie ewentualne braki w wiedzy Krystiana traktowały z pobłażliwym uśmiechem, stawiając w indeksie naciąganą do granic możliwości czwórkę z minusem.  Inaczej reagowali panowie. Wykładowy wysłuchując z bólem serca nieskładnego bełkotu, wzdychali głęboko („no trudno nie możesz pan mieć wszystkiego”) i kreślili niewyraźną trójkę.

My, koleżanki nie byłyśmy lepsze. Krystiana wystawiałyśmy bezwzględnie na pierwszą linię negocjacji w sprawie przełożenia kolokwium, skrócenia zajęć, zmiany tematu, na taki, który da się w całości przegadać. Urok osobisty i to niebieskie spojrzenie działały niezawodnie.

Urodziwi to mają zdecydowanie trudniej. Więcej się od nich wymaga, częściej odsuwa się ich na dystans. Nie wierzcie w bajki. Kochajcie swoją przeciętność.


Lifestyle

„Moja dusza lubi domowy, dwudaniowy obiad o stałej porze i przewidywalność zdarzeń”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 lipca 2016
Fot. iStock/wundervisuals

– Ty to masz starą duszę – powiedziała M., przerywając mi jakiś niezbyt ważny wątek w połowie filiżanki herbaty. Choć nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, poczułam, że trafiła w sedno. I nie chodzi tu tylko o tę moją bransoletkę z drobnych, sztucznych perełek, która nic a nic już tu nie pasuje, do tego prędkiego życia, do szybkiej kawy w tekturowym kubku i przekleństwa, kiedy ktoś zajedzie ci drogę. Ci, co mają stare dusze są inni „tam, w środku” i czasem bywa im z tym ciężko, a czasem wyjątkowo dobrze. Kto by to zrozumiał?

Weźmy na przykład taki pośpiech: codzienny, zwyczajny. Nie kocham pośpiechu. Pośpiech mnie męczy, zabiera mi oddech i radość ze spotkania na które biegnę, gubiąc po drodze wszystkie ważne słowa, starannie ułożone nieco wcześniej. Tak, rzadko kiedy wybieram niefrasobliwą improwizację, lubię być przygotowana kiedy zaraz spotkam KOGOŚ WAŻNEGO (dla mnie). Nie zawsze potrafię odrzucić, oddzielić, wyrzucić z siebie to dziwne, nieprzyjemne uczucie w żołądku, niepokój w głowie: nerwy. Dlatego moja niespieszność mnie ubezpiecza. Lubię mieć poczucie, że panuję nad czasem, że zdążę, że definiuje mnie moja słowność. Zawstydza mnie spóźnianie się i szukanie dla siebie usprawiedliwień dalekich od rzeczywistości.

A co do słów w ogóle, to nie umiem naturalnie i z wdziękiem zakląć. Nie umiem, po prostu. Choćby nawet pierwsza połowa wyrazu wyszła mi całkiem przekonująco, to ta druga niknie gdzieś w przestrzeni psując efekt. Nie czuję tego, przyznaję. I drażnią mnie przekleństwa w filmach, wprawiają w takie dziwne zakłopotanie. To już zbyt bardzo „old-fashion”, prawda?

Bywam więźniem swoich emocji, bo tłumię to, co powinno zostać wykrzyczane. Delikatność i wycofanie nie często idą w parze z życiowymi sukcesami, nie poprawiają na plus związkowych statystyk. Stare dusze nie mają lekko tam, gdzie o swoje trzeba bić się rozpychając łokciami. A w miłości czasem tak właśnie trzeba, więc tam zdarza nam się przegrywać.

Zachwycam się klasyczną urodą Audrey Hepburn i drażni mnie podziw dla aktorek, których wygląd moja babcia nazwałaby „pospolitym”.

Przyznaję, nie znam się na modzie. Nie eksperymentuję z kolorami, nie rozróżniam stylizacji od projektantów, ani znanych marek. Lubię swoją szafę i nie miewam dylematów: „co by tu zmienić?”. Te moje przewidywalne koszulki z wstawkami z koronki i jeden krój spodni, te dwie „małe czarne” wprawiają moją przyjaciółkę w melancholię. – Może pójdziemy razem na zakupy? – zaproponowała kiedyś z nadzieją. Poszłyśmy. Wróciłam do domu z jeszcze jedną parą prostych, klasycznych dżinsów. Dobrze mi z tym było, swobodnie. A może po prostu brak mi odwagi, a zasłaniam się jakąś wymyśloną życiową filozofią? W obu przypadkach zupełnie mi to nie przeszkadza.

Lubię i cenię rozmowy ze starszymi ludzi, kocham staranność z jaką dobierają słowa mówiąc o swojej młodości. Wyrażają się o niej tak, jakby przewracali kartki jakiejś bardzo ważnej, ukochanej powieści. Dotyka mnie i mocno przenika ta ich wrażliwość i szacunek dla przeżytego już życia, dla doświadczeń przeszłości, niezależnie od tego, czy były dobre, czy trudne i smutne. Nie umiem kończyć tych rozmów, bo czuję podskórnie, że dla nich są jeszcze ważniejsze niż dla mnie. Tak trudno wyjść taktownie z tej ich intymności i wspomnień.

Oglądam stare teatry telewizji i amerykańskie musicale, te w których tańczą Gene Kelly i Fred Aster. Wzruszają mnie niedopowiedzenia i delikatność z jaką pokazywane są tam rodzące się między głównymi bohaterami uczucia. Nie mam pewności, czy jeszcze kogoś to stare kino i ten klasyczny teatr ciągle zachwyca, ale wcale mi nie przeszkadza ten rodzaj samotności.

Moja dusza urodziła się pewnie ze 100 lat temu i trudno jej się czasem odnaleźć. Moja dusza lubi domowy, dwudaniowy obiad o stałej porze i przewidywalność zdarzeń. Mojej duszy trudno znaleźć drugą podobną duszę, której także wszystkie te rzeczy dają poczucie bezpieczeństwa. Kto czuje tak, jak ja?