Lifestyle

„Rodzicu, ja jestem po tej samej stronie co ty. Nie walcz ze mną w tym roku”. List nauczycielki

Listy do redakcji
Listy do redakcji
28 sierpnia 2017
Fot. iStock/FangXiaNuo
 

„Po dwóch miesiącach wracasz do pracy i jeszcze narzekasz, no proszę cię” – mówi znajoma, a mi się nóż w kieszeni otwiera. Bo nauczyciel to zawód do bicia, pogardzania i wyliczania, ile to my nie mamy wolnego czasu. To weź zostań nauczycielem, skoro tak ci żal dwóch miesięcy wakacji, dwóch tygodni ferii i przerwy świątecznej. Może wtedy przekonasz się, jak naprawdę wygląda ta praca.

Boli mnie, że nauczyciele są nieszanowani, że nie stanowią dla nikogo – dla dzieci, a tym bardziej dla rodziców żadnego autorytetu. Powiesz: „Sami jesteście sobie winni” i pewnie będzie w tym dużo racji. Bo my nie umiemy walczyć o swoje, nie umiemy się zsolidaryzować, mówić jednym głosem. Czyhamy tylko na potknięcia koleżanki czy kolegi z pracy, żeby móc zabrać jej nadgodziny. A gdy ktoś się wychyla i robi za dużo – szczerze nienawidzimy.

Mam koleżankę w pracy. Uczy klasy I-III. Bez rodziny, dzieci, całkowicie oddana szkole i dzieciom. Jej klasa jest najpiękniejsza, jej dzieci mają najwięcej zajęć dodatkowych, bo ona kocha to co robi – to po pierwsze, a po drugie – ma na to czas. Inne koleżanki, te starsze stażem, patrzą na nią z pogardą. Że po co i na co i jak tak można. Solą w oku im jest, bo pokazuje, jak niewiele one z siebie dają.

I zgadzam się, że są nauczyciele, którzy dosyć mają swojej pracy i wcale im się nie dziwię.

Wyobraź sobie. Wstajesz rano, pakujesz książki pod pachę i lecisz do pracy. Już od wejścia ktoś coś od ciebie chce: „A proszę pani on mnie popchnął”, „A proszę pani, ja zapomniałam zeszytu”, „A proszę pani, ile jeszcze do dzwonka”. Wpadasz do pokoju nauczycielskiego, tam same zblazowane miny – wiadomo początek roku szkolnego. Nikt nie pała radością na spotkanie z codziennymi obowiązkami. Zaczynam o ósmej. Lekcja – 28 uczniów, przerwa – dyżur, lekcja 29 uczniów, przerwa – dyżur, lekcja 26 uczniów, przerwa – dyżur, lekcja – 28 uczniów, przerwa – dyżur. Koniec. Przez cztery godziny nie mam kiedy – iść do toalety, wpić kawy, herbaty, zjeść cokolwiek. Nie mogę, bo na chwilę nie spuszczam dzieci z oczu. Na przerwę przychodzą rodzice i obserwują, czy przypadkiem jedna z drugą nauczycielka nie plotkuje, a dzieci – hulaj dusza piekła nie ma. Nie mogę wyjść z klasy, bo jeśli coś się stanie, będę odpowiadać przed sądem. Koleżanka stroiła z dziećmi choinkę. A w tym czasie druga grupa dzieci miała próbę do szkolnych jasełek. Otworzyła szeroko drzwi i wyszła sprawdzić na kilka sekund, czy odpowiednia osoba akurat śpiewa… W tym czasie dziewczynka włożyła lampki do kontaktu i poraził ją prąd…

Innej na lekcji gimnazjalistka mówi, że boli ją głowa. Dzwoni do matki, ta, że córka może iść do domu, bo w domu jest ojciec. Jest ta z bólem głowy i pozostałych 26 uczniów, którym, jak tylko spuści ich z oka, różne rzeczy mogą przyjść do głowy. Więc wypuszcza gimnazjalistkę samą, w głowie powtarzając: „To tylko ból, głowy, w domu czeka już na nią ojciec”. Dziewczynę spod bloku zabiera karetka, bo traci przytomność, bo nałykała się tabletek. Gdyby zemdlała na terenie szkoły – nauczycielka i dyrektor stają przed sądem.

Po czterech godzinach pracy masz głowę tak ciężką, że ledwo ją dźwigasz. Bo starasz się, żeby lekcje dla uczniów były atrakcyjne, by się nie nudzili, zaciekawili, a uwierz, to nie jest proste. Spróbuj zebrać 20-tu kolegów twojego syna i ich zaciekawić wywodem na temat wejścia wojsk radzieckich do Polski albo deklinacją. Spróbuj. Tak, wiem, co powiesz: „Nie musiałaś zostawać nauczycielem”. Fakt, nie musiałam, ale chciałam. Dzisiaj żałuję, wiesz dlaczego, bo pomimo mojej miłości, pasji do tej pracy, pomimo poczucia misji, każdego dnia mam podcinane skrzydła:

– przez biurokrację – myślałam: zostanę nauczycielem, będę uczyć dzieciaki, będę mogła im przekazać tak wiele ważnych rzeczy, tymczasem tonę w stosie papierów do wypełnienia, oczekiwań ministerstwa, kuratorium i własnej dyrekcji. Wiesz, ile razy podczas lekcji muszę powtórzyć słowo „cel”? „Celem naszej lekcji jest…”, „Nasz cel na dzisiaj to…” – mnóstwo razy, żeby dzieciom to słowo zakodowało się w głowie tak mocno, by na teście oceny szkoły właśnie je zaznaczyły. Nie muszą rozumieć, ważne, że zaznaczą – co jest istotą lekcji – jeśli w a), b) lub c) pojawi się „cel” tę odpowiedź właśnie mają wskazać, bo to ważne dla mojego dyrektora.

– przez brak wsparcia samokształcenia – nauczyciel kształci się całe życie, oczywiście ten, który chce. Kończy kursy, szkolenia studia podyplomowe najczęściej za własne pieniądze, żeby dowiedzieć się po kilku latach, że właśnie od dziś jego kwalifikacje są niewystarczające, choć zapewniano cię, że właśnie z tą podyplomówką, to nawet do 2020 roku pracować będziesz mógł. Nic z tego, przyjdzie kolejna władza i znowu coś zmieni.

– przez innych nauczycieli, tych, którym się nie chce, którzy tylko krytykują, a ze słów których wybrzmiewa (oczywiście nie wprost), że oni by to zrobili lepiej, tyle, że oni nic nie robią.

– przez rodziców – którzy wpadają pełni oburzenia do szkoły, że jak to śmiałam zwrócić uwagę jego dziecku. „Proszę pani, ale moja córka w domu jest grzeczna, to niemożliwe, że ona się tak do pani odezwała”. Ile razy to słyszałam, ile razy słyszałam od rodzica, że jestem kretynką, nierobem i złym człowiekiem, bo przecież tylko tym życzy się, żeby cudze dzieci uczyły.

Drogi rodzicu, twoje dziecko za chwilę wróci do szkoły. Za chwilę usiądzie w klasie, a ja stanę naprzeciwko. Ja, która chce dobrze dla twojego dziecka, która chce go nauczyć, chce, by coś zrozumiało. Nie wymagam, że ma mnie kochać, podziwiać i ślepo słuchać. Szczerze wolałabym, żeby umiało ze mną podyskutować, ale na mądre argumenty, na uzasadnione wątpliwości. Ale nie dla zasady: nie, bo nie, bo pani jest głupia, bo rodzice tak w domu mówią o szkole i nauczycielach. Jedyne czego oczekuję od twojego dziecka i od ciebie to szacunku. I nie jakiegoś wyjątkowego, tylko zwykłego poszanowanie, że ja też jestem człowiekiem. Że też mam prawo do błędów, jak każdy. Że rozumiem, że ty chcesz dla swojego dziecka jak najlepiej i nigdy tego nie zaneguję, jeśli prowadzone jest mądrze i z dużym zrozumieniem. Rodzicu, ja jestem po tej samej stronie co ty. Nie walcz ze mną w tym roku. Proszę. Spróbujmy chociaż działać wspólnie. Bez poczucia krzywdy czy niesprawiedliwości żadnej ze stron.

Nie wpadaj oburzony w trakcie lekcji wyciągając mnie z klasy, za którą jestem odpowiedzialna. Ja nie dzwonię do twojej pracy informując, że twoja córka czy syn przeszkadzają mi w prowadzeniu lekcji. To jest mój problem. Ja go muszę rozwiązać. Bo jeśli nie podołam, to kim będę w twoich oczach? Kolejną, która zostaje nauczycielem tylko dlatego, że w perspektywie ma tyle czasu wolnego?

Pracuję 16 lat, dostaję dwa tysiące złotych wynagrodzenia. Za co? Za to, że uczę twoje dziecko. Za to, że ponoszę odpowiedzialność za wychowanie twojego dziecka, pośrednio też za to, jakim człowiekiem będzie. Kiedy ja popełnię błąd – ty jesteś od razu pełen pretensji i roszczeń. A co, kiedy ty popełniasz błąd, kiedy twoje dziecko nie jest wcale takim, jakim go sobie próbujesz wyobrazić? Czy wchodzę z butami do twojego domu krzycząc, że jesteś niekompetentnym rodzicem?

Postaw się po mojej stronie. Spójrz choć przez chwilę moimi oczami. Oczami, które widzą twoje dziecko na tle grupy, wśród rówieśników, które znają jego mocne jak i słabe strony. Znam twoje dziecko, nie chcę go skrzywdzić. Chcę pracować bez ciągłej potrzeby bycia ocenianą przez dyrekcję, innych nauczycieli, komisje i w końcu rodziców. Pozwólcie mi pracować najlepiej, jak potrafię. Bo kocham tę pracę, bo inaczej nigdy nie zostałabym nauczycielem. Bo kocham dzieci i widzę w każdym z nich ogromny potencjał. Farmazony. Jasne. Możesz tak myśleć. Wiedz jedno. Ja już jestem w szkole, czekam na twoje dziecko, z nikłą nadzieją, że coś się zmieni. Ale gdybyś zmienił swoje nastawienie chociaż ty jeden. To dla mnie byłoby bardzo dużo.


Lifestyle

Masz dosyć „Despacito”? Hit tegorocznych wakacji śpiewają nawet w „Ulicy Sezamkowej”!

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
29 sierpnia 2017
fot. screen z You Tube/ Sesame Street
 

Hitem tegorocznych wakacji bez wątpienia był utwór „Despacito” – nawet jeśli świadomie i dobrowolnie nie włączyliśmy tej piosenki, trudno było jej nie słyszeć. Popularność melodii portorykańskiego piosenkarza Luisa Fonsiego zaowocowała jej nową wersją w popularnym programie dla dzieci, „Ulica Sezamkowa”.

„El Patito” to przeróbka „Despacito” z udziałem Erniego i jego ukochanej gumowej kaczki. Co znaczy „el patito”? Według bohatera „Ulicy Sezamkowej” po hiszpańsku to gumowa kaczka. Twórcy programu w bardzo zabawny sposób sparodiowali piosenkę, która zapewne ma tyle samo wrogów, co miłośników.

W klipie widzimy Erniego, który wędruje po brzegach białej, piaszczystej plaży, śpiewa serenady swojej kaczce i wymienia powody, dla których są dla siebie stworzeni. Pojawia się także Bert, który z kolejnego słuchania melodii jest wyraźnie niezadowolony.

Zobaczcie klip, ale ostrzegamy lojalnie – istnieje możliwość tego, że po wysłuchaniu utworu utknie wam w głowach i będziecie śpiewać „El Patito” do końca dnia.

Na podstawie: www.babble.com


Lifestyle

Zawsze chciałam zaglądać w ludzkie dusze… bo fryzjer, to trochę taki czarodziej

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
28 sierpnia 2017
Fot. iStock/PamelaJoeMcFarlane

Lubię chodzić do fryzjera. Nawet godzina na fotelu u „mojej” Kasi sprawia, że czuje się lepiej, że jest mi jakoś tak lżej. A poza tym, podoba mi się ten świat kolorów, różnych dziwnych nożyczek i zapachów…  Zazdroszczę Kasi talentu i tego, że umie wyczarować „nową mnie”. Ale najbardziej lubię słuchać, jak mówi o swoim zawodzie…

– Każdy fryzjer powinien być w miarę dobrym psychologiem. Tak uważam. Po pierwsze dlatego, że pracujemy w ciągłym kontakcie z ludźmi, którzy wizytę u nas często tratują jako relaks, terapię. Podstawą jest zbudowanie takiej relacji z klientem, żeby chciał do nas wracać, żeby nam ufał. Po drugie, po dziesięciu godzinach pracy dziennie (zdarza się) i słuchaniu niektórych historii sama potrzebuję terapii.

Trudne chwile

Najgorszy moment? Kiedy do salonu przyszedł mąż mojej klientki i sklął mnie za to, że namówiłam jego żonę na krótką fryzurę. Wyglądała w niej naprawdę świetnie – modnie, dużo młodziej, nowocześnie. Ale on się przestraszył, że jest za bardzo atrakcyjna dla innych. Wparował jak burza, prawie rozbił lustro przy jednym ze stanowisk…  Podbiegł i zaczął mi wygrażać. „Ty k… – krzyczał. – Ogoliłaś mi żonę jak Niemcy Żydówki w obozie”… Nie wiem co mnie wtedy uratowało. Chyba to, że trzymałam w ręku fryzjerskie nożyczki i instynktownie skierowałam je w jego stronę… Otworzył paletę z kolorami farb, wyrwał sobie ze dwa odcienie. A, i ukradł odżywkę do włosów, bardzo drogą.

Jego żona przyszła do mnie potem i przepraszała za jego zachowanie. Okazało się, że to furiat, który wszędzie szuka zaczepki. Taki typ domowego łobuza, na co dzień w krawacie, w domu „awanturujący się”. Ale przestraszyłam się. No i straciłam klientkę, tę, która miała to nieszczęście być wtedy u mnie na fotelu…

Zdarza mi się „ratować” klientki z opresji, jak jedną gimnazjalistkę, która w domu zafarbowała sobie sama włosy pewną bardzo tanią farbą… Przyszła tak zapuchnięta od płaczu, że prawie nie było widać jej oczu. A na włosach, ukrytych pod czapką, zielono – bordowe ciapki. Udało się zdjąć ten fatalny wzorek, jak i grzywkę, przyciętą krzywo przed domowym lusterkiem…

Rozmowy bez końca

Historie, jakie opowiadają mi klientki to sytuacje, jakie zdarzają się każdej z nas. Kłótnia z mężem, kłopoty z dorastającymi dziećmi, z teściową… To są takie tematy, które sprawiają, że rozmowa sama się toczy. Oczywiście, czasem na fotelu siadają mniejsze, czasem większe „gaduły”, ale myślę, że potrafię je „otworzyć”, stworzyć dobrą atmosferę, sprawić, by czuły się u mnie swobodnie. Sama też szukam takich miejsc, (staram się nigdy siebie nie czesać), w których po prostu dobrze się czuję.

Ale zdarza się i tak, że od klientki nie usłyszę nic, prócz: „proszę zrobić tak, jak na tym zdjęciu w telefonie”. I tu jest najtrudniej, bo okazuje się, że modelka ze stockowego zdjęcia ma albo zupełnie innym typ włosów, inny typ urody, inny wiek… No i ja tą fryzurą piękna nie wyczaruję…  Staram się wtedy delikatnie tłumaczyć, daję inne propozycje, podsuwam lepsze, moim zdaniem rozwiązania, ale klientka upiera się, że chce „tak i koniec”. Efekt bywa różny i nie zawsze jestem zadowolona z wykonanej pracy, bo mam poczucie, że „nie jest dobrze”.

Raz, czy dwa odmówiłam usługi. W obu przypadkach chodziło o trwałą ondulację, a panie miały tak zniszczone włosy, że przestępstwem byłoby poddawać je temu zabiegowi. Oczywiście, zaproponowałam intensywne odżywienie, radykalne  podcięcie włosów. Ale moja propozycja nie spotkała się z aprobatą 🙂 .  Panie poszły zapewne gdzie indziej i dostały to, o czym marzyły.

I pamiętam jeszcze taką historię, kiedy czesałam mamę i pannę młodą do ceremonii ślubnej. Panie kłóciły się przez bite dwie godziny, na przemian to płacząc, to krzycząc na siebie. Na koniec padły sobie w ramiona i szlochały dobre dwadzieścia minut. Potem poszły zrobić sobie jeszcze raz makijaż do salonu kosmetycznego obok, bo oczywiście wszystko spłynęło. Byłam po wszystkim tak wykończona, że usiadłam na podłodze i sama się rozpłakałam. W życiu nie przyjęłam na siebie tylu, tak intensywnych emocji.

Rozczarowanie

Pierwsze przyszło bardzo szybko, podczas praktyk w tzw. „zakładach”. Mówię tak o salonach fryzjerskich, w których czas się zatrzymał. Prowadzi je ta sama osoba od kilkudziesięciu lat i od kilkudziesięciu lat czesze wszystkich tak samo. W jednym z takich miejsc uczyłam się zawodu. Tzn. chciałam się uczyć, a wolno mi było jedynie kawę parzyć, bo ówczesna szefowa nie chciała za bardzo dzielić się wiedzą. Teraz myślę, że z korzyścią dla mnie. Nigdy nie zapomnę jednorazowych papierków do trwałej, suszonych z oszczędności, na brudnym kaloryferze i rozcieńczanych wodą farb. I poplamionego fartuszka, który kojarzył się bardziej z mięsnym sklepem, niż z profesjonalnym salonem fryzjerskim.

Dziś rozczarowują mnie czasem właściwie tylko stażyści, jeśli nie mają energii, nie chcą się uczyć, nie mają w sobie pasji ani miłości do zawodu. Bo ten zawód trzeba kochać, trzeba lubić stale się dokształcać, dowiadywać. Trzeba chcieć tworzyć  – czasem coś wyjątkowego, a czasem bardzo zwykłego, ale bardzo dobrej jakości. Ja już jako mała dziewczynka układałam włosy – najpierw swoim lalkom, potem koleżankom na koloniach. I myślę, że wciąż wiele z tej małej dziewczynki w sobie mam.

Bywa bardzo ciężko. Sama miewam takie dni, że nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Ale wydaje mi się, że mam takie szczęście do ludzi, że zaraz zjawia się ktoś, z kim warto wejść w kontakt, zagadać. I dzień staje się lepszy. Bolą nogi (żylaki to po dziesięciu latach pracy norma), boli kręgosłup, ale nadal się chce zobaczyć uśmiech na czyjejś twarzy, może nawet na chwilę zmienić czyjeś życie. Zawsze chciałam zaglądać w ludzkie dusze, dziś wkradam się w nie za pomocą nożyczek.  Bo fryzjer, to trochę taki czarodziej…


Kasia pracuje jako fryzjerka 18 lat, a od dwóch  z powodzeniem prowadzi salon fryzjerski na warszawskim Ursynowie. W wolnych chwilach uczy się języków i czyta kryminały. Ma syna.


Zobacz także

Czy to tylko seks, czy to jest kochanie. Czego się dowiesz, gdy jesteś z nim naprawdę blisko

ks. Jan Kaczkowski 1977 - 2016

Umarł ksiądz od umierania. Życie pełne jest paradoksów… Zmarł ks. Jan Kaczkowski

List do teściowej

„Zamiast mówić mu, że jest mężczyzną twojego życia, powiedz mu w końcu, że jesteś z niego dumna”. List do teściowej