Lifestyle

Pracuje w szkole od 20 lat. Kiedyś to lubił, dziś czuje się jak śmieć, którego nikt nie zauważa

Poli Ann
Poli Ann
1 września 2021
fot. jeffbergen/iStock
 

Adam pracuje w szkole od dwudziestu lat. Nie jako nauczyciel, jednak jego praca jest nie mniej ważna od nauczania. Zatrudniony jest w obsłudze. Odpowiada za porządek, sprawne wpuszczanie dzieci do szkoły, odbieranie że świetlicy, pomoc przy najmłodszych, a w wolnej chwili naprawia to, co się zepsuje. A że w szkole zawsze brakuje pieniędzy na nowe to na wszystkie sposoby stara się ratować meble i sprzęty. Jest trochę jak Pan Kleks, który leczy chore przedmioty. Te, które są stare i te, które krnąbrna młodzież beztrosko niszczy. Tych drugich jest niestety o wiele więcej.


Nie jest to łatwa praca – fizycznie wyczerpująca, zmianowa, bo Adam pracuje w wielkim zespole szkół, do którego uczęszcza ponad tysiąc uczniów. Hałas, harmider, bałagan, porozrzucane buty, kurtki, czapki, worki, plecaki – to jego codzienność. Pracuje tu dwie dekady i przerażony jest tym, co widzi każdego kolejnego roku.

Kiedyś to przynajmniej mówiono mu „dzień dobry”, „dziękuję” i „do widzenia”. Dziś co dwudziesty uczeń mu się kłania, co dziesiąty coś burknie. Zdecydowana większość go lekceważy, przecież to tylko jakiś woźny, układa rozrzucone rzeczy, myje okna, chodzi ze śrubokrętem czy wózkiem do sprzątania. Rodzice w pędzie też go nie zauważają, nauczyciele bardzo różnie. Jedni zapytają co tam słychać, uśmiechną się, inni wpadają na dyżurkę z pretensjami, że coś jest niegotowe, niedoczyszczone lub się zapodziało.

Adam i reszta obsługi niczym duchy pracują w trakcie przerw, by dzieciaki i nauczyciele wyszli na czysty korytarz, by roztargnieni odnaleźli zgubione rzeczy, by w szkole było bezpiecznie i przyjemnie. Adam lubił swoją pracę, dziś już mniej chętnie do niej chodzi. Czuje się jak śmieć, którego nikt nie zauważa.

Niewielu kolegów z pracy docenia jego wysiłek. Pani Beatka od polskiego zauważy gdy w jej sali odmaluje ściany w wakacje, pan Władek zagadnie o sport, pani Magda od geografii podziękuje, gdy jej pomoże przenieść mapy i globusy. Inni nie mówią nic tak jakby uważali, że im się to należy. A Adamowi nie chodzi o czerwony dywan ani ukłony, wystarczy przecież uśmiech i miłe „dziękuję”.

Już nawet raz chciał zmienić pracę. Skończył technikum, musiał iść do pracy, by odciążyć chorą mamę. Jednak bez praktyki nie mógł liczyć na większe pieniądze, a w dużym mieście bez samochodu odległość do miejsca pracy ma znaczenie. Szkoła jest blisko, przeżył różnych dyrektorów, zawsze jakoś dawał radę. Pandemia uświadomiła mu, jak niewiele warta jest jego praca. Dzieci z oddziałów przedszkolnych były w placówce niemal cały czas, młodsze klasy hybrydowo. Sprzątania może było mniej, ale zamiast tego mierzył dzieciom temperaturę, użerał się z rodzicami, chcącymi wejść na teren szkoły i tymi, którzy maseczki nie nosili. Od dziecka chorujący na astmę był w pierwszej linii narażenia na zakażenie covidem. Miał bezpośredni kontakt z dziećmi i rodzicami. Gdy szczepiono nauczycieli, zarówno tych uczących stacjonarnie jak i zdalnie, liczył na to, że obsługa szkoły też szybko znajdzie się w tym gronie. Przeliczył się. Musiał czekać na swoją kolej, według peselu.

– Weź zwolnienie – mówię mu, gdy wiem, że wraca do domu padnięty po pracy w okrojonym składzie, wykonując obowiązki za trzy osoby.
– Nie – zapiera się dumnie.
– Wykończysz się – próbuję.
– Jeśli tak zrobię to gdy będzie trzeba kogoś zwolnić, ja będę pierwszy – odpowiada smutno. – Dyrekcja za mną nie przepada, nie wchodzę w żadne układy, nie podlizuję się, mówię, co myślę. Nie raz za to oberwałem.

Myślę sobie: a może jest zbyt wygodny na zmianę pracy, ale dowiaduję się, że z jego astmą nie wszędzie może pracować. Mieszka z mamą, którą się opiekuje, musi być blisko. Póki co nie założył rodziny. „Mój chłopak – woźny” niezbyt modnie brzmi. Adam ma za sobą kilkuletni związek, nie wyszło im, bo wstydziła się takiego narzeczonego rodzinie pokazać. Sparzył się więc i nie szuka. W domu po pracy czyta, fotografuje, gotuje, opiekuje się mamą, psem i trzema kotami. Lubi historię i politykę, niejednego by zagiął swoją wiedzą. Jest wycofany, nie lubi ludzi, gdyż obcując z nimi każdego dnia przekonuje się, że chyba woli zwierzęta.

Kochający młodzież odczuwa nią duże rozczarowanie. Dzieciaki z reguły traktują go jak służbę. Kiedyś jeden trzecioklasista wyrzucił ogryzek jabłka na podłogę, Adam zwrócił mu uwagę i usłyszał, że przecież on tu od tego jest i że jego tata płaci na jego pensję. Gdy odpalił „podziękowania dla tatusia” następnego dnia był już na dywaniku u dyrektora. Nie stać go było na dumne „ja wysiadam” , mama akurat była po operacji i potrzebowała intensywnej rehabilitacji, którą syn musiał jej opłacić. Wbrew sobie zatem przeprosił, tracąc szacunek do rodziców dzieciaka i samego siebie.

Na nowy rok szkolny nie czeka już z niecierpliwością. Jednak wczoraj jak zwykle wykonywał swoje obowiązki, gdy pani Magda przybiegła mu podziękować za pomalowanie magazynku na mapy i naprawienie stojaków. Gdy tylko się uśmiechnął, powiedziała:
– Panie Adamie przecież ja mogę pracować dzięki Wam. Mam czystą salę, ławki, okna, naprawione zawiasy od szafek. Teraz porządek w magazynku. Ułatwił mi pan pracę. Bez pana byłoby trudniej – uśmiechnęła się i poleciała dalej, bo ktoś właśnie ją wolał.
Nie odpowiedział nic, chyba go zatkało. A szkoda. Młoda kobieta zwykłą życzliwością zrobiła mu dzień. Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś podarował mu uśmiech.


Lifestyle

Każdą życie przeorało, doświadczyło i nauczyło pokory. To, co przeszły, było przecież po coś. Po to, by pojęły, że szczęścia trzeba się nauczyć

Poli Ann
Poli Ann
8 września 2021
fot. Constantinis/iStock
 

Beata kilka dni temu skończyła czterdzieści jeden lat. Kolejną wiosnę świętowała w dobrze sobie znanym ścisłym gronie. Cztery przyjaciółki i ona, znające się jak łyse konie. Razem studiowały i mieszkały. Śmiały się, płakały, zakochiwały, rozstawały. Przez jakiś czas nierozłączne, ale nadal w dużej zażyłości, gdy ułożyły sobie życia osobno.


Najmłodsza Laura, trzydzieści osiem lat, najstarsza Dorota- czterdzieści trzy na liczniku. Dziewczyny wykształcone, aktywne zawodowo, matki, żony i rozwódki. Każdą życie przeorało, doświadczyło i nauczyło pokory. Jednak one dalej z uśmiechem idą dziarsko i się nie poddają.

Laura trzy razy poroniła. Jej małżeństwo zawisło na włosku, gdy męża zaczęła traktować jak reproduktora i gdy, wrzeszcząc, zaczęła żądać rozwodu skoro do niczego się nie nadaje i ciąży donosić nie umie. Dopiero czwarta ciąża, zagrożona, dała jej upragnioną córeczkę i uratowała związek. I ją samą.

Kaśka trafiła na męża socjopatę, przeszła ciężką depresję i jeszcze cięższy rozwód. Wyśmiewana, manipulowana, skomląca o uwagę toksyka, traktującego ją jak szmacianą lalkę i wyżywającego się na niej do woli. Była workiem treningowym, śmieciem, zabawką, boginią. Dzięki dziewczynom dziś wstaje na nogi, skupia na sobie, cieszy się wolnością. Póki co jest szczęśliwa sama ze sobą i w końcu zasypia spokojnie.

Beata była mobbingowana w pracy do tego stopnia, że tylko pomyślawszy o szefowej dostawała ataków paniki. Trwała w tym układzie kilka lat. Przecież jest taka ambitna. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że czuje się jak wyczerpana bateria, że boi się iść do biura, nie śpi, nie je i nie kontroluje oddechu gdy przełożona jest w pobliżu. Nawet nie wie, która już zniewaga otworzyła jej oczy i znalazła siłę, by wielką karierę porzucić dla spokoju ducha. Z pożytkiem dla niej samej i rodziny.

Anita ma za sobą walkę z nowotworem. Zna smak chemioterapii i radioterapii, wypadające włosy, torsje, słabość taką, że nie ma się siły wstać. Wygrała. Póki co jeden zero dla niej. I życie stojące otworem.

Dorota w pożarze domu kilka lat temu straciła cały dorobek życia. Poznała prawdziwą przyjaźń, kiedy była w finansowym i emocjonalnym dołku. Gdy nie miała mebli, ubrań, książek. Gdy nie umiała powiedzieć dzieciom, gdzie jutro będą spali. Zahartowała się, choć niejedną noc bezgłośnie wyła w poduszkę. Obecnie z dumą budują z mężem nowy dom odzyskując siebie kawałek po kawałku i dając dzieciom poczucie bezpieczeństwa.

Choć każda z nich ma swoje demony i przeżyte traumy, to uśmiechają się do losu. Gdyby nie te tragedie nie byłyby tu, gdzie są dziś. Dzielnie niosą swój bagaż doświadczeń, zostawiły w nim siłę, wiarę w siebie, upór. Wyrzuciły słabości i negatywne myślenie.

Każda ma pracę, czuje się niezależna i bezpieczna finansowo. Nie chodzi o trzy auta w garażu, markowe torebki czy wakacje na egzotycznej wyspie. Starcza im na przyzwoite życie, na potrzeby rodziny, a gdy wyskoczą do hotelu jak teraz nie myślą, czy na koniec miesiąca na koncie będzie debet.

Jest pokora, doświadczenie, ale i pewność siebie. Jest spokój w głowie, dojrzałość i przekonanie, że sobie poradzą. Nie chciałyby znów mieć dwudziestu lat, by przechodzić przez te zawody, rozczarowania, chichoty losu. Ile te młode dziewczyny mają jeszcze przed sobą nauki, pochylania głowy, posypywania jej popiołem, wyciągania wniosków, ocierania łez, nieprzespanych nocy? O nie. Limit w przypadku tych pięciu jest już wyczerpany.

Beata dziś ma w końcu czas dla siebie,  stać ją na zdrowy egoizm, piętnastoletnia córka wspiera jej wybory, robi z nią zakupy i ogląda seriale na Netflixie. Beata zmieniła pracę, zdecydowała się pracować na własny rachunek i z hobby uczynić swój zawód. Nie ma nad sobą toksycznej szefowej, punktującej za każdy źle wykonany oddech. Sama oddycha pełną piersią na swoich warunkach. Nie boi się rozmawiać z ludźmi, walczyć o swoje, mówić o swoich potrzebach, pracować według swoich planów. Mąż w końcu widzi silną kobietę, a nie przestraszoną dziewczynkę drżącą, gdy tylko ktoś wchodzi do jej biura lub do niej dzwonił. Ona mu imponuje. Dba o siebie, jest aktywna fizycznie. Lubi mieć delikatny makijaż, miodowe refleksy na brązowych włosach, czerwoną hybrydę. Kocha się z mężem często, dotarli się, znają swoje wady i przywary, nauczyli się siebie na pamięć. Gdy zakładała swój biznes, on był obok i trzymał za nią kciuki. Lubią wyskoczyć gdzieś we dwójkę lub z córką. Czas spędzają ze sobą, a nie obok.

Beata widzi w lustrze nadal młodą kobietę, z drobnymi zmarszczkami wokół oczu, atrakcyjną, która wie czego chce i nie godzi się na to, czego nie chce. Jest szczęśliwa. Jak i jej cztery przyjaciółki. Dziewczyny ulepione przez szorstkie ręce losu lubią swoje odbicia w lustrze, nie walczą o to, co nieosiągalne, pogodziły się ze swoimi sylwetkami, podkreślają swoje walory. W życiu zawodowym każda z nich sporo osiągnęła, jest cenionym pracownikiem, wie co potrafi, ciągle się rozwija. I żadna z nich nie będzie przepraszać za to, że jest szczęśliwa. Nie będzie ze wstydem w oczach mówić, że siebie lubi. Powie to otwarcie i głośno.

Każda zapytana o to, jak się czuje, odpowie: „świetnie”, wywołując w otoczeniu niemałe zaskoczenie, bo przecież należałoby ponarzekać na pogodę, chłopa, szefa, korki czy dzieciaki. One zaś z uśmiechem idą w dzień. Łatwo nie jest, czasem trzeba zacisnąć dłonie w pięści i przygryźć wargi, ale w żadnym wypadku nie przestają wierzyć w siebie i swoją siłę. To, co przeszły, było przecież po coś. Po to, by pojęły, że szczęścia trzeba się nauczyć i zrozumieć, że to nie jest permanentny haj, tylko to, co właśnie sobie same zaprojektowały i noszą to szczęście uszyte na miarę z gracją i już  bez wyrzutów sumienia.


Lifestyle

Nikt nie obiecywał, że rozwód będzie prosty, ale… Mężczyzna, którego kiedyś bardzo kochała, właśnie zamienia jej życie w koszmar

Poli Ann
Poli Ann
17 sierpnia 2021
fot. baona/iStock

Beata znów nie spała całą noc. Analizowała po raz setny całą sytuację i choć naprawdę się starała to nie widziała w swoim mężu już nic, co kazałoby jej zmienić zdanie. Początki znajomości były cudowne, jak i pierwsze lata małżeństwa, ale kolejne lata przypominały już raczej wegetację. Starała się jak umiała. Prezenty bez okazji, kolacyjki, wypady gdy córkę podrzucali do jej matki tylko po to, by móc spędzić czas tylko we dwoje. Szukała dla nich wspólnego mianownika i po jakimś czasie zauważyła, że w tym duecie stara się tylko ona. Rafał nie planował weekendów, nie robił jej prezentów bez okazji. Przestał się o nią jakkolwiek starać. Była żoną, nie kobietą.

Pandemia zamknęła ich w domu na cztery spusty. Mijali się w przedpokoju, on coraz częściej zasypiał na kanapie, nie reagując na jej pytania, koronkowe koszulki i żarty. Gdy wyszło na jaw, że stracił pracę coś w niej pękło. Sytuację pogarszała jego bierność. Zamieszkał na kanapie i nie ruszał się z niej całymi dniami. Beata proponowała pomoc, lekarza, terapie. Pracowała dwa razy więcej, by utrzymać dom. Pobudka o piątej, wyjście z psem, śniadanie dla niego i córki. Szósta trzydzieści włączenie komputera i praca.

Rafał na kanapie. W międzyczasie pomoc córce, gdy tablet odmawiał jej posłuszeństwa, obiad, pranie, miliony telefonów i maili. Rafał na kanapie. Po południu spacer z psem, zakupy, praca nad nowym projektem, lekcje z córką, sprzątanie, prasowanie. Rafał na kanapie. Próba rozmowy z nim. Nieudana. Jak zawsze. Wieczorem kolacja, spacer z psem, rozmowa z córką, która pokłóciła się z koleżanką, ma trudny test lub tęskni za szkołą. Rafał na kanapie. Potem chwila dla siebie w łazience. Kolejna próba rozmowy kanapowcem, któremu bezczelnie zakłóca tylko oglądanie Netflixa. I tak w kółko. W weekendy praca, planszówki z córką, zakupy, spacery z psem. Rafał na kanapie. Kolejne próby rozmowy z mężem. Bezskuteczne.

Gdy zrobił jej awanturę o brak ciasta w niedzielę i powiedział, że nie da jej żadnych pieniędzy, bo jej odbija, uznała, że miarka się przebrała. Że ma dość skakania nad nim, proszenia, dogadzania, podejmowania prób ratowania ich związku. Umówiła się z prawnikiem, zdecydowała, że już nie chce być z Rafałem, który jest albo bierny, albo odzywa się do niej wulgarnie. By złożyć pozew musiała jednak trochę poczekać. Prawnik doradził żyć osobno na ile się da.

I zaczęło się piekło, gdy wskazała mu półkę lodówce i jego szafki w kuchni, gdy przełożyła jego ubrania do innej szafy, by wszystko było oddzielnie, gdy przestawiła swoje kosmetyki w łazience, gdy zażądała pieniędzy na czynsz i rachunki. Z sypialni nie musiała go wyrzucać. Na kanapie w salonie zapuścił chyba korzenie. Przestała go zagadywać, prosić. Nie zwracała na niego uwagi. Komunikowała się z nim tak, jak on z nią – w formie rozkazów.

Liczyła na odrobinę przyzwoitości z jego strony, a nie straszenie zabraniem dziecka, brakiem jakiekolwiek wsparcia finansowego i chęci rozmowy. Na porządku dziennym były wyzwiska, wyśmiewanie, złośliwe komentarze, grożenie alimentami. Rafał nie hamował się nawet przy dwunastoletniej córce.

Beata trwa tak od kilkunastu tygodni. Złożyła pozew, czeka na termin rozprawy. Wie, że musi w sądzie udowodnić półroczny rozpad jakichkolwiek więzi z mężem – uczuciowych, finansowych, seksualnych. Mężczyzna, którego kiedyś bardzo kochała, właśnie przemienia jej życie w koszmar, wykorzystuje jej słabe punkty i czerpie z tego satysfakcję. Bawi się jej strachem. Pokazuje swoje drugie oblicze, którego Beata nigdy wcześniej nie widziała. Wmawia dziecku, że matka jest debilką i nie chce pomóc choremu tacie, że na pewno się puszcza i go oszukuje, że jest winna tej sytuacji. Rafał żongluje uczuciami dziewczynki. Pyta, kogo mała kocha bardziej, chce Beatę pozbawić praw rodzicielskich, straszy, szantażuje, grozi. Nie chce współpracować na żadnej płaszczyźnie. Beata nie śpi po nocach, nigdzie nie rusza się bez córki, żyje w ciągłym napięciu. Nikt nie obiecywał, że rozwód będzie prosty, ale nie spodziewała się, że tak koszmarnie będzie wyglądał koniec jej małżeństwa.