Lifestyle

Portret matki lesjbiki. Macierzyństwo z in vitro

Poli Ann
Poli Ann
12 lipca 2020
Fot. iStock/SolStock
 

Piszę, bo moje myśli muszą gdzieś znaleźć ujście, a te kłębią się w obliczu ostatnich wydarzeń i aż chcą wyskoczyć mi z głowy. Pomyślałam, że może Ty je rozpowszechnisz. Tak bardzo bym chciała, by przeczytał je każdy. Po prostu każdy.

Pozwól, że pozostanę anonimowa. Powiem jedynie, że jestem szczęśliwą żoną i matką trójki zdrowych, zdolnych dzieci. Mam wielki skarb – Rodzinę. Właśnie „rodzina”… Co znaczy w dzisiejszych czasach to słowo? Oj, ostatnio żongluje się nim na lewo i prawo, czy aby świadomie? Dla mnie rodzina to kochający się ludzie, którzy wspierają się w trudnych chwilach i dzielą szczęściem, a których niekoniecznie łączą więzy pokrewieństwa, choć zapewne niektórzy językoznawcy uderzą tu na alarm, bo przecież rodzina jest powiązane z wyrazem rodzić – wydać na świat itd. Czy aby na pewno?
Ja po prostu chciałabym na łamach tego bloga opowiedzieć pewną historię z mojego życia, epizod, ale jakże ważny, który otworzył mi oczy na wiele trudnych tematów. Także tych tabu, o które tyle się kłócimy ostatnio.
Niecałe osiem lat temu wylądowałam na obserwacji w szpitalu na oddziale położniczym. Byłam wtedy w czternastym tygodniu ciąży. Złapałam grypę żołądkową. Położono mnie w dwuosobowym pokoju. Moja współlokatorka była wtedy w szóstym tygodniu ciąży. Nie była taka zwyczajną współlokatorką, tak mi się na samym początku wydawało. Dlaczego? Bo była lesbijką, na dodatek w ciąży z dzieckiem poczętym metodą in vitro. Takich kobiet nie spotka się na co dzień. A może spotyka, tylko one nie są tak otwarte? Moja współlokatorka, nazwijmy ją Kasia, po dziś jest dla mnie doskonałym przykładem tego, jak wiele Matka (celowo piszę przez wielkie „M”) może poświęcić dla swojego dziecka. I zaraz wyjaśnię Wam dlaczego.
Kasia, osoba głęboko wierząca w Boga, przez kilka lat była przykładną żoną. Długo walczyła z poczuciem, że nie jest szczęśliwa. W pewnym momencie nie dała już rady udawać sama przed sobą swojej orientacji. By być szczęśliwą odeszła od męża i oznajmiła swojej rodzinie, że jest lesbijką. To był dla nich cios. Jak to? Przecież ma męża, nikt do ślubu jej nie zmuszał. Rety, co ludzie powiedzą?! Wstyd! Ojciec przestał z nią rozmawiać, no bo o czym tu z lesbą gadać? Popieprzyło się jej w głowie.
Kasia po jakimś czasie poznała swoją dziewczynę, potem żonę. Długo walczyły o to, żeby mieć dziecko. W końcu się udało. Medycyna przyszła im z pomocą w spełnieniu marzenia. Po in vitro, żeby utrzymać ciążę trzeba brać drogi lek na receptę. Co za problem prawda? Idzie się do lekarza, wykupuje lek i bierze. Ano niekoniecznie. Kasia poszła do lekarza. Lekarz, gorliwy przeciwnik metody in vitro ze względów etycznych, odmówił wypisania recepty. Podkreślę to: lekarz odmówił ratowania życia poczętego.
Kasia trafiła do szpitala z krwotokiem krótko przed moim przyjęciem. Ze względu na krwotok z bardzo zagrożoną ciążą zalecono jej kompletny zakaz przyjmowania innej pozycji niż leżąca (a co za tym idzie także zakazem wychodzenia do toalety). Jesteście w stanie to sobie wyobrazić? Leżeć i tylko leżeć. Pytanie ile z nas by się poddało?
Przez te trzy dni dużo rozmawiałyśmy. Ja, katoliczka, heteroseksualna, konserwatywna podpytywałam z czystej ciekawości. Kasia opowiadała mi o trudnej relacji z ojcem, który dopiero po tym jak wylądowała w szpitalu znowu zaczął z nią rozmawiać. Mówiła o swojej żonie, którą zresztą miałam okazję poznać – wspaniała osoba. A także o swojej relacji z Bogiem, głębokiej wierze, ale też bezsilności względem zasad ustalonych przez szeroko pojętą instytucję Kościoła Katolickiego. Czuła się bardzo rozdarta pomiędzy potrzebą bycia szczęśliwą a byciem „porządną”, według ogólnie przyjętych zasad, katoliczką. Mówiła, że żeby jakoś się w tym wszystkim odnaleźć uczęszcza na katechezy dla osób LGBT u Dominikanów. A jednak!
Kiedy się z nią żegnałam po tych trzech dniach spędzonych razem i zapewniałam ją, że będę trzymać kciuki za jej Rodzinę myślałam, że widzimy się ostatni raz.

Ponad pół roku później, na dwa dni przed porodem, ponownie wylądowałam na patologii ciąży – nie czułam ruchów dziecka. Oczywiście po podłączeniu do KTG moja córa zaczęła się ruszać😊 Jednak mimo to zatrzymano mnie w szpitalu aż do porodu. Ale nie o tym chcę tu pisać…

Kogo tam spotkałam? Moją Kasię, wtedy chyba w trzydziestym drugim tygodniu ciąży. Dacie wiarę, że przez cały ten czas Kasia leżała plackiem na oddziale, żeby tylko jej dziecko mogło przyjść na świat? Codziennie odwiedzana przez żonę, rodzeństwo, mamę i tatę – cała najbliższą Rodzinę. Matka Lesbijka z dzieckiem poczętym z in vitro. W końcu akceptowana, kochana, zaopiekowana.
To teraz zadam pytanie: Czy ta rodzina jest gorsza? NIE JEST! Tyle MIŁOŚCI – tak przez WIELKIE „M”, ile dostało to dziecko przez okres ciąży, niektóre dzieci nie dostaną przez całe życie.
Ucząc w szkole mam okazję obserwować dzieci z domu dziecka. Spragnione miłości, wstydzące się tego, że mieszkają tam, gdzie mieszkają. Ile dyskusji wśród nauczycieli, pedagogów, psychologów, jak to zrobić, żeby te dzieci nie czuły się gorsze, żeby dać im chociaż namiastkę tej miłości, której potrzebują… Myślę, że warto się jednak zastanowić, co jest dla takiego dziecka lepsze – samotność w domu dziecka czy Matka Lesbijka, która przez całą ciążę leży plackiem, żeby jej dziecko miało szansę zobaczyć świat, żeby dać mu miłość bezwarunkową, wychować, patrzeć jak rośnie.
Jak już pisałam jestem szczęśliwą żoną i matką trójki zdrowych dzieci – tworzymy wzorcową rodzinę według wszelkich standardów konserwatywnych. Nie wstydzę się tego. Chodzę do kościoła, wierzę w Boga, dzieci moje wychowuję z wierze katolickiej.
Codziennie dziękuję Bogu, że mam taką Rodzinę. Dziękuję też za to, że nigdy nie postawił mnie przed takimi wyborami przed jakimi stanąć musiała Kasia tylko dlatego, że pokochała kobietę i pragnęła urodzić dziecko poczęte metodą in vitro. Proszę Go też o to, żeby oszczędził takich wyborów moim dzieciom. Nie dlatego, że byłyby przez nas mniej kochane czy też odrzucone. Dlatego, żeby oszczędzić im ciągłej walki o to, żeby mogły być szczęśliwe.

Lifestyle

Tylko kobiety są w stanie walczyć do utraty tchu… Współczesne gladiatorki

Poli Ann
Poli Ann
3 maja 2020
Fot. iStock/bee32
Ursa musiała stoczyć wiele walk, by zasłużyć sobie na takie miano. I je stoczyła okupując to bólem, łzami i krwią. Tak naprawdę robi to wciąż. Nadal walczy i tak będzie już do końca jej dni, bo życie Ursy to ciągła arena, a los co chwila podtyka jej przeciwników. Groźnych, walecznych i bezwzględnych. Ona sama zaś dzielnie stawia im czoła, choć nie zawsze wygrywa. 

Gdyby żyła w starożytności należałaby do niewielkiej grupy gladiatorek, bo kobiet na arenach gladiatorskich nie było wiele. Nie zawsze mogły wystąpić. Wprowadzono nawet zakaz dla płci pięknej, a jeśli już tam stanęły jej przedstawicielki, było to nielegalne. 

Ursa o żadne pozwolenie nikogo się nie pytała ani nie prosiła. Walkę zaczęła sama. Nieuzbrojona, drobnej bardzo postury, urody nieprzeciętnej, o przenikliwym spojrzeniu piwnych oczu. Z zacięciem w ich wnętrzu, zaciśniętymi wargami i pięściami, choć w środku drżała ze strachu.

Kompletna zbroja gladiatorki nie pasowałaby na kobietę z wagą młodziutkiej dziewczyny. Może w hełmie byłoby jej do twarzy z rozwianymi aż do pasa blond włosami. Może nawet by nie uniosła miecza, włóczni, kolczugi ani tarczy. Ale do walki szła dumnie, prosto, zdecydowanie. Bez żadnych wątpliwości. Bez nagolennic, sztyletu i skórzanego płaszcza. Nie była też specjalnie wyszkolona, jak to działo się z prawdziwymi gladiatorami. Szła do walki, nie dla rozrywki. To los z niej zadrwił. Dla niej nieważna była publiczność, która wzniesionym lub opuszczonym kciukiem decydowała o czymś być albo nie być. Ona sama musiała wybrać i wygrać. Jej walka toczyła się o życie. Życie jej samej i jej najbliższych. 

Walka pierwsza 

Pierwszą areną była prywatna klinika. Piękna, nowoczesna, w centrum miasta, tak inna od dostojnego i klasycznego Koloseum. To tu Ursa zaczęła toczyć pierwsze boje. Robiła badania, chodziła na konsultacje, zmieniła tryb życia i dietę stosując się do wskazówek wybitnego profesora.

Chciała tylko zostać matką. Tylko i aż. Pragnęła doświadczyć tego, co było wpisane w jej naturę. Podążała za instynktem. Los jednak wykpił to marzenie. Potraktował jak barbarzyńcę i bez żadnych pytań wystawił na arenę, by przypadkowa publiczność obserwowała, jak się miota, pada i podnosi walcząc o utraconą kobiecość.

Z areny schodziła cała, pokłuta, słaba i poraniona. Czasem mdlała, ale zawsze do kliniki wracała dumnie, uparcie wierząc w wygraną. W końcu po wielu małych i bolesnych bojach los wskazał kciuk ku górze. Miała żyć i Ursa, i mała istota, o którą tak walczyła. 

Walka druga 

W starożytności kobiety walczyły do pierwszej krwi. Ursy walka zaczęła się dopiero, gdy ta krew się pojawiła. Wtedy to wzorem gladiatorów obiecała, że nie będzie się w tym boju oszczędzać.

Znów przypadkowa publiczność, tym razem zgromadzona na arenie szpitalnej, kiedy w kałuży krwi wieziono ją na patologię ciąży. Los skierował kciuk w dół. Ona cudem przeżyła, ale dziecko straciła, a sama miała walczyć o siebie przez wiele tygodni. 

Walka trzecia 

Ponownie klinika. Zamiast włóczni, tarcz, mieczy i sztyletów, strzykawki, wzierniki, szpatułki, igły, nożyczki, wenflony. Zamiast hełmu i nagolennic, niebieska włókninowa sukienka do połowy ud.

Areną łóżko, publiką personel szpitalny, który wspiera Ursę w walce. Codziennie pokazuje jej kciuk podniesiony do góry, zagrzewa do boju przez dziewięć długich miesięcy, a ona stacza każdego dnia mniejsze lub większe bitwy o utrzymanie ciąży. I w każdy kolejny wygrany tydzień triumfuje, choć po drodze przytrafiają się i krew, i łzy. I strach, że ponownie przegra. 

Zwycięstwo odnosi pewnego ranka o wschodzie słońca, gdy w końcu zmęczona do granic możliwości trzyma w ramionach małą, bezbronną istotkę. Ociera pot z czoła i już wie, że na kolejnej arenie, gdziekolwiek ona będzie, będzie dalej dzielnie walczyć o siebie, i małą aż do utraty tchu. 

Walka czwarta 

Ursa klęczy. Z jej piersi wydobywa się wycie. Nieludzki wręcz skowyt. Gdyby żyła w starożytności, taka poza oznaczałaby poddanie się losowi i gotowość na śmierć. Ursa cierpi tak bardzo, że chciałaby zniknąć i żeby ktoś ukrócił to cierpienie wbijając jej sztylet w serce, które już i tak rozpada się na milion kawałków. 

Grudki ziemi ściska w pięściach. Twarz mokra od łez, pasma włosów przylegają do twarzy. Płacz rozmywa makijaż tworząc czarne smugi na polikach niczym barwy wojenne. Ursa z trudem nabiera powietrza. Boli ją całe ciało, choć krwi tym razem dookoła nie ma. Boli tak jakby ktoś jej przebił serce na wskroś albo wyrwał je brutalnie z jej wątłej piersi. Areną jest cmentarz, tak dobrze jej znany.

Publika stojąca niczym czarna masa milczy przerażona tym, co widzi i słyszy. Jej krzykiem, rozpaczą i nagłą śmiercią niewinnego dziecka. Nie skanduje, nie zagrzewa do walki. Przygląda się Ursie gładzącej białą malutką trumienkę i powtarzającej imię córki. Nie podnosi ani nie opuszcza kciuków. Przedstawienie się kończy, gdy publika powoli odchodzi w ciszy, a Ursa zostaje sama. Na wpół przytomną podnosi ją z ziemi jej mężczyzna, wiedząc, że to tak naprawdę początek kolejnej walki. 

Walka piąta 

Słaba, zdruzgotana, nie poddaje się nadal. Ponownie sama dumnie wkracza na znaną już sobie arenę. W klinice publiczność znów dopinguje. Gdy Ursa pada na kolana, ta ją podnosi, skandując zagrzewające do walki hasła. Gladiatorka wstaje więc sama lub z pomocą.

Ponownie poddaje się badaniom. Egzystencję dostosowuje do walki, byleby wygrać. Po drodze zalicza kilka upadków, ale dzielnie walczy z losem nie zgadzając się na jego wyroki. Pół roku trwa to widowisko. Kończy się spektakularnym zwycięstwem i łzami, tym razem ze szczęścia. 

Walka szósta 

Ursa przez jakiś czas nie walczy. Skupia się na swoim triumfie, który rozwija się w jej łonie od kilku miesięcy. W końcu przez moment odczuwa wszechobecny spokój.

Arena wzywa ją w nocy. Od razu polała się krew. W oczy ponownie zajrzał strach, ale tym razem większy, bo już wiadomo jaką może przybrać postać. Ursa zaciska pięści. Choć słaba jest gotowa do boju o tę małą cząstkę siebie tak starannie wypielęgnowaną. Nie może trzymać jej w ramionach.

Pocięta nie jest w stanie do niej nawet wstać ani jej nakarmić. Powoli zbiera siły, które odtąd będą jej potrzebne. Dziecko jest słabe, bardzo chore. Ma małe szanse na przeżycie. Zwykłe choroby, które przechodzi zdrowy noworodek, są dla małej bardzo groźne. A źle wykształcona wątroba cały czas stawia jej życie na szali. 

Walka siódma 

Ursa wciąż jest na arenie. Każdego dnia i każdej nocy. Toczy bój o życie swojego skarbu, który pojawił się na świecie zbyt wcześnie. Gdy płuca odmawiają posłuszeństwa, maszyny wyrywają małą z objęć śmierci. Dziewczynka nieświadomie na arenie walczy razem z matką. Podłączona do miliona rurek, odżywiana przez sondę, co i rusz wkładana do inkubatora. Gdy stan się pogarsza, Ursa decyduje się nie tylko oddać córce krew, ale i część swojej wątroby. Gdyby trzeba by było, bez wahania oddałaby i serce. Przecież prawdziwy gladiator winien nie oszczędzać się w walce.

Ursa więc się nie oszczędza. Walczy o każdy samodzielny oddech małej, odruch ssania. Walczy wspólnie z nią i o nią nie zważając na trudy, ból i blizny. Publika skanduje i zagrzewa ją do boju. Kciuki uniesione ku górze. Mała Wiktoria występuje z Ursą na tej arenie długie miesiące. Jest wiele momentów osłabienia. Czasem Ursa jest bardzo zmęczona, szczególnie, gdy zwycięstwo jest w zasięgu ręki, a zwykła infekcja znów ciągnie Wiktorię na drugą stronę. Nigdy nie traci jednak nadziei. Znika z areny na chwilę, by dumnie pojawić się na niej ponownie. 

Walka ósma, dziewiąta itd. 

Całe dotychczasowe życie Ursy to pasmo bojów, bitew i walk mniejszych i większych. Areny się zmieniają. Szpital, przychodnia, SOR, Centrum Wczesnego Wspomagania Rozwoju, gabinet okulistyczny, hepatologiczny, sala terapii. Każdy dzień przynosi nowe wyzwania. Najpierw, by opuścić szpital i do niego nie wracać. By jeść normalnie, a nie przez sondę. By wypróżniać się jak inne dzieci. By unosić główkę, wodzić wzrokiem za przedmiotem, reagować na bodźce, nie spinać mięśni i niwelować tiki. By zacząć siadać, potem raczkować i postawić pierwszy krok. By umieć wyartykułować pierwsze sylaby i wyrazy. By nabrać odporności na choroby. Ursa poświęca się całkowicie.

Każdego dnia jest z Wiktorią u innego specjalisty, na innej terapii i zajęciach. Nie pracuje. Swój dzień podporządkowuje rytmowi dnia córki i jej potrzebom. O sobie samej przypomina sobie kilka miesięcy temu. Korzystając z pomocy najbliższych idzie biegać do lasu. Tu wypaca stres, złe emocje i smutek. Choć zmęczona, wraca naładowania energią na kolejny dzień walki o normalność Wiktorii. 

Ursa jest współczesną gladiatorką, ale równie dobrze mogłaby przenieść się do starożytności i tam toczyć boje. Ma z tamtym wojowniczkami mnóstwo wspólnego, różnią je jedynie broń i strój. Cała reszta mimo tak odległych czasoprzestrzeni jest taka sama.

Ursa walczy o życie swoje i dziecka dla rozrywki losu, który bawi się jej kosztem i wystawia ją na próbę. Ale jak na prawdziwą gladiatorkę przystało nie oszczędza sił, walczy śmiało i dumnie, raz po raz upadając na kolana, ale wciąż idąc do zwycięstwo.