Lifestyle

„Mam trzydzieści lat i mieszkam z rodzicami. Śmiejesz się? Zapraszam, przedstawię ci moją perspektywę”

Magdalena Lis
Magdalena Lis
20 lipca 2017
Fot. iStock/martin-dm
 

Karina ma trzydzieści cztery lata. Jeszcze dziesięć lat temu przekroczenie trzydziestki jawiło jej się niczym starość. W głowie utarła sobie taką granicę – trzecią dekadę urodzin wyprawi na swoim. Pieniądze? Nie miała oszczędności, dorywczo pracowała w barach. – Nie myślałam o kasie. W grę niekoniecznie wchodziło kupno, rozważałam też wynajem. Swojego eks męża Marka poznała właśnie przy barze. – Szybki ślub, szybki rozwód. Rodzice kazali, bo córka była w drodze.

Zostań, dom jest duży

Rodzice Kariny mają duży dom. Sami zajmowali parter, młodzi urządzili się na górze. – Po dwóch latach przerwy wróciłam do pracy. Zmieniłam branżę, zostałam fryzjerką, zawsze miałam smykałkę do czesania. Mąż nie był zainteresowany rodziną, szybko się wyprowadził. Karina została. Z koleżankami z pracy swobodnie ustalała grafik, odpowiadała jej praca na popołudniową zmianę. – Tak było wygodnie. Rano ja byłam z córką, wieczorem młoda zostawała z dziadkami. Pierwsze pensje były kiepskie. Starczało na bieżące wydatki, czasem jakiś drobiazg dla małej. – Starałam się odłożyć zawsze parę groszy. Żeby było w razie’ ‘wu’, w życiu różnie się mogło zdarzyć.

Kiedy sytuacja materialna Kariny zaczęła się poprawiać, temat wyprowadzki wracał do niej niczym bumerang. – Zbliżałam się do trzydziestki, więc powinnam zabierać się za realizację planu. Najpierw bank, biuro nieruchomości, szybka kalkulacja raty kredytu. – Dużo. Te sumy przerażały.

Wygoda czyli mamo, zostaniesz z małą?

Karina doszła do wniosku, że w gruncie rzeczy dobrze jej w domu, z rodzicami. Ona robiła obiad, oni wieczorem kolację, dzielili się zakupami. Nie czuła, że żyje na ich garnuszku, bo do wszystkiego się dokładała. – Początkowo myślałam, że takie tkwienie w rodzinnym gnieździe świadczy o tym, że jestem niedojrzała. Głównym powodem dla którego Karina postanowiła zostać w domu była wygoda. – Mogłam śmiało wyskoczyć wieczorem na drinka czy do kina, bez obaw, że córką nie ma się kto zaopiekować. Mogłam spokojnie spać bez raty kredytu na głowie i kupić sobie nowe buty, bez wyrzutów sumienia. Spora suma nadal lądowała w skarbonce na tak zwaną czarną godzinę. – Były wakacje co roku, wypady do wesołego miasteczka, do zoo, kawiarnie, bajkoland. Zamiast ładować trzecią część pensji w czynsz, skupiałam się na przyjemnościach.

Grosz do grosza

Rodzice Kariny są po sześćdziesiątce. – Oboje mają niewielkie emerytury, więc w dużym stopniu to, że mieszkamy razem ratuje ich finansowo. O dom trzeba zadbać, do tego dochodzi duży ogród. Kto miałby się zająć myciem tylu okien czy koszeniem trawy? Mama Kariny często martwi się, co będzie kiedy córka zechce się wyprowadzić. – Uspokajam ich, że zostaję. Nie kłócimy się, żyjemy w zgodzie. Czasem wkurzam się na nich, kiedy chcą, żeby konsultować z nimi wszystkie decyzje, ciągle pytają gdzie, po co i z kim idę. Karina przywykła. – Dla nich wciąż jestem ukochaną małą córeczką. Mój ojciec powtarza, że mój dom jest tutaj. On nie wyobraża sobie, bym mogła mieszkać pod innym dachem.

Brak prywatności?

Od niedawna Karina ma chłopaka. To drugi poważny związek. – Wcześniej długo byłam sama, nie byłam gotowa na żadne relacje. Nowego partnera bez trudu przyprowadziła do domu. – Przedstawiłam go, posiedzieliśmy trochę razem, potem zaszyliśmy się w mojej części domu. – Czasem zostaje u mnie na noc. Rodzice nic nie mówią, mimo wieku nie są radykalni w swoich poglądach. Nigdy nie słyszałam, by byli zniesmaczeni. Prywatność? Przecież każde ma swój poziom domu. Drzwi, klatka, schody. – Przecież w bloku też ma się sąsiadów za ścianą.

Dom mieści się na obrzeżach miasta. Blisko jest przedszkole, szkoła, duży plac zabaw. – Między drzewami wisi hamak, obok stoi trampolina, mała ma tu raj na ziemi. Mam ją zabrać do ciasnego bloku? O wizytach u znajomych mówi, że ciasne mieszkania budzą w niej klaustrofobię. – Mały balkonik, wysokie trzecie piętro, strome schody. Ciągły stres, czy starczy od pierwszego do pierwszego by opłacić własne gniazdo.

Wsparcie czyli  lat nie ubywa

Karina podkreśla, że nie będzie musiała się martwić o opiekę dla rodziców, kiedy będą tego wymagali. – Całe życie dawali mi wsparcie, którego wielokrotnie potrzebowałam. Kochamy się, zapuściłam tu korzenie, o wyprowadzce już nie marzę. Dom jest zapisany na mnie, brat mieszka za granicą.

Od znajomych czasem słyszy, że się dziwią, że mimo, iż mimo, że ją stać, to siedzi ze ‘starymi’ w domu. – Ja to szanuję – podkreśla. Każdy ma prawo mieć własną wizję na życie, właściwą tylko sobie.

Piotr

Piotr w grudniu przekroczy trzydziestkę. O niczym nie marzy tak, jak o życiu na własny rachunek. Uważa, że najwyższy czas, by wyprowadzić się od rodziców. – W domu bywa różnie. Często się kłócimy, różnimy się poglądami. Oni są bardzo staroświeccy, zaczyna mi to doskwierać.

Piotra nie stać ani na zakup ani wynajem mieszkania. –Nie mam dziewczyny, musiałbym mieszkać sam, lub ze współlokatorami. Tu zaznacza, że takie rozwiązanie mija się z celem. – W końcu lepszy swój wrób niż obcy – po chwili dodaje.

Rodzina Piotra mieszka  bloku. – Rachunki dzielimy po równo. Kiedyś rodzice mówili, że nie trzeba, że mam nie dokładać, ale mimo wszystko się upierałem. Piotr ma lekką rękę. – Niby zarabiam przeciętnie, ale dużo pieniędzy wydaję na imprezy, ubrania, zloty motocyklowe . Nie potrafię oszczędzać, nie mam żadnej odłożonej kwoty. Myślałem o kredycie, ale z banku dostałem odmowę. Kolejno Piotr rozważał wynajem. – Po podsumowaniu całości musiałbym żyć w biedzie. Twierdzi, że głupio by było liczyć każdą złotówkę od pierwszego do pierwszego. – Wiem, że to kiedyś będzie musiało nastąpić, znając jednak siebie żyłbym w ciągłym stresie. Mówi, że głupio byłoby zaprosić dziewczynę tylko na spacer, bo cała gotówka szła by na wynajem czy ratę. – Do tego wiadomo jakie mamy czasy. Co w momencie gdybym stracił pracę?

(Nie)samodzielność

– Czy jestem mało samodzielny? Może. Fakt jest taki, że Piotr nie ma żadnych obowiązków domowych. Posprzątane, wyprasowane, ugotowane. – Nie zaprzątam sobie tym głowy. Przyjdzie czas, będę myślał o radzie.

Rodzice Piotra często w żartach mówią mu, co zrobią kiedy się wyprowadzi. Czasem obie strony tracą do siebie cierpliwość, kiedy pada pytanie – a kiedy się ożenisz? – Tu jest pies pogrzebany. Bo z jednej strony pięknie ładnie, z drugiej jak zbudować poważny związek mając rodziców tuż za ścianą? Póki co Piotr jest sam. – Wierzę, że druga połówka ułatwi mi decyzję o wyfrunięciu z gniazda. Nie wyobrażam sobie, żeby na tak małej powierzchni mogły żyć dwie rodziny.

Piotr mówi, że kiedyś myślał, że dorosłość zaczyna się w momencie otrzymania dowodu osobistego. – Gdyby jeszcze te oczekiwania szły w parze z możliwościami finansowymi. Nie zgadza się z zarzutami, że do życia z rodzicami zmusza go lenistwo, brak ambicji, czy wygoda. – Myślę często o zmianie pracy na taką, która pozwoliłaby mi pogodzić szereg wydatków z utrzymaniem domu. To nie jest takie proste. Póki co zderzam się z rzeczywistością, którą trudno jest zmienić.

Aniela

Aniela ma trzydzieści lat i nieustabilizowane życie prywatne i zawodowe. Całym jej światem jest mama o której mówi, że podporządkowała całe życie jej wychowaniu.

– Kiedy ojciec zmarł ona porzuciła dla mnie wszystkie swoje plany. Zmieniła pracę na taką, która sprawiła, że mogła pracować zdalnie, z domu. Aniela mówi, że jest zamknięta w kokonie. Nigdy nie miała chłopaka, nie ma koleżanek, nigdy nie była w żadnym związku. Mama wmówiła jej, że ludzie są źli, że tylko więzy krwi mogą zapewnić prawdziwą przyjaźń. – Prowadzi mnie za rękę, odkąd pamiętam. Nigdy nie podjęłam samodzielnie żadnej decyzji. Aniela czasem ma ochotę uciec. Wyjść, upić się, poznać kogoś, zaszaleć. – Moja mama mówi, że jeśli się wyprowadzę, to wpędzę ją do grobu.

Dziewczyna nie wie, jakie ma szanse na samodzielność. Z jednej strony chciała by pójść na swoje, z drugiej stoi mama. – Nie jestem w stanie na tą chwilę nic zrobić. Czasem budzę się w nocy przerażona, paraliżuje mnie strach. Mama mimo, iż jest kobietą wciąż pracującą i dynamiczną twierdzi, że beze mnie sobie w życiu nie poradzi. Wspieram ją. Tylko kto mnie wesprze kiedy to ona po latach zostawi mnie samą?

– Każdy medal ma dwie strony – mówi Aniela. Każdy boi się samotności, więc my z mamą mieszkamy razem. Kto wie, może kiedyś to się zmieni? Może kiedyś nabiorę odwagi i pójdę na całość?

 


Lifestyle

Jak pułapki toksycznego myślenia niszczą miłość. Czy można zepsuć związek… głową?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
21 lipca 2017
Fot. iStock/EmirMemedovski
 

Czujesz, że coś jest nie tak, ale nie potrafisz określić, gdzie leży problem. Jesteś przygaszona, bezradna, bezsilna i coraz bardziej rozczarowana twoim związkiem. Dajesz się wciągać w emocjonalne potyczki, oskarżenia i szantaże. Jesteś manipulowana przez partnera, tak, że sama już gubisz się w swoich emocjach i gubisz zdrowy osąd. „Może to naprawdę wszystko moja wina?” – zaczynasz się zastanawiać, nie zdając sobie sprawy z tego, że uczestniczysz tylko w jego grze. A co, jeśli jest odwrotnie i to ty tkwisz w pułapce toksycznego myślenia, która rujnuje twój związek i niszczy twojego partnera?…

Najczęstsze typy toksycznego myślenia, które zabiją związek i niszczą miłość

„Wszystko albo nic”

Widzisz swojego partnera jakoś kogoś, kto zawsze robi coś niewłaściwego albo nigdy nie robi tego, czego od niego oczekujesz (czyli tego, co twoim zdaniem, jest słuszne). Nie ma tu mowy o akceptacji jego słabości lub „inności”. Nie ma mowy o kompromisach, bo liczysz się jedynie z własnym zdaniem i przyjmujesz tylko swoją wizję rzeczywistości.

Katastroficzne wizje

Jedno z was wyolbrzymia negatywne działania i zdarzenia dotyczące drugiego partnera, snując wizje smutnych, nieodwracalnych konsekwencji. To niezwykle dołujące i na pewno nie motywuje do pracy nad związkiem. Ba, nie motywuje nawet do tego, by spędzać w swoim towarzystwie więcej czasu, bo jest ono zwyczajnie męczące.

„Bombardowanie powinnościami”

Jeden z partnerów zakłada, że ​​drugi będzie spełniał jedną lub więcej jego potrzeb – tylko dlatego, że powinien o nich wiedzieć, lub się domyślić… („Ty powinieneś wiedzieć, jak bardzo nienawidzę mojej pracy, chociaż mówię wszystkim, jaka jest świetna”). Nie ma miejsca na pomyłki! Jest obrażanie się, „strzelanie fochem” obnoszenie się ze swoim nieszczęściem i byciem niezrozumianym.

Etykietowanie

Niesprawiedliwie przypisujesz swojemu partnerowi negatywnie wyolbrzymione cechy i lekceważysz wszystko to, co w nim pozytywne („Jesteś taki leniwy, bezmyślny, nierozsądny!”). Podkopujesz jego wiarę w siebie.

Obwinianie

Nieuczciwie i irracjonalnie, wmawiasz swojemu partnerowi, że jest winien wszelkich problemów w waszym związku i twoim życiu. Wszystko, co złe, to „jego sprawka”. Gdyby nie on, byłabyś taka szczęśliwa…

Spięcia na poziomie emocji

Emocjonalne „zwarcia” pojawiają się, gdy jeden z partnerów dochodzi do wniosku, że nikt nie da sobie rady z jego emocjami (ani z emocjami drugiej strony). („Nikt z tobą nie wytrzyma”).

Zbyt bujna wyobraźnia

W tym przypadku snujesz na temat partnera negatywne wnioski, które nie mają żadnego oparcia w rzeczywistości. To bardzo niebezpieczny schemat myślenia, który może bardzo poważnie zaszkodzić waszemu związkowi („Ostatnio jest tak rozkojarzona, na pewno ma romans”).

Podejrzewanie ukrytej motywacji

Błędnie przyjmujesz, że twój partner działa tak, a nie inaczej, ponieważ ma ku temu jakieś „podejrzane” powody. Nie chcesz pomyśleć, że przyniósł ci kwiaty dlatego, że wiedział, że sprawi ci to radość. Jesteś pewna, że „ma coś na myśli”. („Jest miły tylko dlatego, że chce wyjść z kolegami w ten weekend”).

Skazani na rozczarowanie

Dzieje się tak, gdy partnerzy skupiają się na wyidealizowanych oczekiwaniach w stosunku do swojego partnera. Skąd one się biorą? Oczywiście z doświadczeń z przeszłości, z relacji z innymi osobami. („Myśli tylko o sobie, jest taki sam jak wszyscy inni faceci, którzy nigdy nie dbali o moje potrzeby”).

Szczęśliwe pary, które nie wpadają w pułapki toksycznego myślenia, mają lepszy, bardziej realistyczny i zdrowy osąd na swój temat. To on pozwala im poprawić komunikację, rozwiązywać problemy i pozostać blisko. To tu, w twoim umyśle, leżą prawdziwe podstawy udanego związku.


 

Na podstawie: psychologytoday.com


Lifestyle

Nie wychowuj syna dla innej kobiety, wychowaj go dla samego siebie. Nasze dzieci nie należą do nas

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
20 lipca 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic

Chyba nie ma nic bardziej denerwującego dla kobiety niż mężczyzna wychowany na maminsynka. Na takiego nie możesz liczyć, bo sam decyzji nie podejmie i właściwie nie bardzo potrafi być partnerem w związku. Rósł w przekonaniu wyjątkowości – swojej i swojej mamy – jedynej kobiety godnej zainteresowania. Uciekać od takiego, gdzie pieprz rośnie. No chyba, że ktoś lubi niańczyć dorosłego faceta. Ale przyznam, mocno drażni mnie także podejście mam, które mówią, że syna „wychowują dla innej kobiety”. Czy równie łatwo zgodziłybyście się ze stwierdzeniem, że ojcowie wychowują córki dla innych mężczyzn?!

Byłoby to dziwne i krzywdzące, prawda? Dlaczego? Bo ujawnia nasz podmiotowy stosunek do dziecka. Nie, nie wychowujmy synów (i córek) „dla innych”. Wychowujmy ich dla samych siebie, żeby byli szczęśliwi, akceptujący, mądrzy, żeby umieli sobie poradzić z problemami – tymi większymi i tymi drobnymi. Żeby wiedzieli, że to nie wstyd poprosić o pomoc, nie wstyd okazywać uczucia. A wtedy z pewnością będą potrafili dać szczęście swoim partnerkom czy partnerom.

Problemem jest to, że sposób, w jaki wychowujemy naszych synów, nie zawsze odpowiada temu, co my i reszta społeczeństwa oczekujemy od nich jako dorosłych mężczyzn. Kobiety chcą w związku partnerów, na których mogą polegać, również w kwestii podziału obowiązków domowych (czy to dziwne?!). Chłopiec, od którego nie wymaga się, od małego, udziału w pracach związanych z domem, nigdy nie zrozumie jako dorosły mężczyzna, dlaczego właściwie miałby zmywać czy sprzątać w swoim własnym domu. On nie traktuje tego domu jako wartość, o którą oboje partnerzy dbają z równym zaangażowaniem. I nie sprząta, nie zmywa „bo nie”, albo robi to „dla niej”. Ile razy zdarzyło się Wam słyszeć od waszych mężów: „Posprzątałem ci, cieszysz się”? Ile razy usłyszałyście: „Posprzątałem nam”?…

W przypadku maminsynka to dość oczywiste. Za niego wszystko robiła mama, a później tę rolę ma przejąć partnerka. Ale temu, który ciągle słyszy „sprzątaj, bo żadna nie będzie cię chciała”, nie wpajano w dzieciństwie, że dbanie o porządek, o to, żeby koszula była uprana, żeby brudne naczynia nie wypadały ze zlewu to dbanie o samego siebie.  Uczmy chłopców, że umiejętność zadbania o siebie i o swoją przestrzeń to w dzisiejszych czasach absolutna norma i konieczność. Szczęśliwy, zdrowy psychicznie facet nie robi tego „dla kogoś”. On te umiejętności (które u kobiet uznaje się za „naturalne”, co mnie niezmiernie dziwi) traktuje jako zwykły element codzienności. I kiedy zwiąże się z kimś na stałe, nie będzie widział problemów z dzieleniu domowych obowiązków „na dwa”. To same wpoi potem swojemu synowi (i córce). Jemu będzie w życiu łatwiej, niezależnie od tego, jak się ono ułoży. A może zechce być sam i nigdy nie założy rodziny?

Związek dwojga dorosłych osób to związek dwóch równorzędnych partnerów, z których mężczyzna wcale nie jest tym, który „przechodzi pod opiekę” swojej żony, czy dziewczyny i teraz musi oddać jej to, czego nauczyła go mamusia. Pamiętajmy, że, to co odpowiada jego mamusi, niekoniecznie musi odpowiadać jego przyszłej partnerce. Gdyby tak było, oznaczałoby to, że syn musiałby szukać ukochanej na podobieństwo swojej matki.

Wychowując syna „dla innej kobiety”, nie dajesz mu wyboru. Dajesz mu schemat oczekiwań i zachowań, które tak naprawdę są twoimi oczekiwaniami i zachowaniami.  Wychowując go dla siebie samego dajesz mu podstawy, by samemu decydować, z kim czuje się dobrze (lub nie )i czego powinien oczekiwać w związku od swojej partnerki. Dajesz mu także możliwość rozwoju i uczysz odpowiedzialności za samego siebie.

Dzieci rosną szybko, ale nie tak bardzo szybko, jak ci się wydaje. Pomóż swojemu synowi być człowiekiem szczęśliwym przede wszystkim z samym sobą (umiejętność zadbania o siebie jest tutaj kluczowa). Dopiero wtedy będzie mógł  (jeśli tak wybierze) dać szczęście komuś innemu.


Zobacz także

Pięć objawów zbliżającej się menopauzy, o których każda kobieta powinna wiedzieć

„Wydamy Stanisławę jak najszybciej za mąż za 10 lat starszego kuzyna. Najważniejsze, żeby jego majątek nie przepadł i pozostał w rodzinie”

Chcesz, żeby twoje dziecko sprzątało z przyjemnością? Ha! Znamy kilka sposobów