Lifestyle Psychologia

Krzyczał: „Jesteś jak ona. Zachowujesz się jak matka”. Zawsze musiała patrzeć mu prosto w oczy

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
16 stycznia 2016
Fot. iStock/sturti
 

Nie pamięta, kiedy uderzył ją pierwszy raz. Chociaż…Tak, to było wtedy. Miała cztery lata, bawiła się, biegała po mieszkaniu, gdy nagle, niespodziewanie strąciła ozdobny talerz wiszący na ścianie. Chwycił za drewnianą listewkę, bo przecież niedawno robił remont. Uderzył ją kilka razy. Jej czerwone rajstopki zrobiły się mokre,  tak samo jak twarz, po której spływały maleńkie łzy.

Potem już tak mocno nie bił…

…A może przyzwyczaiła się do bólu uderzeń pasa czy kabla. Częściej krzyczał. Robił się czerwony na twarzy i rzucał stek wyzwisk. Na nią, na jej matkę. Zawsze krzyczał: „Jesteś jak ona. Zachowujesz się jak matka”. Zawsze musiała wtedy patrzeć na niego, na jego wściekłą twarz. Patrzył na nią i mówił: „Patrz, patrz mi prosto w oczy. Nie odwracaj głowy, nie spuszczaj jej. Patrz mi w oczy”.

Patrzyła. Z czasem nauczyła się patrzeć na jego wściekłą twarz, a myślami błądziła. Gdzieś daleko. W tych swoich zaczarowanych, wymaigowanych krainach. Szczęśliwych, spokojnych.
Lubiła, gdy nie było go w domu. Wtedy najczęściej spędzał czas u swoich kochanek. Kilka dni przed każdym spotkaniem szykował się. Przygotowywał eleganckie ubranie, szedł do fryzjera. Jego włosy były zawsze perfekcyjnie przystrzyżone i ułożone.  Zawsze nosił ze sobą grzebień i lusterko. To właśnie ta fryzura stała się pretekstem, by go pominąć podczas rysowania swojej rodziny w przedszkolu. Na rysunku była tylko ona i mama. Pani Joli z przedszkola powiedziała, że tata ma takie włosy, które ciężko namalować. Tak naprawdę nie chciała go na tej kartce, pełnej kwiatów, kolorowej tęczy i czerwonych serc.

Rzadko ją chwalił…

…Nieustannie wypominał jej wady. Nieładna fryzura, która podkreslała okragłą twarz, pulchna sylwetka. Cały czas jej powtarzał, że jest za gruba. Przyzwyczaiła się go jego uwag. Wolała nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Przecież nic ładnego w nim nie zobaczy. Nie zabierał jej na wycieczki, bo przecież nie miał pieniędzy. On musiał mieć nowy samochód, kolejną parę spodni, by dobrze się prezentować. By móc zdobywać kolejne kobiety.

Uwielbiał im się podobać. Zawsze czarujący, miły, szarmancki. Poza domem. Czasem wychodził z nią na miasto, by spotkać się z kolegami. To właśnie w domu jednego z przyjaciół poznał kolejną panią. W pewien zimowy wieczór zaprowadziła tam mamę. Gdy ulice otulał miękki, biały puch, ona w tureckich kozaczkach stała pod drzwiami mieszkania, gdzie on był. Słyszała zalotny śmiech, jego charakterystyczny kaszel. Dźwięk rozmów, w tle jakaś muzyka. I ona z mamą pod drzwiami. Było ciemno. Bała się. Chciała zapalić światło. Zamiast dostrzec jasność, usłyszała dźwięk dzwonka. Zbiegała szybko po schodach. Mamę trzymała za rękę i modliła się, by za duże kozaczki nie spadły jej z nóg.

Wiedziała, że on nie kocha jej mamy. ..

…Chociaż czasem okazywał jej czułość, ona pamiętała o tych kochankach. O tych uśmiechach, komplementach, którymi obdarowywał wszystkie znane sobie kobiety. I o jego słowach: „Nic nie mów mamie. Tata tylko tak sobie żartuje”. Tata nie żartował. Tata taki był.

Gdy zaczęła dojrzewać, bił ją rzadziej. Może dlatego, że postępowała według zasad, jakie on jej od kilkunastu lat wpajał. Podczas rozmowy słuchała go uważnie, dbała o porządek, nigdy o nic nie prosiła, a swoje problemy rozwiązywała sama. Nie zaprzątała mu głowy trudną klasówką czy kłótnią z przyjaciółką.  Była też punktualna. Tego też ją nauczył, gdy pewnego dnia spóźniła się piętnaście minut. Zagadała się z koleżankami, nie wzięła zegarka. W domu czekał on. Z purpurową od złości twarzą i z grubym pasem w ręce. Wielkie siniaki na nogach i plecach zniknęły po kilkunastu dniach, ale ona już nigdy się nie spóźniła. Nigdy!

Umiała też przepraszać…

…Tego nauczyła się od mamy. Przepraszała za wszystko. Za to, że dostała złą ocenę, za to że ziemniaki były niedogotowane, a w lodówce nie było jego ulubionego napoju.
Każdy  jej dzień był podporządkowany jemu. Obiad na czas ugotowany, mieszkanie lśniło. Jego garderoba była zawsze wyprasowana, lodówka pełna. Wszystko po to, by on okazał cień zadowolenia. Pochwalił, czasem okazał podziw. Wciąż żyła w przekonaniu, że na jego miłość czy chwilę uwagi musi zasłużyć, zapracować. Starała się więc najlpiej, jak potrafiła. Nigdy jednak nie była doskonała. Doskonała na tyle, by go zadowolić. By był z niej dumny.

Po latach, gdy zaczęła uczyć się żyć, dostrzegać swoje pragnienia, potrzeby, marzenia. Gdy już nie miała ani siły, ani chęci, by starać się i walczyć o jego miłość i akceptację, zapytała: „Dlaczego? Dlaczego mnie biłeś, krzyczałeś? Dlaczego wciąż wypominałeś mi moje wady? Nie potrafił nic powiedzieć. Milczał.  Jednak  jak zawsze patrzył jej prosto w oczy.


Lifestyle Psychologia

Cisza i echo w jej głowie… Schizofrenia

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
19 stycznia 2016
 

Otaczała ją cisza. Zawsze lubiła myśleć w nocy, gdy milkły hałasy codzienności. Jednak wtedy ta cisza bardzo jej przeszkadzała. Potęgowała emocje, które jej towarzyszyły. Od kilku godzin. Długich, niekończących się godzin. To wtedy usłyszała kilka słów, których  nie spodziewała się. Myślała, że to depresja. Silna, długo nieleczona. Jednak to była SCHIZOFRENIA. Trawiła tą wiadomość. Te kilka krótkich słów, zdań. Powoli, bardzo powoli. Wciąż jak echo słyszała słowo: SCHIZOFRENIA. Miała chęć krzyczeć, płakać. Jednak za ścianą spały dzieci. Wyszła do kuchni. Wzięła ze sobą laptop, telefon. Zamknęła drzwi salonu.

Usiadła przy stole w kuchni. Wyciągneła z szafki szklankę, z lodówki dwie butelki. Wódkę i sok pomarańczowy. Duszkiem wypiła drinka, po chwili drugiego i trzeciego. Poczuła, jak po jej policzkach płyną łzy. Gorące, słone. Otarła twarz  szorstkim rękawem swetra. Piekła ją skóra. Wzięła do ręki telefon. Po chwili usłyszała jego głos. Głos swojego ojca. Jak zawsze  twardy, mocny, pełen siły. Wyrzuciła z siebie potok słów. Nie chciała czekać do rana. Musiała to powiedzieć tu i teraz.

-Ona jest chora na schizofrenię. Nie na depresję, nie na coś innego. Słyszysz? Ona jest chora na schizofrenię.

Zaczęła płakać. On wydusił z siebie kilka słów.  Jego głos… był niepewny, pełen niedowierzania, smutku.  Nie mówił, szeptał. Potem się rozłączył. Może to i dobrze. Miała chęć krzyczeć, wyć, chciała, by on słyszał, że cierpi. Usłyszała tylko ciszę w słuchawce, a potem dźwięk rozłączonego połączenia. Nalała kolejną porcję wódki. Może miała nadzieję, że jej gorzki smak zabije lęk, który był w niej. Gdzieś głeboko, w środku.  Wciąż płakała. Przez łzy dostrzegała niewyraźny kształt liter. Szukała informacji o schiozfrenii, o jej objawach.  Może jednak to nie to- łudziła się.
Nagle usłyszała dźwięk telefonu. Szybko odebrała. To była ona. Spokojnym, jednostajnym  głosem mówiła o szpitalu, o tym, że tu jej pomogą, że tęskni, że kocha. Chciała powiedzieć coś pocieszającego, ale po jej policzkach znowu płynęły łzy.

– Nie płacz. Córeczko, nie płacz. Dadzą mi leki i depresja minie. Tylko ja tak bardzo się boję. Tych ciemności, które są wokół. Tych głosów, szeptów- usłyszała.

Ona, jej mama, wciąż nie dopuszczała do siebie myśli, że może być chora.

Od kilku miesięcy nie chciała podjąć żadnej decyzji dotyczącej swojego zdrowia. Nie chciała wychodzić z domu, jadła dopiero po wielu prośbach. Jej wzrok- taki zagubiony, nieobecny, jakby była gdzieś daleko. Słuchała, rzadko coś mówiła. Jakby zapomniała o świecie, która do niedawna tak bardzo kochała. Jakby zapomniała o ludziach, którzy byli jej bliscy. Smutna, pełna lęku. Jak wystraszone zwierzątko, które zgubiło swoją matką i stado. Zamknęła się w sobie. Nic nie sprawiało jej radości, nic nie mogło jej wyrwać z tej nieznanej rzeczywistości, w którą się zapadała.
Pewnego dnia zgodziła się iść do lekarza. Dostała leki, diagnozę „depresja”, a potem znowu uciekła do swoich czterech ścian. Tam było jej schronienie przed światem, przed ludźmi, przed wszystkim, co postrzegała jako zagrożenie.

Pewnego też dnia wyszła z domu. W torebce miała kilka opakowań leków, tych od psychiatry, który określał siebie specjalistą. Szukała jej. Razem ze swoimi dziećmi. Myślała, że to już koniec. Że już nie usłyszy jej głosu, nie zobaczy jej uśmiechu. Przemierzając kolejne uliczki osiedla wyrzucała sobie nieuwagę. Miała żal do siebie, że razem z ojcem jej nie dopilnowali. Nie pomogli. Ale ona przecież nie chciała pomocy. Mówiła, że jutro, za dwa dni. Na pewno wyjdzie, pójdzie może nawet do sklepu. Odwiedzi rodzinę. Gdy proponowali jej wizytę u innego lekarza, krzyczała. Twierdziła, że jest zdrowa. Jedynie trochę zmęczona. Musi odpocząć, wyspać się. Nie docierały do niej ich argumenty. Na ich słowa troski, chęć pomocy reagowała obojętnością, a czasem agresją. Po kilku godzinach poszukiwań zadzwoniła. Chyba nie potrafiła, a może nie chciała umierać. Może jednak miłość do życia, które zawsze kochała, mimo wszystko, była silniejsza. Zjadła kilkanaście tabletek. Zadzwonili po pogotowie. Nie chcieli jej wziąć. Po wielu prośbach zabrali ją na płukanie żołądka. Tam też rozmawiał z nią psychiatra. Ten sam, który kilka tygodni wcześniej stwierdził, że ma depresję. Po kilku godzinach wypuścili ją. Stwierdzili, że jest zdrowa. Nie była! Po kilku kolejnych tygodniach sama poprosiła o zawiezienie do szpitala. Zbyt mocno cierpiała. Sama już nie mogła pokonać Cieni, które zamieszkały w jej głowie. Po kilkunastu minutach na izbie przyjęć skierowali ją na oddział. Patrzyła na nią. Jej smutną twarz. Trzęsące się dłonie. Wystraszone spojrzenie.
Gdy mama była już na oddziale, ona podeszła do lekarza. Chciała zapytać, upewnić się.

– To nie jest depresja. Nie jestem pewny, ale podejrzewam, że to schizofrenia. Jednak diagnozę postawimy po kilku dniach obserwacji.

Wrociła do domu. Nikomu nie chciała mówić o tym, co przeżyła. Było zbyt wcześnie. Nie potrafiła. Bała się słowa SCHIZOFRENIA. Bała się tego, co będzie. Jutro, pojutrze, za kilkanaście dni.

Schowała wódkę. Szklankę odłożyła do zlewu, zamknęła laptop. Musiała iść spać. W końcu rano musiała zająć się dziećmi, spakować torbę do szpitala. Nie było już ciszy. Był BÓL, było CIERPIENIE, był STRACH. Było tysiąc róznorodnych dźwięków. Jej spokojny głos, jego szept, do tego ktoś czytał jednostajnym głosem: Schizofrenia to choroba psychiczna…
Zamknęła oczy, otuliła się szczelnie kołdrą. Chciała schronić się przed tym, co ją czekało. Czego tak bardzo się bała. Musiała przecież jechać do szpitala, spojrzeć jej w oczy, porozmawiać z lekarzem. Musiała zmierzyć się chorobą, której tak bardzo się bała. Musiała być…Dla NIEJ!


Lifestyle Psychologia

Czas się zatrzymać, zrozumieć, spełnić wielkie marzenia

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
6 stycznia 2016

Mijałam ją codziennie w drodze do pracy. Pogodna, uśmiechnięta. Lubiłam ją obserwować, jak szybko maszerując, patrzy na błękitne jezioro. Zawsze szła o tej samej porze i  tą samą drogą, zawsze jej szyję otulał szal w kolorach tęczy.


To był wiosenny poranek. Wyszłam z domu wczesniej, chciałam popatrzeć na słońce i drzewa, które były pełne maleńkich, zielonych listków. Usiadłam na jednej z ławek. Zamknęłam oczy i słuchałam ciszy, która mnie otaczała. Nagle usłyszałam radosne „Dzień dobry”. Otworzyłam oczy i ujrzałam, jak siada obok mnie. Klara w tęczowym szalu.

Tak zaczęła się nasza znajomość. Spotykałyśmy się zawsze w tym samym miejscu, siadałyśmy na tej samej ławce. Rozmawiałyśmy. Ja opowiadałam o swojej pracy, którą kochałam, a Klara mówiła o dzieciach.  Lubiłam słuchać, jak z zaangazowaniem opowiada o swojej rodzinie. Chwaliła się sukcesami dzieci, czasem też prosiła o radę. W końcu byłam pedagogiem, „specjalistą od dzieci”, jak mnie określała.

Pamiętam, że tamtego dnia widząc zmierzającą w moim kierunku Klarę, uświadomiłam sobie, że jest taka podobna do mojej córki. Ona też bacznie obserowała świat, często lubiła być sama. Uwielbiała książki, które były jej drugim światem.

Moja córka. Zawsze była taka samodzielna. Rzadko prosiła mnie o pomoc. Nigdy się nie skarżyła, nie buntowała. Ze zrozumieniem słuchała moich opowieści o podopiecznych. Niektórzy wychowywali się w rodzinach, gdzie była przemoc, nadużywanie alkoholu. Inni mieszkali z dziadkami, bo ich rodzice nie nadawali się do tego, by być „mamą czy tatą”. Starałam się im pomóc, a swoje zawodowe troski przynosiłam do domu. Mogłam przecież sobie na to pozwolić. Moja córka była grzeczna, ambitna i szczęśliwa. Tak  wtedy myślałam.

Pamiętam tamten dzień. Bardzo dokładnie. Wystarczy, że zamknę oczy, by wrócić do chwil sprzed kilkunastu lat i ujrzeć moją córkę, zbuntowaną nastolatkę, która stoi pod budynkiem szkoły z papierosem w ręku. Do tego te kolczyki w uszach, natapirowane włosy, ekstrawagancki makijaż, a nawet jakieś świecidełko w nosie. Zadzwoniła wychowawczyni. Poprosiła, żebym przyjechała.  Nic więcej nie chciała powiedzieć. Żadnych wyjasnień. Jednak po tonie jej głosu wiedziałam, że muszę. Muszę zostawić swoich podopiecznych, by spełnić swoje rodzicielskie obowiązki.

Po kilkunastu minutach stałam naprzeciw mojej córki, która ironicznie uśmiechała się do mnie. Pełna złości i żalu krzyknęła: – Widzisz, ja też potrzebuję twojej pomocy. Zobacz, zobacz. Zacznij wreszcie mnie dostrzegać. Tamtego dnia wszystko się skończyło. Zrozumiałam, że zbyt rzadko, a może wcale nie słuchałam, nie widziałam mojej córki. Byłam matką, ale taką obok. Byłam…ale nie uczestniczyłam w jej dorastaniu.

Przeprosiłam ją, chciałam naprawić swoje błędy, ale ona chyba nauczyła się żyć. Beze mnie. Bez swojej matki.

To dlatego po skończeniu szkoły średniej wyjechała do Florencji. Kilka lat temu, w środku nocy zadzwoniła. Słyszałam tylko jej ciche łkanie. Łamiącym się głosem wyszeptała: – Jesteś szczęśliwa? Beze mnie? Nie musisz się o mnie martwić, nie musisz o mnie myśleć. Pewnie jak zawsze pomagasz innym. Jak dobrze, że wyjechałam. Przynajmniej ty nie masz wyrzutów, bo przecież „zbawiasz świat”.

Po chwili rozmawiałam już z Klarą, która z podekscytowaniem opowiadała o czekającej ją podróży. Do Włoch. To było jej marzenie. Wielkie, największe spośród wielu innych.

– Powinnaś jechać z nami. Rzym, San Marino, Asyż, Florencja… – Klara wciąż mówiła podekscytowana.

Florencja. Moja córka. Wielkie marzenia. Może czas się zatrzymać, zostawić codzienne smutki, radości, obowiązki i stawić czoła uczuciom, których tak bardzo się bałam.