Lifestyle Psychologia Związek

Kiedy odchodzisz, musisz mieć plan. Wybierz dobry, słoneczny dzień, nie odchodź w deszczu

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 lutego 2017
Fot. iStock/Oleh_Slobodeniuk
 

Moja znajoma odeszła od męża. Po siedmiu, długich latach, podczas których dawała sobie wmawiać, że jest emocjonalnie, intelektualnie i fizycznie (tam i ówdzie) niedorozwinięta, kiedy czuła się poniżana przez ukochanego mężczyznę w obecności swoich przyjaciół i znajomych. Po latach przekonywania, że „bez niego”, to ona sobie w życiu nie poradzi, bo jest do niczego i nic o niczym nie wie, ale przecież droga wolna, proszę bardzo, tylko klucze zostaw, bo to ja zarobiłem na ten dom. Gadał i gadał, ale nie wierzył, że ona go w końcu zostawi. Pan mąż nie docenił chyba jednak swojej żony, która po prostu, pewnego dnia „wzięła i wyszła”, tak jak stała, z jedną walizką. Po resztę rzeczy przysłała swojego ojca. Byle nie wracać tam, gdzie ją tak zraniono.

Najpierw zamieszkała u swoich rodziców, potem wynajęła mikroskopijną kawalerkę z dala od dawnego mieszkania. Z dala od niego i wszystkiego, co nie kojarzyło jej się z dobrym, spokojnym życiem we dwoje. Po roku była już szczęśliwie rozwiedzioną, wolną osobą, odzyskującą wiarę we własne możliwości i w swoją wartość. Nie sądziłam, że były mąż tak łatwo odpuści i zgodzi się na rozwód, ale chyba jej spokojna postawa okazała się na tyle skuteczna, że zaskoczyła go kompletnie i rozłożyła na łopatki. Nie miał pomysłu jak „walczyć”, bo ona nie zadawała ciosów. Więc on, macho i samiec alfa, niekwestionowana głowa rodziny, musiał się poddać.

Kiedy jakiś czas później, przy winie, spytałam ją w jaki sposób znalazła w sobie siłę na całe to rozstanie, wiedząc, że przez całe długie 7 lat małżeństwa, ukochany partner robił jej z mózgu sieczkę, wprawiając w niczym nieuzasadnione kompleksy i „wychowując ją sobie” na posłuszną żonę i ofiarę losu, powiedziała mi skromnie, że po prostu działała zgodnie z planem. Od dłuższego czasu wiedziała, że odejdzie, więc ta świadomość wpływała na nią uspokajająco.

„Wyglądało to mniej więcej tak – opowiadała mi – że on stał i gadał, jaka jestem nieporadna, beznadziejna i że, mam szczęście, że się ze mną ożenił, a ja w myślach powtarzałam sobie: „spokojnie, szkoda twoich nerwów, za trzy tygodnie będziesz wolna”. I to działało świetnie. A poza tym trzymałam się schematu.

Brzmiał on bardzo zwyczajnie:

1. Odejdź na wiosnę. Wybierz dobry, słoneczny dzień, nie odchodź w deszczu

Będzie ci łatwiej. Zawsze przecież lubiłaś łagodne, wiosenne dni, z delikatnymi promieniami słońca, tymi, które dają nadzieję i przekonanie, że wszystko się ułoży. Pierwsze, ciepłe podmuchy wiatru i ten zapach w powietrzu, uniosą cię daleko stąd.

2. Nie pakuj wszystkiego

Wcale cię to „wszystko” nie uszczęśliwiło, w niczym ci nie pomogło. Weź jedną walizkę, tak, jakbyś miała wyjechać na chwilę.

3. Nie mieszaj w to miłości (do niego)

Wiemy obie, że nadal go kochasz. Ale tu chodzi o miłość do Ciebie, a tej w waszym związku brakuje.

4. Zostaw wyrzuty sumienia

Nie masz z nim dzieci, ani nawet kota czy psa. Rodzice? Wiesz, że zależy im na tym, żebyś była szczęśliwa. Teraz już możesz się przed sobą przyznać: w głębi serca, oni wiedzą. Lojalność? Obowiązuje obie strony.

5. Nie lituj się nad nim, lituj się nad sobą

Znasz ten mechanizm od lat, wiesz dobrze, kiedy on czuje, że doprowadza cię do tej niebezpiecznej granicy. Tak zręcznie odgrywa wtedy rolę ofiary i pokrzywdzonego. Twoją rolę. Od dawna wiesz, że jego „chciałem dobrze”, oznacza jedynie „chciałem dobrze dla siebie”. Łzy? Ile razy już je wiedziałaś? Obietnice? W kłamstwa nie wierzysz.

6. Kiedy już odejdziesz, nie wracaj

Postanowiłaś, jesteś silna, nie rzucasz słów na wiatr. Obdarowałaś GO milionami szans. Teraz pora zrobić coś dla siebie.

7. Nie umawiaj się z facetami, tylko dlatego, że czujesz się samotna

Z tym „jedynym” byłaś przecież bardziej samotna niż Ciocia Kazia, której mąż zginął jeszcze w Powstaniu.

8. Kiedy spotkasz miłość, pozwól, by się o ciebie zatroszczyła

Jeśli potrafi to zrobić tak, byś poczuła się szczęśliwa (musisz jeszcze tylko sobie przypomnieć jak to jest), okaż jej wzajemność.

Od rozwodu mojej przyjaciółki minęły cztery lata. Ona sama ma za sobą dwa, krótkie związki, które zakończyły się „po koleżeńsku”. Mikroskopijną kawalerkę zamieniła właśnie na dwupokojowe mieszkanie, ma też kota i żółty rower. Jasnożółty, jak wiosenne promienie słońca. Jak nadzieja na to, że pewnego dnia spotka kogoś, z kim zechce zacząć wszystko od nowa.

 

 


Lifestyle Psychologia Związek

Zostać dla dobra dziecka…? Uczysz go milczeć, kiedy dzieje się wam krzywda, choć dobrze wiesz, co to znaczy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 lutego 2017
Fot. iStock/yuran-78
 

Na jednym z internetowych forów, przeczytałam kiedyś post, który na długo utkwił mi w pamięci. Dziewczyna, która podpisała się jako „nieszczęśliwa żona i szczęśliwa mama” (wydało mi się wówczas, że to pierwsze powinno raczej wykluczać to drugie) zwierzała się ze swoich wątpliwości. Zostawić ojca swojego dziecka i odejść, czy zostać, dla dobra syna, choć jego tata jest nie tylko „niedzielnym” ojcem, ale bywa w stosunku do obojga – i żony i dziecka – agresywny, zaborczy, okrutny. Pod wpisem, lawina komentarzy. „Dziecko powinno mieć ojca.” .”Lepszy taki, niż żaden”. „Syn ci nigdy nie wybaczy, że zabrałaś mu rodzinę.” Zamarłam.

Nie przypuszczałam wtedy, że kilka lat później, moje serce rozedrze na pół podobny dylemat. Pamiętam siebie z tego okresu, kiedy zastanawiałam się czym tak naprawdę jest dobro mojego dziecka i czy moje pragnienie osobistego szczęścia, dla samej siebie, jest egoizmem, czy czymś naturalnym. Problem rozwiązał się sam.

Kiedy pojawiła się agresja, przestałam mieć wątpliwości, spakowałam się, wzięłam za rękę dziecko i wyszłam. Zostawiłam mojego męża. Potem była terapia, jego, wspólna i powolne odbudowywanie czegoś, co mogłam przecież zamknąć ostatecznie. Nie zamknęłam, bo chciałam nadal TEJ rodziny. Ale nie mogłam się zgodzić, by ciągle najbliższa mi osoba nas krzywdziła. Nie mogłam dłużej pozwalać, by moje dziecko było świadkiem, a jednocześnie ofiarą agresji, za pomocą której, jego ojciec wyładowywał swoją frustrację. On rzeczywiście miał realny, poważny problem, wymagający ciężkiej pracy nas sobą i otwierania ran, o których nigdy wcześniej nie mówił. Ale to nie dawało mu prawa do tego, by się nad nami znęcać.

Problemy dorosłych niech pozostaną problemami dorosłych, dzieciom jesteśmy winni wszystko co najlepsze: spokój, możliwość dorastania w domu pełnym harmonii i miłości. Jeśli nie ma jej między rodzicami, nie oszukujmy się, że dziecko tego nie zauważy. Dom bez miłości między mamą i tatą jest smutny.

Jeśli jest miłość, ale jest i złość i konflikty, dla „dobra dziecka”, trzeba nad sobą i związkiem nieustannie pracować, a nie trwać w gotowości do kolejnej awantury, nie zważając na to, jakie mają one wpływ na uczucia malucha.

Kiedy w grę wchodzi agresja, psychiczne i fizyczne znęcanie się, wyzwiska, czy alkohol, zawsze powiem: „zabierz dziecko i uciekaj”. To jasne, że się boisz, jasne, że ciągle kochasz, ale twoim obowiązkiem jest zadbać o was: o ciebie, o  syna, o córkę. To nie ich wina, że źle wybrałaś partnera życiowego. Twoja pewnie też nie zawsze: ludzie się zmieniają, manipulują, potrafią świetnie ukrywać to, kim są naprawdę. Ale nie wolno ci w tym trwać, bo nie jesteś sama. Twoja bierność, twoje czekanie, twój każdy kolejny dzień nadziei, że „coś się zmieni”, to kolejny dzień cierpienia dla nich.

A co jeśli jest i jego miłość i agresja? To chyba najtrudniejsze połączenie. Ten ciągły rollercoaster. Wczoraj było dobrze, tydzień temu było tak spokojnie, tak wspaniale o nas zadbał. Ale za dwa dni będziesz zakrywać siniaki na ramionach i nakładać grubiej podkład na zapuchniętą od płaczu twarz. A dziecku powiesz: nie trzeba o tym nikomu mówić, tatuś nas kocha. Mały pokiwa głową, już wie.

Uczysz go milczeć, kiedy dzieje się wam krzywda, choć dobrze wiesz, co to znaczy.

Mówisz: „Nie zrozum mnie źle, ja już dawno bym od niego odeszła. Gdybym była sama, wszystko byłoby prostsze, możliwe. Ale nie jestem sama, mam dziecko. Razem je mamy. Dziecko musi mieć ojca”. Nie. Dziecko musi mieć kogoś, kto je kocha i robi wszystko, by było szczęśliwe, a nie smutne, zastraszone, niepewne.

Kiedy odchodziłam od mojego męża, w ostatecznej decyzji pomogło mi jedno, bardzo ważne pytanie. Zapytałam się: Czego właściwie się boję? Lękam się odejść, bo nie jestem pewna czy poradzę sobie jako samotna mama? A może boję się stracić miłość mojego życia? Zrozumiałam wtedy, że moje największe obawy dotyczą dziecka, a nie mojego męża, czy mnie – tego, że ono cierpi, że ma coraz większy smutek w oczach, że prawdopodobnie jest nieszczęśliwe. Nawet jeśli bywa szczęśliwe. Ja też przecież bywałam szczęśliwa.

Odejść, czy zostać kiedy masz dziecko – to jest kwestia tak indywidualna, że trudno o jednoznaczne wskazówki. Ale kiedy mówisz, że zostajesz „dla jego dobra”, zawsze zapytaj się, co tak naprawdę przez to rozumiesz. I czy twoja decyzja coś w tej sprawie zmieni. Na lepsze.


Lifestyle Psychologia Związek

Nie każdy musi być żoną. Choć wydaje to nam się nieprawdopodobne, jeden „papierek” zmienia wszystko

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
17 lutego 2017
Fot. iStock / prostooleh

Blisko cztery lata mojego małżeństwa nauczyły mnie w zasadzie tylko jednej, ważnej rzeczy: choć wydaje to nam się nieprawdopodobne, jeden „papierek” zmienia wszystko. Choćby nie wiem jak nagle jego obecność zaczęła cię drażnić, choćby nie wiem jak ten związek uwierał, nie można już tak po prostu wyjść i zamknąć za sobą drzwi. Nie można odejść nagle, w dwie, różne strony i rzucić tego wszystko „w cholerę.”

Małżeństwo jest jakimś rodzajem układu, o który (o ile nie dzieje ci się realna krzywda) zawsze warto zawalczyć. Brzmi mało romantycznie? Może. Ale tu chodzi o coś więcej niż miłość. Chodzi o osobiste wybory, które rzutują na całe nasz życie. Bo kiedy dzieje się źle, oczywiście, można się rozwieść, choć nie jest to takie proste, zwłaszcza, gdy mamy dzieci, można podjąć wyzwanie i szukać kompromisów, ale można też zdecydować się na „bylejakość” i powoli tracić dla siebie resztki szacunku. Pewnie wszystko jest sprawą bardzo indywidualną.

Mam wśród swoich znajomych dwie pary z dość dużym (8 i 9 lat) stażem związku. Pierwsi zdecydowali się na ślub po roku znajomości, spontanicznie, przepełnieni poczuciem, że „to jest to”, że znaleźli się, jak te dwie połówki jabłka. Rozczarowanie małżeńskim życiem przyszło dość szybko, zaledwie po kilku miesiącach od składanej uroczyście, przed ołtarzem, w obecności i tych najbliższych i tych prawie nieznajomych, przysięgi. Przekonanie, że będzie cudownie, już zawsze, a miłość pomoże im rozwiązać wszystkie problemy, ulotniło się nieodwracalnie. Pół roku po ślubie, spotkałam się z NIĄ, rozczarowaną i pełną wątpliwości o wspólną przyszłość swojego związku. A przede wszystkim przekonaną, że małżeństwo zabija miłość. Dlaczego? Bo daje pewność, a pewność to (jej zdaniem) samobój dla miłosnej relacji. Jak to możliwe – zastanawiałam się głośno podczas tej rozmowy, bo zawsze wydawało mi się, że dla dobrej, pozytywnej miłości nie ma nic lepszego niż poczucie, że cokolwiek się stanie, będziemy razem i możemy na siebie liczyć.

A jednak, dla niej, sprawy przedstawiały się zupełnie inaczej. Ona w miłości chciała nie wiedzieć „na pewno”, bo to sprawiało, że przestawała widzieć w swoim mężu atrakcyjnego partnera, godnego pożądania i zdobywania. Ona chciała zdobywać cały czas i czuć się cały czas tak samo wyjątkowo.

Bo niby „nic się nie zmieniło”, ale dotarło do niej, bardziej niż zwykle, że to na niego będzie teraz patrzeć zaraz po przebudzeniu i chwilę zanim zapadnie w sen. Że, zgodnie z tym co obiecała, nigdy nie pozna dotyku żadnego innego mężczyzny. Że, czy będzie między nimi dobrze, czy źle, ma przy nim trwać (tak jak on przy niej) i zrobić wszystko, żeby było między dobrze.

„Są tacy, co nic sobie z tego nie robią, zdradzają się na prawo i lewo, z czasem stają się obojętni” – powiedziała mi dopijając swoje latte. I tak właśnie z nimi się stało. Przez kilka lat oszukiwali się jeszcze, coraz bardziej obrażeni na siebie i na tę swoją miłość, że nie podołała ich oczekiwaniom. Bo biorąc ślub, nie przemyśleli, że to jednak bardziej „na zawsze” niż „na chwilę”. Teraz, żyjąc wciąż jako mąż i żona (o rozwodzie nie ma mowy, u niej nigdy nie było rozwodów), oboje mają „kogoś na boku”, ale Wigilię spędzają razem i razem wychowują pięcioletniego synka. Małżeńska schizofrenia.

Moi drodzy znajomi, znają się tak długo, że nazywamy ich „starym małżeństwem”, a przyjaciele pytają ich: „po co wam właściwie ten ślub, przecież od lat żyjecie jak mąż i żona”. Powody decyzji o zawarciu małżeństwa są w ich wypadku dwa. Po pierwsze, rodzice od dawna mówią o wnukach, a ona nie wyobraża sobie, że jej dzieci miałyby się urodzić w związku pozamałżeńskim. Nawet jeśli przez lata żyła z nim „na kocią łapę”, na dzieci zgodzi się tylko jako żona. Po drugie, lata lecą, kredyt trzeba w końcu wziąć i „wszystko to” jakoś łatwiej załatwić, kiedy jest się w formalnym związku.

Im bliżej do wyznaczonej daty ślubu, tym bardziej się od siebie oddalają. Ona tłumaczy to stresem związanym z przygotowaniami, on nie przyznaje otwarcie, że tak naprawdę to się boi i nie chce. Ale wszystko już załatwione, zaproszenia wysłane, rodzice i dziadkowie nie mogą się już doczekać. Więc oni wezmą ten ślub, zostaną mężem i żoną.

Każdy z nas, w miłości szuka dla siebie czegoś innego. Jedni pewności, inni możliwości troszczenia się o ukochaną osobę, jeszcze inni chcą być po prostu blisko i cieszyć się tą bliskością, wspólnymi chwilami, świadomością, że tak wiele ich łączy. Ale małżeństwo nie jest dla wszystkich.