Lifestyle

“Nie narzekaj, wstań i zrób coś więcej. Ja zdobyłam Kilimandżaro” O sile kobiety, która rodzi się po walce

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
10 kwietnia 2016
Fot. Stowarzyszenie Kilimandżaro/Arch. prywatne
 

Wyobraź sobie taką sytuację, myślisz, że już nic cię w życiu nie czeka. Że jest nudno, smutno, męcząco. Albo zwyczajnie. Nie musisz przeżywać dramatów. Po prostu czujesz brak. To jedna opcja. Jest też druga– jesteś szczęśliwa, ale czujesz, że chciałabyś zrobić więcej. Niezależnie od tego, że masz partnera i fajną pracę, może dzieci.

Ale życie nie ma za bardzo sensu, gdy nie stawiasz sobie wyzwań. I twoje wyzwanie to nie może być (wciąż) nauczenie dziecka matematyki, jazdy na nartach, posprzątanie domu, kolejny szczebel w karierze. W końcu oszalejesz. Wiem co mówię.  Kilka lat temu byłam na takim etapie. Wtedy możesz się zapaść i pogrążyć albo wreszcie zrobić coś dla siebie. To od ciebie zależy, która drogę wybierzesz. Gdyby ktoś mi kilka lat temu powiedział: będziesz podróżować i spać w hostelach, w metalowym łóżku za 7 dolarów za noc, i to będzie luksus– nie uwierzyłabym. Nie uwierzyłabym, że będę spać w namiotach, bez łazienek– z dziesięcioma innymi kobietami, które jak ja postanowiły zdobyć Kilimandżaro, Ararat czy inny wulkan. Więc nie myśl, że życie nie jest zaskakujące – ono jest cholernie zaskakujące. Ale czasem musisz przestać czekać i po prostu zrobić coś sama.

Szukaj swojej góry do zdobycia

To naczelne hasło naszego Stowarzyszenia Kilimandżaro. Nie musisz od razu się wspinać. Dla jednej góra to Demavend w Iranie, dla innej nurkowanie nad Pacyfikiem, dla trzeciej psychoterapia, nauka języka czy szydełkowanie. Nie mów, że nie masz warunków. Jedna z nas, ofiara przemocy domowej, zapisała się na karate, wyprowadziła z domu.  Chociaż przez lata  mąż decydował czy może wyjść, pracować, których używać kosmetyków. Miała dość płaczu dzieci przez całą dobę. Powiedziała: moje dzieci będą miały silną matkę. Podniosła się.

Fot. Stowarzyszenie Kilimandżaro/ Arch. prywatne

Fot. Stowarzyszenie Kilimandżaro/ Arch. prywatne

Nie mów, że nie masz pieniędzy. Znam kobiety, które biorą dodatkowe zlecenia, kredyty, zapożyczają się, żeby zdobyć tę swoją „górę”. To nie kaprys. Jest motywacja– znajduje się reszta. Jedna z moich koleżanek, która ma gospodarstwo chodziła od domu do domu i sprzedawała jajka, żeby uzbierać na wyprawę. Tak bardzo jej zależało, żeby z nami iść.

Czasem pytają się nas? Dlaczego akurat wulkany? Po co na nie wchodzimy? Śmiejemy się: bo wulkan jest jak kobieta.

Ale przecież nie zaczęło się od gór. Spotkałyśmy się na szkoleniach aktywizujących kobiety 50 plus. Wiele z nas miało pracę, przez lata dobrze funkcjonowałyśmy, a potem katastrofa. Zwolnienia, upadające firmy. W w tym kraju kobiety po pięćdziesiątce nie mają możliwości. Może inaczej: rynek nie daje im możliwości. Musimy same je sobie znajdować. Ta „góra” to dla wielu z nas było na początku poszukanie dla siebie nowej drogi zawodowej, uniezależnienie się od męża, wyjście z domu, poczucia, że możemy.

W końcu prezeska i założycielka stowarzyszenia, Ewa, rzuciła: „A może tak naprawdę Kilimandżaro?”. Któraś zaoponowała: „Bądźmy racjonalne”. „Całe życie byłam racjonalna. Dość”. Więc zobacz, możesz wymyślić sobie co tylko chcesz. My tak zrobiłyśmy. W 2009 roku weszłyśmy na Kilimandżaro.

Wcześniej zaczęłyśmy regularnie ćwiczyć, biegać. Co czwartek spotykałyśmy się w klubie fitness, co weekend w warszawskim Kampinosie gdzie chodziłyśmy z kijkami. Zaczęłyśmy coś robić. Może ty też musisz coś zacząć?

Fot. Stowarzyszenie Kilimadżaro/ Arch. prywatne

Fot. Stowarzyszenie Kilimadżaro/ Arch. prywatne

Szukaj innych kobiet

W grupie raźniej. Inne kobiety są motywacją, inspiracją. Kiedyś kobiety spotykały się na wspólne szydełkowanie, pranie, cokolwiek. Nieświadomie stawały się dla siebie grupą wsparcia. Kobiety bez tego są uboższe. My nie tylko się razem wspinamy. Niedawno jedna z nas miała urodziny, zorganizowałyśmy jej  imprezę, kupiłyśmy piękną bieliznę, „przerabiałyśmy” ją. „No taka jesteś piękna, wydobądź to” przekonywałyśmy ją.

Cytat z naszej strony: „Zrzeszyłyśmy się na początku, by wspierać się w drodze na „własne życiowe Kilimandżaro”. Z kobiet prowadzących domu i wychowujących dzieci stałyśmy się osobami aktywnymi  zawodowo”. Nie wiem czy zrobiłybyśmy to bez siebie.

To wsparcie ważne jest też w górach. Uczysz się na czym polega prawdziwe poleganie na sobie. Nie tylko wtedy, gdy jest wygodnie, pasuje, ale gdy któraś jest w kryzysie. A w górach to normalność. Wschodu słońca nie widać, idziemy którąś godzinę, na wysokości nie możesz oddychać, dusisz się. Jedne znoszą to lepiej, drugie gorzej. Zdarzają się omdlenia, normalne jest to, że się wymiotuje, boli brzuch, głowa. Często te najsilniejsze okazują się na wysokości najsłabsze. Czarno na białym widzisz co ty potrafisz zrobić dla kogoś. Czy będziesz szła wolniej, męcząc się bardziej, by wspierać inną kobietę? Czy postawisz tylko na siebie, żeby wygrać? Wieczorem wymasujesz koleżance nogi, czy pójdziesz sama na kolację, bo umierasz z głodu.

Zawsze masz coś do dania  

Tego się tu uczymy. Koleżanka Agnieszka zna doskonale hiszpański. Podczas ostatniej wyprawy na Orizabę w Meksyku była naszym przewodnikiem. Ta wyprawa nie udałaby się gdyby nie ona.

Fot. Stowarzyszenie Kilimadżaro/ Arch. prywatne

Fot. Stowarzyszenie Kilimandżaro/ Arch. prywatne

Zawsze, gdy nowa kobieta trafia do naszego stowarzyszenia pytamy: co możesz nam dać. Nic wstydliwego i niestosownego w tym. Poznajesz swoją wartość, czujesz się potrzebna i nagle rozumiesz, że ty masz coś do dania– bo właśnie znasz języki, bo jesteś obrotna i znajdziesz sponsora, bo robisz piękne projekty graficzne. Czujesz moc.

Poznaj swoje ograniczenia

Wszystkie je mamy. Nie idziemy do przodu jeśli nie widzimy tych swoich ograniczeń, nie pracujemy nad nimi. Góry obnażają ograniczenia ciała, ale nie tylko przecież. Na początku jest jeden krok, jeden oddech, potem jeden krok, dwa oddechy, a potem robisz jeden krok i oddychasz osiem razy. A raczej próbujesz złapać powietrze. Zimno do szpiku kości. Pewnie, że chcesz się poddać. Ja, gdy wchodziłyśmy na Kilimandżaro, na wysokości 5600 metrów zaczęłam do siebie kląć: „czy ja, k…., zwariowałam? Czy ja tak lubię te góry, żeby tu włazić?”. Walczysz ze swoim ciałem.

Potem rozumiesz, że w życiu nieustannie natykasz się na swoje ograniczenia. Co z nimi robisz? Jak się zachowujesz?

Pokonaj ograniczenia 

Czy wiesz, że z kilkunasty tysięcy turystów, którzy co roku próbują wejść na Kilimandżaro szczyt zdobywa co szósty? Droga jest pokryta wulkanicznym płynem, dlatego idzie się w nocy, gdy pył jest jeszcze zamarznięty. Na Orizabę też dochodzą nie wszyscy. Dzień przed atakiem szczytowym siedziałyśmy w schronie ( taka baza). Widzę młodych, silnych mężczyzn. Oni już są dzień po wejściu. Myślę: Rany, jacy mocni faceci. Od przewodnika słyszę: ten nie wszedł, ten nie wszedł, ten też. Łapię się za głowę: to jak my mamy wejść?

Fot. Stowarzyszenie Kilimadżaro/ Arch. prywatne

Fot. Stowarzyszenie Kilimadżaro/ Arch. prywatne

Ale weszłam. Już wiedziałam: nie wolno patrzeć w górę. Szczyt wydaje się tak blisko, ale to tylko złudzenie. Patrzysz w górę– jesteś skończona. Patrz w ziemię, skupiaj się na każdym kroku. Masz drgawki, trzęsiesz się, czujesz każdy mięsień. Jedna z moich koleżanek na około 1000 metrów przed szczytem powiedziała: nie dam rady, idź. Wymiotowała, wcześniej zemdlała. „Zejdę z tobą, obiecałam” mówię. Choć widzę szczyt, mam tyle mocy. „Idź” mówi mocno ona. Sama się podnosi i powoli stawia kolejne kroki. Ostatnie kilka metrów wczołguje się. Na górze płaczemy, łzy lecą ciurkiem, choć gówno widać, odpoczywamy w jakiś ciemnościach. Ale ten wschód, który zobaczymy jest warty wszystkiego. „Boże, udało się”.

Uczysz się też czegoś o życiu: nie możesz się poddawać, czasem lepiej iść wolniej, ale dojść do celu, to normalne, że boli. Robisz wszystko dla tego wschodu. I satysfakcji. Czujesz moc. Ty nie dasz rady?


Tekst powstał na podstawie rozmowy z Elą Kosim ze Stowarzyszenia Kilimandżaro


Lifestyle

Genialne! Zobaczcie, jak zawiązać brzuch na supeł

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
10 kwietnia 2016
Fot. Screen/You Tube
 

Jody Steel jest prawdziwą artystką, na ciele człowieka potrafi namalować właściwie wszystko. To naprawdę dzieła sztuki. A wszystko zaczęło się od tego, że pewnego dnia zabrakło jej papieru do rysowania i w trakcie zajęć wykonała rysunek na swoim udzie. Jej prace obiegły cały świat, Jody zabiera głos w wielu ważnych sprawach, swoimi rysunkami komentuje rzeczywistość.

Ale dzisiaj nie chcemy na poważnie. Jody postanowiła pomalować trochę siebie. Zobaczcie niesamowity efekt jej pracy. Po co nam diety i ćwiczenia. Wystarczy trochę farby, talentu i talia osy gotowa 🙂

Zachęcam was do obejrzenia także innych filmików, w których krok po kroku widać, jak powstają prace Jody Steel. A to dam wam jeszcze jeden przykład, bo naprawdę warto to zobaczyć.


Lifestyle

Mój mąż na dwie żony. Jedna to ja. Żona oficjalna. Druga to też ja – wymyślona. Skąd u licha się wzięła?

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
9 kwietnia 2016
Fot. iStock/Petar Chernaev
Mój mąż ma dwie kobiety.

Jedna to ja

Żona oficjalna, realna, babka z krwi i kości. Druga to zdaje się też ja… Tyle, że bezcielesna, nierealna i całkowicie nieobliczalna. Pierwsza ja żyje w świecie namacalnym. Chadza do pracy, dom prowadzi, sprząta, gotuje, wydaje zdecydowanie za dużo pieniędzy, spotyka się z innymi ludźmi z krwi i kości, biega na spacery, pisze blogi i artykuły, czasem leży na kanapie z książką, a czasem po prostu leży na kanapie i z zadowoleniem gapi się na Project Runway. Realna ja jest też od przytulania i fizycznych igraszek. Realna ja ma swoje dobre i złe dni, swoje choroby i okresy zdrowienia i listę marzeń, nad którą niezmordowanie pracuje. Realna ja trochę w życiu przeżyła, męża całkiem nieźle poznała i dobrze wie, co i kiedy ma powiedzieć, żeby gadanie miało sens. I pewnie by miało sensu aż nadmiar, gdyby nie…. no właśnie! 

 Ja wymyślona

Oto druga żona męża mego, na stałe, zdaje się, już zamieszkała w jego głowie. A jako, że pole do popisu ma ograniczone, bo z oczywistych względów nie jest w stanie zrobić tego wszystkiego, co robię ja w świecie żywych, to i skupia się na gadaniu. Na niekończącym się marudzeniu, ciągłym bla bla bla, które łomocze się w mężowej czaszce doprowadzając go, rzecz jasna, do szału.

Kiedy wymyślona ja wprowadziła się do głowy męża – tego, niestety, nie zarejestrowałam. Grunt, że od pewnego czasu jej obecność w świecie wyimaginowanym stała się jakby wyraźniejsza. Jakby bardziej realna. A to z kolei powoduje, że mąż mi się pogubił. Zauważyłam bowiem, że zarzuty mi stawia w formie: mówiłaś to i tamto, ja tymczasem słówka nie pisnęłam w temacie i doprawdy na słowne baty wcale nie zasłużyłam.

Początkowo, zanim jeszcze odkryłam, że druga ja do głosu w głowie męża dochodzi, myślałam, że chłop mi zwyczajnie zwariował. Choć bywało i tak, przyznać muszę, że po cichu podejrzewałam i siebie o jaźń rozdwojoną, idealnie schizofreniczną, taką co to nie wie, co robi Pan Hyde, gdy jest Doktorem Jekyll.
 
No więc chwilę to trwało, zanim ustaliłam, że mąż ma w głowie lokatorkę, drugą żonę, panią przemądrzałą, co to rozumy wszystkie zjadła. Najwyraźniej męża rozum też pożarła! Łyżką! Jak szamanka, wszystkie klepki i szare komórki wyjadła. Próbowałam mężowi przetłumaczyć, żeby babę tę nieznośną z głowy swej pogonił. Tym razem to jednak on spojrzał na mnie jak na wariatkę i znowu monolog mi strzelił taki z serii co to suflerka (sobowtórka ma) mu podpowiedziała. To mi dało do myślenia. Mąż jak się bowiem połapałam, bladego pojęcia o lokatorce/drugiej żonie nie ma i najwyraźniej żyje w przekonaniu, że to ja do niego tak ciągle i do tego całkiem głupio (o zgrozo) gadam.
 
To znaczy z tym głupim gadaniem, to fakt… znajomo to jakoś brzmi, ale raczej przeszła to sprawa. Nawet jeśli kiedyś wielce podobnie do męża przemawiałam, to przecież to było dawno, lat kilka wstecz, dzisiaj jestem inną kobietą, mądrzejszą, po przejściach, zupełnie niemarudną. No a już broń Boże nie emocjonalną szantażystką, królową we wzbudzaniu poczucia winy, czy jakąś małą, wredną manipulantką, naburmuszoną i niezadowoloną! Żeby jasne było: nic już nie mam wspólnego z tą kobietą z przeszłości! Nic a nic! No chyba poza mężem, którego nieoczekiwanie dzielić muszę, bo ta druga żona, choć wymyślona, to jednak całkiem jest równouprawniona! I to zwłaszcza w zabieraniu głosu!

Pokuszę się rzecz jasna o wnioski jakieś rozsądne

Nie od zawsze przecież w głowie męża istniałam jako kobieta potwór, jędza, maruda, która mendzi i ględzi, jak stare, niedostrojone radio. Poza tym nawet wtedy, kiedy w rzeczy samej ględziłam i trułam, to byłam zarazem porywająca, zachwycająca, słodka i milusia. Ożenił się przecież ze mną facet do diaska! Cóż więc się stało? I jak to się stało, że akurat ten głos wredoty z przeszłości tak się sprytnie auto-wyselekcjonował, po czym nagrał się mężowi na mózgowe zwoje po to, by teraz odtwarzać mu się na okrętkę jak jakaś płyta co to się zacięła? Cholera, czy to możliwe, że teksty, które w ramach skrzętnie zaplanowanych manipulacji (choć czasami całkowicie nieuświadomionych!) powtarzałam mężowi przez lata całe, tak mu się wryły w jego własną głowę, że poniekąd wykreowały mu zestaw przekonań z pomocą których nieustająco interpretuje mnie dzisiaj? Dzisiaj, kiedy to jestem zupełnie innym człowiekiem? Odnowionym i zreformowanym? A więc zasługującym na nowe, dostosowane standardy?
 
No może. Może i jestem człowiekiem nowym. Cóż, kiedy mąż, na skutek tych wszystkich moich zabiegów sprzed lat, stworzył sobie taki mój obraz, który zsynchronizował się z owym niefortunnym moim wizerunkiem poprzedzającym zmiany na lepsze. Zanim też się drogi mąż z nową mną oswoi i zanim nowe na mój temat przekonania przyjmie, czasu chyba trochę upłynąć będzie musiało. Zmiana przekonań to bowiem trudny proces, który do tego, żeby w ogóle mógł się rozpocząć, wymaga męża uwagi. Dopóki więc mąż sam nie zauważy we mnie zmiany i zaintrygowany nie zacznie drążyć, dopóty nie pozostanie mi nic innego jak żyć w tym nieszczęsnym trójkącie. Z mężem i z wymyśloną mną. Jak w jakimś klasycznym menage a trois
 
A więc lekcja! Jaka lekcja z całej tej sytuacji płynie? Dla mnie sprawa jest oczywista: uważajmy jak kodujemy ludzi! Jak ich programujemy, jak nimi manipulujemy. Bo że to robimy, to nie ma dwóch zdań! Każdy komunikat jaki do nich wysyłamy, zostanie bowiem odebrany i każdy z konsekwencją godną podziwu, będzie się składał na nasz fundament, na którym mężowie i żony, przyjaciele i dzieci, budować będą sobie nasz obraz i służący jego interpretacji system przekonań. W oparciu o te komunikaty,nasi partnerzy i ludzie, z którymi przyjdzie nam obcować, modelować z  nas będą człowieka. Poniekąd na nasze własne życzenie i na naszych warunkach, które tak zawzięcie, czasem z prawdziwą pasją kreujemy! A że żmudny to proces i długotrwały to i jego rezultaty nie zawsze od razu będą widoczne.
Czasami pojawią się po latach i tak jak w moim przypadku, wymodelowana ja tak mężowi w głowę zajdę, że ja prawdziwa w ogóle głos mój stracę. Brzmi absurdalnie? Sama tak z początku myślałam. Aż mi znowu mąż zarzucił, że mu to i owo powiedziałam i że tego i owego od niego oczekuję. Ja? Ależ skąd? To nie ja! To ta druga żona, stara ja, którą kiedyś nieopacznie wykreowałam, myśląc, że oto mądra jestem jak rzadko! Jednej rzeczy pod uwagę jednak nie wzięłam, kiedy tak bezkarnie sobie używałam projektując siebie na potrzebę chwili, że cokolwiek stworzę wróci do mnie dnia pewnego i zamieszka w głowie męża. Tak jak ta żona wymyślona, obecna lokatorka, której dzisiaj, nijak pozbyć się z tej jego głowy nie mogę.

Zobacz także

Casual nie musi być nudny!

Casual nie musi być nudny!

„Jestem ważniejszy niż twoje dzieci”. Mocna i bardzo ważna kampania z Jackiem Braciakiem skierowana do kobiet

Najlepszy romans na całe życie, to ten z samym sobą. Ile jesteś w stanie zrobić, by poczuć, że sam dla siebie jesteś najważniejszy?

Najlepszy romans na całe życie, to ten z samym sobą. Ile jesteś w stanie zrobić, by poczuć, że sam dla siebie jesteś najważniejszy?