Lifestyle

Nie bądź taka piękna… jak już trzeba wybierać, to o wiele lepiej być całkiem przeciętną i mądrą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
14 lipca 2016
Fot. iStock/wundervisuals
 

Zawsze uważałam, że jak już trzeba wybierać, to o wiele lepiej być całkiem przeciętną i mądrą, niż mądrą i piękną, że o kombinacji głupota plus powalająca uroda nie wspomnę. Znam wiele pięknych, nieszczęśliwych i niepewnych siebie kobiet, za to ani jednej brzydkiej i tak dalece niezadowolonej ze swego wyglądu i zakompleksionej jednocześnie – co ostatecznie przekonało mnie, że brzydota i przeciętność są lepsze dla zdrowia, po prostu.

Weźmy taką Kaśkę, panią stomatolog, z gabinetu w trzeciej klatce. Nogi do podłogi, rzęsy niebotycznie długie (i właśnie, że własne), piękne usta i włosy w kolorze orzecha. Widzieliście kiedyś jak takie orzechowe włosy lśnią w blasku słońca? Pacjenci (nie pacjentki) do doktor Kasi walą drzwiami i oknami. Nawet na rwanie. Co trzeci z obstawą: żona, dziewczyna, zaniepokojony facet… Bo ona jest po prostu podejrzanie piękna! I cholernie samotna. Z grona przyjaciółek, została jej jedna, jedyna (przeciętna), która nie przestraszyła się tej urody i nie popadła w paranoję utraty narzeczonego na rzecz Orzechowych Włosów.

Przyjaciółek od serca i znajomych od piątkowego wyjścia na kawę było więcej, na studiach. Odchodziły systematycznie bezlitośnie banując Kasię towarzysko, kiedy tylko związały się z kimś „na stałe”. Przyczyna? Oczywista. Zalewało je z zazdrości i ciemno się w głowie robiło od podejrzeń. Bo przecież Kaśka sama jest i taka ładna, to na pewno tego faceta, w pocie czoła zdobytego zaraz ukradnie. A nawet jak nie ukradnie, to co ona się tak uśmiecha do niego? I niech lepiej do niego nie mówi, bo wyjdzie na jaw, że ma coś do powiedzenia. Piękna, mądra, z nietuzinkowymi zainteresowaniami (rugby)? Nieszczęście gotowe.

A pani Iwonka z warzywniaka? Mąż ją najpierw wystawił „na kasie”, bo mu dzienne obroty zwiększyła trzykrotnie. Kiedy biuściasta, jasnowłosa i zielonooka pani Iwonka obsługiwała, panowie ustawiali się w kolejce po ziemniaki i pieczarki, a panie – z ciekawości, ale i sympatii – po włoszczyznę i szparagi. Pani Iwonka w zieleninie to był widok przyjemny dla oka. Ale przebrała się miarka, kiedy jeden klient zaczął po malinowe przychodzić nie raz, a kilka razy dziennie (czas wolny mu pozwalał, bo facet był od niepamiętnych czasów niepracujący). Zjawiła się w końcu małżonka delikwenta i oznajmiła mężowi Iwonki, że tak nie może być, że obsługa sklepu powinna wyglądać jak normalny człowiek, a nie Marylin Monroe dla ubogich, bo to tylko odwraca uwagę i  prowokuje u Bogu ducha winnych mężczyzn chęć jakiegoś romansu. Panią Iwonkę przerzucono do pracy biurowej przy zamówieniach, czym – jestem pewna znając jej miłość do warzyw, owoców i ludzi w ogóle – pogrzebano na amen radość z pracy i pasję do tego, niełatwego zawodu.

urodziwi to maja trudniej

Teraz w warzywniaku wita nas rozkojarzonym, bezzębnym uśmiechem pan Wiesio, teść Iwonki. Kasę liczyć umie, ale pomidorów już tak nie wybierze, kalafiorowi liści to nawet nie oberwie i nie zapyta współczująco: Czy małej już katar przeszedł?. Mała, czy pies, czy sąsiad z góry – wszystko mu jedno.

Albo nawet ten Krystian, jedyny facet w mojej grupie na studiach i jeden z siedmiu na roku. No fakt, przystojny był: wysoki, kędzierzawy, patrzył niebieskim, rozmarzonym wzrokiem. Typ – „wyzwanie dla cierpliwych”, bez dwóch zdań. Ale co on miał za życie na tym babskim (filologia) wydziale. Egzaminy ustne Krystiana trwały godzinę, półtorej, podczas gdy my – dziewczyny otrzymywałyśmy na odpowiedź maksymalnie 15 minut. No i Krystian do egzaminu musiał być przygotowany. W przeciwnym wypadku pani profesor od fonetyki zapraszała go na poprawkowy do swojego gabinetu, na małe tête-à-tête. Inne wykładowczynie ewentualne braki w wiedzy Krystiana traktowały z pobłażliwym uśmiechem, stawiając w indeksie naciąganą do granic możliwości czwórkę z minusem.  Inaczej reagowali panowie. Wykładowy wysłuchując z bólem serca nieskładnego bełkotu, wzdychali głęboko („no trudno nie możesz pan mieć wszystkiego”) i kreślili niewyraźną trójkę.

My, koleżanki nie byłyśmy lepsze. Krystiana wystawiałyśmy bezwzględnie na pierwszą linię negocjacji w sprawie przełożenia kolokwium, skrócenia zajęć, zmiany tematu, na taki, który da się w całości przegadać. Urok osobisty i to niebieskie spojrzenie działały niezawodnie.

Urodziwi to mają zdecydowanie trudniej. Więcej się od nich wymaga, częściej odsuwa się ich na dystans. Nie wierzcie w bajki. Kochajcie swoją przeciętność.


Lifestyle

Facet musi się wyszaleć. A ty, to zupełnie co innego. No trzymajcie mnie, bo mam nerwa

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
17 lipca 2016
Fot. iStock/KristinaJovanovic
 

Facet musi się wyszumieć – mówią. Zanim wpadnie jak śliwka w kompot w poważny związek, zanim straszna żona (czy aktualna partnerka „na stałe”) zabierze mu wolność i nałoży na niego okowy swoich wymagań i oczekiwań. Zanim spadnie na niego miażdżąca i niesprawiedliwa odpowiedzialność za rodzinę i dzieci. Facet musi dojrzeć, to jest jego święte prawo, o którym przypomni ci jego matka, babcia, a nawet czasem i jakaś inna, nawet życzliwa ci kobieta (w ramach pocieszenia). Nie wymagaj do niego od razu nie wiadomo czego. Facet to dziecko. Ty to co innego.

Weźmy na przykład taki ślub. Dla ciebie to oczywiście wymarzony dzień, przyznaj. I jeszcze ta satysfakcja, że udało ci się faceta nakłonić na całą tę  imprezę, na wizyty w urzędzie…  To trochę jak wygrać szczęśliwy los na loterii… Przecież marzysz o tym od dawna: biała sukienka, romantyczna sceneria i sesja zdjęciowa u dobrego fotografa – tyle zaprząta twoją głowę.

Za to on ma wątpliwości. A nawet jeśli do tej pory ich nie miał, znajdzie się kumpel, który rzuci beztrosko:  „No, stary, gratuluję… odwagi”. Bo od teraz wszystko będzie inaczej (kumpel to wie, dlatego jest sam). Nieważne, że od kilku lat dzielicie jedno łóżko, kilka talerzy, stolik z IKEI i rudego kota. Nie szkodzi, że się znacie jak łyse konie i razem przeżyliście niejedno. Coś, co potencjalnie niewiele zmieni w waszych relacjach, urasta nagle do rangi jakiegoś przerażającego symbolu. No ślub, to poważna sprawa. Zupełnie tak, jakbyś wcześniej była tylko „opcją przejściową”. Zostawić cię teraz dla innej, to nie problem, ale już rozwieść się z tobą – cała masa zachodu. Niech on się dobrze zastanowi. Facet musi się wyszaleć, zanim na zawsze zabierzesz mu wolność. Czy on w ogóle miał jakiś wybór?

Nie obchodzi mnie liczba twoich partnerów z tego okresu kiedy jeszcze go nie znałaś. Ale nie chwal się lepiej, jeśli było ich więcej niż dwóch. Jak to ty też musisz zrobić jakiś rekonesans? A po co? Chcesz wiedzieć, czego oczekujesz od związku? No chyba, żeby kochał? Nie wystarczy? Nie miej zbyt wielu wymagań. To mężczyzna powinien być tym bardziej doświadczonym, pamiętaj. W seksie przede wszystkim. A, mądrzejszy też powinien być.

Jak to się wahasz? Uciekająca panna młoda? Dobre na filmie, żeby się pośmiać. Nie żartuj, to chyba tylko taka kokieteria. Rozmyśliłaś się? Boisz się? Nie sprawisz chyba zawodu całej rodzinie. Przymykali oko na waszą „kocią łapę”, nie rób im tego. Jemu też tego nie rób, jak on się poczuje? To takie niemęskie zostać porzuconym w dniu ślubu. Koledzy nie dadzą mu żyć.

Dziecko? Jesteś na nie gotowa odkąd zaczęłaś miesiączkować, prawda? Ale on potrzebuje czasu, żeby zaakceptować tę sytuację. Każda kobieta chce być matką. To taka naturalna kolej rzeczy. Ojcem zostaje się z czasem. Nie wolno na niego naciskać. On to musi zaakceptować, przetrawić w sobie. Musi to poczuć. Mężczyźni są tacy delikatni w tej kwestii. Daj mu czas, w końcu się z tym oswoi. A wtedy pamiętaj – każdy przejaw zainteresowania twoim samopoczuciem w ciąży, a potem twoim dzieckiem nagradzaj niekłamanym zachwytem. Jeśli nie umiesz, zaproś teściową. Ona ma praktykę.

Jak to sam tego chciał? Przecież to ty zaszłaś w tę ciążę, mogłaś tego nie robić. A poza tym, może i chciał, ale zdecydował, że emocje go przerosły. Nie, on nie odszedł, on wyjechał, żeby odnaleźć siebie, dowiedzieć się czego naprawdę w życiu chce. Wróci. Nie martw się.

Wiem, mamy XXI wiek i pewnie większości z was w głowie się nie mieści taki ogrom krzywdzących stereotypów. A jednak świat nie jest idealny. Spora grupa młodych kobiet myśli może jedynie odrobinę inaczej niż ich prababcie. Wiele dziewczynek nadal wychowuje się w przekonaniu, że ślub to szczyt ich marzeń, a mężczyźnie należy „stworzyć dom” (tak- jemu a nie – z nim). A wszystko zaczyna się od banałów. Facet to dziecko – mówisz i usprawiedliwiasz wszystkie głupawe i ryzykowne zagrywki. Faceci dojrzewają później – oznajmiasz całemu światu i decydujesz się związać z nim na stałe. Czekasz, lata mijają, ale jego dojrzałość nie nadchodzi. W ten właśnie sposób stereotypowe pojmowanie różnic między obiema płciami przeszkadza ci zrozumieć, jak powinien wyglądać partnerski, dobry związek. Ba, nawet przeszkadza ci dobrze wybrać życiowego partnera.  Tak lekceważąca osobiste potrzeby i pragnienia postawa odbiera ci szansę na szczęście w miłości. Nie ryzykuj, wybieraj dojrzale.


Lifestyle

Rodzina męża to głowa węża… Zwłaszcza TAKA rodzina

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 lipca 2016
Fot. iStock / helenecanada

Najpierw poznajesz JEGO: swój „prawie-ideał”, na widok którego pewnego lata zmiękły ci kolana. Na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka wydaje się podejrzanie cudowny. Przynosi kwiaty i czekoladki, zakochujesz się, jest pięknie, zaczynacie snuć plany. Sielanka jak z filmu. Aż któregoś dnia pada zdanie: „ A może chciałabyś poznać moją rodzinę?” i kolana miękną ci po raz drugi. To na poważnie, na serio jest.

Nadchodzi moment, w którym stajesz oko w oko (a raczej oko w 10 par oczu) z krewnymi i znajomymi Królika. Jeżeli JEGO rodzina przypomina ogromną włoską familię masz dwa wyjścia: do końca życia (lub związku) próbować zachować swoją tożsamość, albo dać się wchłonąć i porwać przez sam środek tego cyklonu.

Pierwsze koty za płoty

Okazja zdarza się niebawem. 101- wsze rodziny dziadka, seniora rodu. Tego, o którym słyszałaś setki opowieści. Szukasz więc prezentów „90+” i przeglądasz swoją garderobę.

– Po prostu załóż to, co masz najlepszego – podpowiada ci mądra i doświadczona w tej kwestii przyjaciółka, a ty nierozsądnie wybierasz zaledwie elegancką wygodę. Jeszcze nie przemawia do ciebie jej komentarz, że „to będzie na 100% stado hien”. Żałujesz już w progu. Gwar, krzyki i wybuchy śmiechu, które słyszałaś jeszcze stojąc na wycieraczce cichną nieco i co drugi krewny biegnie się przywitać. Twój ukochany wpada w wir namiętnych pocałunków cioć i babć (naprawdę jest ich aż tyle?!) rzucających ci ciekawskie spojrzenia niczym tabliczki z punktacją od 0 do 10. Czujesz, że gdybyś wybrała bluzkę z dekoltem choć w połowie tak głębokim jak ten ciotki ze złotym krzyżykiem między piersiami, zdecydowanie podniosłoby to twoją samoocenę. Przynajmniej na mocną czwórkę.

Pierwsze uprzejmości (czy oni wszyscy muszą się całować, nie wystarczy uścisk dłoni?!) zostały wymienione, krążysz wokół bufetu w poszukiwaniu kieliszka wina. STOP! – zapala ci się czerwone światełko. Lepiej nie dawać powodu do plotek. Wybierasz szklankę zimnej wody i za chwilę wraca ci pewność siebie. No, przynajmniej jakieś namiastki. Uśmiechnięta, udająca rozluźnioną prowadzisz uprzejmą konwersację, poznajesz kolejnych członków rodziny. „Dziadka nie denerwuj, dziadek jest przygłuchy, ciotki – tej grubej w okularach – nie pytaj o pierwszego męża (nawet by ci to do głowy nie przyszło!)” – przypominasz sobie gorączkowo instrukcje.

Twoja pamięć postanawia jednak akurat tego dnia spłatać ci figla. Grubą ciotkę w okularach zagadujesz o wiszący na ścianie portret pewnego przystojniaka z mundurze wojskowym. Los sprawia, że to ów rzeczony „pierwszy mąż”. Wspomnienia z 1944 wracają, ciotka zalewa się łzami, przygłuchy dziadek denerwuje się tak, że zaczyna rytmicznie stukać laską o podłogę. Matka twojego W. przybiega natychmiast, wydając dźwięki takie jak syrena alarmowa. „Tatusiu, nie  w parkiet, dziurę tatuś zrobi, jak na górze, w sypialni” – pada z jej czerwonych, umalowanych ust.

Już do końca imprezy czujesz na sobie ciekawskie lub krytyczne, a czasem nawet rozbawione spojrzenia. Ta jedna jedyna, co patrzy życzliwie, to żona brata twojego ukochanego. Ona cię rozumie. Ona też nie jest „stąd”.

Do domu wracasz ze spuchniętą od bólu głową. Następnego dnia zostajesz w łóżku do południa i ratujesz się ziółkami, jak po niezapomnianej nocy sylwestrowej.

M jak… matka

We włoskiej rodzinie najważniejsza. W tej, typowo polskiej, również. Skoro już się znacie, któregoś dnia odbierasz od niej telefon („Kochanie, mama chciała do ciebie zadzwonić, prawda, jak miło, podałem jej numer”) z propozycją nie do odrzucenia. Takie rodzinne „babskie” spotkanie. Będzie tylko ona i kilka dziewczyn z rodziny. Kiedy się zjawiasz na miejscu, okazuje się, ze te kilka dziewczyn to także dwie siostry twojego faceta, trzy całkiem młode kuzynki i gruba ciotka w okularach (teoretycznie już ci wybaczyła niewybaczalne „faux-pas” z portretem, , ale dystans zostanie już na zawsze. Jest miło, rozmawiacie sobie. Głównie o NIM. O TWOIM mężczyźnie.

Przychodzi pora na rodzinny album. A w albumie mnóstwo JEJ (tej ostatniej „byłej”) zdjęć. „Taka ładna, fajna była, myślałam, że się z nią ożeni. Pytałam go nawet, dlaczego się jeszcze nie oświadczył” – pada nie raz, ale chyba ze trzy razy. „O tu byli razem na wakacjach, ze trzy lata temu” – mama pod nos prawie podsuwa ci zdjęcie objętej i uśmiechniętej pary. –  Nie przejmuj się, ciebie też wkleimy – słyszysz pokrzepiające słowa jednej z sióstr W. i od razu ci lepiej. Musiałaś chyba zrobić jakąś bardzo wymowną minę. Szybko opanowujesz emocje i znów robisz „pokerową twarz”.

Wpada ci do głowy, że to może jakiś dziwny test na wytrzymałość. Tym razem dajesz się namówić na kieliszek czerwonego i postanawiasz podjąć wyzwanie. Atmosfera rozluźnia się na chwilę przy zdjęciach z dzieciństwa. Mama rozczula się do łez nad fotografiami synka w pieluszce, bez pieluszki, nago w piasku i w przebraniu Batmana na balu maskowym w przedszkolu. – Dbaj o to moje oczko w głowie – tyle słyszysz. W domyśle pobrzmiewa jeszcze: „ bo jak nie, to cię znajdę, włosy powyrywam i żywcem przerobię na bigos”.

Jest tylko jedno „ale”. Cokolwiek zrobisz, nigdy nie zadbasz o W. tak jak ona. Przez następne lata tego związku, będzie ci to udowadniała na każdym kroku, nawet nieświadomie i nawet wtedy, gdy (na tyle, na ile potrafi) zaufa ci i okaże dowody jakiejś „można powiedzieć” życzliwości.

U nas to się robi inaczej

Słyszysz to od samego początku. „U nas rodzina jest na pierwszym miejscu”. Z resztą ten podział na „u nas” i „u ciebie” jest szalenie deprymujący. Czujesz już, że może być dobrze, że uda się wypracować jakiś zdrowy kompromis, a potem dzieje się coś, co przypomina ci, że dla nich zawsze będziesz „obca”.

Na TĘ rodzinę możesz liczyć. Nawet wtedy, kiedy nie chcesz. Rodzina ci pomoże rozwiązać problemy, o których nie wiedziałaś, że istnieją. Znajdą wszystkie dziury w całym i zaszyją je własnoręcznie.

Święta spędzacie tak, jak to się „u nich robiło od zawsze”. Jeśli spróbujesz nieśmiało zaproponować zmiany, zostaniesz uprzejmie i z sympatią wysłuchana, a potem po prostu przydzieli ci się zadanie („ciasto zrób, jak umiesz”). Masz problem z dopasowaniem? Chcesz wyjechać na święta? Nie żartuj. U nas nigdy się tak nie robiło. W święta TRZEBA być razem. Na prezenty urodzinowe zrzucacie się razem, nie wyłamuj się z jakimiś oryginalnymi pomysłami.

W (waszą) rocznicę ślubu wpadną kupą i niezapowiedziani (lub zapowiedziani pół godziny przed faktem) nie bacząc, że to WASZE, a nie ICH święto. Wszelkie WASZE życiowe decyzje (ślub, kupno domu, zmiana miejsca zamieszkania, wybór szpitala położniczego) zostaną omówione w szerokim, rodzinnym gronie i choć usłyszysz „rób jak uważasz” (wiadomo, że tylko mieszasz W. w głowie), nawet nie próbuj robić tak, jak uważasz.

Ile osób w tej ogromnej rodzinie tylu ekspertów od wychowania. I tylu gości na porodówce. Bo już kilka godzin po porodzie możesz liczyć na wizytę. Przeczuwasz to, do torby do szpitala podświadomie pakujesz korektor pod oczy i byle jaki tusz od rzęs. Podczas gdy oni bez skrępowania cykają fotki TWOJEMU dziecku (właściwie to dziecko W., więc należy już do FAMILII), ty zmęczona i półprzytomna czekasz aż się domyślą, że tak intymne chwile chciałabyś teraz dzielić jedynie ze swoim mężem. Nie domyślą się. U nich przecież jest inaczej. Wysłuchujesz więc wspomnień okołoporodowych swojej teściowej, ciotek i kuzynek, dowiadujesz się, że DZIECKO jest oczywiście podobne do NIEGO, a w ogóle to ma nos dziadka, a gesty (noworodek!) babci. Przez następne lata słyszysz to tyle razy, że zastanawiasz się czy w ogóle miałaś jakiś udział w stworzeniu tego potomka.

Ale o co ci chodzi?

Spytacie gdzie w tym wszystkim facet. Powiecie, że z niego trąba, że nie umie powiedzieć STOP i powstrzymać zapędów mamusi, cioci i reszty rodziny.  Ale bądźmy sprawiedliwi. Po pierwsze, jemu też łatwo nie jest. On dopiero uczy się innych relacji rodzinnych niż te, w których funkcjonował przez 20, 30 lat swojego życia. Nie stawał do tej pory przed tak istotnymi dylematami jak „pierwszy i drugi dzień świąt z całą rodziną, czy tylko pierwszy, a potem wyjazd”.

Po drugie, mężczyźni w przeważającej większości są mało domyślni. Drugą, uprzykrzającą nam życie cechą jest ich konformizm, czyli dążenie do „świętego spokoju”. Jeśli więc próbujesz ukochanemu (może już mężowi, jeśli sprawy zaszły na tyle daleko) robić wyrzuty z powodu zachowania członków jego rodziny, z dużym prawdopodobieństwem będzie się próbował od rozwiązania tego problemu wykpić. No bo o co właściwie ci chodzi? Przecież ONI chcą dobrze…

Życie pisze różne scenariusze. Na trzy moje koleżanki, które związały się z JEGO WIELKĄ RODZINĄ każda wybrała inne rozwiązanie. Pierwsza, po spowodowanym rodzinnymi ingerencjami kryzysie, wyjechała za granicę. Mąż pojechał za nią. Są szczęśliwi, rodzinę oglądają via Skype, a do Polski wracają na święta. Druga dusi się i tłumi  w sobie narastającą frustrację, ale stale próbuje się dostosować, być „jak oni”. Trzecia zaś, od początku dała wszystkim do rozmienia, że dopasowywać się nie zamierza. I może jej nie kochają, ale na pewno liczą się z jej zdaniem.

Jeśli JEGO rodzina przypomina tę, opisaną powyżej, nie martw się. Pierwsze 5 lat jest najgorsze. Przez następne 5 zaczynasz nabierać odwagi, a po 15 latach jesteś w stanie powiedzieć: ”Dajcie mi wszyscy święty spokój. Będzie tak, jak ja chcę.” A wtedy usłyszysz zdziwione: „Przecież nie mówiłaś, że ci nie pasuje…”.