Lifestyle

Najgorsza randka z Tindera? 170 cm wzrostu, czarna marynarka, białe spodnie i trzy kolczyki w prawym uchu

Anna Wójtowicz
Anna Wójtowicz
20 maja 2017
Fot. iStock/master1305
 

„Tinderlajk, alleluja. Dzień dobry”- czytam na swoim telefonie. „Cześć”- odpisuję. Właśnie rozpoczęłam tinderową znajomość. Jesteśmy parą – oczywiście tylko według aplikacji, bo oboje polubiliśmy swoje zdjęcia i przesunęliśmy w prawo. Mnie przekonał Paulo Coelho, który „Poleca tego użytkownika”, a jego przekonało… Nie zapytałam o to nigdy. Pisaliśmy ze sobą z przerwami trzy miesiące, aż wreszcie dostaję wiadomość„Kino i piwo?”. „Tak”- odpisuję i umawiamy się na najgorszą randkę w moim życiu. Z facetem, który zamiast partnerki, szukał frajerki. I który od kobiety oczekiwał nie wiadomo czego, samemu nie dając nic w zamian – oprócz zaszczytnego swojego towarzystwa. I eleganckiego stroju.

Tinder my love

Jestem singielką, której jest z tym bardzo dobrze. Jednak czasami, średnio raz na pół roku, nachodzi mnie myśl, że może fajnie byłoby kogoś mieć. Kogoś takiego, na kim zawsze można polegać, do kogo można się zawsze przytulić lub wypłakać, kiedy jest źle. A jeśli nie na stałe, to chociaż kogoś, z kim pójdę na randkę.

W realu ciężko kogoś poznać, przecież nie podejdę do nikogo na ulicy, a gdzie się nie pojawię – pechowo – prawie same baby lub zajęci faceci albo z ogonem w postaci zazdrosnej żony. Oraz oczywiście nie w moim typie. Bo wymagania to są, oczywiście! Ma mieć poczucie humoru, musi być wyższy, inteligentny i kulturalny. I jeszcze musi mieć kilka innych cech. Ale nie, nie musi być ideałem. Ani mieć kaloryfera na brzuchu.

Podczas takiego kryzysu zalogowałam się na portalu. Lewo, lewo, lewo. Ze znudzeniem przesuwałam po uśmiechniętych twarzach facetów. Facetów w garniturach, kąpielówkach, nad wodą i na nartach. Prezesach, trenerach personalnych, szlachcicach, którzy nie pracują, bo szlachta nie pracuje. Aż tu nagle ON.

Oczy mi się zaświeciły i z zainteresowaniem weszłam w galerię. Był jednym z nielicznych facetów, którzy według mnie byli warci zainteresowania. Bo niestety, era Tindera już przeminęła. Zostały albo niedobitki, albo faceci, z którymi prawdopodobnie jest coś nie w porządku, albo obcokrajowcy – ale tych z góry wykluczam, bo szukam Polaka. Niestety, moja teoria się potwierdziła…

Co znalazłam w galerii użytkownika podpisanego jako „HappyTom”? Kilka zdjęć z różnych zakątków Polski i ze świata. Z gór i znad morza, przed Krzywą Wieżą w Pizie. Był to dla mnie znak, że jest ciekawy świata. Ucieszyłam się i w tym momencie przesunęłam jego zdjęcie główne w prawo.

I miałam nadzieję, że ja także przypadnę mu do gustu.

Nagle dostaję gratulację. „Masz nową parę”- czytam i pojawia się zdjęcie „HappyToma”. „Tinderlajk, alleluja. Dzień dobry” dostaję wiadomość i tak zaczyna się nasza znajomość. Po kilku wymienionych wiadomościach z Tomem, uznałam, że jest interesującym facetem z pasją podróżniczą, o której chętnie pisał. Opowiadał, jak zwiedził autostopem Hiszpanię i jak pływał na desce w Australii. Jego pasja działała na mnie zaraźliwie.

Nie mogłam się doczekać naszych kolejnych rozmów, które były rzadkie z racji obowiązków w codziennym życiu i wykonywanej, absorbującej pracy. Ale zawsze, kiedy tylko mieliśmy okazję, wymienialiśmy się poglądami na temat polityki, wydarzeń kulturalnych i pisaliśmy o tym, jak nam minął dzień.

Nie ukrywał także przede mną, że ma dziecko. „Synek już śpi, mam wreszcie czas dla ciebie” – pisał. Z matką syna utrzymuje stosunkowo dobre relacje, bo najważniejsze dla nich obojga jest jego dobro. Podziękowałam mu za szczerość, bo mógł zataić tę informację, która jest przecież ważna. To, że ma dziecko, nie było przeszkodą. Każdy przecież ma swoją przeszłość.

Zapowiadało się naprawdę nieźle. Pomyślałam, że dla niego chyba mogłabym zrezygnować ze swojego singielstwa. Ale za każdym razem, kiedy proponował spotkanie, odrzucałam propozycję. Chyba bałam się rozczarowania. Aż w końcu nadszedł ten moment, kiedy już nie chciałam uciekać.

„To co? Spotkanie?”

Kiedy po raz piąty padło pytanie o spotkanie, głupio było się wykręcić. Tym razem postanowiłam, że nie odmówię. Ustaliliśmy, że pójdziemy do kina i na piwo. Ale miał kocioł w pracy, więc zostało tylko piwo. Mieliśmy się spotkać pod Empikiem w Centrum.

Jednak przed spotkaniem, pojawiły się wątpliwości. Chciałam zrezygnować. Denerwowałam się tym, jak to będzie w realu. Dobiła mnie jego wiadomość. Pisał, żebym się nie bała, że go nie rozpoznam, „Mam czarną marynarkę i białe spodnie” – czytam i moja ucieczka staje się czymś bardzo prawdopodobnym. BIAŁE SPODNIE?! Tylko nie to! Ale się odwalił… To jest coś, czego nie toleruję u facetów. Ale przecież nie wygląd jest najważniejszy – tłumaczę sobie w myślach i jadę dalej na spotkanie z największym tinderowym rozczarowaniem.

Na miejscu byłam pierwsza. Nagle patrzę, wychodzą z następnego tramwaju białe spodnie, później pojawia się czarna marynarka. – Przecież to nie jest ten mój Tom ze zdjęć! – czuję się rozczarowana i jestem wkurzona. Chyba jednak nie tylko dziewczyny oszukują facetów wrzucając zdjęcia, na których wyglądają na chudsze i ładniejsze. Przede mną stoi przykład na to, że faceci wcale nie są lepsi od nas i także wrzucają do sieci fotki, na których prezentują się lepiej niż w rzeczywistości.

Stoję jak słup soli i planuję jak zwiać, a on w tym czasie nadstawia się do pocałunku w policzek. Kiedy myślałam, że wszystkie niespodzianki już za mną, przed moimi oczami ukazują się trzy srebrne kółka w uchu. – Kur*a, ale trafiłam – myślę, ale uśmiecham się. Do niego. On odwzajemnia uśmiech. I idziemy na piwo do ogródka piwnego. W tym momencie dziękuję losowi, że nic nie wyszło z kina i nasze spotkanie szybko się skończy.

Ile trwała nasza randka? Całą historię jego kredytu i walki o dziecko. Gdzie się podział ten interesujący facet, z którym przegadałam godziny? Mam wrażenie, jakby ktoś go podmienił.. Z dowcipnego podróżnika, stał się przygnieciony życiem i obowiązkami rodzicielskimi nudziarzem. Zamiast o podróżach po świecie, nawijał po podróżach po bankach po kredyt, zamiast o fascynujących przygodach opowiadał o spacerze z synem. Zabierzcie mnie!

Kiedy myślałam, że gorzej nie może być, walnął prawdziwą bombę. Nie wiem jak naprawdę ma na imię, ale wiem, że ledwo wiąże koniec z końcem i szuka towarzyszki na wspólne wakacje z jego dzieckiem. On ma już zaplanowaną wycieczkę po Bułgarii, ale dziecko ma chorobę lokomocyjną i nie będzie mogło z nim jechać, więc przydałby się ktoś, kto by się nim wtedy zajął w hotelu. – Może chcesz być tą frajerką? – czytam między wierszami i mówię stanowcze NIE. Tak jak jemu i całej naszej dalszej znajomości.

Nie, nie będę opiekunką twojego dziecka. Nie, nie przyjmę cię do siebie do mieszkania. Nie, nie będę cię utrzymywać. Nie, nie spotkamy się więcej, sorry.

Dobrze, że piwo szybko się skończyło… I że Tindera da się tak szybko usunąć. Bo nie chcę już nigdy więcej trafić na faceta, który w sieci szuka frajerki, która pomoże mu ogarnąć życie. Najlepiej za jej pieniądze. Ani nie będę niańką dla jego dziecka, kiedy on będzie się świetnie bawił

Dorośnijcie faceci, bo my w sieci nie szukamy chłopca, któremu ułożymy życie. My szukamy faceta, z którym możemy je sobie ułożyć.


Lifestyle

„Zblokowani”. Ona nie odejdzie, bo wierzy, że on się zmieni. A jemu jest tak… wygodnie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
20 maja 2017
Fot. iStock / shironosov
 

Od kiedy to miłość wiąże się z cierpieniem? No więc na pewno wtedy, kiedy jest nieodwzajemniona. Albo kiedy kochasz z wzajemnością, ale oboje wiecie, że to uczucie jest niemożliwe, bo poddanie się jemu skomplikowałoby jeszcze kilka, innych niż wasze, życiorysów (bo mąż, bo żona, bo dzieci, bo co rodzice powiedzą). Albo jeszcze wtedy, kiedy ona ciągle wierzy, że on się zmieni, choć wiadomo, że to nie jest ten typ faceta, któremu warto dawać kolejną szansę.

Załóżmy, że poznałaś go na imprezie u znajomych. Nie bardzo bliskich – takich, z którymi spotykasz się raz na kilka miesięcy, ale nie dzwonisz do nich w sprawie życiowego dramatu, za mało was łączy. No więc spotykasz go i słyszysz w głowie romantyczną muzykę, kolana miękną ci odrobinę i chcesz z nim rozmawiać o wszystkim. Najlepiej od razu. Szczęśliwym trafem okazuje się, że on również chce z tobą rozmawiać o wszystkim. Następnego dnia zaskakuje cię wiadomością, że było tak miło, że warto to powtórzyć, że nie dokończyliście rozmowy. Wzajemna fascynacja rozkwita, przyjaciele uśmiechają się porozumiewawczo, że „trafił swój na swego”, a ty nie możesz wyjść z podziwu, jak wiele macie ze sobą wspólnego – ty i on.

Spotykacie się kilka razy w tygodniu, niby niezobowiązująco – kawa, spacer z psami, jakaś wystawa, która zainteresowała was oboje (jeszcze jeden dowód, że jesteście sobie przeznaczeni!). Potem chcesz go widywać częściej, więc olewasz konwenanse i wysyłasz SMS: „a może kino, jutro? Ten film, o którym mi mówiłeś?”, choć dopiero podaliście sobie ręce na pożegnanie. Nie dbasz już o to, żeby się nie domyślił, że ci zależy. Przecież to kosmos, spotkanie dwóch pokrewnych dusz, za rogiem czeka wielka miłość, już za chwilkę, to się wydarzy…

I się wydarza.

Pierwszy pocałunek, szum w głowie i bicie jego serca, pierwsze zapewnienia, że to absolutnie wyjątkowe i on nigdy z nikim tego nie poczuł. Wierzysz w to, bo jak mu nie uwierzysz, kiedy czujesz, widzisz te jego emocje jak na dłoni. Jesteście razem. Płyniesz. Pierwsza mówisz „kocham cię” i wcale nie wiesz, że on już jest ciebie pewny. Znalazł to, czego szukał: kobietę, która dla niego będzie w stanie zrezygnować z tego, co dla niej zawsze było ważne.

Długo jeszcze nie orientujesz się również, że wasze rozmowy o wszystkim coraz częściej zamieniają się w jego monologi o sobie samym. I ewentualnie, o ludziach, którzy go zawiedli, wyrządzili mu krzywdę. Nie orientujesz się, bo już cię „wzięło”, bo już wiesz, czujesz, że z tego może być coś na dłużej. Wpadłaś w to uczucie, zaczynasz się angażować, otaczać go czułością i … opieką.

Zaczynasz planować. Kiedy on wycofuje się na chwilę (robi to tylko po to, byś zrozumiała jak bardzo go kochasz), czujesz, że twoje życie bez niego byłoby puste. Nie wiesz jeszcze, że to dlatego, że twoja miłość osaczyła cię tak mocno, że wszystkie bliskie ci dotąd osoby odsunęłaś od siebie, od was, nawet nie wiedząc, kiedy i jak. Ale on wraca. Wraca i mówi, że teraz jest już pewny: jesteś kobietą jego życia. Od tego dnia mieszkacie razem, u ciebie.

Po kilku miesiącach prosi cię o małą pożyczkę, obiecuje, że odda. To na naprawę samochodu, wszystkie oszczędności oddał swojemu przyjacielowi, który znalazł się w życiowych tarapatach. Pieniądze przelewasz z radością i wcale niczego nie podejrzewasz, kiedy za jakiś czas pewna suma znika twojego z portfela. Mieszkacie u niego.

Często zmienia pracę, tłumacząc, że jest niedoceniany, że ciągle szuka, że stawia przede wszystkim na rozwój i nowe doświadczenia. Jest taki mądry, taki przekonujący. Taki „twój”. Sielankę przerywa kilka zdarzeń, które pewnie zakończyły związek każdej innej pary: jedna zdrada (ale on powtarza, że to był największy błąd jego życia), zajęcie komornicze na jego koncie i tarapaty finansowe, o których ci nie wspomniał (tłumaczysz sobie, że przecież jest taki zdolny, że za chwilę wyjdzie na prostą i spłacasz jego długi „na poczet przyszłego, wspólnego życia”), dwa dramatyczne rozstania, po których groził ci swoją próbą samobójczą (choć to on odchodził). Tak bardzo go kochasz. Wierzysz, że to wszystko się zmieni, że masz na niego dobry wpływ. Przecież sam tak mówi.
Mijają lata. Bierzecie ślub, rodzi się wam dziecko. Kiedy orientujesz się, że jesteś regularnie wykorzystywana, oszukiwana, okłamywana, a nawet zdradzana, nie robisz z tym nic. Bo on tak pięknie przeprasza, tak dobrze płacze, tak głośno woła (a właściwie żąda), żebyś wybaczyła. Kocha Cię. Przecież sam tak mówi.

Nie, nie umiesz odejść, nie mogłabyś. Czujesz się za niego odpowiedzialna, boisz się, że bez ciebie on sobie nie poradzi. Choć gdzieś, w głębi serca czujesz, że to nie tylko o to tu chodzi. Że nie potrafisz się sama przed sobą, szczerze przyznać, że z nim przegrywasz życie. Wolisz tkwić w tym dalej, bez końca, więc dziwny układ między wami trwa i trwa w najlepsze, choć próżno już w nim szukać szczerego uczucia.

Są na siebie skazani. Spędzą razem życie, bo nie potrafią znaleźć dla siebie innych możliwości. Ona nie zostawi go wierząc ciągle, że przyjdzie moment opamiętania. I trochę też, z wdzięczności, że on z nią jest. On dobrze wie, że żadna inna nie zmarnowałaby na ten związek tyle czasu, energii i swoich emocji. Wie, że ona jest już jego. I nie odpuści.

„Zblokowani”.


Lifestyle

Miłość aż do końca? Oni tak kochali, byli ze sobą do ostatnich chwil. Poznajcie niezwykłą parę

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
20 maja 2017
Fot. Screen Facebook /Daily Mail

Państwo Whitehead poznali się jako nastolatkowie, a  małżeństwem byli przez 67 lat. Przez całe życie starali się pozostać jak najbliżej siebie i nie rozstawać na dłużej. Niestety, sześć lat temu, Beatrice zachorowała na nowotwór kości. Jednak nawet choroba nie rozłączyła ukochanych.

Kiedy stało się jasne, że pani Whitehead przegrywa z rakiem, Beatrice zrezygnowała z leczenia. W międzyczasie, jej mąż, Bert, znacznie podupadł na zdrowiu i trafił do tego samego szpitala, w którym przebywała jego żona. Wówczas Beatrice poprosiła personel szpitala o możliwość spędzenia ostatnich dni życia z ukochanym mężem. Ich łóżka złączono tak, aby para mogła być jak najbliżej siebie. Na jednym z ostatnich wspólnych zdjęć, małżonkowie piją prosecco i trzymają się za ręce. Przez cale życie przeszli razem i razem je zakończyli. Prawdziwa miłość trwa wiecznie.

 

Fot. Screen Facebook /Daily Mail

Fot. Screen Facebook /Daily Mail

Fot. Screen Facebook /Daily Mail

Fot. Screen Facebook /Daily Mail


Na podstawie: Daily Mail


Zobacz także

„Bo we mnie jest seks!”. Akcja „Oh!Mamo – jestem kobietą” wyzwanie #4

Dlaczego jedni ludzie są bardziej charyzmatyczni od innych?

Jakie to ma zresztą znaczenie czym zamartwiam się na codzień? Nawet na rajskiej wyspie można wszystko nagle stracić