Lifestyle Psychologia

Marzenia są przereklamowane. Gdyby nie one, nasze życie byłoby lepsze

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
27 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Lea Dubedout / CCO
 

Po co marzyć? Nic tak nie frustruje jak marzenia. To one pokazują nam, w którym miejscu jesteśmy i boleśnie przypominają o codzienności.

Bo pomyślmy: wstaję rano, ogarniam dzieci, zbieram się do pracy. Kawa, śniadanie, przepychanki poranne – bo co ubrać, a gdzieś się zapodział zeszyt, a mąż ma znowu wszystko ma w d*pie i wychodzi wcześniej. I luz. Której z nas nie dotyka taki poranek, choćby od czasu do czasu.

I gdyby nie marzenia byłybyśmy w tym poranku opanowane. Nie wkurzałybyśmy się marząc o innej pracy, albo o innym mieszkaniu, czy w ogóle innym  miejscu do życia. No dobra, czasami też o innym facecie.

O ile nasze życie byłoby spokojniejsze, gdybyśmy przestały marzyć. Dały sobie święty spokój z tymi bzdurami typu: „Marzy mi się, żeby…”. Tiaa jasne, żeby dostać gwiazdkę z nieba. Sięgnąć niemożliwego. Naiwna.

W końcu marzenia w dosadny sposób pokazują nasze porażki i rozczarowania samymi sobą. Zaczyna się od marzeń, kim będę, kiedy dorosnę. Liczyłam, że zostanę lekarzem, może stewardessą, a może otworzę biuro rachunkowe. I ZONK. Wylądowałam w budżetówce, na średnio płatnym stanowisku, albo wokół zawistnych kobiet, które tak jak ja marzyły o zupełnie innym życiu. Ale cóż, mają to co mają.

Później marzyłam o księciu na białym koniu. Miał być wysokim brunetem o ciemnych oczach. Inteligentny, wrażliwy i koniecznie z poczuciem humoru. Trafił się korpulentny blondyn – ale wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Okazało się, że facet bez specjalnej pasji, wygodny, i bierny. I może nigdy bym się nim nie rozczarowała, gdyby nie te cholerne marzenia o księciu kiedyś, a teraz o romansie z tym mimo wszystkim wysokim brunetem.

O ile życie byłoby łatwiejsze bez marzeń. Lądujesz w mieszkaniu, o ogrodzie pozostaje nadal ci marzyć. Z dziećmi jeździsz nad morze, choć wieje i pada, no bo jak w góry skoro one nie przejdą nawet kilometra, a żeby jechać gdzieś dalej? Przecież nie wysiedzą w aucie. Marzenia są po to, żeby o nich marzyć, więc siedząc opatulona w koc na plaży w Ustce, marzysz o miejscu, w którym właśnie chciałabyś być. A tak, może pogoda wcale by ci nie przeszkadzała i nie psuła nastroju.

No i jeszcze marzenia na swój temat. Chciałaś realizować swoje pasje, być kobietą ciekawą świata, ludzi. Kiedy myślałaś o sobie w przyszłości, uśmiechałaś się do siebie. Wow – wykorzystam życie do granic możliwości – zakładałaś, będę punkt po punkcie realizować to, co sobie wyznaczę. I będę szczęśliwa. To było twoje marzenie. I gdyby nie ono, dziś pewnie byłabyś naprawdę szczęśliwa, a nie sfrustrowana tym, co osiągnęłaś, a co dalekie bywa od tego, o czym marzyłaś. Owszem masz dzieci, mieszkanie, jakąś tam pracę (choć powiedzmy sobie szczerze – tyłka nie urywa). I mąż nie najgorszy, przecież bywają ci co biją i piją, a twój po prostu jest powszedni, bywa nudny i zwyczajny. Ot, życie.

Nie chcesz się konfrontować z marzeniami. Bo i po co. One są w tej sferze niedoścignionej, nieosiągalnej, choć nadal są tacy, którzy życzą ci „spełnienia marzeń” na urodziny, święta i imieniny. To najgorsze z życzeń, jakie możesz otrzymać. Phi – spełnienie marzeń, też mi coś, bzdura.

Gdybyśmy nie marzyli, nasze życie byłoby prostą linią, po której byśmy się posuwali do przodu. Nie mielibyśmy ani wzlotów, ani upadków. Nie płakalibyśmy nad sobą, nie myśleli, że jesteśmy tchórzami, którzy boją się zrobić krok w inną stronę niż tę, którą właśnie idziemy. Nasze życie byłoby zwykłe, bez niespełnionych oczekiwań, i smutku za tym, czego nie spróbowaliśmy.

Nie oczekiwalibyśmy dla siebie lepszego życia, albo innego. Nie myślelibyśmy o tym, co moglibyśmy osiągnąć, o zmarnowanych szansach i niewykorzystanych okazjach, które zaprowadziłby nas zupełnie gdzie indziej.

Więc jeśli nie zamierzasz realizować swoich marzeń, porzuć je. Daj sobie spokój. Przestań myśleć nad poranną kawą, jakby to było, gdyby twoje marzenie się spełniło. Przestań w nocy, kiedy nie możesz spać, zastanawiać się, kim byś była, gdybyś odważyła się zrobić coś, o czym zawsze marzyłaś.

Po co marzyć, skoro w ogóle tych marzeń nie chcemy spełniać. A przecież rolą marzeń nie jest sprawianie nam przykrości, wytykania palcem i mówienia: „Hahaha ty naiwna i co? I po co ci to było? To marzenie zmarnowane? Myślałaś, że samo się spełni?”.

Bo marzenia same się nie spełniają. Taka ich przypadłość. Nie wystarczy marzyć, żeby coś mieć. Po marzenia trzeba sięgać. Więc jak już marzysz, to odważ się je spełniać. Może się okazać, że niektóre z marzeń, wcale nimi nie są. Są jakąś mrzonką, do której wcale nie chcesz dążyć, ale na ich miejscu pojawiają się te, o które będziesz chcieć walczyć. W które uwierzysz.

Składamy się marzeń. Z takich małych drobnostek, kolorowych koralików, więc skoro je mamy, skoro są naszym udziałem, to dlaczego za nimi nie podążyć? Dlaczego zamykać je szczelnie w jakimś pudełku i nie pozwolić rozbłysnąć. Przecież to nasze marzenia, one nam nie zrobią krzywdy, wręcz przeciwnie, uczynią nasze życie takim, jakim byśmy chcieli, żeby było. A przecież życie mamy tylko jedno i nie da się marzyć o kolejnym, o innym, o powtórce. Po co o tym marzyć, skoro się nie spełni to, co niemożliwe.

A cała reszta? Wszystko jest w naszych rękach. Wszystko. To kim jesteśmy, gdzie będziemy zależy tylko i wyłącznie od nas. Pytanie, czy tego chcesz naprawdę? Bo jeśli nie, przestań marzyć i ciesz się tym co masz, po prostu.


Lifestyle Psychologia

Flower makeup – kobieto zakwitnij. Akcja „Bądź piękna każdego dnia”. Dzień #7 [27.04.]

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
27 kwietnia 2016
Flower makeup - kobieto zakwitnij. Akcja "Bądź piękna każdego dnia"
Fot. Screen z YouTube / Agata Welpa
 

Większość z nas, kobiet, poranek zaczyna od wykonania makijażu. Zazwyczaj mamy swoje wypróbowane zestawy, taki nasz mały TOP, który zawsze się udaje albo przynajmniej jest szybki. Rzadko kiedy eksperymentujemy. Kolory i „coś” nowego porzuciłyśmy zazwyczaj tuż po maturze – na rzecz czarnej kreski i tuszu do rzęs. Hola, hola. Dziś mamy dla was bardzo przyjemne i twórcze wyzwanie.Jeśli nie teraz, jeśli nie do biura – to wieczorem w domu – dla siebie. Wypróbuj miłą wiosenną odmianę w makijażu. Połóżcie na powieki kolorowe cienie. Poświęćcie sobie 20 minut w łazience przed kąpielą – na wypróbowanie czegoś nowego, wiosennego, świeżego lub szalonego.

Internet podbił ostatnio flower makeup, a dokładnie kwiatowa kreska na powiece. My znaleźliśmy fajny, polski film instruktażowy autorstwa Agaty Wełpy, charakteryzatorki. Wbrew pozorom każdy może sobie takie kwiatki na powiece sprawić – i nie wymagają szczególnych zdolności plastycznych (jeśli obejrzyjcie instruktaż, szybko zaobserwujecie, że kwiatuszki powstają z kropek). A jeśli flower makeup do was nie przemawia – sprawdźcie, który kolor doda wam jutro energii. Czy będziecie dobrze się czuły w błękicie, złocie, zieleni a może różu. Wtedy jutro rano bez stresu będziecie mogły dodać sobie wiosennych kolorów!

 

PS: Nie zapomnijcie w komentarzach pochwalić się co zrobiłyście dziś dla siebie (nie musi to być nasze wyzwanie), a jeżeli spróbujecie zaszaleć z makijażem – piszcie jaki kolor dodał wam rumieńców!

Akcja „Bądź piękna każdego dnia”

Do 18 maja będziemy codziennie umieszczać dla was wpisy dotyczące urodowych wyzwań. Będziemy was namawiać do odrobiny szaleństwa, do zadbania o to, by wasza uroda była tej wiosny widoczna w wyjątkowy sposób.

Co trzeba zrobić? Pod codziennym wpisem dotyczącym naszej akcji zamieść komentarz, w którym napiszesz, co takiego dzisiaj zrobiłaś dla swojej urody. Najciekawsze z komentarzy zostaną nagrodzone.


A poniżej na zachętę przypominamy o wyjątkowych nagrodach ufundowanych przez BaByliss.

Depilator IPL

Depilator IPL BaByliss | Akcja "Bądź piękna każdego dnia"

Mat. prasowe

Prostownicę 

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Lokówkę

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Czas trwania: 20.04.2016 – 18.05.2016. Wyniki zostaną opublikowane do dnia 27.05.2016

Regulamin akcji dostępny jest tutaj.

Zobacz wszystkie wyzwania w naszej akcji


Lifestyle Psychologia

„Było fajnie, ale mamy rodziny”. Jak porzuca kochanek

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 kwietnia 2016
Jak porzuca kochanek
Fot. Flickr / Thomas Berg / CC BY-SA

(…) Kilka miesięcy temu znalazłam się w dość skomplikowanej relacji. Dla wielu może nawet w niezrozumiałej, ale tak się wydarzyło. Jako mężatka zakochałam się, jak łatwo się domyślić nie w mężu. Nie było to zwykłe zauroczenie, które szybko przychodzi i odchodzi. Zakochałam się w swoim przyjacielu. Miłość do niego pojawiała się powoli, zdobył moje uczucie stopniowo, jak kropla, która drąży skałę. Po roku niezobowiązujących spotkań, rozmów, zainteresowania z jego strony, pękłam i dałam temu uczuciu zawładnąć moim sercem.

I w momencie, kiedy ja się otworzyłam, druga strona nagle się zaczęła się wycofywać. Najpierw brak telefonu, brak zainteresowania, unikanie. Jeszcze się łudziłam, że nie ma czasu, ma problemy w domu itp. Ale ta huśtawka emocjonalna mnie wykańczała psychicznie. Poprosiłam o rozmowę i usłyszałam coś czego się do końca nie spodziewałam. „To co nas łączyło zaszło za daleko, nie możemy więcej się spotykać, bo oboje mamy swoje rodziny, a sytuacja jest zbyt skomplikowana. Było fajne, ale się skończyło. On musi myśleć o swojej rodzinie, a nie o mnie, więc koniec”.

To był dla mnie szok. Nie dawałam mu przecież poznać, że z mojej strony było coś więcej, a tu takie niespodziewany obrót rzeczy. Czułam się jak idiotka, przecież wiedziałam, że nie zostawi dla mnie żony, ani dziecka, nawet tego nie chciałam. Miałam przecież swoją rodzinę, dzieci. Nie wiem na co wtedy liczyłam, ale na pewno nie na to.

Po tej rozmowie „wyłam”, nie chciało mi się żyć. Nic mi się nie chciało. Czułam jakby ktoś wyciął mi serce i tak zostawił z pustym miejscem.

Marzyłam tylko o tym, żeby ten dzień się w końcu skończył, a ja o nim jak najszybciej zapomniała, żebym rano wstała i wróciła do normy.

Najgorsze, że musiałam wrócić do domu, do męża i dzieci, i grać, być przynajmniej dobrą matką, bo żoną już nie byłam…

Spotkania i rozmowy z przyjacielem uświadomiły mi, że moje małżeństwo nie istnieje, że z moim mężem łączą nas tylko tzw. sprawy organizacyjne domu, dzieci, że nie mamy wspólnych zainteresowań, pasji, właściwie to poza dziećmi nie mamy nic wspólnego. Mojemu mężowi taki układ pasował, miał zadbaną i ustawioną żonę, czegóż chcieć więcej. Tylko, że mnie już przestało to pasować.

W tym właśnie dniu po jednym rozstaniu podjęłam decyzję o rozstaniu z mężem. O dziwo mąż przyjął to normalnie, takie przynajmniej sprawiał wrażenie, widział, że od dawna mieliśmy problemy i nie potrafiliśmy sobie z nimi poradzić, a może już nie chcieliśmy.

I tak w jeden dzień rozstał się ze mną facet, którego ja bezgranicznie kochałam, a ja rozstałam się z facetem, który jak twierdził, że mnie kochał, ale już nie miał siły na walkę o nasz związek.

I wtedy przyszedł dół. Poczucie, że jestem całkiem sama. Czułam się już tak kiedyś wielokrotnie, ale nie z taką siłą.

Rano nie miałam siły wstać do pracy, pustka wypełniła mi cały dzień…

Musiałam odnaleźć się w nowej rzeczywistości bez poczucia, że jestem dla kogoś ważna, bez przyjaciela, do którego mogłam dzwonić w każdej chwili, porozmawiać na każdy temat. W głowie pojawiały mi się tematy naszych rozmów, ale ja już nie miałam rozmówcy, który by mnie wysłuchał.

Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Nie mogłam być nawet na niego zła, bo dlaczego. Przecież chciałam, żeby był szczęśliwy, skoro wybrał rodzinę, to w sumie chwała mu za to.

Tylko co ze mną ? Co ja mam teraz ze sobą zrobić? Jak żyć, kiedy najbliższy mi człowiek odszedł ?

Mówiłam sobie, że to minie, że przecież czas jest najlepszym lekarstwem na wszystko. Chciałam, żeby minęły kolejne dni, tygodnie, miesiące i wtedy zapomnę o tym wszystkim, stanę na nogi.

Tylko co zrobić z tymi pustymi dniami, jak zmusić się do wstawania codziennie rano, jak zająć się dziećmi, jak pracować ? Co zrobię jak go spotkam?

Musiałam coś wymyślić. Oczywiście próbowałam sobie wmówić, że to co się zdarzyło, to tak miało być, nie mam przecież wpływu na to co się stało, na niego, nie zmuszę nikogo, żeby był ze mną.

Nagle zaczęłam mieć wątpliwości co do tej naszej przyjaźni, może to w ogóle nie była przyjaźń, skoro tak łatwo można mnie wyrzucić ze swojego życia. Czułam się jak stara, niepotrzebna rzecz, której trzeba jak najszybciej się pozbyć, tak szybko, żeby nikt nie zauważył, że w ogóle była w pobliżu. „Mała dziewczynka” we mnie szalała w wymyślaniu jaka to ja jestem beznadziejna. Nie mogłam jej na to pozwolić …

Zaczęłam działać.

Godzinami siedziałam na telefonie z przyjaciółką, która pomagała mi się pozbierać…

Dzięki niej zaczęłam widzieć dobre strony tej sytuacji, zrozumiałam, że trzeba żyć dalej, że powinnam mu podziękować, bo dzięki niemu podjęłam decyzję o rozstaniu z mężem, że mam w końcu szansę być szczęśliwa. Dziękuję Aga 😉

Kiedy tylko nie chciało mi się żyć dzwoniłam do niej i rozmowa z nią mi pomagała.

Problem był tylko w tym, że ja potrzebowałam lekarstwa 24 godziny na dobę, bo „mała dziewczynka” we mnie była bardzo sprytna i dopadała mnie w najmniej spodziewanych momentach.

Przyjaciółka jednak miała swoje życie i rodzinę, więc nie mogłam jej ciągle zawracać głowy. Musiałam wymyślić coś innego, aby zrzucić z siebie te emocje. Zaczęłam pisać pamiętnik i muszę przyznać trochę pomagało. Ale wciąż było mało. Nie należę do osób, które są bierne i czekają, aż nicość je pochłonie. Bałam się, że jak w nią wpadnę, to już nic mnie nie uratuje. Więc musiałam działać. Zapisałam się na terapię. Terapeutka doradziła mi, abym zaczęła sprawiać sobie codziennie jakieś przyjemności.

A ja matka, jeszcze żona, nagle zaczęłam mieć problem z tymi przyjemnościami. Próbowałam sobie przypomnieć, co sprawiało mi przyjemność w młodości. Do głowy wpadło mi bieganie. Kiedyś gdy miałam jakiś problem, to biegałam. To był strzał w dziesiątkę. Zaczęłam od krótkich dystansów, poczułam to.

Zaczęłam biegać słuchając muzyki, a to kolejna nowość. Nie pamiętałam, kiedy tak normalnie jej słuchałam. Więc dostarczałam sobie podwójnej przyjemności.

I tak stopniowo skupiłam się więc na sprawianiu sobie przyjemności.

Nagle w swoim nabitym grafiku znalazłam czas na godzinne bieganie, co było dla mnie również swego rodzaju medytacją. Po dwóch kilometrach problemy przestawały istnieć w mojej głowie. Skupiałam się tylko na biegu. Tak mi się to spodobało, że zaczęłam startować w organizowanych biegach na 5, 10 km. W planach mam półmaraton, a później może maraton.

Zaczęłam marzyć o podróżach, i kiedy pojawiła mi się ta myśl w głowie, dostałam propozycję wyjazdu na 7 dni do Francji, nawet się nie zastanawiałam, kolejna przyjemność. Skoro podróże, to dobrze by było znać język, francuski mi nie leży, ale zapisałam się na angielski. Chodzę raz w tygodniu, zaraz po pracy.

Wieczorami, żeby nie myśleć czytałam, właściwie pochłaniam książki, gdy tylko kończyłam jedną już musiałam mieć kolejną w pobliżu. Bałam się bezsennych nocy i tego ciągłego rozmyślania, więc wolałam czytać i zasypiać zmęczona.

To był mój sposób na przeżycie tej żałoby, o której mi mówiła moja terapeutka i pokonania tego kryzysu. Wiem, że nikt za mnie tego nie zrobi.

Nie chciałam tylko biernie czekać, aż minie ten czas. Nie chciałam, aby moje dzieci widziały wciąż smutną, zniechęconą do życia matkę. Wiem, że przez to bieganie, podróżowanie ( bo nagle pojawiły się też inne propozycje wyjazdów) i inne moje zajęcia, one tracą, bo nie spędzam z nimi wystarczająco dużo czasu. Wtedy mówię sobie, że robię to również dla nich, bo jak ja będę szczęśliwa, to przecież one również na tym skorzystają.

Życie jest za krótkie, a im człowiek starszy tym ten czas biegnie jeszcze szybciej. Nie mogłam czekać pół roku, czy roku i nic nie robić, tylko tkwić w tym dole. Nie mogłam na to pozwolić. Dlatego działałam i nadal działam.

Nie mówię, że nie boli. Boli, każdego dnia, gdy pomyślę, że to koniec mojej miłości  (dziwne, że w tym wieku tak ją przeżywam, ale nie zastanawiam się zbytnio nad tym) , że mąż się wyprowadził i że jestem sama, choć w tym przypadku na własne życzenie, ale to też boli, że się nam nie udało.

Boli i to bardzo, ale wiem już, że to minie. Może znowu będę smutna, pełna żalu i zrezygnowania jeden, góra dwa dni. Akceptuję to, nawet się temu chwilowo poddaje. Ale nadal sprawiam sobie małe przyjemności, one weszły mi już w krew i to mi pomaga.

Gdy czuję, że się rozsypuję, wkładam strój do biegania i deszcz, śnieg czy wiatr mi nie przeszkodzą. 5 km biegu dla mnie działa cuda. Wracam pełna endorfin i mogę żyć dalej. Czasami zdarza się, że nawet te 5 km nie zdziała cudów, to wtedy się poddaję. Daję sobie czas na płacz, smutek, ale góra dwa dni. Później wiem, że wrócę do mojego stanu zero. Bo lepszy stan zero niż ten poniżej kreski. A kto wie może niedługo przekroczę stan zero i wyląduję na plusie?

Na razie pilnuję stanu zero. A czas pokaże…

Kama


List nadesłany w ramach naszej akcji: „Pokonałam kryzys. Ty też możesz”.

 


Zobacz także

Ginekolożka namawia do spania bez majtek. Akcja #wietrzenienarodowe. Przyłączysz się?

„Weź kredyt, urządź sobie Wigilię”. Boję się myśleć, ile w tym roku wydam na Święta. Uważam, że to rzeczywistość wielu z nas

Do… słońca pod Racławicami!