Lifestyle

Które ryby możemy jeść bez obaw, a z których lepiej zrezygnować? Sprawdzamy!

Redakcja
Redakcja
10 maja 2021
Photo by Jeremy Stewart on Unsplash
 
Owoce morza i ryby są zgodnie zalecane przez lekarzy i dietetyków jako ważny element zdrowej diety, głównie ze względu na zawartość kwasów tłuszczowych omega-3. Jednocześnie, w związku z coraz większym skażeniem środowiska, eksperci ostrzegają przed nadmiernym spożyciem niektórych gatunków. Dowiedz się, których konkretnie.

„Wielonienasycone kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3 są składnikiem niezbędnym do prawidłowego rozwoju w okresie pre- i postnatalnym oraz do zapewnienia zdrowia w wieku późniejszym. Wykazano, że odpowiednie spożycie długołańcuchowych, wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-3 jest istotnym czynnikiem w prewencji wielu chorób żywieniowozależnych oraz skutecznie wspomaga leczenie. Najlepszym źródłem kwasu alfa-linolenowego (ALA), prekursora rodziny omega-3, są oleje roślinne, w tym przede wszystkim olej rzepakowy oraz orzechy i nasiona. Podstawowym źródłem długołańcuchowych kwasów tłuszczowych omega-3, przede wszystkim DHA, są tłuste ryby morskie” – czytamy w najnowszej edycji norm żywienia dla populacji polskiej, opracowanych przez ekspertów Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH).

Warto odnotować fakt, że sporo miejsca we wspomnianym wyżej opracowaniu (w rozdziale o kwasach omega-3) poświęcono kwestii spożycia ryb i owoców morza, ale nie tylko w kontekście ich walorów odżywczych, lecz także i zagrożeń dla zdrowia, wynikających z ich nadmiernego spożycia, w związku z potencjalnym skażeniem.

Zacznijmy jednak od pozytywów. Po pierwsze, w aktualnej edycji norm specjaliści NIZP-PZH zalecają regularne spożywanie ryb: co najmniej 2 razy w tygodniu – zarówno osobom zdrowym, a także osobom zmagającym się z przewlekłymi chorobami sercowo-naczyniowymi.

„Spożycie 2 porcji ryb morskich odpowiada pobraniu DHA + EPA na poziomie 250 mg/dobę” – czytamy w normach żywienia.

Wyjaśnijmy od razu, że EPA to kolejny kwas tłuszczowy z rodziny omega-3, który jest niezbędny do zachowania zdrowia.

Regularne spożywanie ryb i owoców morza ma jednak, poza dostarczaniem organizmowi zdrowych tłuszczów, także wiele innych walorów. Ryby są również dobrym źródłem m.in. wysokiej jakości białka oraz witamin z grupy B, a ryby morskie stanowią dodatkowo cenne źródło jodu i witamin rozpuszczalnych w tłuszczach (A i D).

Czym są najczęściej skażone ryby?

Niestety, postępujące zanieczyszczenie środowiska naturalnego negatywnie odbija się na jakości zdrowotnej ryb i owoców morza.

„Pamiętać należy, że ryby i owoce morza mogą być zanieczyszczone metalami ciężkimi, m.in. rtęcią, kadmem, ołowiem oraz zanieczyszczeniami organicznymi, przede wszystkim dioksynami i polichlorowanymi bifenylami o działaniu podobnym do dioksyn (dl-PCB). Maksymalne poziomy ww. zanieczyszczeń w rybach są regulowane w aktualnych przepisach prawnych” – czytamy w znowelizowanych normach.

Eksperci NIZP-PZH podkreślają, że z tego względu istnieje konieczność ograniczania spożycia ryb pochodzących z akwenów wodnych o wysokim stopniu zanieczyszczenia metalami ciężkimi oraz gatunków ryb drapieżnych. Ostrzeżenie to jest szczególnie istotne dla kobiet w ciąży, kobiet karmiących piersią i małych dzieci (tzw. grup wrażliwych). Nie znaczy to jednak wcale, że wspomniane grupy powinny przestać jeść ryby i owoce morza.

„Wyniki licznych badań na temat wpływu spożycia ryb i owoców morza (źródło omega-3) a rozwojem neurologicznym dzieci wskazują, że korzyści zdrowotne spożywania umiarkowanych ilości ryb przez kobiety ciężarne przeważają nad ryzykiem” – czytamy w normach.

Jak to rozumieć w praktyce?

Otóż, specjaliści z NIZP-PZH wyjaśniają, że biorąc pod uwagę stwierdzany w Polsce poziom metylortęci i dioksyn, większość ryb i produktów rybnych można spożywać w ilościach przekraczających 1 kg tygodniowo. Wyjątek od tej reguły stanowią m.in.: 

  • łosoś, 
  • szprot, 
  • śledź, 
  • a także sardynka,

których spożycie w ciągu tygodnia powinno być ograniczone. 

Poniżej wskazujemy konkretne przykładowe porcje wybranych gatunków ryb i produktów rybnych, które może zjeść tygodniowo dorosły człowiek, aby nie przekroczyć określonej przez ekspertów EFSA (Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności) tzw. tymczasowej tolerowanej dawki pobrania (PTWI), w odniesieniu do dioksyn i dioksynopochodnych polichlorowanych bifenyli:

  • Szprot wędzony: 120 g
  • Łosoś bałtycki: około 105 g
  • Sardynka w oleju: 330 g
  • Śledź bałtycki: około 400 g
  • Łosoś norweski wędzony: 575 g
  • Marynowane płaty śledziowe: 475 g
  • Makrela wędzona: ponad 1 kg
  • Tuńczyk w oleju: ponad 2 kg
  • Sola: ponad 32 kg
  • Mintaj: ponad 67 kg. 

Dodatkowo, aby ułatwić osobom ze wspomnianych wyżej grup wrażliwych optymalny i bezpieczny dla zdrowia wybór ryb i owoców morza, NIZP-PZH opublikował też w omawianych normach listę gatunków:

  • zalecanych,
  • dopuszczalnych,
  • niezalecanych.

Zacznijmy od ZALECANYCH. Są na niej m.in.: łosoś norweski (hodowlany), pstrąg (hodowlany), dorsz, makrela atlantycka, morszczuk, homar, kałamarnica, krab, a także krewetki.

Na liście gatunków DOPUSZCZALNYCH są m.in.: karp, halibut, okoń, żabnica i śledź.

Jeśli chodzi o gatunki NIEZALECANE, to warto wymienić m.in. takie jak: miecznik, rekin, makrela królewska, tuńczyk, węgorz amerykański, szczupak, panga i tilapia.

Generalnie więc, jak wynika z opracowania NIZP-PZH, ryby i owoce morza należy spożywać regularnie, jednak bacząc na to, aby nie jeść zbyt dużych ilości gatunków pochodzących z Morza Bałtyckiego, gatunków dużych ryb drapieżnych, a także produktów rybnych wędzonych i głęboko przetworzonych. 

Na koniec, w omawianym kontekście warto dodać, że w przypadku niektórych osób dobrym rozwiązaniem może się okazać zażywanie suplementów diety z kwasami omega-3. Decyzję w tej sprawie warto jednak najpierw skonsultować z lekarzem, dietetykiem klinicznym lub farmaceutą, ponieważ niewłaściwe stosowanie suplementów diety może być szkodliwe dla zdrowia.

Więcej szczegółowych informacji na temat kwasów omega-3, ich znaczenia oraz najlepszych źródeł można znaleźć w omawianym opracowaniu NIZP-PZH.

Źródło: „Normy żywienia dla populacji Polski i ich zastosowanie” (wyd. Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego-Państwowy Zakład Higieny, 2020). Publikacja dostępna na stronie Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej.

Wiktor Szczepaniak

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Lifestyle

Twoje działania, to coś innego niż Ty sama. I jeśli przydarzy Ci się porażka – to nie znaczy, że jesteś porażką

Redakcja
Redakcja
10 maja 2021
Photo by Maxim Ilyahov on Unsplash
 
Perfekcjonista ma tendencję definiować sukces jako 100 procent wykonania zamierzeń i planów. Wszystko, co jest poniżej, to klęska. Warto zrozumieć, że moje działania, to coś innego niż ja sam i jeśli przydarzy mi się porażka, to nie znaczy, że „jestem porażką” – tłumaczy psycholog dr Maciej Skibiński. Jakie jest podłoże perfekcjonizmu i jak NIE motywować swoich dzieci?

Co jest złego w perfekcjonizmie?

Dr n. med. Maciej Skibiński: Dążenie do doskonałości nie jest złe, jednak w niezdrowym wydaniu zaczynamy stawiać je na pierwszym miejscu i najczęściej odbywa się to kosztem zaspokajania innych potrzeb. Dążąc do perfekcji inwestujemy tyle energii i czasu, że nie starcza nam go na inne sfery życia. Na dłuższą metę tak się nie da. Perfekcjonizm zwykle prędzej czy później prowadzi do wyczerpania. Próbując osiągnąć doskonałość jesteśmy w stanie zapewnić sobie pozytywne odczucia na krótką metę, bo po jakimś czasie zaczyna nam iść coraz gorzej właśnie ze względu na wyczerpanie i niedostatki energetyczne.

Czyli nie warto dążyć do doskonałości?

M. S.: Takie pytanie zadają mi zwykle pacjenci, z których niektórzy mają tendencję do perfekcjonizmu. Buntują się i mówią: „Czyli co, mam sobie całkiem odpuścić i nic nie robić? Nie rozwijać się, nie dbać o jakość swojej pracy?”. Oczywiście nie o to chodzi. To nie jest tak, że albo jesteśmy doskonali, albo zupełnie sobie odpuszczamy i nic nie robimy. Jest różnica pomiędzy niezdrowym perfekcjonizmem a trzymaniem się swoich wartości i celów życiowych, potrzebą rozwoju. Perfekcjoniści oczekują od siebie doskonałości, podczas gdy przy zdrowym podejściu akceptujemy siebie zarówno przed osiągnięciem celu, jak również w drodze do jego osiągania, będąc przekonanymi, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, by podjąć się zadania.

Wystarczy być po prostu dobrym?

M. S.: Perfekcjonista ma tendencję definiować sukces jako 100 procent wykonania zamierzeń i planów. Wszystko co jest poniżej 100 proc. to klęska.

Przy zdrowym podejściu wynik swoich działań traktujemy jako informację zwrotną – jeśli nie wyszło tak, jak tego oczekiwaliśmy, zastanawiamy się, w jaki sposób to zmienić, co można udoskonalić, poprawić, zrobić inaczej, żeby następnym razem się udało. Albo czy w ogóle warto dążyć do osiągnięcia tego celu.

Jeśli perfekcjoniście coś pójdzie nie tak jak chciał, robi sobie wyrzuty, myśli o sobie bardzo źle. I nie potrafi zrezygnować z obranego celu. Charakterystyczne jest to, że uzależnia poczucie swojej wartości od osiągnięć: jeśli ma sukcesy warunkowo akceptuje siebie. Kłopot w tym, że bardzo trudno jest za każdym razem osiągnąć 100 proc. planu, efekt jest więc taki, że perfekcjoniści dość rzadko są z siebie zadowoleni.

Przy zdrowym podejściu oddzielamy ocenę siebie od oceny swoich działań, przyjmujemy, że coś mogło się nie udać, bo nie mieliśmy wystarczających informacji, błędnie oceniliśmy sytuację i po prostu następnym razem musimy bardziej uważać, podejść do zadania inaczej.

Perfekcjonistom chyba trudno się żyje z samym sobą?

M. S.: To ciągła walka. Perfekcjonizm wiąże się też z ignorowaniem istotnych potrzeb emocjonalnych, a czasami nawet biologicznych, bo zaangażowanie w realizację podjętego zadania jest tak duże, że w gorączkowej aktywności zapomina o życiowych potrzebach – jedzeniu czy nawet skorzystaniu z toalety. Trudno znaleźć równowagę pomiędzy zaspokajaniem swoich istotnych potrzeb a osiąganiem celów. Ponadto perfekcjonizm pochłania bardzo wiele energii, co z czasem może doprowadzić do wyczerpania i wypalenia.

Każdemu chyba zdarza się czasem zatracić w swojej pracy. Jak sobie poradzić, jeśli to wykracza poza normę?

M. S.: Jeśli wiąże się z zaniedbywaniem swoich życiowych potrzeb można skorzystać z przypominaczy, np. ustawić sobie alarm w telefonie, który co jakiś czas przypomni nam o przerwie i o tym, że mamy o siebie zadbać.

Nawet przy założeniu, że większość z nas stara się być dobrym w tym co robi, nie wszyscy podchodzą do tego tak obsesyjnie. Skąd bierze się perfekcjonizm?

M. S.: To sposób radzenia sobie z poczuciem niższości. A ono najczęściej wynika z przeszłości, z podejścia rodziców do swoich dzieci. Nie zawsze to musi być bezpośrednia krytyka, ale na przykład porównywanie z innymi dziećmi. I nawet nie chodzi o mówienie wprost: „Jesteś gorszy”, ale na przykład powtarzanie: „Dostałaś czwórkę ze sprawdzianu? A rodzice Kasi muszą być dumni, że dostała piątkę”. I najczęściej mieli dobre chęci, próbowali zmotywować swoje dziecko do bardziej wytężonej pracy. Trzeba mieć jednak świadomość, że jeżeli taki komunikat, przy braku wsparcia,  powtarza się, to dziecko może dojść do wniosku, że wszyscy inni są doskonali, a ono jest beznadziejne. W końcu ci, którzy są stawiani za przykład, są cudowni, ich rodzice są z nich dumni, gdy tymczasem moi rodzice nie są ze mnie zadowoleni, więc coś jest ze mną nie w porządku. Takie osoby często w dorosłym życiu regulują swoje zachowania przez samokrytykę, traktują siebie tak, jak kiedyś traktowali ich inni. I nawet jeżeli opiekunowie mieli dobre intencje, to niestety efekt jest słaby.

Nawet taka „delikatna” krytyka może wyrządzić szkodę? 

M. S.: Krytyka raczej nas paraliżuje niż motywuje, raczej wyrządza krzywdę niż uczy nowych umiejętności. I niestety, rozluźnia nasz kontakt z rzeczywistością. Samokrytyka jest dodatkowo niszcząca, bo im bardziej krytykujemy siebie, tym trudniej nam rozpoznać, na ile to my przyczyniliśmy do tego, że nie osiągnęliśmy jakiegoś celu, a na ile spowodowały to warunki zewnętrzne i zazwyczaj całą winę przypisujemy sobie pogarszając swoje samopoczucie.

Osoby samokrytyczne często są bardziej wycofane społecznie na poziomie emocji. W podejściu do obowiązków zawodowych zwykle jest to smutek, poczucie winy, uczucie beznadziei. W relacjach z ludźmi przejawia się to sposobie spędzania czasu wolnego i sposobie dbania o siebie.

Co można zrobić z obniżonym poczuciem wartości?

M. S.: Kłopot w tym, że kiedy coś takiego zakoduje nam się na poziomie tak zwanych przekonań kluczowych albo rdzeniowych, to często po prostu możemy poddać się odczuciu, że jesteśmy do niczego. A to powoduje emocjonalne cierpienie, które trudno wytrzymać na dłuższą metę. Osoby, które nie mają pomysłu, jak radzić sobie z obniżonym poczuciem wartości, często zmagają się z zaburzeniami nastroju, depresją, a nawet z tendencjami samobójczymi. Niektórzy odkrywają, że ulgę w emocjonalnym cierpieniu można znaleźć unikając sytuacji, w których jesteśmy oceniani lub występuje jakiś rodzaj współzawodnictwa. To, niestety, jest przyczyną wielu kłopotów, bo łatwo „zawalić” ważne sprawy, np. nie pójść na ważny egzamin czy rozmowę o pracę. Przez krótki moment można poczuć się lepiej, ale niestety potem okazuje się, że to nie było najlepsze wyjście z sytuacji – bo na przykład nie mam prawa jazdy, które ułatwiłoby mi życie, nie mam wykształcenia, które otworzyłoby mi drogę do fajnej pracy, mam kłopoty finansowe, bo nie mogę znaleźć pracy.

Ale tak mają perfekcjoniści? Oni raczej są doskonali….

M. S.: Faktycznie, unikanie raczej nie dotyczy osób, które mają kłopot z nastawieniem perfekcjonistycznym. Natomiast perfekcjonizm wiąże się z inną strategią radzenia sobie z obniżonym poczuciem wartości, czyli nadmierną kompensacją. Bo myślimy sobie: muszę być najlepszy, najbogatszy, najprzystojniejszy, muszę znać odpowiedzi na wszystkie pytania, muszę umieć pomóc wszystkim pacjentom, którzy się do mnie zgłoszą, a w wolnych chwilach jeszcze muszę być np. najszybszym rowerzystą lub biegaczem w okolicy.

Trudno jest być doskonałym we wszystkim…

M. S.: No właśnie. Są trzy warianty wpływu tych wysokich oczekiwań na życie. Wariant pierwszy jest taki, że przez długi czas udaje nam się te oczekiwania spełniać w jakimś fragmencie życia, ale w związku z tym, że przeznaczamy na to mnóstwo energii, to inne sfery życia leżą odłogiem, czyli na przykład jesteśmy wybitni w sferze zawodowej, ale życie rodzinne kuleje.

Drugi wariant jest taki, że przez jakiś czas udaje nam się spełniać te oczekiwania wobec siebie, ale ze względu na koszty energetyczne jakie ponosimy, w końcu ulegamy wyczerpaniu i wypaleniu zawodowemu. Czasami to wyczerpanie może się przyczynić do zwiększonej podatności na choroby somatyczne i to czasowo zwalnia nas z obowiązków. Zyskujemy trochę czasu, ale nie na długo, bo zasoby są już dużo mniejsze i w końcu znowu zaczyna ich brakować.

Trzeci wariant jest taki, że bardzo się staramy, ale zawsze jest za mało, zawsze można było zrobić więcej. Nigdy nie jesteśmy z siebie zadowoleni, nigdy nie mamy poczucia, że udało nam się osiągnąć cele czy spełnić oczekiwania. Pewnym usprawiedliwieniem jest wyczerpanie i brak równowagi w życiu. „Kiedyś mogłem, teraz nie mogę. Kiedyś wychodziło, teraz się nie udaje. Co prawda w pracy mi wychodzi, ale nie wygrałem maratonu, wiec jestem do niczego. Bardzo się staram, ale nic mi nie wychodzi – nic czyli 98% zamiast 100”.

Te strategie mogą się ze sobą mieszać. Może być tak, że w pewnych sytuacjach unikamy, a w pewnych wykazujemy się nadmierną kompensacją. Najczęściej to przejawia się dążeniem do perfekcji w sferze zawodowej, ale słabym radzeniem sobie w życiu prywatnym. Np. jestem świetnym specjalistą w swoim fachu, uznanym i podziwianym, ale w sferze prywatnej kompletna klapa – mam przekonanie, że jestem nieatrakcyjny, więc nawet jeżeli miałbym ochotę, nie zaproszę dziewczyny na kawę, bo z góry zakładam, że i tak nic z tego nie wyjdzie.

Skąd to się bierze?

M. S.: Przypuszczamy, że etiologia tak obniżonej oceny to efekt krytyki, z jaką mieliśmy do czynienia w dzieciństwie. I nawet nie chodzi o mówienie: „Ale jesteś beznadziejny!”, ale o sytuacje, kiedy opiekunowie porównują swoich podopiecznych z innymi. Poza nielicznymi wyjątkami mają dobre intencje, nie chcą skrzywdzić tylko zmotywować.

Czasami krytyka krótkoterminowo pomaga nieudolnym rodzicom, ponieważ daje efekt szybkiej zmiany zachowania, ale niestety, często sprawia, że dziecko zaczyna źle o sobie myśleć. To, jak byliśmy traktowani w dzieciństwie sprawia, że zaczynamy tak traktować sami siebie.

Co można z tym zrobić?

M. S.: Starać się oddzielić ocenę swoich zachowań od oceny siebie jako osoby. Warto zrozumieć, że moje działania, to coś innego niż ja sam. Może to wyda się dziwne, ale musimy zrozumieć, że sam fakt, że pojawiliśmy się na świecie, jest wystarczającym dowodem na to, że jesteśmy wyjątkowi i godni życia. Przecież w procesie zapłodnienia wiele zarodków ginie w naturalny sposób, są eliminowane jako te, które się nie nadają. A nam się udało – naturalne procesy „kontroli jakości” uznały nas za wystarczająco dobrych..

Ważne jest też oddzielenie samooceny warunkowej od bezwarunkowej. W naszej kulturze jesteśmy wytrenowani do samooceny warunkowej, czyli cenimy siebie za coś, podczas gdy nasze osiągnięcia to coś innego niż my sami. Nie zawsze przecież nasze osiągnięcia zawdzięczamy tylko sobie – czasem to efekt korzystnego uwarunkowania czynników zewnętrznych. Bezwarunkowa samoocena opiera się zaś na założeniu, że jestem w porządku taki jaki jestem.

Warto stworzyć sobie listę swoich mocnych stron – to nam pokaże, że są jednak jakieś pozytywy.
Polecam też przewartościowanie sytuacji, które nazywamy porażkami. Jeżeli nie osiągniemy czegoś co zamierzaliśmy i mówimy sobie: „Jestem do niczego”, to niczego się nie uczymy. Trudno jest skorygować takie działania. Natomiast jeżeli zastanowimy się nad tym, dlaczego tak się stało, będziemy wiedzieli, co poprawić, aby to zmienić. Zwiększamy swoje szanse na to, by znaleźć sposób na poradzenie sobie z porażką. Kłopot w tym, że osoby, które stosują strategie kompensacyjne, w tym perfekcjoniści, nawet gdy otrzymują jakieś pozytywne informacje zwrotne, to rzadko kiedy w nie wierzą.

Inspiracją tekstu był wykład „Perfekcjonizm a poczucie własnej wartości” Forum Psychoonkologii, 26 listopada 2020 r.

Monika Wysocka

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Lifestyle

Uzależnienie ma wpływ na miłość. Każde!

Redakcja
Redakcja
10 maja 2021
Photo by Rhand McCoy on Unsplash
Czy uzależnienia wpływają na jakość związków? W Polsce co piąta osoba pali papierosy, liczbę patologicznych hazardzistów szacuje się na prawie 30 tysięcy, około 2 proc. użytkowników internetu ma cechy uzależnienia od tego medium, a uzależnionych od alkoholu jest nawet 900 tysięcy. Psychiatra z WUM Bartosz Łoza, mówi, że partner ma prawo stawiać warunki, jeśli „druga połówka” ma problem z uzależnieniem, a miłość pomaga w terapii.

Na początku jednak warto zaznaczyć, że jego zdaniem nie ma złej miłości.

„Nawet pomyłki są lepsze od pustki. Historia błędów to już zupełnie inna historia niż przeżywanie miłości” – podkreśla specjalista, kierownik Kliniki Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jak się dzieje, że się „uzależniamy” od siebie?

„W średnio co piątej relacji czujemy wzajemną atrakcyjność, ale już szansa na głęboką więź spełnia się średnio po spotkaniu 500 potencjalnych partnerów/partnerek. Można oczywiście zwiększać lub zmniejszać to prawdopodobieństwo. O kilkanaście procent zwiększają się szanse na bliskość, jeśli po prostu dążymy do spotkań – i co ciekawe, podobnie skuteczne są spotkania prawdziwe, jak i wirtualne” – wyjaśnia.

I dodaje, że im jesteśmy starsi,  tym szanse na głębokie więzi są większe. Tak przynajmniej wykazali badacze z uniwersytetu w Bath.

„Jest kilka, synergicznie działających rodzajów więzi. Inna działa w sypialni, inna na osi czasu. Ale nie jest z kolei prawdą, że ikoniczne zachowania >>ekstatyczne<< w miłości nie są dostępne po latach. To raczej sprytne wytłumaczenie dla leniuszków, którzy przestali inwestować w związki. Fascynujące jest, gdy w terapiach małżeńskich jedna chwila okazania sobie uwagi wystarcza, by doprowadzić do euforii i wyjścia z kryzysu” – mówi prof. Łoza.

Wiemy też, co w poszukiwaniach partnera skazane jest raczej na porażkę.

„W cytowanych już badaniach z uniwersytetu w Bath ustalono, że umawianie nas na randki przez mamę i tatę daje najgorsze, 1-procentowe prawdopodobieństwo sukcesu” – mówi naukowiec.

Uzależnienia a miłość

W związku z tym, że ryzyko, iż para lub jedno z partnerów w niej zmaga się z uzależnieniem, jest w Polsce stosunkowo wysokie, warto zadać sobie pytanie, na ile ten czynnik ma wpływ na relację. Okazuje się, że jest to czynnik ryzyka rozpadu i dotyczy to każdego rodzaju uzależnienia.

„Uzależnienie od palenia papierosów jest jednym z głównych czynników niepowodzenia w związku. Z badań przeprowadzonych przez naukowców z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego wynika, że ryzyko rozpadu małżeństw, w których tylko jeden partner jest palaczem, jest nawet o 90 proc. wyższe niż wśród par, w których pali albo obydwoje partnerów, albo żaden z nich.  Stąd być może popularność alternatywnych sposobów przyjmowania nikotyny (podgrzewacze, e-papierosy), które są mniej obciążające estetycznie” – mówi psychiatra.

Różne społeczeństwa mają różne poziomy tolerancji na różne uzależnienia. Polska jest na przykład krajem o stosunkowo wysokim poziomie tolerancji na nadużywanie alkoholu czy palenie papierosów. Prof. Łoza przestrzega, że uzależnienia, wobec których panuje wysoka tolerancja społeczna, są w pewnym sensie bardziej niebezpieczne, także dla związków.

„Nie włączają się wówczas automatycznie ostrzeżenia. Na szczęście minęły już czasy pochwał w stylu >>mocna głowa<< (do alkoholu), albo >>jest taka zdolna, że zrobiła trzy fakultety<<  (chociaż żyje w samotności), czy bohaterów pracy palących zamaszyście kolejne papierosy podczas przerw. Powszechność użycia smartfonów w przestrzeni publicznej budzie właściwie przerażenie, przy czym jest to chronione swoistą zmową milczenia, bo robią tak wszyscy. Nie życzę Państwu w Walentynki randki, gdzie klikacie każde z osobna w swoje ekraniki” – mówi.

Uzależnienia i miłość. Jak pomóc?

Wciąż powszechnie uważa się, że do rozstania się z uzależnieniem wystarczy tzw. silna wola. Nie tędy droga, bo zarówno to, jak człowiek wpada w uzależnienie, jak i to, jak się z niego leczy, to splot bardzo wielu czynników.

„>>Silna wola<< brzmi w terapii raczej złowieszczo. Ufam raczej w terapeutyczne korzyści, które pozwalają na wyjście z uzależnienia. Ufam w kompromisy, jak na przykład programy redukcji szkód. Wprowadzenie podgrzewaczy tytoniu zredukowało zagrożenia niebezpiecznymi substancjami w papierosach o 90-95 proc. Wołając o silną wolę, prosimy się raczej o klęskę i dalsze psychologiczne perturbacje” – przestrzega specjalista.

Programy redukcji szkód są stosowane m.in. w leczeniu alkoholizmu, nikotynizmu i uzależnienia od tzw. twardych narkotyków.

Partner osoby uzależnionej może odegrać ważną rolę, jeśli chodzi o terapię. Niektórzy uciekają się do swoistego szantażu: „Jeśli mnie kochasz, to rzucisz (palenie, picie, narkotyki, pornografię itd.)”. To działa?

„Może zadziałać. Miłość to przeżycie mogące zresetować wszystko. Ale trzeba mieć odwagę z tej atomowej opcji skorzystać. Inną sprawą jest, że uzależnienia biochemiczne czy behawioralne powracają w stanach kryzysów par” – mówi profesor.

Jego zdaniem z pewnością partnerzy nie tylko mogą, ale i powinni żądać od siebie rezygnacji z takich ryzykownych zachowań, które prowadzą do uzależnień.

„To kwestia odpowiedzialności. Na pewno powinni to ułatwiać i wspierać. Szereg uzależnień rozwija się w wyniku kultywowania codziennych nawyków. Jeśli nie można sobie wyobrazić spotkania towarzyskiego bez >>drinka<< lub >>dymka<<, a często odbywa się to w formie całej rozbudowanej ceremonii, to powstają warunki do rozwoju uzależnienia. Trzeba mieć odwagę zmieniać nawyki” – podkreśla Bartosz Łoza.

Bo każde uzależnienie ma wpływ na jakość i trwałość związku. Niezależnie od tego, czy mowa o pracoholizmie, alkoholizmie czy paleniu papierosów, uzależnieniu od słodyczy, sportu czy gier komputerowych.

Refleksja nad uzależnieniami w parach jest o tyle bardziej obecnie konieczna, że z badań wynika, iż pandemia wywarła niekorzystny wpływ na nasze nawyki i intymne zachowania.

„Niestety, cały rok 2020 zakończył się mniejszą liczbą ślubów i spadkiem urodzeń dzieci. Z badania CBOS dla Biura ds. Substancji Chemicznych wynika, że w czasie lockdownu Polki i Polacy częściej palili papierosy lub wrócili do palenia po pewnym okresie abstynencji. Wstępne szacunki wskazują, że spożycie alkoholu w 2020 roku mogło wzrosnąć o jedną piątą” – mówi prof. Łoza.

Justyna Wojteczek, zdrowie.pap.pl

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Zobacz także

Co już zrobiłaś dla siebie? – Tydzień pierwszy, dzień #3

Dlaczego jedni ludzie są bardziej charyzmatyczni od innych?

9 rzeczy, których nie zmienisz w swoim partnerze (więc lepiej nawet nie próbuj)

9 rzeczy, których nie zmienisz w swoim partnerze (więc lepiej nawet nie próbuj)