Lifestyle

Koniec semestru

Midoblog
Midoblog
15 stycznia 2016
 

Jak zapewne wiesz, jestem nauczycielką. Zawód, jak każdy inny. Można by tak powiedzieć. Chociaż, jak każdy inny ma swoje niuanse, komplikacje i ciemne swoje strony. I właśnie taka zbliża się wielkimi, ogromnymi krokami.

 

Koniec semestru.

Szczerze przyznam – nie cierpię tego okresu czasu. Nie ze względu na masę papierów, sprawozdań, uzasadnień, opinii, wniosków do dalszej pracy. To jest do przeżycia (mimo, że wszystko robi się na sam koniec, kiedy wszystko już jest wiadome czarno na białym – wcześniej, nawet ci najbardziej sumienni mogą tylko pomarzyć, żeby cokolwiek podsumowywać). Z jednego najprostszego względu – wystawianie ocen. Niestety, dla mnie to nic przyjemnego. Niejednokrotnie – nic oczywistego.

I nie chcę tu narzekać. Od tego jestem daleka. Bardziej chodzi mi o to, żebyś (jeżeli jesteś rodzicem) spojrzał na oceny swojego dziecka z troszkę innej perspektywy. W dzisiejszych czasach, kiedy z pomocą wychodzi nam librus (dla niewtajemniczonych e-dziennik zawładnął większością placówek edukacyjnych) mogłoby się wydawać, że wystawianie ocen to przysłowiowy „pikuś”. Zaiste. Zwłaszcza, jeśli masz średnią ważoną = każda ocena ma swoją wagę. Sprawdzian – oczywiście, że najważniejszy, więc największej wagi. Ale sprawdzianów jest najmniej. Więc, które z ocen są najbardziej istotne i najlepiej wpływają na ocenę? Zapewne kartkówki, zadania domowe, aktywność. Uczeń nie jest aktywny – cóż trzeba sprawdzić zadanie. Dyskomfort pojawia się wtedy, kiedy jeden uczeń ma ocen aż 16 (bo aktywny ponad przeciętność) a drugi raptem 8. Przy czym ten drugi ma praktycznie same 4 i 5. Pierwszy zaś, nieciekawe oceny ze sprawdzianów (czytaj dwójki) ale robi zadania dodatkowe, przynosi „kaktusy” (zadania trudne). Widzę, że się stara. Że chce. Że mu zależy. Cóż, jak się okazuje ( i tego jestem całkowicie pewna) nie każdy też potrafi pisać sprawdziany. Bo stres, bo nie jest pewny, więc woli nie napisać nic. Czasem najzwyczajniej nie potrafi skupić myśli. I w taki oto sposób pojawiają się sytuacje, w których mam jeden wielki dylemat. Bo jeden ma średnią 4,75, więc „piąteczka” jak nic, a drugi 4,60… i co? Wtedy muszę się rozdrobnić. Ale i tak nie czuję się z tym dobrze. I uwierz mi, niestety nieraz mam wrażenie, że oceny w ogóle nie są sprawiedliwe. No dobrze – ja to wiem. Nasza skala od 1 do 6 (przy czym 6 oznacza naprawdę wybieganie ponad przeciętność, ponad podstawę programową) oznacza, że mamy skalę tylko do 5 dla standardowego, przeciętnego ucznia (jeżeli pozwolisz, że tak to nazwę). Stanowczo za mało mamy ocen i możliwości. Tym bardziej, że nie ma czegoś takiego jak 4+ czy 5- na semestr. Tak po drodze i owszem, takie oceny pojawiają się w dzienniku, ale też nie zawsze są oczywiste. I, drogi rodzicu pamiętaj jedno – piątka piątce nierówna. I niejeden nauczyciel ma poważny dylemat przy wystawianiu ocen. Nikt nie chce ucznia skrzywdzić, czy też mścić się na nim poprzez ocenę.

Poza tym, chciałabym, żebyś popatrzył też inaczej na oceny swojego dziecka. Nie trzeba być ze wszystkiego dobrym. Uczniowie później ściągają, spisują zadania z internetu (dziś każde zadanie łącznie z numerem strony z książki możecie znaleźć w internecie, niestety nie zawsze odpowiedź jest poprawna) bezmyślnie, tylko dla oceny. Ich jedynym celem jest dobra ocena, nieważna droga do niej. Czasem odpuść. Masz na to czas zwłaszcza, jak dziecko chodzi jeszcze do podstawówki. Nie przekładaj wszystkiego na oceny, które tak, jak piszę nie zawsze są adekwatne do wiedzy. Pomyśl, że ocena dopuszczająca zaczyna się od 31% a kończy na 54%. Odpowiednio uczeń, który uzyskał 8,06 pkt na 26 i ten, który ma ich o 6 więcej nadal ma ocenę dopuszczającą. Notabene, jak uzyskać 0,06 punktu, skoro zazwyczaj dajemy ewentualnie 0,5 ?(!)

Na próbnym sprawdzianie szóstoklasisty jedna uczennica straciła (tylko) cztery punkty z angielskiego, jednak to już było (tylko) 90% i jednocześnie jest to już ocena dobra (bardzo dobra jest od 91% sic!). Pamiętajcie to tylko ocena. Czasem za bardzo się na niej skupiamy. A przede wszystkim, bardzo Cię proszę drogi rodzicu nie skupiaj się na tych najgorszych ocenach. Jeżeli Twoje dziecko przyjdzie z kilkoma ocenami, czy nawet tylko dwoma i będzie to 5 i 1 to porozmawiaj ze swoim dzieckiem najpierw o tej piątce. Doceniaj. Chwal. Otwieraj jego umysł na poszukiwania, ciekawość świata.

Ja nie mam wyjścia, muszę się skupiać na ocenach. Dla mnie są wyznacznikiem wszystkiego. Ale o wiele ważniejsze dla mnie jest myślenie, jeżeli wiesz co mam na myśli. Dlatego czasem średnia ważona to tylko mała podpowiedź dla mnie.

Powodzenia wszystkim dzieciakom na kolejny semestr. Już od poniedziałku!

image

P.S. Chwalę się. Taki drobiazg cudowny. Na swojej drodze spotykam cudowne dzieciaki.


Lifestyle

Szary Domek

Midoblog
Midoblog
8 lutego 2016
 

Jako dziecko nie kojarzę, żebym lubiła czytać. Raczej wręcz przeciwnie – czytanie kojarzyło mi się z przymusem sięgania po lektury, przy których najczęściej zasypiałam. Do dziś pamiętam, jak po kilku stronach „W pustyni i w puszczy” najzwyczajniej w świecie „odpływałam”. Powoli zaczęło się to zmieniać z wiekiem i zapewne z tym, że byłam coraz bardziej świadoma tego, co chcę czytać, a nie to, co mi ktoś narzuca. Jedyny okres, który najzwyczajniej w świecie pochłaniałam z zapartym tchem, to literatura wojny i okupacji. Może – na pewno dlatego, że był szczery i prawdziwy do bólu. Dziwne, ale nie lubię fantastyki, romansów, czy też powieści. Wolę przeczytać coś, co daje mi do myślenia, co mogę odnieść do rzeczywistości, co więcej coś, co może mnie  czegoś nauczyć. (Pewnie w taki sposób również przejawia się mój umysł ścisły).

Nasza domowa biblioteczka Ann się powiększa. Szukam pozycji książkowych z przesłaniem. Tak wiem, z każdej bajki wypływa jakiś morał, ale ja nie o tym. Chodzi mi o to głębsze dno, o mądrość, o piękno wewnętrzne, o empatię. Ciężko to nawet teraz ubrać mi w słowa. Ale myślę, że jeżeli sięgnięcie po pozycję, o których tu wspominam, sami zrozumiecie.

W naszym zbiorze pojawiła się kolejna – „Szary Domek”. Książka pożyczona, ale już przeze mnie poszukiwana – Ann chciałaby ją dostać od Zajączka.

image

„Szary domek” autorstwa Katarzyny Szestak wywarł na mnie ogromne wrażenie. Jest po prostu piękną, ciepłą książką. A historia Szarego Domku –  bajeczna. Szczerze przyznam, że wszelkie słowa nie są w stanie oddać, co czuję, kiedy ją czytam, co tak naprawdę spowodowało, że doczytywałam historie, nawet jak Ann już głęboko spała. Jak ja to mówię – czyta się ją od tak, po prostu, kartki obraca się jedna za drugą, nie myśląc ile czasu nam to zajmuje. Zresztą co tam czas. Autorka swoimi opisami wprowadziła mnie w taki stan, że czasem miałam wrażenie, że dokładnie widzę, jak Domek wygląda w środku, a nawet czuję zapach deszczowej herbaty.

image

Opowiadania są przepełnione ciepłem, spokojem, dobrocią. Szary Domek poszukuje mieszkańca, prawdziwego przyjaciela. Mizernie wygląda, bo tęskni… tęskni za kimś bliskim. Autorka wspaniale ukazuje jego uczucia.

Opowieść uczy odpowiedzialności za drugą istotę, a co więcej pokazuje, jak różni jesteśmy, jak różne istoty są dookoła nas. Akceptacja odmienności nawet dla nas dorosłych bywa trudna, a co dopiero dla dzieci. Pojawia się więc Noc, która, kiedy tylko pojawia się w Domku, odpoczywa i śpi. I srebrny wilk, który jest artystą i pisze piękne wiersze, także o Domku, jednak potrzebuje wolności i lasu. Zjawia się również wiedźma, jednak pobliscy mieszkańcy się jej boją, bo jej nie znają, więc przepędzają ja z Domku. I gdyby nie ostatni mieszkaniec – Niszczydom, Domek nigdy nie przekonałby się kto jest tuż obok niego, a właściwie, kto od zawsze mieszka w nim….

image

Tej nocy do Szarego Domku przyszło szczęście. I wcale nie z powodu czterolistnej koniczynki czy guzika albo nawet podkowy. Przyszło, bo Domek miał najlepszych na świecie przyjaciół”

P.S. Książka „Szary Domek” otrzymała nagrodę w konkursie „Piórko 2015. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci” pod honorowym patronatem pana Marka Michalaka, Rzecznika Praw Dziecka. Więcej na stronie piorko2015.


Lifestyle

Zapach świąt

Midoblog
Midoblog
12 grudnia 2015

Co roku nadchodzi ten cudowny, wspaniały czas. Czas, któremu towarzyszy przepyszny zapach pierniczków. Zapach świąt.

Przyznam, że dopóki nie było Ann, nie myślałam nawet, że kiedykolwiek będę je piekła. Jednak od tamtego czasu wiele się zmieniło. Już wtedy, kiedy byłyśmy nierozłączne (czyt. byłam w ciąży) postanowiłam upiec pierwsze w swoim życiu pierniczki. Pamiętam, że tamten okres w ogóle był dla mnie cudowny, magiczny i wypełniony po brzegi pięknymi chwilami. Również wtedy po raz pierwszy upiekłam piernik z jabłkami i przepyszny pasztet. Od tamtego czasu święta w naszym domu wyglądają zupełnie inaczej. O wiele lepiej.

W tym roku to już szóste pierniczenie wspólnie z Ann. W zeszłym roku było już bardziej wspólnie niż osobno. Z Ann jest niezły pomocnik.

IMG_4398

Nawet wpadła na pomysł, żeby rozdać je babciom. W tym roku musimy się bardziej przyłożyć, bo lista osób, do których mają dotrzeć nasze pierniczki uległa minimalnemu zwiększeniu. I tak pierniczki mają być dla pań z przedszkola, dla pani dyrektor, dla najbliższych koleżanek. Nie ma wyjścia. Więc zabieramy się do pracy.

Poniżej przepis, który sześć lat temu dostałam od przyjaciółki, za każdym razem wychodzi

IMG_4435

Dla zabieganych i zapracowanych polecam pierniczki dr. Oetkera. Wychodzą równie pyszne. A tak naprawdę w tym wszystkim, przy dziecku, chodzi o frajdę ze zdobienia i dzielenia się z innymi.

IMG_4445IMG_4451IMG_4447IMG_4448

Pora więc brać się za zdobienie. Już widzę, że w tym roku nie będę miała zbyt wiele do powiedzenia. Ann już zdobi.

IMG_4449

*Pierniczki mogą być twarde, zwłaszcza jeżeli zrobimy je zbyt późno. Skruszeją, jeśli będziemy je trzymać w puszce z kawałkiem jabłka – powinny zmięknąć po kilku dniach. A szczelnie zamknięte pierniczki (najlepiej w metalowym pudełku) można przechowywać nawet przez 2 miesiące.