Lifestyle

Kobieta kobiecie wilkiem, czyli wolność wypowiedzi w internecie

MamaM&M
MamaM&M
27 września 2017
Fot. Pixabay/jmaki
 

Największą przykrość, jaka mi się w życiu przydarzyła, sprawiła mi kobieta. Najgorsze słowa, jakie pod swoim adresem usłyszałam, wypowiedziała kobieta. Najokrutniejsze komentarze pod moim adresem napisały pod linkami do moich tekstów kobiety.

„Kobiety nigdy nie robią i nie mówią niczego przypadkiem” – to jest maksyma, którą się kieruję w życiu. I ona się sprawdza zawsze. Mama nauczyła mnie ciężko pracować i pomagać innym, ojciec udowodnił, że należy olewać tych, którzy chcą nam zrobić krzywdę. Doświadczenia z dzieciństwa pokazały mi, że ludzie będą mnie szanować, jeśli ja będę szanować ich, ale też, że nikomu z urzędu szacunek się nie należy. Szybko wywnioskowałam też, że ludzie mają różne poglądy i należy to zaakceptować.

Wolność wypowiedzi, szmato

Mieszkam w internecie, moim salonem jest Facebook. Dopisałam się do wielu grup, które z różną intensywnością, ale jednak, obserwuję. To, co mnie od dłuższego czasu razi, to okrucieństwo kobiet wobec innych kobiet.

Każde poglądy, każde zachowanie jest oceniane i krytykowane i nie ma się co dziwić. Wszystko, co wrzucamy do sieci, staje się publiczne, czyli niczyje, czyli można zniszczyć. Mnie już nawet nie dziwi, że mama zostawiająca dwulatka w pokoju i idąca pod prysznic jest linczowana (bo powinna być z dzieckiem cała dobę i spać z powiekami przyklejonymi do czoła), że kobieta mówiąca wprost, że nie chce mieć dzieci, bo nie lubi małych, marudnych, tupiących po panelach istot jest mieszana z błotem (bo kobieta, która nie urodzi dziecka, nie wie, co to znaczy być kobietą), że szalona emerytka w szpilkach i spódnicy mini jest uznawana za wariatkę (bo emerytki powinny umierać, żeby nie obciążać ZUS-u, albo zajmować się wnukami od rana do wieczora), ale niezmiennie zaskakuje mnie język, jakim pisane są komentarze w internecie.

Prawy do lewego

Nie będę ich przytaczać (każdy jest w stanie znaleźć co najmniej jeden dosłownie w kilka sekund), ponieważ nie zależy mi na rozpowszechnianiu tego zjawiska w moich tekstach, ale w pierś uderzyć się powinny wszystkie strony niemal każdego internetowego słownego konfliktu, każdej burzliwej dyskusji, obrońcy i przeciwnicy prawicy, lewicy, kościoła, ateizmu, wegetarianizmu, Anny Lewandowskiej i Ewy Chodakowskiej. Kiedy prawicowa posłanka powie, że in vitro, to dzieci bez miłości, pisze się o niej taki stos inwektyw, że panowie spod przysłowiowej budki z piwem (są jeszcze takie budki?) mogliby się ze wstydu zaczerwienić. Kiedy lewicowa działaczka przyzna, że usunęła ciążę, bo nie chciała urodzić dziecka i to cały powód, bogobojne, prawicowe kobiety, siedzące zapewne w niedzielę w pierwszej ławce w kościele i noszące różaniec w torebce używają takich słów, że ja, osoba rzucająca mięsem na co dzień, jestem pod wrażeniem, że aż tak można.

Matki-Polki-Komentatorki

Przeglądam profile takich osób, ponieważ socjologicznie mnie to zjawisko interesuje. I co widzę? Zdjęcia widzę. A na nich te komentujące, plujące jadem, rzucające wyzwiskami kobiety przytulają swoje dzieci, chwalą się świadectwami szkolnymi córek i synów, spędzające czas z roześmianymi partnerami, mężami, rodzinami, znajomymi.

I co ja sobie myślę? A niechby tak ta twoja córka, czy ten syn kiedyś tak do ciebie powiedział. Żeby twój partner tak o tobie pomyślał. Tylko dlatego, że się z tobą nie zgadza.

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Lifestyle

Karmię tam, gdzie moje dziecko jest głodne

MamaM&M
MamaM&M
28 września 2017
© MamaM&M
 

Najdziwniejsze miejsce, w którym karmiłam syna piersią? Pas zieleni oddzielający jezdnie na autostradzie A4 na wysokości Opola, a chwilę wcześniej przystanek autobusowy przy krajowej „trójce”. Karmię już drugie dziecko. Nie zamierzam przestać. Karmię zawsze tam, gdzie akurat jesteśmy, gdy Mariusz jest głodny.

Ponieważ moja mleczna droga jest usłana różami o wyjątkowo ostrych kolcach, mój syn jest już konkretnych wymiarów, wróciłam do pracy, dzieci są żłobkowe, nasuwa się pytanie: kiedy kończysz karmienie? Moja odpowiedź brzmi: nie planuję!

Kiedy urodził się Marek, byłam pewna, że będę go karmić piersią. Udało się wyrwać pół roku plus trzy dodatkowe miesiące odciągania pokarmu. Mariusz ma 12 miesięcy i na mój widok wpada w euforię. Wie, że”cycki przyszły”. Lubię karmić, cenię sobie tę bliskość, której nie daje nic innego, ale też rozumiem matki, które nie karmiły, bo nie chciały i współczuje tym, które nie mogły, a chciały bardzo.

Nie o tym jednak ma być ten wpis. Co jakiś czas pojawiają się mediach społecznościowych publikacje dotyczące złego traktowania karmiących w restauracjach, na ulicach, w parkach, sklepach i innych miejscach. Nigdy mnie nic nieprzyjemnego nie spotkało. Obserwuję raczej mniej lub bardziej śmiałe spojrzenia w naszą stronę. Może to zależy od mojego charakteru – podobno od razu widać, że lepiej ze mną nie zadzierać, a i język ostry mam i długo nad ripostą myśleć nie muszę.

Jestem u lekarza, Mariusz jest głody, karmię. Jesteśmy na imprezie, Mariusz jest głodny, karmię. Jesteśmy w podróży, Mariusz jest głodny, zatrzymuję auto (ew. zjeżdżam na pierwszy parking), karmię. Nie robię z tego wydarzenia. Tak, jak wyciągam batonik z samochodowego schowka, gdy mam ochotę coś zjeść, tak wyciągam pierś, żeby nakarmić syna. Nie potrzebuję całej oprawy, typu: wygodny fotel, nogi na stołek, przestronne, zaciszne pomieszczenie. Mój syn jest głodomorem i jadłby pewnie obrócony do góry nogami.

© MamaM&M

© MamaM&M

Nigdy nie wyproszono mnie z żadnego miejsca, nie zwrócono mi uwagi, ale też komitetów powitalnych nie spotkałam. Raz w poczekalni u lekarza (prywatna praktyka pediatry) karmiłam i wchodzący mężczyzna (był z żoną i chorym kilkuletnim dzieckiem) zapytał, czy jego obecność nie będzie mnie krępować. Zapytałam, czy to ja nie krępuję jego. Odpowiedział: „dziecko jest karmione w najbardziej naturalny sposób, więc nie widzę problemu”.

Wiem, że kobiety spotykają się z nieprzyjemnymi sytuacjami, że w naszym kraju karmienie piersią, widok dziecka karmionego piersią nadal jest dla wielu osób krępujący i, o zgrozo, nienaturalny… Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje, tak samo nie rozumiem milionów ulotek z reklamą mleka modyfikowanego u lekarzy, w szpitalach i gdzie się tylko da.

Będę już po wsze czasy zwolenniczką i propagatorką KP. Nie będę terrorystką mówiącą, jakie złe jest MM, bo sama byłam nim pewnie karmiona i żyję, i mam się dobrze, i nawet całkiem zdrowa jestem. Będę chwalić mamy, które karmią wszędzie tam , gdzie ich dzieci są głodne i będę powtarzać, że to nie jest odwaga, ale naturalna kolej rzeczy.

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Lifestyle

Idzie rak? To nie rak?

MamaM&M
MamaM&M
27 lipca 2017
pixebay.com/greyerbaby

Sama jestem na siebie zła, bo wytargałam w pełni prywatną sprawę mojego męża na blog i teraz czuję się tak, jakbym go zupełnie odzierała z prywatności… Jestem jednak winna swoim czytelnikom kilka słów na temat tego, co u nas, skoro już raz otworzyłam drzwi naszego mieszkania tak szeroko.

Lipiec to miesiąc „śląski”

Dwa wyjazdy do Instytutu Onkologii w Gliwicach i ciągłe oczekiwanie na to, co będzie dalej.

Najważniejsze dla nas jest to, że Pan Mąż czuje się niezmiennie dobrze i w najmniejszym stopniu nie wygląda na chorego. Tego cały czas się trzymamy.

W Gliwicach dowiedzieliśmy się tyle, że dwa zespoły badające te same preparaty podały skrajnie różne diagnozy. Jedną znamy od maja i brzmiała: „rak”. Druga brzmi: „to nie jest rak”…

Hurraoptymiści, którzy nas otaczają, komentują tę sytuację krótko: „zajebiście”, „to super”, „to świetnie”. My mamy jednak więcej racjonalizmu niż optymizmu i pytamy: „dlaczego mamy wierzyć, że to zespół z Poznania się pomylił”? Fakt, że druga diagnoza jest dla nas całkowicie korzystna i oznacza, że Pan Mąż jest zdrowy, nas nie satysfakcjonuje. Nie szukamy na siłę choroby, nie będziemy się przybijać do krzyża i umartwiać. Przeszliśmy konkretną lekcję pokory, miłości i akceptacji, ale właśnie ta lekcja każe nam być ostrożnym w stawianiu jednoznacznych sadów i odrzucaniu innych.

Emocje opadają

Mnie osobiście nic wcześniej tak nie uderzyło jak informacja o tym, że Pan Mąż ma nowotwór złośliwy. Nie pamiętam, ile miałam sesji terapeutycznych pod prysznicem w środku nocy. Ile ja przegryzłam ręczników, żeby tylko nikt nie słyszał, jak ryczę… Nigdy na głos tyle razy nie płakałam, jadąc samochodem. Każda dłuższa chwila samotności kończyła się atakiem paniki. Dlaczego? Ano dlatego, że „Pan Mąż może umrzeć”. Jakby to było odkrycie jakiejś tajemnicy. Ja mogę umrzeć, mój mąż może umrzeć, moje dzieci mogą umrzeć, ty możesz umrzeć i ktoś ci bardzo bliski też może umrzeć. Więcej. Wszystkie wymienione przed chwilą osoby umrą. To jest pewne jak podatki, polski ZUS i kac po upiciu się winem.

Podczas pierwszej wizyty w Gliwicach okazało się, że nie ma wszystkich wyników badań. Lekarka, z którą spotkał się Pan Mąż zasugerowała jednak już wtedy, że wynik może być rozbieżny z tym z Poznania. Dwa tygodnie później, podczas drugich konsultacji, potwierdziły się przypuszczenia zespołu gliwickiego. W międzyczasie zastanawialiśmy się, co zrobić, jeśli diagnozy będą się wykluczać, jeśli będzie 50/50. Braliśmy nawet pod uwagę możliwość konsultacji w innym ośrodku, także zagranicznym. Nie chcieliśmy dopuścić do sytuacji, że wierzymy w korzystniejszą dla nas diagnozę i zapominamy o problemie, a 2,5,10 lat później słyszymy: „ma pan przerzuty do płuc, może pan sobie wybrać kolor trumny”…

W Polsce da się leczyć

Okazuje się jednak, że z polską służbą zdrowia nie jest tak źle, jak się zwykło mówić. Prawdą jest, że większość badań i wizyt załatwiliśmy poza kontrolą NFZ, bo trwałoby to pewnie do dziś, ale IO w Gliwicach pozytywnie nas zaskoczył. Okazuje się, że w przypadkach takich, jak Pana Męża dwa razy w roku zbiera się zespół lekarzy onkologów – specjalistów od konkretnego nowotworu – i jeszcze raz omawia i bada preparaty. Co to oznacza dla nas? Czekamy. Od listopada nie robimy nic innego, tylko czekamy.

I chciałabym móc już napisać, że Pan Mąż jest zdrowy, ale też nie chciałabym w grudniu, kiedy będzie ostateczny wynik, napisać, że jednak zdrowy nie jest, więc napiszę: czekamy…

 

PS Ze względu na to, że się nie znam, że jestem tylko: filolożką, matką, blogerką, pseudo-dziennikarką, nie oceniam lekarzy z Poznania i Gliwic pod kątem postawionej diagnozy. Wierzę, że na studiach ściągali mniej ode mnie i bez względu ostateczny wynik szanuję ich za to, jak zajmowali się Panem Mężem i jak dzięki temu mogliśmy godnie przejść przez operację i cały pobyt w szpitalu…

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉