Lifestyle

„Kiedyś nawet wspomniała o rozwodzie, ale potem uznała, że na starość chyba jej klepki urwało. Szkoda mi jej. Żyją jak współlokatorzy”

Poli Ann
Poli Ann
9 sierpnia 2021
fot. vm/iStock
 

Agata weszła za mamą do kuchni, by jej pomóc w nakryciu do stołu. Raz po raz nosiła półmiski z jedzeniem. Rodzinnej tradycji musiało stać się zadość i Agata z mężem i dwiema córeczkami w niemal każdą niedzielę lądowała u rodziców w starej kamienicy w centrum miasta. Mama robiła nieśmiertelny rosół, a na drugie danie ziemniaczki całe lub puree albo ryż. Do tego zawsze jakieś mięsiwo – kotlety schabowe, mielone, żeberka, piersi drobiowe lub udka z kurczaka. I oczywiście surówka – buraczki, marchewka z groszkiem, kapusta zasmażana, kalafior lub fasolka z tartą bułką. Tylko latem, ubłagana przez zięcia, podawała pierogi z truskawkami lub jagodami.

Do tego zawsze był kompot własnej roboty, a na deser ciasto drożdżowe, szarlotka, sernik, babka gotowana lub murzynek. Po takiej uczcie głodni robili się dopiero drugiego dnia. Babcia Amelia szalała w tej kuchni, Agata mogła jedynie pomóc jej coś nosić czy nakryć do stołu. Nie pchała się w królestwo matki. Jej tata natomiast siedział zawsze w fotelu, czytając gazetę lub rozwiązując krzyżówkę.

Odzywał się mało, jego konikiem była historia i gdy tylko z zięciem zaczynał jakiś temat to mama zawsze ukrócała te rozmowy. Tata więc milczał i zjadał wszystko, co mu mama na talerz nałożyła. Zawsze to ona go obsługiwała, a gdy chciał dokładki powoływała się na lekarza i trzymanie linii. Tata więc czekał z niecierpliwością na deser. Czasem małżonka wyrażała zgodę na nalewkę. O tak, to było święto, by chłopcy mogli napić się kapkę. Wtedy się nawet uśmiechał.

Agata z rodziną była u rodziców zawsze do osiemnastej, potem wracali do siebie, by jeszcze przygotować się na nowy tydzień. Wiadomo, praca, dzieci, obowiązki i pęd.

– Chciałbyś tak żyć? – zapytała Marka, gdy którejś niedzieli byli już w domu.
– Ale jak? – chyba nie bardzo wiedział o co chodzi.
– Jak moi rodzice?
– Czyli?
– Tak obok siebie.
– Skąd ta myśl? Są małżeństwem kilkadziesiąt lat, trudno by spijali sobie z dzióbków, tym bardziej, że zaraz im stuknie siedemdziesiątka – Marek chyba nie widział tylu szczegółowe co Agata.
– Zobacz, mama cały tydzień żyje niedzielą. Robi zakupy, piecze, gotuje, sprząta, pierze. Odbiera czasem dziewczynki z przedszkola. Tata, też już na emeryturze, chyba wrósł w ten fotel. Zawsze tam siedzi z gazetą. Nie poznaję go. Milczy, czasem coś odburknie.
– Mama go wyręcza. On się jej nie wtrąca. W sumie dobra taktyka – Marek się uśmiechnął.
– Jak tam wpadam w tygodniu to oni już ze sobą nie rozmawiają. Mama gani ojca za te krzyżówki, on chce ciszy. Więc mijają się w przedpokoju. Ja nawet nie wiem czy razem śpią.
– No co ty, w tym wieku?!
– Ja nie mówię, by od razu Kamasutrę przerabiali. Ale oni są jak współlokatorzy. Nie wchodzą sobie w drogę. Nie mają pasji, wspólnych zainteresowań.
– No chyba nie. Tata kocha historię, mama nie znosi.
– Ale mogliby iść do parku, do muzeum, kina, teatru. A mama żyje nami. Dzwoni, pyta jak dziewczynki. Jest na każde zawołanie, a sama nie oczekuje nic.
– Racja.
– Pytałam jej kiedyś, czy może im nie kupić biletu, nie zawieźć dokądś, ale wzruszyła ramionami. Kiedyś nawet wspomniała o rozwodzie, ale potem uznała, że na starość chyba jej klepki urwało. Szkoda mi jej. Poświęciła się. Sporo z ojcem przeszła. Święty nie był. A teraz jest bierny. Próbowałam z nim rozmawiać, ale on chyba już siły nie ma. Przywykł. Wygodnie mu.
– Wiesz co, faktycznie. On tak gaśnie w tym fotelu.
– To jego jaskinia. Mama okupuje kuchnię, on salon i tak im mijają dni. Czasem wpadniemy my, zajmą się dziewczynkami i to wszystko.
– Smutne, nie?
– Marek obiecaj mi, że my tacy nie będziemy. Że jak dziewczyny wyfruną z domu to będziemy mieli o czym rozmawiać. Znajdziemy pasje wspólne i osobne.
– Mijać się w własnym domu…straszne.
– Mama ma żal do ojca. On wiesz kiedyś miewał romanse. Teraz już nie bryluje, nie jest aktywny zawodowo, nie ma panien do wyboru. Mama znosiła to dzielnie. Z dumą. Nie odeszła, ale męczy się okrutnie.
– Tata też. Może ma wyrzuty? – Marek zastanawiał się głośno.
– Może i tak. Ślub wzięli w kościele, przyzwoitość nie pozwala im się rozwieść.
– I to nieśmiertelne: Co ludzie powiedzą?
– Masakra. Żal mi ich – powiedziała ze smutkiem w oczach.
– Tak żyje całe pokolenie. Razem źle, osobno jeszcze gorzej. Można im pomóc?
– Nie wiem. Ale wiem, że ja nie chcę tak żyć, czyimś życiem, nie mając swojego. Dziewczyny się usamodzielnią, my musimy umieć być ze sobą, rozmawiać, spędzać czas, kłócić się i godzić, mieć znajomych, pasje.
– Dobra, ale w fotelu pozwolisz mi posiedzieć? – Marek puścił żonie oczko.
– No pewnie, przed lub po…sssss….spacerze – odparła filuternie. – I jedzenia nie będę Ci nakładać, ok?
– Jakoś przeżyję, byle z tobą – i przytulił żonę, wiedząc, że właśnie tak chce spędzić swoje następne lata.


Lifestyle

Nikt nie obiecywał, że rozwód będzie prosty, ale… Mężczyzna, którego kiedyś bardzo kochała, właśnie zamienia jej życie w koszmar

Poli Ann
Poli Ann
17 sierpnia 2021
fot. baona/iStock
 

Beata znów nie spała całą noc. Analizowała po raz setny całą sytuację i choć naprawdę się starała to nie widziała w swoim mężu już nic, co kazałoby jej zmienić zdanie. Początki znajomości były cudowne, jak i pierwsze lata małżeństwa, ale kolejne lata przypominały już raczej wegetację. Starała się jak umiała. Prezenty bez okazji, kolacyjki, wypady gdy córkę podrzucali do jej matki tylko po to, by móc spędzić czas tylko we dwoje. Szukała dla nich wspólnego mianownika i po jakimś czasie zauważyła, że w tym duecie stara się tylko ona. Rafał nie planował weekendów, nie robił jej prezentów bez okazji. Przestał się o nią jakkolwiek starać. Była żoną, nie kobietą.

Pandemia zamknęła ich w domu na cztery spusty. Mijali się w przedpokoju, on coraz częściej zasypiał na kanapie, nie reagując na jej pytania, koronkowe koszulki i żarty. Gdy wyszło na jaw, że stracił pracę coś w niej pękło. Sytuację pogarszała jego bierność. Zamieszkał na kanapie i nie ruszał się z niej całymi dniami. Beata proponowała pomoc, lekarza, terapie. Pracowała dwa razy więcej, by utrzymać dom. Pobudka o piątej, wyjście z psem, śniadanie dla niego i córki. Szósta trzydzieści włączenie komputera i praca.

Rafał na kanapie. W międzyczasie pomoc córce, gdy tablet odmawiał jej posłuszeństwa, obiad, pranie, miliony telefonów i maili. Rafał na kanapie. Po południu spacer z psem, zakupy, praca nad nowym projektem, lekcje z córką, sprzątanie, prasowanie. Rafał na kanapie. Próba rozmowy z nim. Nieudana. Jak zawsze. Wieczorem kolacja, spacer z psem, rozmowa z córką, która pokłóciła się z koleżanką, ma trudny test lub tęskni za szkołą. Rafał na kanapie. Potem chwila dla siebie w łazience. Kolejna próba rozmowy kanapowcem, któremu bezczelnie zakłóca tylko oglądanie Netflixa. I tak w kółko. W weekendy praca, planszówki z córką, zakupy, spacery z psem. Rafał na kanapie. Kolejne próby rozmowy z mężem. Bezskuteczne.

Gdy zrobił jej awanturę o brak ciasta w niedzielę i powiedział, że nie da jej żadnych pieniędzy, bo jej odbija, uznała, że miarka się przebrała. Że ma dość skakania nad nim, proszenia, dogadzania, podejmowania prób ratowania ich związku. Umówiła się z prawnikiem, zdecydowała, że już nie chce być z Rafałem, który jest albo bierny, albo odzywa się do niej wulgarnie. By złożyć pozew musiała jednak trochę poczekać. Prawnik doradził żyć osobno na ile się da.

I zaczęło się piekło, gdy wskazała mu półkę lodówce i jego szafki w kuchni, gdy przełożyła jego ubrania do innej szafy, by wszystko było oddzielnie, gdy przestawiła swoje kosmetyki w łazience, gdy zażądała pieniędzy na czynsz i rachunki. Z sypialni nie musiała go wyrzucać. Na kanapie w salonie zapuścił chyba korzenie. Przestała go zagadywać, prosić. Nie zwracała na niego uwagi. Komunikowała się z nim tak, jak on z nią – w formie rozkazów.

Liczyła na odrobinę przyzwoitości z jego strony, a nie straszenie zabraniem dziecka, brakiem jakiekolwiek wsparcia finansowego i chęci rozmowy. Na porządku dziennym były wyzwiska, wyśmiewanie, złośliwe komentarze, grożenie alimentami. Rafał nie hamował się nawet przy dwunastoletniej córce.

Beata trwa tak od kilkunastu tygodni. Złożyła pozew, czeka na termin rozprawy. Wie, że musi w sądzie udowodnić półroczny rozpad jakichkolwiek więzi z mężem – uczuciowych, finansowych, seksualnych. Mężczyzna, którego kiedyś bardzo kochała, właśnie przemienia jej życie w koszmar, wykorzystuje jej słabe punkty i czerpie z tego satysfakcję. Bawi się jej strachem. Pokazuje swoje drugie oblicze, którego Beata nigdy wcześniej nie widziała. Wmawia dziecku, że matka jest debilką i nie chce pomóc choremu tacie, że na pewno się puszcza i go oszukuje, że jest winna tej sytuacji. Rafał żongluje uczuciami dziewczynki. Pyta, kogo mała kocha bardziej, chce Beatę pozbawić praw rodzicielskich, straszy, szantażuje, grozi. Nie chce współpracować na żadnej płaszczyźnie. Beata nie śpi po nocach, nigdzie nie rusza się bez córki, żyje w ciągłym napięciu. Nikt nie obiecywał, że rozwód będzie prosty, ale nie spodziewała się, że tak koszmarnie będzie wyglądał koniec jej małżeństwa.


Lifestyle

To, co my im pokażemy, one wezmą ze sobą. Tu tkwi nasza siła. A „cnoty niewieście” będą dla nich jedynie memem

Poli Ann
Poli Ann
16 lipca 2021
fot. MStudioImages/iStock

Kiedy miałam naście lat, kompletnie siebie nie rozumiałam. Ciało robiło, co chciało, emocje tańczyły codziennie do innej muzyki, a ja patrzyłam w lustro z obrzydzeniem.

Mama była obok, ale nie tłumaczyła, że to ciało, którego nie akceptuję, będzie się zmieniać. Może myślała, że to wiem? Albo nie była świadoma tego, co dzieje się w mojej głowie? Na pewno mnie kochała, zadbała z tatą o moje wykształcenie, wypuściła z gniazda osiemnastoletnie dziecko, któremu się wydawało, że wszystko wie, a tak naprawdę nie wiedziało nic.

Z kobiecością powoli było mi po drodze, ale gdy ktoś mówił mi komplement, płonęłam rumieńcem. Jeśli mnie chwalił, grzecznie dygałam mówiąc, że to nic wielkiego. Przez myśl mi nie przeszło, bym uznała, że takie słowa mi się należą. Wyszłam za mąż za pierwszą miłość, z głową pełną ideałów. A potem do mych drzwi zapukało życie.

Wtedy byłam chyba przykładem wszelkich cnót, może nawet tych „niewieścich”  Skromna, pracowita, polegająca na mężu, wzorowa matka i małżonka. A gdzie w tym wszystkim, w tej chęci zadowolenia świata byłam ja do cholery jasnej??? Ja! Chwilę musiałam siebie jeszcze poszukać.

Kilka lat boksowałam się sama z sobą. Dopiero, gdy skończyłam trzydzieści lat, poczułam się świetnie w swoim ciele, a i głowa moja już wiedziała, o co chodzi. Matka, żona, kobieta pracująca, chcąca wciąż się rozwijać. Byłam konsekwentna. Kursy, szkolenia, w końcu kolejne, trzecie studia. W pracy nie byłam już żółtodziobem, nabrałam pewności siebie, a w lustrze zobaczyłam po prostu fajną babkę. Polubiłam ją. I uznałam, że się z nią dogadam. Miałyśmy w końcu o czym pogadać. Życie zadbało o bagaż doświadczeń i ran, z którymi trzeba się uporać. Niejeden raz wyłam po nocach, bo los dawał mi w kość.  To mnie wzmocniło. Skoro przetrwałam znaczyło, że dam radę.

Dziś nie zamieniłabym się z osiemnastolatką. Ileż ona musi jeszcze przejść, ile razy upaść, ile zrobić i nauczyć, by być tam gdzie ja? Jestem chyba w najlepszym momencie swojego życia, choć koleżanki mówią, że ono zaczyna się dopiero po czterdziestce. Cudownie, na to czekam! I prę do przodu.

Postanowiłam też, że nie pozwolę by moja córka była taką bokserką, jaką byłam ja. Rozmawiam z nią dużo, tłumaczę, chwalę ją, motywuję, wyjaśniam, co dzieje się z jej ciałem i zapewniam, że jest wyjątkowa, że da radę, bo jest mądra, a w pakiecie dostała jeszcze urodę. Nie wiem, czy odniosę tu sukces, jednak wierzę, że patrząc na mnie – kobietę aktywną zawodowo, uczącą, piszącą, uprawiającą sport, kochającą swój zawód, mającą pasje, biorącą się z życiem za bary, radzącą sobie z przeciwnościami losu, wstającą po upadku, stwierdzi, że daję jej dobry przykład kobiecości.

Bowiem dziś dziewczyny muszą być wykształcone, świadome swojej wartości i siły. Tyle przecież mogą, tyle osiągnęły. Mogą być szczęśliwymi partnerkami albo żyć zupełnie niezależnie. Mogą spełniać się w tak wielu rolach. Mogą, bo są silne i jeśli chcą to, osiągną cel. Mają prawo mówić „nie”, „chcę”, „oczekuję”, „umiem”, „jestem świetna”, „nie rozumiem”, „potrzebuję”, „marzę”.

Umówmy się, babki zawsze mają trudniej, często muszą być lepsze od mężczyzn by piastować to samo stanowisko, muszą walczyć ze stereotypami, czasem nawet z szowinizmem. Niefajnie być kawałkiem mięsa, laleczką, która ma wyglądać, ale się nie odzywać, służącą, która zaspokaja potrzeby innych, ale notorycznie zapomina o swoich. To są „cnoty”, jakich współczesne dziewczyny posiadać nie powinny. Niech żyją inaczej niż nasze babki, słuchają siebie i żyją w zgodzie że swoim sumieniem, a nie według nakazanych „niewieścich cnót”.

Nie jest łatwo być kobietą, ale jakże pięknie móc samo stanowić o sobie, dokonywać niezależnych wyborów, wyciągać wnioski z porażek, rozwijać się.

Jakże dumna jestem z córki, która ładuje się nam do łóżka, bo czuje potrzebę przytulenia i mówi stanowcze „nie”, kiedy jej mówimy, że ma wracać do własnego pokoju. Mała ma odwagę się postawić, bo najwidoczniej naszej bliskości po prostu potrzebuje. Nie wyganiamy jej już. Nie chcę, by zaciskała zęby i z pochyloną głową robiła to, co jej każemy. Czy to zbrodnia, jeśli dziecko ma ochotę spać blisko rodziców? Czy to zbrodnia, że na coś się nie zgadza i nie odpuszcza. Nie! Dlatego dziewczynom powinno się wpajać inne CNOTY.

Uczmy je samodzielności, pewności siebie, głodu wiedzy. Niech robią to czego pragną, a nie to, czego oczekuje od nich społeczeństwo, a w ostatnim czasie i politycy płci męskiej. Kobieta nie jest wrogiem, jest partnerem, wsparciem, możliwością, potencjałem. Zwana słabą płcią tak naprawdę ma w sobie siłę wulkanu, choć często o tym nie wie, jednak obudzona z głębokiego snu, potrafi pokazać, do czego jest zdolna. Rzecz w tym, by nie musiała nikomu nic udowadniać, co najwyżej sobie, jeśli tylko sama tego potrzebuje.

Pokazujmy dziewczynkom, jak być sobą, jak gonić marzenia i je spełniać, jak porażki przekuwać w sukcesy, jak walczyć ze słabościami i stawać się lepszą wersją samą siebie, jak współżyć z innymi ludźmi, nie raniąc przy tym nikogo, jak być asertywnym i dążyć do upragnionego celu. Nie róbmy jednak tego teoretycznie. To na nas, współczesnych kobietach, na mnie i na Tobie, ciąży to zadanie, bo nasze córki, uczennice, wnuczki, bratanice i siostrzenice patrzą na nas właśnie teraz. To, co my im pokażemy, one wezmą ze sobą. Tu tkwi nasza siła. Z takim „wyposażeniem” dziewczyny nie dadzą się wsadzić w ramy, ograniczać, sprowadzać do ról, których nie chcą pełnić.

Cnoty niewieście zaś, o których tak teraz jest głośno, staną się dla nich jedynie memem, który czyta się na szybko i zaraz po o nim zapomina, będą synonimem suchego żartu, a dziś są po prostu przykładem nieudolnych działań tych, którzy kobiet i ich siły się najzwyczajniej boją.