Lifestyle

Znamy najlepszą metodę depilacji. Im szybciej ją wykonasz, tym więcej pieniędzy zaoszczędzisz

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
13 marca 2018
Fot. iStock/DragonImages
 

Na jednym z ostatnich, babskich spotkań zaczęłyśmy narzekać na zimę i z rozmarzeniem opowiadać o wiośnie. Wszystkie tęsknimy za ciepłem, słoneczną pogodą, wakacjami i opalaniem. Kiedy tak się człowiek rozmarzy, widać same plusy. I wtedy właśnie jedna z nas wypaliła: „I znowu trzeba będzie zacząć regularnie golić nogi”. No cóż, można się śmiać, ale taka jest prawda – w czasie zimy większość z nas nie depiluje się regularnie, bo i po co? Potem pojawia się lato i w ruch idą maszynki, wosk, depilatory elektryczne. Aż chce się rzec „Witaj wiosno, witaj podrażniona skóro, witajcie wrastające włoski i regularne depilowanie owłosienia!”. A tu się okazuje, że niekoniecznie.

Monika natychmiast się ożywiła i wyciągnęła z torebki kalendarz. Faktycznie, już marzec. Najwyższy czas zadzwonić do kosmetyczki i umówić się na wosk. Przecież wcześniej trzeba trochę zapuścić włosy. Monika stosuję tę metodę depilacji już od kilku lat, ale tylko jeśli chodzi o nogi. „To za duży ból. Nie wyobrażam sobie usuwania w ten sposób włosków z okolic bikini” – mówi i niewątpliwie trzeba jej przyznać rację. Karolina jest tradycjonalistką – od zawsze używa maszynek. Chociaż po dwudziestu latach nauczyła się wreszcie, jak używać maszynki, żeby się nie zaciąć, wciąż nie może sobie poradzić z wrastającymi włoskami. Wszystkie kiwamy głowami, bo doskonale to znamy – nieestetyczne krostki, stany zapalne, wyrywanie włosków spod skóry, drobne blizny…

Fot. Materiały prasowe Epilira

Fot. Materiały prasowe epilira

I wtedy Marta zaczęła opowiadać o depilacji laserowej, na którą zdecydowała się zeszłej zimy. Każda z nas o niej słyszała, ale żadna poza Martą się nie zdecydowała, bo mówi się, że jest droga i też mało skuteczna. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że to, co my nazywałyśmy depilacją laserową, w rzeczywistości było czymś innym! W Polsce bardzo popularna jest metoda depilacji technologią IPL, błędnie nazywana depilacją laserową. Wiele salonów kosmetycznych pisze, że oferuje usługi „depilacji laserowej”, a tak naprawdę stosuje zabieg naświetlania lampą xenonową, znajdującą się w urządzeniu. Pal sześć nazewnictwo, gdyby to tylko działało. Problem w tym, że depilacja tą techniką ma wiele wad. Ponieważ istnieje duże ryzyko poparzenia skóry, osoby obsługujące urządzenie często korzystają z bezpiecznych parametrów. To z kolei wpływa na jakość depilacji – włoski naświetlane są wybiórczo lub wykorzystywana jest niewystarczająca moc naświetlania. Efekt? Niechciane włoski wciąż występują i powracają. W dodatku traci się mnóstwo czasu i pieniędzy.

Tymczasem depilacja laserem  diodowym LightSheer Duet, na którą zdecydowała się Marta, jest czymś zupełnie innym. W tym przypadku faktycznie wykorzystuje się laser, którego fala wnika w skórę na głębokość dwóch milimetrów, co skutecznie niszczy strukturę mieszków włosowych, odpowiedzialnych za wzrost włosów. Trzeba przyznać, że w tej kwestii byłyśmy ignorantkami, bo wierzyłyśmy w to, co nam się wmawia.

Fot. Materiały prasowe epilira

Fot. Materiały prasowe epilira

Jakie są plusy depilacji laserem LightSheer Duet?

Idealnie gładka skóra

Tak, tak, to możliwe! Depilacja laserem diodowym jest wyjątkowo skuteczna. Pozwala na trwałe usunięcie zbędnego owłosienia. Nie musisz się martwić, że za kilka tygodni skóra stanie się szorstka i znów pojawią się niechciane włoski. Kilka zabiegów i masz problem z głowy raz na zawsze.

Bezpieczeństwo

W przeciwieństwie do naświetlania skóry metodą IPL, użycie lasera diodowego nie grozi poparzeniem. Do wykonania zabiegu potrzebna jest mniejsza ilość energii, przez co jest on bardziej bezpieczny. W dodatku depilacja jest bardzo szybka, ponieważ laser LightSheer Duet obejmuje większą powierzchnię ciała. Zabieg na całe nogi zajmuje zaledwie 15-20 minut. A na mniejsze partie jak wąsik, pachy to jest ok. 5 minut.

Szybkie efekty

Ze względu na cykl wzrostu włosów, niezbędne jest wykonanie kilku zabiegów. Efekty można już zauważyć po pierwszej wizycie w salonie. Jednak z każdą wizytą, a zakłada się ich 5-7, będziemy widzieć coraz mniej włosów na depilowanej części. Aż któregoś dnia ich po prostu już nie będzie.

Bezbolesność

Żegnajcie ranki od golenia maszynką! Żegnajcie wrastające włoski! Koniec z zaciskaniem zębów w trakcie depilacji woskiem czy depilatorem elektrycznym! Laser LightSheer Duet usunie zbędne owłosienie bezboleśnie.

Wszystko fajnie, gdyby nie koszt, prawda? Wydawać by się mogło, że kilkaset złotych to dużo, tymczasem zapominamy, że przez wiele lat stosowania różnych metod depilacji (np. wosk czy maszynki) wydajemy znacznie więcej pieniędzy. Koszt jest po prostu rozłożony w czasie i trwa bez końca. Okazuje się, nielimitowana seria zabiegów na jedną partię ciała kosztuje mniej niż para wygodnych szpilek czy cztery wizyty u fryzjera. Dlaczego więc nie zainwestować i nie zrobić czegoś raz, a porządnie? Mnie nie trzeba dłużej przekonywać.


Artykuł powstał we współpracy z marką epilira


Lifestyle

6 oznak niedoboru potasu w organizmie. To nie tylko bolesne skurcze mięśni

Redakcja
Redakcja
13 marca 2018
Fot. iStock
 

O potasie nie mówi się tak dużo, jak o magnezie, czy żelazie, a pełni on niezwykle ważną rolę. Jest najważniejszym mikroelementem w organizmie człowieka i reguluje procesy fizjologiczne. Jego niedobór mocno daje się we znaki, choć nie zdajemy sobie sprawy z przyczyny problemów. 

Niedobór potasu może wynikać ze stosowania restrykcyjnej diety lub głodówki, środków przeczyszczających, sytuacji przewlekłych biegunek lub wymiotów. Po czym poznać, że w organizmie jest zbyt niski poziom potasu?

6 oznak niedoboru potasu w organizmie

1. Skurcze mięśni 

To jeden z najlepiej kojarzonych objawów niedoboru potasu. Skurcze mięśni lub ich drętwienie mogą wynikać z wahań poziomu potasu, który odpowiada m.in. za na przekaźnictwo między komórkami nerwowymi i mięśniowymi. Jego niedobór zaburza  funkcjonowanie neuronów oraz przesyłanie impulsów nerwowych.

2. Niepokój

Nieuzasadnione odczuwanie niepokoju może wynikać z niedoboru potasu. Jony potasu pomagają transportować serotoninę, która wpływa na dobre samopoczucie i zdrowie psychiczne. Zbyt niski poziom potasu (a także magnezu i sodu) może być związany z zaburzeniami depresyjnymi.

3. Zmęczenie

Potas jest obecny we wszystkich komórkach organizmu. Gdy jego poziom spada, organizm nie funkcjonuje na pełnych obrotach. Wtedy pojawia się zmęczenie i brak energii do codziennego działania.

4. Zaparcia

Również zaparcia mogą wynikać z niedoboru potasu. Z racji tego, że ten mikroelement wpływa na pracę mięśni, a jelita zbudowane są z mięśniówki gładkiej, jego niedobór powoduje spowolnienie ruchów przesuwających pokarm. Skutkiem tego są zaparcia oraz bóle brzucha.

5. Przyspieszone tętno i kołatanie serca

Potas reguluje pracę układu sercowo-naczyniowego. Jego niedobór zaburza przesyłanie impulsów elektrycznych między komórkami odpowiedzialnymi za pobudzenie mięśnia sercowego do skurczu. Z tego powodu mogą pojawić się objawy takie jak kołatanie serca, zaburzenia rytmu i przyspieszone tętno.

6. Bezsenność

Bezsenność związana z niedoborem potasu wynika z dyskomfortu spowodowanego kołataniem serca i przyspieszonym tętnem. Dodatkowo odczuwany niepokój nie ułatwia wieczornego relaksu i zapadnięcia w głęboki, regenerujący sen.

Gdzie szukać potasu?

Najwięcej potasu znajdziemy w produktach takich jak: fasola biała, otręby pszenne, ziemniaki, kasza gryczana, cielęcina, groszek, banan, pomidor, sok pomidorowy, pomarańcza, jabłko, jajko. Produkty bogate w potas lubią obecność witaminy B6, która ułatwia jego przyswajanie. Uważać powinny jednak osoby chore na cukrzycę lub niewydolność serca, które są szczególnie narażone na działania niepożądane związane z przedawkowaniem potasu.

źródło:  www.hellozdrowie.pl www.akademiadietetyki.pl


Lifestyle

„Jeśli mnie okłamuje, niech robi to tak, żebym nigdy się o tym nie dowiedziała”. A może to ty okłamujesz samą siebie?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 marca 2018
Fot. iStock/teksomolika

„Czy chcesz mi coś powiedzieć?” – pytasz, patrząc mu prosto w oczy. Wiesz, że coś się dzieje, niepokój, który narasta od dawna, nie pozwala ci spać, a czasami nawet spokojnie oddychać. Jesteś jak sęp, który czeka na jego potknięcie. Uważnie go obserwujesz. Sprawdzasz. A mimo to nadal masz nadzieję, że on, jak zawsze, ze spokojem w głosie odpowie: „Kochanie, ale o co ci chodzi? Wszystko jest w porządku”. Obiecałaś sobie, że nie pozwolisz się zbyć, że spytasz, gdzie był wczoraj wieczorem, co robił tydzień temu, dlaczego nieustannie trzyma przy sobie telefon. „Przecież wiesz, że pracuję. Mówiłem ci – nowy projekt, ślęczymy nad tym wszyscy, bo niezwykle prestiżowe” – słyszysz. I tak. To ci wystarczy. Znowu na jakiś czas, na kilka tygodni, może miesięcy.

Moja znajoma powtarzała: „Jeśli mnie okłamuje, niech robi to tak, żebym nigdy się o tym nie dowiedziała”. Wolała żyć w nieświadomości tego, że jest oszukiwana. Godziła się na to, nie mając siły, by z tym walczyć, by zobaczyć, jak wygląda drugie dno jej związku. Tyle tylko, że godząc się na jego kłamstwo, zaczynasz okłamywać samą siebie. Obawiając się cierpienia, zderzenia z tym, co dzieje się naprawdę dajesz przyzwolenie do dalszych kłamstw. Liczysz, że to się zmieni? Że on się zmieni? Że kiedyś to się skończy? Kobiety, to mistrzynie w udawaniu, że wszystko jest w porządku.

Wolimy myśleć, że ufamy, bo przecież związek oparty jest na zaufaniu, inaczej nie można być razem. Aplikujemy sobie szereg fałszywych przekonań, żeby uciec przed prawdą, w które bardzo często tak bardzo wierzymy, że na stałe pozostajemy w związku, w którym on nas okłamuje. Czy jest szansa się z tym uporać? Najważniejsze, to zdać sobie sprawę, jakie kłamstwa same sobie fundujemy.

„On nigdy by mnie nie okłamał”

Mówisz, kiedy słyszysz, jak znajoma opowiada historię pary, gdzie po wielu latach małżeństwa wyszło, że on prowadził podwójne życie. Ty go przecież znasz, wiesz, na co go stać. Przecież powiedział ci, że woli najgorszą prawdę od byle jakiego kłamstwa. Inna sprawa, że mierzysz go swoją miarą. Ty jesteś uczciwa, więc tak samo postrzegasz ludzi tobie najbliższych. Dlaczego miałby cię oszukiwać? Nie ma powodów.

Cóż, możesz tak z góry zakładać i ufać bezgranicznie, ale możesz też zaufać swojej intuicji, która podpowiada ci: „Bądź ostrożna”, więc bądź. Nie da się poznać kogoś w ciągu kilku tygodni, a nawet miesięcy. A gdyby nawet – ludzie się zmieniają. Jeśli w twojej głowie wyświetla się komunikat „On nigdy by mnie nie okłamał” – przyjrzyj się mu, zastanów, skąd się wziął.

„Być może okłamywał inne kobiety, ale nie mnie”

O tak, lubimy myśleć o sobie, że jesteśmy wyjątkowe, że przy nas on zachowuje się zupełnie inaczej niż dotychczas. To kłamstwo najczęściej pojawia się między kochankami. Kiedy on obiecuje, że odejdzie od żony, że się wyprowadzi, że w sumie to wcale jej nie kocha. Zakochana kobieta nie bierze pod uwagę, że skoro on okłamuje żonę spotykając się z nią, tak samo może oszukiwać i ją. Ale nie, my mamy racjonalne wytłumaczenia. Mówimy „Skłamał, bo nie mógł inaczej”, „Nie ma co się mu dziwić, że skłamał”. I choć ciskamy piorunami, robimy awantury, to z czasem wszystkie kłamstwa zamiatamy pod dywan, bo chcemy żyć w słodkim przeświadczeniu, że mnie to on na pewno nie okłamuje, a jeśli już, to ma ku temu naprawdę poważne przesłanki.

„Niech okłamuje, byleby kochał”

Poznałam kiedyś dziewczynę. Jej partner ją zdradzał ją przez wiele lat. „Kiedy odszedł, modliłam się najgłupiej na świecie – żeby kłamał, ale żeby wrócił”. I faktycznie tak się stało. Ona musiała dojrzeć do tego, żeby ten związek skończyć, w którym po jego powrocie tak naprawdę nic się nie zmieniło. Ona godziła się na jego kłamstwa, udając, że ich nie dostrzega, a on czuł pełne przyzwolenie dla swojego zachowania. Zresztą, to podobna sytuacja ze znajomą, o której już pisałam: „Jeśli mnie okłamuje, niech robi to tak, żeby ja o tym nie wiedziała”, czyli niech kłamie, ale jest ze mną. Naprawdę chciałybyście żyć w takim związku? Jeśli się kocha drugą osobę, to się jej nie rani, nie oszukuje. Jest się wobec niej uczciwym. Dopiero wtedy „kocham cię” nabiera pełnego sensu.

„Kłamie, bo inaczej nie potrafi”

No tak, wychował się w takiej a nie innej rodzinie, w której trudno było o szczerość. Ojciec oszukiwał matkę, był alkoholikiem. W jego domu zawsze ukrywano prawdę, wszystko co trudne było tematem tabu. Gdzie miał się nauczyć, że kłamstwo jest złe, że rani. Za każdym razem mu wybaczasz, znajdując usprawiedliwienie jego zachowania w przeszłości. Ale zaraz, nie wszyscy, którzy mieli trudne dzieciństwo, są notorycznymi kłamcami. To kwestia ich wyboru, to też twoje przyzwolenie na to, by kłamał i ciągłe mu wybaczanie, bo przecież on nie umie inaczej. A może czas najwyższy, żeby się nauczył i żebyś ty przestała go niańczyć.

„Kłamie, ale dla mnie się zmieni”

A raczej ty go zmienisz, pokażesz mu, że kłamstwo nie jest niczym dobrym. Nauczysz go, jak ze sobą rozmawiać, wspólnie rozwiązywać problemy. W końcu tak bardzo cię kocha, że dla ciebie przestanie oszukiwać i kłamać. Tak myślą kobiety, które pochodzą z rozbitych domów albo tych, gdzie rodzice się nie rozumieli, gdzie to ona była pocieszycielką matki, gdzie musiała zajmować się rodzeństwem. Nad wyraz dojrzała jak na swój wiek i niosąca pomoc każdemu, kto jej potrzebował. Pewnie stąd wiara, że każdego można naprawić, także kłamcę. Tymczasem jedyną osobą, która skłoni go do zmian, jest on sam… To jego wybór, czy przestanie cię oszukiwać czy nadal będzie w to brnął.

„To, że on kłamie, to moja wina”

Jeśli już raz wpadniesz w pułapkę obwiniania siebie, trudno będzie ci się wydostać. „Zdradził mnie, ale ja wiem… Byłam straszna. Dzieci małe, ja gruba po ciąży, wiecznie zmęczona. Nie ma co się mu dziwić”. Tak łatwo usprawiedliwić jego zachowanie winą w sobie:

„Skłamał, bo jestem zbyt kontrolująca”

„Skłamał, żeby mnie chronić”

„Zdradził, bo jestem za chuda/za gruba/kiepska w łóżku/za dużo narzekam”.

Tyle tylko, że jego kłamstwa nie są uwarunkowane tym, kim ty jesteś. On kłamie i to jest jego problem. Nie powinien w ten sposób krzywdzić kobiety, którą, jak deklaruje, kocha. Niczemu nie jesteś winna. Nie jest tak, że jeśli spotykają cię złe rzeczy, to znaczy, że ty jesteś złym człowiekiem i na to zasługujesz. Nikt nie zasługuje na takie traktowanie. Naprawdę.

„Samooszukiwanie się to fałszywy przyjaciel, u którego szukamy pociechy i schronienia – na krótko rzeczywiście poprawia nam nasze samopoczucie. Ale nie można ciągle trzymać prawdy na dystans. Okłamując same siebie, nie wymażemy jego kłamstw, a im dłużej udajemy, że to możliwe, tym większa dzieje się nam krzywda” – możemy przeczytać w książce „Toksyczny partner”. Bywa, że tak kurczowo trzymamy się związku i poczucia, że jesteśmy kochane, że nie chcemy dostrzec prawdy. Same zapędzamy się w kozi róg, tracimy energię na oszukiwanie siebie. Czy warto aż tak się poświęcić? W imię czego? Czy może lepiej wyrwać się z matni kłamstw i zawalczyć o swoje szczęście?

P.S. Jeśli chcecie uwolnić się z niezdrowej relacji, dostrzegłyście, że w takiej tkwicie – polecam książkę Susa Forward i Donny Frazier „Toksyczny partner” wydaną przez Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.

toksyczny-partner-net1


Zobacz także

„Kobiety, które czytają zbyt dużo są niepłodne”. 10 bzdur na temat kobiecego ciała, w które niektórzy do dzisiaj wierzą

Śpisz, więc nie jesz. Dieta „Śpiącej Królewny” to ekstremalny pomysł na zrzucenie zbędnych kilogramów

Obsesyjnie powtarzasz te same rytuały? Natręctwa niszczą ci życie? Obejrzyj koniecznie ten film