Lifestyle

Karolina Korwin Piotrowska: „Nie patrz w górę” to zimny prysznic na 2022 rok. Przestańmy bajać, że wróci rzeczywistość sprzed pandemii

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
30 grudnia 2021
Karolina Korwin Piotrowska/kadr z filmu "Nie patrz w górę"
 

Po świętach w zasadzie wszyscy mówią tylko o tym filmie – „Nie patrz w górę” (Netflix) – i to nie tylko z powodu wybitnej obsady aktorskiej z Leonardo diCaprio, Jennifer Lawrence i Meryl Streep na czele.  „Rozbito tym filmem bank! To jest wielka siła popkultury i mainstreamu, bo producent „włożył” do obsady wiele oscarowych gwiazd, by każde pokolenie odnalazło swojego idola. Nazwisko reżysera też intrygowało, bo Adam McKay zrobił „The big short”, „Vice” i większość „Sukcesji”, więc można było spodziewać się czegoś mocnego. Poza tym zastosowano genialny zabieg marketingowy – do końca utrzymywano temat w tajemnicy. Był zwiastun, ale on ujawniał tylko kilka scen, do tego jeszcze dwu lub trzyzdaniowy opis. Nikt więc nie spodziewał się, że to będzie tak genialny film na podsumowanie roku 2021! A nawet całej epoki”, mówi dziennikarka Karolina Korwin-Piotrowska.


Karolina, jak bardzo podobał ci się film „Nie patrz w górę”?

– Myślę, że to jeden z najważniejszych filmów ostatnich lat, jeśli nie najważniejszy! Scenarzyści sprzęgli w jeden film wszelkie nasze lęki, strachy i przywary. Zrobili to niesłychanie inteligentnie, przewrotnie, mocno. Ten film jest bez grama litości wobec ludzi. Nikogo nie oszczędza, nie daje taryfy ulgowej. Opowiada między innymi o tym, że dziś wszystko musi być w mediach podawane w sposób przyjemny, bo ludzie już „nie asymilują” niemiłych wiadomości, więc my, dziennikarze, musimy pokazywać białe ząbki i nie mówić o poważnych tematach, znam to, pracowałam w takich mediach, wiem, że tak jest. Jak przez szkło powiększające pokazana jest nasza rosnąca idiokracja! Wstrząsająca rzecz, naprawdę.

Moi znajomi po obejrzeniu „Nie patrz w górę” byli przerażeni. Mówili: „Ale przecież my żyjemy właśnie w momencie, o którym oni opowiadają. Tuż przed końcem świata!” Co o tym sądzisz?

– To jest film podsumowujący ostatnie dziesięciolecia i w ogóle XXI wiek. Opowiada o tym, że my ludzie kompletnie zgłupieliśmy. Poziom inteligencji obniża się i to nie jest żaden wymysł. Istnieją badania, które pokazują, że dziś wielu ludzi nie potrafi przeczytać rozkładu jazdy i nie rozumie prostej instrukcji obsługi blendera. Więc po co w ogóle rozmawiać o katastrofie klimatycznej, szczepionkach, zdrowiu, nauce? Ja dzisiaj zacytowałam na swoim Instagramie tekst autorstwa Wojciecha Czuchnowskiego, podpisałam autora i kilka osób napisało mi: „Gratuluję! Napisała to pani w punkt” albo odnosili się tylko do nagłówka. Dziś ludzie czytają bez uwagi, powierzchownie, a potem żywo na ten temat się wypowiadają. Powiem ci tak – ja już od dawna nie mam złudzeń co do ludzkości.

Ale po tym filmie myślę sobie: może przyda nam się takie spojrzenie, że jesteśmy po prostu bandą kretynów, rządzonych przez kretynów, których sami sobie wybraliśmy i wierzący instagramerom, półanalfabetom, jakiejś celebryckiej patologii w kwestii zdrowia, polityki i praw człowieka?

Dokładnie rok temu, wchodząc 2021 rok, mieliśmy jeszcze złudzenia, że pandemia za kilka miesięcy minie i wrócimy do starego świata. Teraz już takich złudzeń chyba nie mamy?

– Nie miałam tych złudzeń nawet w zeszłym roku. W styczniu 2021 wydałam książkę „Reset”. Rozmawiałam w niej z wieloma mądrymi osobami m.in. Sylwią Chutnik, Michałem Rusinkiem, Natalią do Barbaro, Tomaszem Sekielskim. Oni już w 2020 roku mówili mi, że wchodzimy w kompletnie nową epokę. To jest początek zmian na zawsze! Nie będziemy sobie mogły wrócić, jak w grze komputerowej do początku i zacząć znów żyć po staremu. Nie! My ze łzami wzruszenia w oczach już zawsze będziemy wspominać czas sprzed 2019 roku.

Moi rozmówcy krzyczeli: „Na miłość boską, przecież naukowcy ostrzegali nas od wielu lat, że nastąpi katastrofa klimatyczna, że wirusy będą mutować i nas wykańczać”.

A my zachowujemy się nadal jak kretyni i marzymy o tym, żeby mieć nowe torebki i piękne zagraniczne wyjazdy do kurortów. I paznokcie zielone, bo teraz akurat są takie modne. Przecież to idiotyzm.

Zadam ci najgłupsze z możliwych pytań. Co teraz?

– Trzeba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Nie mam już złudzeń. Żadnych. Nasza normalność będzie teraz łamana przez wirus i kryzys ekonomiczny i klimatyczny. I to jest początek, moim zdaniem, jakieś potwornej tragikomedii, jakiegoś zbiorowego samobójstwa, która dzieją się na naszych oczach. Ale my nadal niestety interesujemy się głównie tym, że jakaś celebrytka pokazała cycki, ktoś wziął rozwód albo co dalej z trenerem reprezentacji Polski w piłce nożnej. To są teraz newsy dnia. A to jest kompletnie nieważne.

fot.materiały prasowe

 

Horoskopy na szczęście mówią, że czeka nas lepszy rok. Może w tym należy lokować nadzieję?

– Moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie przed świętami złożyć życzenia i powiedziała: „Wiesz, my Koziorożce ostatnie cztery lata miałyśmy ciężkie, ale w 2022 roku będzie dla nas super”. Roześmiałam się, bo moje ostatnie lata nie były takie złe, więc jeśli kolejne mają być lepsze, wchodzę w to. Planuję wydać dwie książki, coraz bardziej zawodowo wybijać się na niepodległość i patrzę optymistycznie, ale w swoim kontekście. Bo nie ukrywam, że jestem przerażona tym, co się dzieje dookoła. Zrzuciłam z siebie też chęć zmienienia świata, bo wiem, że tego nie zrobię. Mogę co najwyżej zmienić własne podwórko. Nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystkim muszę się przejmować.

Jak ostatni rok zmienił twoje życie?

– Jestem człowiekiem na kryzysy i na wojny. Potrafię bez bólu ograniczyć swoje budżety, przestrzeń, potrzeby. Nie jestem maksymalistką pod tym względem materialnym. Moi rozmówcy z „Resetu” podkreślali, że najważniejsze jest teraz to, byśmy odnaleźli w sobie umiejętności, które pomogą nam w dostosowaniu się do nowej sytuacji, bo ona nie potrwa jeszcze tylko tydzień ani dwa lata. Świat właśnie zmienia się bezpowrotnie. COVID-19 tylko przyspieszył te wszystkie zmiany, które wisiały w powietrzu – społeczne, mentalne, ekonomiczne, technologiczne. Każde! Dziś jechałam z taksówkarzem i on mi powiedział:

„Niech pani patrzy, jaka pusta piękna Warszawa”. Jakby ktoś dwa lata temu napomknął, że będziemy pracować nie w biurach, ale we własnych domach i że tak się da, to byśmy wybuchli śmiechem.

A teraz praca on-line i nauczanie zdalne dały ludziom sposobność, żeby zapakować w samochody dzieci i uciec z miasta na długie tygodnie. Kiedyś nie do pomyślenia! I fajnie, że tak szybko się adaptujemy i uczymy funkcjonować w tej chorej rzeczywistości. A może już nie mówmy „chorej rzeczywistości?” Mówmy raczej w „nowej rzeczywistości”. Chodzi mi o to, że my musimy w tej nowej rzeczywistości nauczyć się żyć. Nie zamykać się w swoich bańkach, ale wychodzić do ludzi, przyjaźnić się i kochać. I przestańmy bajać z fałszywym optymizmem, że wróci rzeczywistość z 2019 roku. Nigdy nie wróci. Koniec.

fot. materiały prasowe

Jak chcesz teraz żyć?

– Chcę żyć na swoich warunkach. Wielu bohaterów mojej książki opowiadała o tym, że w pandemii zaczęli bardziej dbać o swój dobrostan: żyją wolniej i zajmują się sprawami dla nich istotnymi. Resztę zaczęli olewać. Powiem ci, że w 2021 roku liczba rzeczy, których nie zrobiłam, jest większa niż tych, które zrobiłam. Postanawiam się totalnie wyluzować. Przez dwa miesiące jednak musiałam wrócić do dawnego tempa i wtedy pomyślałam, że ja już tak nie chcę. Byłam na granicy paranoi, bo już odzwyczaiłam się, że jestem 20 godzin na dobę na nogach. Nie mam ochoty do tego wracać. Może to jest kwestia wieku i doświadczenia? Nie spotykam się też z pewnymi ludźmi, nie zmuszam się do kontynuowania toksycznych znajomości, bo mi kogoś na przykład żal, albo bo tak wypada, nie chodzę na imprezy, które mnie nie interesują, czyli niemal nie chodzę nigdzie. Pozbyłam się, sprzedałam wiele rzeczy, bo uznałam, ich nie potrzebuję. Nie interesują mnie dzisiejsze wyprzedaże w Zarze.

Wolałabym, żebyśmy wszyscy skupili się na bardziej dalekosiężnych sprawach, jak to cholerne ratowania planety, o którym mowa jest w filmie Adama McKay’a. Pytanie jest takie, czy Ziemia jest w ogóle jeszcze do uratowania? Czy mamy na to czas?

Czy z twojej książki bije jakaś nadzieja?

– Niewielka! Niestety COVID-19, jak każda sytuacja kryzysowa i jak każda wojna, obnażył, jacy jesteśmy naprawdę. Jaka jesteś ty, twoi przyjaciele, rodzina i świat wokół ciebie. A świat zidiociał.

Niedawno bym się z tobą bardzo na ten temat pokłóciła. Teraz z wielkim smutkiem chyba przyznam rację.

– Niestety dziś w znakomitej większości jesteśmy bardzo naiwni i nie potrafimy myśleć ani logicznie, ani perspektywicznie. A jednocześnie jesteśmy przerażeni. Ja też w zeszłym roku czułam rozpacz, myśląc o uchodźcach i naszym stosunku do nich, pomogłam, ile mogłam, mając świadomość, że to kropla w morzu potrzeb. Jako społeczeństwo kompletnie nie zdaliśmy egzaminu z człowieczeństwa. Ale jakoś to sobie próbuję racjonalizować. Po obejrzeniu ostatniego filmu Wojciecha Smarzowskiego myślę, że my po prostu tacy jesteśmy. W „Weselu” mieszkańcy jednego miasteczka w jednej stodole palą Żydów, a w drugiej ich ukrywają. Nic się do dziś nie zmieniło i powinniśmy się tego absolutnie wstydzić.

Czyli i my zostawiamy naszych czytelników bez słowa otuchy?

– Musimy! O tym jest też trochę film „Nie patrz w górę”. To jest zimny prysznic.

I o tym mówiła już dawno Greta Thumberg: „Chcę, żebyście wpadli w panikę”.

Zobacz także: Co takiego robimy, że nie możemy wyjść z samotności? 5 fatalnych strategii szkodzenia sobie


Lifestyle

Mój mąż ma Aspergera. Nie pójdzie do marketu ani na imprezę, zawiezie córkę do przedszkola w piżamie. Kocham go!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
30 grudnia 2021
Fot. iStock / shironosov
 

Coraz więcej dorosłych ludzi diagnozuje u siebie zespół Aspergera. Żyli wiele lat z objawami, których nie rozumieli. Mogliby mieć łatwiej w szkole, w pracy, w miłości — gdyby wcześniej ktoś im powiedział, dlaczego zachowują się inaczej niż większość ludzi. Dlaczego nie płaczą? Dlaczego nie potrafią wytrzymać dłużej niż pięć minut w supermarkecie? Dlaczego tak trudno im nawiązać miłosne relacje? Dlaczego wolą siedzieć w domu niż bawić się na imprezie? Może nie rozpadłyby się ich małżeństwa? Może pracodawcy patrzyliby na tych ludzi z dumą i podziwem, a nie z obawą lub niezrozumieniem? – zastanawia się moja rozmówczyni, Marta – od dwudziestu lat żona Artura, który ma autyzm. Prosi o zachowanie anonimowość.

Kiedy pierwszy raz pomyślałaś, że twój mąż może mieć autyzm?

– Pamiętam ten moment, jak dziś. Po prostu cała szczęśliwa powiedziałam mu, że zrobiłam test ciążowy. Krzyczałam przez telefon: „Artur, zrobiłam i wyszły mi dwie kreski na teście”. A on wtedy spytał: „Na ile możliwych?”. Zatkało mnie. Każdy średnio inteligentny człowiek wie, że jak na teście są dwie kreski, to oznacza ciążę. A jak jedna kreska, to test dobrze wykonany. (śmiech).

Wcześniej miałaś przeczucie, że coś z twoim Arturem jest… inaczej?

– Oczywiście, że tak. Kiedy zaczęliśmy się spotykać, to on na politechnikę jeździł z plastikową torebką – reklamówką, do której wrzucał długopis, jakiś zeszyt, pieniądze i książkę. Znasz dziś jakiegoś gościa dwudziestoletniego, który nie posiada torby na ramię albo plecaka?! Powiem ci, że to mnie w nim wręcz fascynowało.

A co jest w tym takiego super?

– Już ci tłumaczę. Wcześniej byłam w związkach z różnymi facetami. Jeden z nich był wyjątkowo piękny. Nosił markowe ciuchy, stroił się, spędzał godziny w łazience, by dobrze wyglądać. Masakra! Inny bał się odezwać u mechanika samochodowego, w sklepie, ba nawet w kinie, jak trzeba było kupić bilety, to mnie wysyłał na pierwszy ogień. Za to mógł godzinami nawijać o uczuciach, głównie swoich. Słowem byli to mężczyźni bardzo niepewni siebie.

Kiedy zaczęłam spotykać się z Arturem, który niczym się nie przejmował i niewiele zajmował się samym sobą, poczułam, że mam przy sobie prawdziwego mężczyznę. On na przykład kompletnie nie zaprząta sobie głowy myśleniem o tym, co ludzie na jego temat powiedzą, jak go ocenią. Czy skrytykują, że czegoś nie wie? Czy będą się śmiać, jak wygląda? Zero! Jego to nie obchodzi i mnie się zdaje, że w tym tkwi jego siła.

Oczywiście, to czasem bywa też irytujące, bo jak mieliśmy iść na tzw. proszoną kolację, to nagle okazało się Artur ma dwa zjedzone przez mole krawaty i żadnej porządnej koszuli. W taki sytuacjach potwornie się wkurzałam.

Dlaczego używasz czasu przeszłego?

– Z prostej przyczyny, po prostu przestałam się już z takich powodów denerwować, bo to nie ma sensu. Dawno już zabrałam mojego Artura na zakupy i kupowałam mu to, czego dorosły facet potrzebuje, a on nie wybrzydzał, więc uznałam to za kolejną fajną cechę jego charakteru. Tak robię w zasadzie do dzisiaj, bo on nie lubi zakupów i niespecjalnie w ogóle przywiązuje wagę do tego, jak wygląda.

Czy twój mąż cierpi, że jest człowiekiem ze spektrum autyzmu?

– Nie wiem. Ale wydaje mi się, że nie. Artur pracuje na kierowniczym stanowisku, awansuje, więc – mówiąc szczerze – on nie wykazuje jakiś bardzo poważnych zaburzeń. Oczywiście mam też poczucie, że życie ułożyło mu się dobrze, bo jest inteligentny i pracuje jako informatyk, a tam przydaje mu się sposób, w jaki działa jego mózg.

Jak o tym wszystkim opowiadasz, to odnoszę wrażenie, że mózg twojego męża cię fascynuje.

– Oczywiście! Wyobraź sobie, że idziemy na spacer do lasu. Ja mówię: „Widziałeś tego faceta z psem w kubraczku?”. A on: „Nie, nie widziałem”. Idziemy dalej. Mija nas kobieta z dwoma psami, które zaczepiają naszą sukę. Odganiam je i wchodzę w spór z ich właścicielką. Mówię mężowi: „Kretynka, co nie?”. A on, że nie zauważył. Bo Artur żyje w swoim własnym świecie. Kiedy idę przez miasto, notuję w swojej głowie tysiące drobnych szczegółów. Tak mimochodem. Natomiast on, żeby coś zapamiętać, musi to coś mieć pokazane palcem. Czy to jest dla mnie jakiś wielki kłopot? Nie powiedziałabym. Wiesz, miałam jednego partnera, który mnie zdradzał, a drugi był ciamajdą. To są prawdziwe kłopoty.

Na Artura zaś zawsze mogę liczyć i wiem, że mnie kocha. Poza tym on ma farta w życiu!

Na czym polega ten fart?

– Po prostu miał farta, że trafił na mnie. Myślę, że bardzo wiele kobiet nie dogadałoby się z moim mężem. Do takich, które mają romantyczną wizję związku, człowiek ze spektrum autyzmu kompletnie nie pasuje. Tu nie ma szans, na miłe słowa, kolacje przy świecach, czy kwiaty kupowane pod wpływem emocji. Obserwując moje koleżanki i to, jak ciosają kołki na głowach swoich mężów, myślę, że z Arturem wchodziłyby w nieustające konflikty. Dam ci przykład. Wychodzę do pracy i mówię mu: „Zawieź do przedszkola naszą córkę”. Wiem, że on to zrobi bez mrugnięcia okiem. Nigdy nie będzie narzekał. Ale jak przyjeżdżam po pracy odebrać dziecko, to od razu widzę, że panie opiekunki patrzą na mnie „krzywym okiem”. Podkreślam – „bardzo krzywym okiem”. Wtedy widzę moje dziecko: potargane i w piżamie tył na przód. Wybucham śmiechem.

Choć wiele matek pewnie w takiej sytuacji spaliłoby się ze wstydu. Kto przyprowadza dziecko w piżamie na cały dzień do przedszkola i jeszcze na lewą stronę?

Dużo macie takich zabawnych historii?

– Całą masę. Nasi znajomi opowiedzieliby ci setki anegdot związanych z moim mężem. Kiedyś córka spytała tatę, jaką ma grupę krwi, a on twardo, że ma grupę krwi C. Chyba się nawet z nią o to pokłócił, ponieważ był bardzo przekonany do swojego zdania. Wiesz, nie chcę, by ktoś pomyślał, że mój mąż to półgłówek. Tak nie jest, on skończył studia, dobrze zarabia.

Gdybyś jednak mnie spytała, czy kiedykolwiek się za niego wstydziłam w sytuacji publicznej, to przyznam, że czasem.

Z drugiej strony dziś już się nie wstydzę, bo nauczyłam się od niego – olewać to, co myślą inni ludzie. Naprawdę w dzisiejszym świecie wszystkim nie dogodzisz.

Fot. iStock / laflor

Czy zaburzenia twojego męża czasem bywają dla was korzystne?

– O tak, bardzo! Dam ci przykład. Ja się wściekam, że on w dresie łazi już trzeci dzień po domu, a zaraz goście przychodzą. Dosłownie dostaję piany, wścieklizny jakiejś. A on kompletnie się w to nie wkręca. Zero! Zupełnie go to nie dotyka. Jakby się nie przejmował najgorszymi moimi przekleństwami i obelgami, którymi miotam. On w naszym domu tonuje takie sytuacje.

Czy kiedykolwiek twój mąż został zdiagnozowany?

– Niedawno zrobiliśmy to, by się upewnić. Ale nie sądzę, że to zmieniło nasze życie. Powiem ci tylko jeszcze, że mój przyjaciel, który jest lekarzem psychiatrą i jego synek Wojtek też ma lekkie zaburzenia ze spektrum autyzmu, powiedział mi kiedyś: „Wiesz, dla mnie pocieszeniem jest twój mąż. Myślę, że najwyżej Wojtek będzie sobie żył jak Artur”.

Z tego, co opowiadasz, życie z takim facetem nie jest jakimś wielkim wyzwaniem, a wręcz przeciwnie – bywa zabawne. Czy to zawsze jest tylko łatwe i zabawne?

– Oczywiście, że nie! Związek z moim mężem wymaga wielu kompromisów. Nie, nie nazwałabym nawet tego kompromisami. Lubię takie powiedzenie, że gdyby kompromis w związku istniał naprawdę, to najlepszą miejscowością na urlop w sytuacji, gdy jedno chce nad morze, a drugie w góry – byłby Radom. (śmiech). Ja po prostu z niektórych rzeczy muszę rezygnować. Wiem, że mój mąż nie pójdzie ze mną do supermarketu, bo tłum go przeraża, więc sama robię wszystkie zakupy do domu. Po latach ustaliliśmy, że on już nie chodzi ze mną na imprezy branżowe ani do znajomych, dlatego znalazłam sobie koleżanki, z którymi wychodzę. Artur nie znosi podróżować. Jeździmy razem w zasadzie tylko na działkę.  Ale mam córkę i przyjaciółki, które spakują się ze mną i polecą chętnie na Kretę. To wszystko oczywiście wymagało wielu lat wzajemnego docierania się, kłótni, sporów, łez… Nie zawsze byłam taka otwarta i bezproblemowa. Wiem też, że część moich koleżanek, zwłaszcza nie znając diagnozy lekarskiej, nie chciałoby mieć takiego faceta.

Dlaczego zgodziłaś się na ten wywiad?

– Myślę, że coraz więcej dorosłych ludzi diagnozuje u siebie Aspergera. Zastanawiam się, co by było, gdyby wiedzieli o tym wcześniej. Może nie rozpadłyby się ich małżeństwa? Może pracodawcy patrzyliby na tych ludzi z dumą i podziwem, a nie z obawą lub niezrozumieniem? Chciałabym też powiedzieć osobom z taką diagnozą, że mogą mieć szczęśliwe życie. Nasze takie jest.

 


Lifestyle

Dziękuję dyspozytorce pogotowia i ratownikom, uratowali moją mamę… i mnie. Dlaczego tak nie doceniamy medyków?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
29 grudnia 2021
Fot. iStock/vm

Jestem dziennikarką, w swoim życiu napisałam wiele tekstów o tym, jak źle dzieje się na polskich oddziałach ratunkowych, słuchałam o wielogodzinnym oczekiwaniu na lekarzy, szorstkości (łagodnie rzecz ujmując), traktowaniu pacjenta z nieuwagą. Kiedyś zadzwoniła do mnie koleżanka i opowiadała o tym, jak dyspozytorka w pogotowiu powiedziała jej, że nie wyśle karetki do niemowlęcia z temperaturą 40 stopni. Matka była sama, bez samochodu, chorowały dwa bliźniaki, z jednym było bardzo źle. Ciekawe, jak miała sama, w środku nocy poradzić sobie w takiej sytuacji? Ale w Wigilię tego roku zobaczyłam, że nie wszędzie tak jest. Są miejsca, gdzie dba się o człowieka.

Może nie chodzi o samo miasto (sytuacja miała miejsce w Trójmieście), ale o ludzi.  Coś, czego często tego nie zauważamy. Zresztą lekarze i ratownicy też nie zostawiają na nas suchej nitki, bo czasem na SOR przyjeżdżają ludzie, którzy mogliby pojechać do przychodni, kłócą się, wrzeszczą, często są pijani (dlatego dochodzi do niektórych wypadków). Tak więc kij ma dwa końce.

Rozumiem obie strony, choć bardziej pacjentów, bo wiem, jak człowiek czuje się bezradny, gdy coś się nagle dzieje i natychmiast potrzebujemy pomocy. I jak bardzo jest się w panice, gdy dzieje się coś komuś bliskiego.

W Wigilię w środku nocy moja mama zasłabła…

….wpadła na szklany stolik, a rozbite szkło ją poraniło. Jest starszą osobą, a jej najważniejszym celem życia jest nikogo nie martwić i nie robić mu kłopotu. Dopiero po chwili więc zaczęła mnie wołać.

Wpadłam do jej sypialni i oniemiałam. Wszędzie było mnóstwo krwi, z rany na podudziu krew tryskała, jak z fontanny. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Mama słabła, a ja – przyznaję– zachowywałam się, jak osoba niespełna rozumu. Biegałam, jak głupia z pokoju do pokoju, szukałam plastrów (sick!), w końcu próbowałam zadzwonić do prywatnej placówki, ale wszędzie czytałam: „otwarte jutro od dziewiątej”.

– Musimy jechać na SOR, na SOR, boże, jak ja mamy się tam dostać – powtarzałam patrząc na ranę. Szeroką, rozległą, długą. Tak naprawdę to nigdy wcześniej nie widziałam ludzkiego mięsa….

Dodam, że byłam bez samochodu, a w życiu nie wsiadłybyśmy do taksówki, bo przecież mama cały czas bardzo mocno krwawiła.

– Może zadzwoń na pogotowie– powiedziała cicho moja rodzicielka. – Jakoś strasznie mi słabo.

Nie będę się rozpisywała na temat chorób mamy, ale jest ich dużo. Najważniejsze, ma tylko 20 proc widzenia i to tylko w jednym oku, do tego problemy z sercem i krążeniem. Byłam przerażona i choć nie wierzyłam, że jakiekolwiek pogotowie przyjedzie do 75– latki, która, jak kretynka, rozbiła szklaną szafkę (takich ocen się spodziewałam), zadzwoniłam.

Pani odebrała po chwili. Była cierpliwa, spokojna i miła…

Miała tak kojący głos, że w sekundę poczułam się bezpiecznie. Dokładnie o wszystko wypytała, uspokoiła mnie, powiedziała, co mam robić krok po kroku (zacisnąć ranę mocno – pewnie to głupie, ale w tej panice, nawet o tym nie pomyślałam). Zapytała, czy jesteśmy szczepione, czy mama ma objawy covidu.  Minutę później oznajmiła: „Proszę się nie martwić, karetka już jedzie”.

Zachowywałyśmy się z mamą, jak głupie – martwiłyśmy się, że ratownicy nas ochrzanią (bo co ich to obchodzi, że nie mam samochodu), że będą niemili, że to i tamto. Uświadomiłam sobie, że zachowujemy się, jak klasyczne ofiary, ale przecież nie dlatego, że nimi jesteśmy. Przemawiało przez nas doświadczenie nasze, naszych znajomych i przyjaciół.

Dosłownie 10 minut później podjechała karetka. Dwóch ratowników, którzy wykazali się ogromną empatią. Uspokoili i mnie, i mamę. Dokładnie ją obejrzeli, tłumaczyli cierpliwie, co mam robić (obmyć ranę, nałożyć skarpetki, spróbować włożyć buty, do kieszeni szlafroka wsadzić jej komórkę). We wszystkim pomagali. Stwierdzili, że muszą zabrać ją na SOR, instruowali mnie, co będzie i jak mam się zachowywać, bo było wiadomo, że nie mogę jechać.

20 min. później mama zadzwoniła, że jest w szpitalu na gdańskiej Zaspie i zaraz będą ją zszywać. Lekarz, choć zmęczony po ciężkiej operacji, był uważny i empatyczny. Zlecił bardzo dokładne badania, pielęgniarki też były kochane. W miejscu, gdzie przywieźli mamę leżał kompletnie pijany facet. Spał, budził się, przeklinał, znów zasypiał, a po chwili wyzywał pielęgniarkę. „Ja bym go zamordowała”, mówiła później mama.

I owszem,  dopiero następnego dnia o dziesiątej rano zadzwoniła, żebym po nią przyjechała. Noc spędziła na wózku, lekarz zniknął, ale tylko dlatego, że miał kolejną ciężką operację. Co chwila kogoś gdzieś przewozili. Mimo to pielęgniarka pytała o jej samopoczucie, przynosiła wodę, cierpliwie odpowiadała na każde pytanie – choć też była po iluś godzinach dyżuru.

Niby tak powinno być zawsze. Ale sami wiemy, że nie jest.

Jeszcze raz bardzo dziękuję w imieniu swoim i mojej mamy.

 


Zobacz także

Dorota Szelągowska urodziła córeczkę. Dziewczynka będzie nosiła przepiękne, klasyczne imię

Wejść po raz drugi do tej samej rzeki… Czy potrzebne nam cierpienie?

Ścieżka do szczerego przebaczenia wcale nie jest prosta… i trzeba ją przejść krok po kroku