Lifestyle

„Jestem bardzo zajęta” – to jedno z największych kłamstw, jakie mówimy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 czerwca 2016
Fot. iStock / Marilyn Nieves
 

Jak często zdarza się wam mówić: „Nie dam rady, jestem bardzo zajęta”? Albo, że macie urwanie głowy, że zero czasu, i na nic innego poza swoją obecną „zajętością” kompletnie nie macie czasu. Ani na spotkanie z przyjaciółmi, ani na wyjście do kina, ani nawet na zadbanie o siebie?

„Bycie bardzo zajętym” to tak trochę przekleństwo naszych czasów, bo wiecznie w biegu, bo niemal zawsze spóźnieni, bo pędzący z jednego spotkania, na jakąś kolejną wizytę gdzieś tam. Jeden pęd i szał. A na myśl o poniedziałku już dostajecie skrętu kiszek, kiedy wizualizujecie sobie waszą własną „zajętość” i ilość zadań do wykonania – tych prywatnych i zawodowych.

Czy „bycie zajętym” jest prawdziwe? Ktoś się zaraz oburzy i powie: „No tak zaraz będą nam wmawiać, że to nieprawda, niech pożyje moim życiem i się przekona”. Nim jednak się oburzymy, warto sobie przypomnieć, że naszym mózgiem sterujemy na dwóch obszarach: świadomym i podświadomym.

Świadomie: dzieje się tak, gdy poprzez celowe ustalenie celów, ich wizualizacji i  afirmacji, możemy utworzyć filtr, który umożliwi naszemu mózgowi skupienie się na tym wszystkim, co przybliża nas do osiągnięcia celu.

Podświadomie: kiedy poprzez powtarzanie sobie: „nie mam czasu”, nasz mózg znajduje setki powodów na usprawiedliwienie tego naszego braku czasu. A ponieważ nasz mózg w końcu uwierzy w to, czym go karmimy, powtarzanie sobie „jestem zbyt zajęta” stanie się samospełniającą się przepowiednią.

Skomplikowane? Spróbuje przez jeden dzień wyeliminować z waszej głowy zwrot: „nie mam czasu”/ „jestem bardzo zajęta”, a zamiast niego powtarzajcie co macie najważniejszego do zrobienia w danej godzinie. Skupcie się na jednej rzeczy do wykonania, a nie na tym, że brak wam czasu na zrobienie setki innych zadań.

„Bycie zajętym” jest modne, świadczy o tym, że jesteśmy efektywni, produktywni, że jesteśmy niezbędni i potrzebni. Bo przecież „bycie zajętym”, oznacza, że ktoś od nas czegoś oczekuje, że my sami się rozwijamy, sięgamy po nowe, idziemy, a nie przepraszam – biegniemy do przodu. Tyle, że – nic bardziej błędnego. Dlaczego „jestem bardzo zajęta” – jest kłamstwem? Bo bycie zajętym nie oznacza tego wszystkiego, co nam się wydaje, że znaczy. Bycie zajętym, to nie bycie bardziej efektywnym, produktywnym. Wręcz przeciwnie. Macie spisaną lub przygotowaną w głowie liczbę zadań na dzisiaj, albo na tydzień? Zamiast wpadać w szał jej realizacji i stresować się, że nie uda się wam wszystkiego wykonać, przyjrzyjcie się jej? Naprawdę wszystko co się na niej znajduje jest ważne? Jest konieczne do wykonania?

Jaka jest różnica między „byciem bardzo zajętym” a efektywnym i produktywnym działaniem?

– zajęci ludzie mają wiele priorytetów, ludzie działający efektywnie mają kilka dużych priorytetów

– zajęci ludzie koncentrują się na działaniu, ludzie działający efektywnie przed podjęciem działań ustalają jasną ścieżkę osiągnięcia celu, choćby to miała być odpowiedź na 30 maili znajdujących się w skrzynce, ich działanie jest przemyślane

– zajęci ludzie są wielozadaniowi, ludzie produktywni skupiają się na jednym zadaniu na raz, wykonane – przechodzą do następnego

– ludzie zajęci odpowiadają na telefony od razu, ci produktywni robią tak, by wykroić część dnia na wykonanie „zaległych” telefonów (podobnie z mailami)

– ludzie zajęci mówią, że są „zbyt zajęci”, a działający efektywnie, że mają czas na to, co jest ważne.

Znacie zasadę Pareto? Mówi ona, że 20% naszych zasobów generuje 80% rezultatów naszego działania? Skupienie się na tym, co ważne, co faktycznie przynosi efekty, nierozmienianie się na drobne sprawia, może sprawić, że wkładając w to co robimy zdecydowanie mniej czasu osiągniemy lepsze efekty, szybciej uda nam się dojść do zamierzonego celu.

Zobaczcie, ile w ciągu dnia „marnujemy czasu” na naprawdę zupełnie zbędne lub kompletnie niezamierzone działania. Kiedy pracujemy, wytrąca nas z rytmu telefon od kogoś znajomego, nagle przypominamy sobie, że mieliśmy zadzwonić do szkoły naszego dziecka, albo że obiecaliśmy naszej matce, że się odezwiemy. Odrywamy się od jednej czynności, by natychmiast wykonać drugą i tak naprawdę żadnej nie poświęcamy wystarczająco dużo uwagi i czasu.

A gdyby tak posegregować sobie rzeczy na ważne w danym momencie, a te ważne (ale w tej chwili jednak odrobinę mniej) przesunąć na inną część dnia? Gdyby skupić się na tym co tu i teraz: „dobra teraz muszę usiąść i wpisać wszystkie dane w tabelkę/porozmawiać z klientem/wypełnić dokumenty/skończyć tekst, a kiedy to skończę zadzwonię do mamy/przyjaciółki/zrobię listę zakupów”.

Spróbujcie. Może przyszedł czas, aby przestać być bardzo zajętym, a zacząć działać efektywnie i dzięki czemu mieć więcej czasu wolnego dla siebie i innych.


inspirowane: lifehack.org


Lifestyle

5 typów rodziców na placu zabaw. Spotkasz ich uciekaj! Czyli ukryte demony dorosłych… sprawdź, którym sam jesteś

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
13 czerwca 2016
Fot. Flickr / Donnie Ray Jones/a> / CC BY
 

Jest jak w Koszmarze z ulicy wiązów… Wiatr hulający w topolach, dziecięce wiaderko turlające się po asfalcie i ta przeraźliwie skrzypiąca furtką… Większość nas rodziców żyje w wiecznym wiosenno-letnim dysonansie poznawczym, bo:
– z jednej strony, „jak się wyszaleje na placu zabaw, to pójdzie od razu spać” (tak, nawet po 2-3 latach dalej chcemy w to wierzyć…),
– z drugiej strony, bardzo, ale to bardzo nie chcemy TAM iść. Bo TAM, są oni… inni (nie ci z Gry o Tron) inni rodzice.

Uwaga! Jeżeli czujesz ucisk w żołądku i nagłe spięcie – prawdopodobnie jesteś śmiertelnie poważny. Przed lekturą skonsultuj się z farmaceutą albo poluzuj krawat/apaszkę!

Prawdopodobnie byłeś lub jesteś jednym z nich, ja też zaliczyłam wiele z tych etapów, ich hybrydy. Nasze dorosłe życie na placu zabaw jest bardzo zmienne. Naprawdę nie ma się czego wstydzić. Kto jest bez winy, i tak dalej…

Fot. Flickr / Ryan Dickey / CC BY

Fot. Flickr / Ryan Dickey / CC BY

5 typów rodziców na placu zabaw – w krzywym zwierciadle

Brygadzista

Brygadzista (chciałoby się powiedzieć służbista) dba o zasady! Ordnung musi być. A najlepiej kask. Bo kask na głowie Brygadzisty juniora, to prawdziwy sztandar na placu zabaw. Żółty widać z daleka, więc i brygadzista może bez pośpiechu dokonać inspekcji BHP wszystkich urządzeń (przypomina to nieco obraz mężczyzny, który kopie w oponę samochodu żeby „coś” sprawdzić). I choć brygadzista nie występuje stadnie, można od czasu do czasu spotkać go za płotkiem.

Ja widziałam „go” kilkukrotnie. Nie, żeby w kaskach było coś złego – przyznam, że nie raz moje latorośle biegały w nich po drabinkach – ale przyczyna była zgoła inna. Kto nie próbował dwulatkowi zdjąć z głowy kasku, który jest teraz najważniejszy, nie wie o co chodzi. Bo dwulatek chce – i biada tym, który kasku zechcą go pozbawić (sam Dante nie zarezerwował takiego kręgu piekieł, gdzie można by pozycjonować ten wrzask). Bywa przyjechał na rowerze, został w kasku – koniec filozofii. Ale nie dla Brygadzisty, on przychodzi na plac zabawa bez kasku… „O idziesz na zjeżdżalnię” Dobrze, tylko załóż kask!”. Yyyyyyy, oooooo, aleeee? Ale po co? Patrzę i oczom nie wierzę.

Tu po raz kolejny objawia się moja naiwność, natrętna ignorancja! Zła ja, zła. Bo szybko okazuje się, że gdy Brygadzista idzie zhospitować śruby i żwirki, rodzi się pomysł, a nawet kilka. I nie ma już obciachu, że ojciec kazał, nieee – jest raj. Młodzieniec jak ten król na włościach! Bo kask można przecież przetestować (a dziad myślał, że będę w nim zjeżdżać, błagam – myśli zapewne owy 3-latek, a oczy jego zdradzają najgorsze demony). I tak histeryczna nadopiekuńczość daje moc superbohatera i nieco naukowych dylematów:
– jak wielkim kamieniem należy walić w łeb, żeby coś poczuć?
– ilu kumpli zyskam, jeśli to oni będą walić tym kamieniem?
– jak daleko leci kask, jeśli uda się go zdjąć z głowy?
– skoro kamień był złym pomysłem, czy zderzenie ze słupkiem/ścianą sprawdzi się lepiej? (analogicznie, czy kumple przyjdą chętniej?)

Niezbadane są ścieżki kilkulatka. Długość eksperymentu ściśle powiązana jest z długością inspekcji Brygadzisty.

Śpiąca królewna

Jest, a jakby jej nie było. To zazwyczaj typ rodzaju żeńskiego (choć zdarzają się i królewny z pokaźnym wąsem). Obecna ciałem, nieco nieprzytomna na duchowym odlocie (może wodzi myślami za księciem, który gdzieś tam jakoś hen daleko). Co by się nie działo, ona płynie w swoich obłokach. Generalnie nie jest w towarzystwie uwielbiana. Szczególnie, gdy jej latorośl terroryzuje podczas tego snu na jawie cały plac zabaw, nasze dzieci i nierzadko nas.

Rodzaj męski często bywa zwany „Wisielcem” – i wcale nie dlatego, żeby było groźnie, ponuro i złowieszczo. Nie zawsze trzeba się doszukiwać drugiego dna! „Wisielec”, bo po prostu mu to wisi. „To”, czyli co? Wszystko. Bo „a czy to ważne?”.

(Ja jeszcze tu nie doszłam.).

Dzielnicowy

To typ rozstawiając wszystkich po kątach. Jest zapobiegliwy, czujny. Często w terenie pracuje incognito – bardzo dobrze się maskuje, np. jako przewrażliwiona mama lub babcia. Męski dzielnicowy w terenie również ma swoją przykrywkę! Nie dajcie się zwieść – jeśli spotkacie Pana-Tatę-Co-Ja-Tu-Robię albo ojca „nie wchodź do piasku, bo się pobrudzisz”, tak naprawdę to będzie on.

Każdy dobry policjant wie bowiem doskonale ileż zasadzek czeka w takiej mini-miejskiej dżungli. Od zabójczej kałuży po śmiertelnie niebezpieczne bujaki. Nie raz czytał w swojej kartotece o ataku przez huśtawkę, godzinami spisywał zeznania ofiar drewnianych kozłów i ze łzami w oczach empatycznie łuskał te drzazgi! No po prostu święty, nie człowiek!

Bywa nazywany helikopterem (oczywiście przez złośliwych), bo wisi nad swym dziedzicem niczym Hannibal z Drużyny A w swojej Kobrze!

Zdarzyło mi się przebyć długą drogę od „o mój boże, na bank zedrze kolanko – krótkie spodenki to złoooooo”(pierwsze dziecko), po lekko zdezorientowane „ta, ta, gdzieś się walnął, nie szkodzi”(bardziej zaawansowany etap dziecka drugiego – kraj pochodzenia: piekło). Byłam dzielnicowym, przyznaję ze skruchą.

Medium

Ona połączy cię, a bardziej się ze światem niedostępnym dla zwykłych śmiertelników na placu zabaw, np. z takim Facebookiem. Ma dar i nowego iphone’a. Sprawna, szybka, wyluzowana. Medytuje nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach – nie straszny jej hałas, szarpiące nogawki małe bestie, czy piasek za tipsem.

To wyższy poziom świadomości. Medium bez względu na okoliczności, pogodę, stan zabrudzenia i ilość patyków w oku (jakimś), jest w stałym połączeniu. Daje jest to upragniony ZEN. Wydaje się być jedyną jednostka dorosłą, która nie jest wizytą na placu zabawa potwornie znudzona. Jednocześnie – chcąc nie chcą swoją nieco „śpiąco-królewską” postawą, staje się epicentrum zawistnych spojrzeń reszty. Dzieci Medium bardzo dobrze się adaptują i adoptują-przez-łopatkę, lgną do innych osobników, co może powodować zazdrość dzieci własnych (owych osobników) i karczemną awanturę.

Fot. Flickr / Donnie Ray Jones/a> / CC BY

Fot. Flickr / Donnie Ray Jones / CC BY

Poltergeist w wersji hard

Zło wcielone, diabeł w ludzkiej skórze… przychodzisz i widzisz, że jest- ale i tak zawsze jest za późno. Przykleja się złośliwie jak rzep do psiego ogona albo bardzo dobry plaster (taki, który trzyma się nawet 4 dni!). Nie uciekniesz. Poltergeist bardzo chcę się zaprzyjaźnić – niestety wasze pojęcie przyjaźni, diametralnie różni się od siebie. W twojej opinii, wasza przyjaźń winna być jak te babie lato – niewidoczna i balansująca na granicy niebytu, a jego „z przytupem”. Po 3 minutach znajomości, najchętniej usiadłby ci na kolanach.

Nie wysyłaj sygnałów, daruj sobie delikatność (zresztą wprost pewnie też nie zrozumie). Porzuć swoją dumę, zgarnij juniora i … wiej!

Uwaga! Twoja przemiana jako rodzica nigdy nie jest zakończona – w zależności od ilości dzieci (własnych, cudzych, przysposobionych przez zapożyczenie łopatki), upływu czasu, amplitudy rozedrgania powieki i wielu innych czynników, w tej drodze będziesz przechodził wiele przemian. Moja droga (Mój drogi) od dziecka nr 1 do dziecka nr 2 to istna rewolucja, potem jakoś to idzie.Nie zrażaj się zanadto, świat nie jest taki zły, plac zabaw też. Każdy z nas ma w sobie coś dzielnicowego, medium czy poltergeista.

Bez względu na to, jaki typ zjawy aktualnie reprezentujesz idąc do bram pieki… yyy, to znaczy na plac zabaw, zabierz ze sobą uniwersalny zestaw przetrwania.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Uniwersalny zestaw przetrwania:

  • woda w butelce (do picia i ratowania w przypadkach wszelkich)
  • banan (o świętości, w samo-opakowaniu),
  • plasterki – najlepiej ładne. Mają prawdziwe właściwości magiczne,
  • dobry talizman dla rodzica (gazeta, landrynki, wizja bycia cudownym rodzicem),

PS: Jeśli masz niespotykany dar do przyciągania Poltergeistów, do zestawu dołącz uniwersalny plaster do cięcia – napisz na nim „Nie podchodzić” i naklej na czoło. Bycie uważanym za nieszkodliwego wariata, bywa nad wyraz sprzyjające w życiu. Niech moc będzie z tobą.

PS2:  Pamiętaj, że czasem taki drobiazg jak plaster z ulubionym bajkowym bohaterem – potrafi pokrzepić najmłodszych zdobywców. Bo zbite kolano czy zraniony palec – to dla małego człowieka naprawdę wielka sprawa.

Zestaw plastrów opatrunkowych z wizerunkiem postaci Disney’a z filmu Kraina Lodu lub z wizerunkiem postaci z filmu Gwiezdne Wojny poprawi samopoczucie każdego dziecka ;).

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe


Artykuł powstał we współpracy z marką Viscoplast


Lifestyle

„Niszcząc siebie, niszczycie też nas. Zobaczcie to wreszcie!”. List córki do rodziców

Listy do redakcji
Listy do redakcji
12 czerwca 2016
Fot. iStock / Martin Dimitrov

– I co robi ojciec? Jak wygląda ich mieszkanie? A sypialnia? Kłócą się? Naprawdę nie słyszałaś, żeby się kłócili?

Takie pytania zadaje mi mama, gdy wracam od ojca. Pal licho, że mi. Zadaje te pytania też mojemu młodszemu bratu, dziewięciolatkowi. On wbija wzrok w podłogę. „Niefajnie było, mama”. Albo: „średnio”. Patrzę na niego w szoku. Przed chwilą, u ojca, był zachwycony. Grali w Minecrafta, ona, nowa żona ojca zrobiła naleśniki z serem i śmietaną. Mama nie robi takich potraw, bo ma obsesje zdrowego jedzenia.

Mój brat ma na imię Maciek i chce być wobec mamy lojalny. Wobec ojca też chce być. Więc nie odbiera od mamy telefonów, gdy jest u ojca. Albo jest opryskliwy.

Ojciec o mamę nie wypytuje. Za to podważa jej zdanie. Do brata: „Dlaczego kupiła ci taki kask?”, „Te spodnie na biwak? Szaleństwo”. „Dlaczego nie pojechała z tobą na trening?”. Mama z kolei notorycznie twierdzi, że Maciek wraca przeziębiony, bo ojciec nie daje mu odpowiedniego ubrania.

Jestem zmęczona. Nie mam ochoty chodzić do ojca, nie mam ochoty wysłuchiwać żadnej ze stron, nie mam ochoty brać udziału w tych wojnach podjazdowych.

Zastanawia mnie jedno– dlaczego dorośli nie mogą się po prostu rozstać? Dlaczego nie mogą sobie przebaczyć? Albo przestań się nienawidzić. To uderza w nas, ich dzieci.

Kryzys między nimi zaczął się mniej więcej pięć lat temu. Kłócili się o wszystko. O moje lekcje, o Maćka przedszkole, o nianie, o to co na obiad, o porządek, brak porządku, znajomych. Ratowali ten związek ponoć dla nas. Szczerze powiedziawszy, gdy ojciec się wyprowadził byłam szczęśliwa. Przeżywał to bardziej Maciek. Dla niego to był dramat, myślę, że dramat tym większy, że kłócili się o czas z Maćkiem, po prostu go sobie wyszarpywali.

Maciek zaczął mieć problemy w szkole, stał się agresywny, gorzej się uczył. Czułam się za niego odpowiedzialna. Próbowałam z nimi rozmawiać. Ale z nimi się nie dało rozmawiać, mam się nie wtrącać, mam być grzeczna, mam wsadzać naczynia do zmywarki.

Odsunęłam się. Pomyślałam, że to nie moja sprawa. Cholernie żal mi brata. Smutne mam wnioski patrząc na moich rodziców.

Rodzina to fikcja. Ludzie najpierw się kłócą, potem rozstają, potem znów kłócą. Nie potrafią zachować szacunku dla siebie. Mam takie wspomnienie z wakacji. Miałam siedem lat, byłam z rodzicami na wakacjach nad morzem. Szliśmy promenadą, jedliśmy lody, rodzice się trzymali za ręce. Byłam szczęśliwa, miałam poczucie, że oni się kochają, są dobrzy dla siebie, dla mnie. Tych momentów czułam wiele. Nie potrafię do końca zrozumieć dlaczego przestali się kochać, ale tym bardziej nie potrafię zrozumieć dlaczego dziś się tak nie znoszą. Czy to jest takie trudne traktować się okej dla nas?

Mamo, nie chcę, żebyś mnie wypytywała o ojca. Akceptuje jego żonę, bo jest w miarę miła i widzę, że jest z nią szczęśliwy. Nie chce mi się stresować rzeczami na które nie mam wpływu. Mam swoje życie, ty też je mniej, bo bardziej niż odejście ojca, stresuje mnie twoja złość, rozpacz i zagubienie. I to, że popijasz w samotności i myślisz, że tego nie widzę. Sorry, widzę. Chciałabym, żebyś sobie kogoś znalazła. Po prostu.

Tato, chciałabym, żebyś częściej do mnie dzwonił. Bo mam, niestety, poczucie, że częściej wybierasz nową kobietę niż mnie. To nie chodzi o zazdrość, ale o to, że mało masz spraw wspólnych ze mną, dużo z nią. Nie chciałam jechać na wakacje do Chorwacji, wolałam lecieć do Grecji– pozwoliłeś jej zdecydować. Wolałabym, żeby to moje zdanie było dla ciebie najważniejsze. Jak kiedyś. Trochę głupio się czuję, gdy pytasz tylko: co na uczelni, jak z pracą.

Oraz kobieto mojego ojca, nie mam nic do ciebie. Pod warunkiem, że po niedzielnym winie nie próbujesz być moją przyjaciółką i nie wypytujesz mnie o mamę. A już mega słaba była rozmowa w której powiedziałaś, że ona też ponosi odpowiedzialność za rozstanie. Nawet jeśli tak, nie chcę tego wiedzieć.

Kto jest tu dorosły? Ja i mój brat, czy wy. To wszystko są wasze sprawy, nie wciągajcie nas w to.

Dorosła córka rozwiedzionych rodziców


Zobacz także

7 rzeczy, których mądre kobiety nie wymagają od swoich partnerów. Dostaną je w dobrym związku, bez upominania się o nie

5 powodów, dla których warto pić zieloną herbatę. Czy wiesz, że dzięki niej będziesz wyglądać pięknie?

Poruszające słowa Adele na temat kobiet: „Uwielbiam je i potrzebuję ich coraz więcej”