Lifestyle Psychologia

Jak przestać się denerwować? Kobieta zen radzi

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
26 kwietnia 2016
jak przestać się denerwować
Fot. iStock / kieferpix
 

To było jakiś czas temu. Załatwiałam sprawy na Służewcu w Warszawie. Miejscu zwanym Mordorem gdzie codziennie setki osób dojeżdżają do pracy. Kto tam nie był, nie wie co to korki. Waliłam rękami w kierownicę, klęłam, w końcu się popłakałam ze złości. Wyszłam z auta ledwo ciepła. Była dopiero 9 rano, a ja już miałam nerwy w strzępach.

Kilka dni później znajoma psycholog powiedziała mi: „Zwariowałaś? Po co sobie dokładasz stresu. Nie masz na coś wpływu, przestań się tym złościć„.

Większość z na tkwi w stanie nieustannego napięcia. Denerwujemy się dziećmi (podobno najbardziej), pracą (bardzo często), mężczyznami, pieniędzmi, brakiem perspektyw, rodzicami. Właściwie każda sfera życia może powodować napięcie. Niezależnie od tego, na jakim etapie jesteśmy.

„To nie depresja, ale nerwica staje się najpoważniejszym problemem XXI wieku” stwierdził ostatnio Dariusz Wasilewski, psychiatra. Opowiadał mi, że coraz więcej ludzi odwiedza jego klinikę. Nie śpimy (bardzo częsty objaw nadmiernego stresu), bolą nas kręgosłupy (kolejny objaw często lekceważony), drżą ręce, wali serce.

„Jak być zen bez proszków?” spytałam wprost.

Okazuje się, że można (o Panie jak to). Okazuje się, że zmarnowałam ileś lat na napięcie zamiast żyć spokojnie. A wszystko jest w naszej głowie. Albo chociaż bardzo dużo.

Po pierwsze: płaczesz na filmach, wzruszasz się zdjęciami w internecie, często czujesz się zmęczona hałasem? Być może masz delikatny układ nerwowy.

No niestety. Pierwsza wiadomość jest taka – są ludzie, którzy są genetycznie obciążeni. Wrażliwy układ nerwowy to wrażliwość na bodźce, a to z kolei oznacza większą nerwowość. No i guzik, nic z tym nie zrobisz.

A przepraszam, możesz zaakceptować.

Po drugie: jest też dobra wiadomość. Można nad sobą pracować. Praca ciężka rzecz, ale zbawienna. Co to znaczy pracować nad sobą ? Zdaniem niektórych nasza nerwowość wynika często z naszych przekonań. To nie rzeczywistość wyprowadza nas z równowagi tylko myśli na jej temat.

Weźmy na przykład te korki. Czyż nie byłam sama sobie winna? Dlaczego liczyłam, że nie będzie korków? (myślenie magicznie). To tylko spotęgowało frustrację.

Po trzecie: gdy budzisz się pewnego i myślisz: „ja pier…. nie zniosę tego dłużej, wszystko mnie wkurza”  uwierz, że to nieprawda. Nikogo nie wkurza wszystko. Wkurza nas zwykle jedna sfera życia, która znacząco wpływa na resztę.

Poza tym nawet gdyby to było wszystko, nie zrobisz od razu życiowej rewolucji. Zmień chociaż jedną rzecz. Jakiś drobiazg. Podobno świetnym pomysłem jest wypisanie na kartce wszystkich rzeczy, które wkurzają.

Po czwarte: nadmierne denerwowanie się jest sygnałem, że jesteśmy w kryzysie. Często mówimy: „ja się tak wszystkim denerwuję”, a naprawdę mamy dość wypełniania jakiejś roli życiowej. Organizm się buntuje.

Po piąte: ogranicz bodźce. Po moim osiedlu krąży kobieta Zen. Przysięgam, jak ją widzę mam ochotę zapaść się pod ziemię, bo wyglądam przy niej jak dygoczący oszołom, który natychmiast powinien wziąć lek uspokajający. Kobieta Zen jest mamą kolegi mojego syna. Mówi spokojnie, niczego nie gubi, nigdzie się nie śpieszy. Patrzy na mnie z głębokim współczuciem co tylko potęguje mój niepokój. „Jak ty to robisz?” jęknęłam kiedyś. A ona odpowiedziała: „Ograniczyłam bodźce”.

Ograniczyłam czyli: wywaliłam z domu wszystkie niepotrzebne rzeczy, żeby mieć przestrzeń. Przestrzeń to spokój dla oczu, a co za tym idzie dla mózgu. To ulga.

Wyrzuciłam z życia ludzi, którzy nie byli dla mnie ważni.

Ograniczenie dotyczy wszystkiego: także nadmiernej pracy, która wypala. Nie, nie chodzi o to, że mamy rzucić pracę. Ale o to, by racjonalnie pomyśleć co naprawdę musimy zrobić, a co chcemy, żeby sobie coś udowodnić, czy z lęku.

Po szóste: zmierz się ze swoimi przekonaniami, które ograniczają. Brzmi to dość psychologiczno-bełkotliwie, ale to działa. Przekonania są na przykład takie. „Nie wolno nigdy nawalić”, „Trzeba dbać o innych”, „Porządna rodzina to…”, „Dobry pracownik to…”. Nawet takie durne przekonanie jak „Po obiedzie musi być deser”, może nas stresować, bo będziemy starały się temu sprostać.

A przekonanie to tylko przekonanie. Każdy ma inne i to nie są jakieś świętości, złote zasady życia tylko tzw. skrypty, które przekazano nam np. w domu.

Żeby zaraz sobie życia z ich powodu marnować? Na miłość boską.

Po siódme: skoro nie mogę zmienić życia to może zmienię siebie? Tak ciut, ciut  trochę. I swoje podejście. Kobieta Zen jakiś czas temu przeżywała kryzys, jej mąż miał romans. To wtedy widziałam Zen o piątej, szóstej rano jak jeździła na rolkach. Właściwie to się uczyła. Potykała, upadała, znów jechała. „Jakaś wariatka” mruczałam wtedy, bo jej nie znałam. A ona nie mogła wpłynąć na męża, wpłynęła więc na siebie. Szukała sposobów na dystans. I znalazła.

Jakiś czas temu znalazłam na Facebooku taki wpis: ‚Jestem oazą spokoju. (…) zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora. Jestem jak pierd…. wagon pełen medytujących tybetańskich mnichów”. Wpis był ironiczny, ale ja jestem jego fanką.

Gdy mnie teraz coś ze złości biorę głęboki oddech i myślę: „Tadam, jestem oazą spokoju, kwiatem lotosu….” itd.

To działa. Szkoda życia na nerwy.


Lifestyle Psychologia

Przyjaźń po rozstaniu? Dobre sobie… Pięć faz, które musisz przejść

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
26 kwietnia 2016
Przyjaźń po rozstaniu?
Fot. iStock / Peeter Viisimaa
 

Bardzo modne jest ostatnio powiedzenie: „zrób to z klasą”. Z klasą powinniśmy rzucać pracę, instruować podwładnych (to zrozumiałe). Z klasą to i tamto. Z klasą powinniśmy też rozstawać się z byłymi partnerami. Nawet jeśli to oni nas rzucili. Nawet, jeśli po drodze było tornado i trzęsienie ziemi.

Jest taka pani M.. Świat nie widział, żeby puściły jej nerwy. Mąż odszedł do młodszej. Przełknęła łzę, nie spała dwie nocy, zachowała się idealnie. Pomagała mu nawet pakować walizki. Co więcej, dziś wysłuchuje byłego małżonka, opiekuje się jego nowym dzieckiem. Wspaniale, idealnie. „Jesteśmy przyjaciółmi” mówi.

„Przyjaciółmi?!!!”  Gdy on ją zranił? Gdy ona nie przeżyła żadnej żałoby? Gdy się nie wściekła na niego nawet? Czy można przyjaźnić się z kimś kto zawiódł nasze nadzieje? Oszukał nas? Zranił? Serio?

Uff. No jednak nie. Nie wierzę. Zdrowe rozstanie (o ile można mówić o zdrowym rozstaniu) dzieli się na pięć faz. Podobnie jest z każdą stratą.

FAZA 1. Szok i niedowierzanie

Co znaczy w skrócie: To się, k….., nie stało. To sen, koszmar, tylko chwila.

To w tej fazie walczymy o swoją miłość. Jakie, k…., koniec?!!!! On chyba oszalał. Zwariował, ktoś podał mu narkotyki. Rano wróci i powie, że jest tak samo i on przeprasza, że chodziło mu o coś zupełnie innego.

To jest tzw. „nieprzyjmowania”. Inna kobieta???? Inny seks? Te same słowa? Akurat. NIEMOŻLIWE.

To faza, gdy wiele osób próbuje przemówić tej drugiej osobie do rozsądku: „No halo, przecież mnie kochasz. Przecież przeszłość, tamte słowa. Przecież wszystko”. Już widzimy, że Tamten/Tamta (do niedawna nasz/nasza) ma obcy wzrok, jest wycofany nawet jeśli miły i uprzejmy. Ale nie chcemy tego widzieć.

Tak jak nie chcemy widzieć żadnej zmiany w swoim życiu, której my sami nie pragnęliśmy. Zaprzeczamy.

Jak więc możemy szczerze proponować komuś wtedy przyjaźń?

FAZA 2.  Apatia (ew. nadmierna aktywność)

Dwie strony tego samego stanu. Wciąż jeszcze zaprzeczenie, ale już bez udziału tamtej strony. Leżymy na kanapie i oglądamy seriale albo udajemy, że nic się nie stało. Phi. Jest tyle fajnych rzeczy. O, sporty. Świetna sprawa, on nie lubił, ja kocham. O, kursy. O, ludzie.

Świat naprawdę jest taki kolorowy?

Szok po prostu.

Przyjaźń? Brrr. Nie chcę widzieć tego człowieka nigdy więcej.

Faza 3. Złość

To wtedy chcemy zabić tamtą drugą osobę. Zniszczyć jej samochód, rozerwać na strzępy. Chcemy jej wykrzyczeć, że jest najbardziej popier… człowiekiem na świecie. Że kłamca, że oszust, że dureń. Widzimy każdą jego wadę. Mówimy sobie: „O ja idiotka, ja durna”. Ze wstydu chcemy zapaść się pod ziemię. My naprawdę jeszcze wierzyłyśmy, że się uda? Wierzyłyśmy, że jego zachowanie to nieprawda? Szok, niedowierzanie, głupota do potęgi. Złość do niego miesza się ze złością do siebie.

Przyjaźń?!!! Z tym świrem.

Faza 4. Pamiętanie

Panna Nostalgia albo Pan Rzewne Wspomnienie podążają przez świat. Och, ona tak lubiła brukselkę i winogrona. Ech, tę koszulkę mogłabym mu pomóc. Były ląduje na piedestale. Nigdy nikogo nie będziemy tak kochać. Nigdy. Aaaaaa, tamto jezioro, tamten seks, wyjazd, wakacje, ubranie, książka, płyta.

Brrr. Znajomi wołają o pomstę do nieba, a my wciąż powtarzamy tę samą historię. A myślisz, że wróci? Że można spróbować.

Przyjaźń? Oj tak, nie mogę mieć wszystkiego to będę miała coś. Co tam, że ochłap. Idź po rozum do głowy, przyjaźń na tym etapie jest tylko oszukiwaniem siebie. Nadzieją.

Ogarnij się i zawróć z tej drogi.

Faza 5. Akceptacja

Uff, zawsze lądujemy na tym samym etapie. Cudownej planecie zwanej inaczej spokojem i „gówno mnie to obchodzi” wypowiadane nie w gniewie tylko z serca.

O rany, wiosna jest. O, wciąż oddycham. Uśmiecham się. Coooo?!! Serio się uśmiecham. I żyję. Nie umarłam. No proszę.

Przyjaźń? Ale z kim i po co? Z kimś kto jest tylko snem? Po co sen urealniać?

Potem jest długo długo nic (życiem to się nazywa) i można ewentualnie pomyśleć o jakiejś relacji.

Niechże będzie i przyjaźń. Ale wcześniej?!

Kogo my oszukujemy.


Lifestyle Psychologia

Jak rozmawiać z mężczyzną? Krótki poradnik żony. Niestety, staroświecki

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
20 kwietnia 2016
Fot. iStock / RealCreation

– Och – wzdycha moja młodsza kuzynka (25 lat).  – Jak ja już wyjdę za mąż to przestanę wreszcie się stresować facetami.

– Hahahaha– zaśmiałyśmy się szczerze z jej starszą siostrą. Oczywiście. Oczywiście. Wtedy wszystko będzie jasne.

Scena małżeńska 1

– Porozmawiaj ze mną– jęczy Żona 1 – Czy ty nie rozumieeeeeeeesz, co ja czuję? Dlaczegoooooooooo?

– Czy ty musisz jęczeć? – denerwuje się on.

Scena małżeńska 2

– Znowu o tym nie pomyślałeś? – krzyczy Żona 2. –  Oczywiście, dlaczego Ty nigdy o mnie nie myślisz?

– Ale o co ci, k…… chodzi???

Scena małżeńska 3

– Dlaczego do mnie nie dzwonisz cały dzień???? Czy tak cholernie trudno jest zrozumieć, że skoro sama dzwoniłam to znaczy, że miałam ci coś ważnego do powiedzenia?!!!

– Oesu, nie zauważyłem, znów się czepiasz…

Nie, nie są to dialogi niesprawnych umysłowo ludzi, którzy nie potrafią się komunikować. To dialogi fajnych osób, często przepracowanych, po iluś latach związku. Masakra, zło, totalny brak romantyzmu? No cóż, być może.

Większość kobiet w stałych związkach (mężczyzn też) zapomina co to znaczy dbanie o siebie nawzajem, skupianie się i czerpanie radości z drobiazgów. Ona zakłada rozciągnięty szlafrok, on przydeptane kapcie i tak suną sobie przez życie powtarzając te same frazy. „Bo ty mnie nie przytulasz”, „Dlaczego zapomniałeś?”, „Zapomniałaś?”, „A co z dziećmi?”.

Ja sama bywam żenująca. Chlipiąc, analizując nieustannie, prosząc milion razy o to samo. Brr… Czemuż to ja się potem dziwię, gdy mąż opędza się ode mnie jak od natarczywej muchy. A przecież jestem jego Wielką Miłością (ciekawe, baaaardzo brzydkie słowo).

Ale wczoraj dostałam olśnienia. Przyjechałam do koleżanki. Nazwę ją Pani Stabilna, Pani Klasa. I widzę jak ten jej mąż tańczy przy niej i pląsa (no nie widzę, bo go nie ma, ale wyobrażam sobie). W każdym razie oni pokłócili się trzy tygodnie temu. Padły złe słowa. On wziął kołdrę i wyprowadził się na kanapę. Już widzę siebie jak przyłażę i mówię: „No chodź, nie rób scen”. „Nie kłóćmy się, nie warto”. Bo przecież dialog, rozmowa, dialog, rozmowa, szkoda czasu na kłótnie, jestem dojrzała.

A może dojrzałość to czasem dystans? Maż Pani Stabilnej spał na kanapie trzy bite tygodnie. Ona komunikowała się z nim normalnie, bez scen i awantur. To on się do niej nie odzywał. W końcu przyszedł, przeprosił.

– Jak ty to wytrzymałaś? – pytamy.

– Kobieta musi mieć klasę – stwierdziła. Po prostu.

Jej zdaniem:

1. Wściekłego faceta trzeba zostawić. Po prostu.

2. Jeśli wściekły facet wyprowadza się na kanapę, to czyj to jest problem? Naprawdę jej?

3. Dlaczego to kobieta ma być w związku od tego, by dążyć do porozumienia?

4. Czy to nie jest trochę śmieszne, że w stałych związkach zachowujemy się jak małe dziewczynki– prosząc mężczyznę, by nas przytulał i rozumiał zawsze.

To on nam powinien to dać czy my same sobie spokój i poczucie bezpieczeństwa?

5. To, że to jest twój mąż, śpicie pod jedną kołdrą, macie wspólne dzieci i kredyty to wciąż nie znaczy, że jesteście jedną i tą samą osobą. Nie jesteście.

6. Stawiajmy nawet najukochańszemu facetowi granice, bo naprawdę to słabe, gdy tego nie robimy, a on wchodzi nam na głowę i robi SAME WIECIE CO.

A poniżej oświadczenie, który musi podpisać mąż Pani Stabilnej, by znów było między nimi dobrze. My padłyśmy.

oswiadczenie