Lifestyle

Gdzie leży granica głupoty i ślepoty na to, że ktoś nas oszukuje, wykorzystuje, zdradza?

Wysocki o kobietach i życiu
Wysocki o kobietach i życiu
23 czerwca 2021
Photo by Oscar Keys on Unsplash
 

Dziś podejmiemy temat zaufania i wiążącego się z nim zagadnienia naiwności. Rozwinę go z trzema znanymi już Wam, zaprzyjaźnionymi paniami, których opinie bardzo cenię. Ja jestem podobno łatwowierny. Na pewno, gdy poznaję kogoś, to mu na wstępie ufam – chyba, że mój nos, zwany intuicją albo doświadczenie życiowe mówią, żeby uważać. Gdzie leży granica głupoty i ślepoty na to, że ktoś nas oszukuje, wykorzystuje, zdradza?

Marcin Michał Wysocki: Dorota, czy jesteś łatwowierna? Bo na pewno nie naiwna, hahaha.

Dorota Sadowska: A propos Ciebie, to się zgadzam. Twoja dziecięca wręcz otwartość nieraz mnie zaskakuje, choć to generalnie dobra cecha :). Jednak, jak to mówią, kiedy masz miękkie serce, to musisz mieć twardy… W mojej ocenie z naiwnością mi nie po drodze. Choć jest coś w tym, że poznając kogoś chcę mu dać czystą kartę – pomimo bagażu doświadczeń życiowych. Nie oceniam za szybko. Czasami wytłumaczę drobne potknięcia i daję szansę. W nowych kontaktach absolutnie nie jestem łatwowierna, a w szczególności w relacjach z mężczyznami. Mam to szczęście, że jestem obdarzona dużą dawką inteligencji emocjonalnej, więc doskonale wyczuwam emocje innych, ich nastroje.

Podwójnie odczuwam też fałszywe nuty, choć nie zawsze jestem w stanie sprecyzować na początku, co mi nie pasuje. Sytuacją idealną byłaby taka, gdy słucham swojej intuicji. Nie zawsze jednak tak jest – przyznaję. Czasami chciałabym się mylić! Bo poznajesz kogoś, kto Ci się podoba, z kim nadajecie na takich samych falach. Tak ci się przynajmniej wydaje… a życie bywa zaskakujące. Wiemy, że są różni ludzie, nie zawsze mają dobre intencje. I czasami mogą błądzić. Tylko ile razy można wybaczać? Czasami tak bardzo pragniemy widzieć jakąś osobę w pozytywnych kolorach, że przymykamy oko na niektóre sprawy.

Zaufanie jest dla mnie podstawą w relacji, nie tylko damsko-męskiej. Jego brak powoduje szereg niepotrzebnych myśli, zdarzeń. Jeżeli ci zależy na drugim człowieku, powinno się tak postępować, żeby tylko to wzmacniać. A gdy zawalisz, to stawać na głowie, aby je odzyskać. Trzeba pamiętać, że jesteśmy tylko ludźmi, popełniamy błędy. Najważniejsze dla mnie jest zawsze, jak ktoś zachowa się w takiej sytuacji. Czy jest w stanie ponieść konsekwencje, nie zwalać winy na wszystko dookoła.

Przyznaję, że gdy ktoś mnie zawiedzie, to bardzo ciężko jest mu to nadrobić. Ale nie jest to niewykonalne! Jestem wtedy bardzo czuła, mam wyostrzone radary na wszystko, co się dzieje. Bacznie obserwuje i wyciągam wnioski. A jak jest u Ciebie?

Marcin Michał Wysocki: U mnie? Bardzo podobnie, choć wiem, że masz mnie za naiwniaka :), który zbytnio wierzy nieznanym sobie ludziom. Okej – kobietom, gdyż zaufanie do mężczyzn, to zupełnie inna kategoria. Mimo porażek, jednak nie zmienię swojego podejścia. Dopóki się da. W dniu, w którym będę podejrzliwy w stosunku do każdego nowo poznanego człowieka, utracę coś niewidzialnego, człowieczego.

W sumie uważam, że bycie łatwowiernym w relacjach – świadomie pomijam naiwność w sferze finansowej, jeśli się damy komuś zwyczajnie naciągnąć – niesie mniejsze ryzyko, niż korzyści, jakie daje nieskalana podejrzliwością otwartość na innych. Mam nadzieję, że ta moja teza jest zrozumiała, ale na wszelki wypadek ją zilustruję.

Zatem wolę podchodzić do kogoś nowego bez uprzedzeń i mu w pełni wierzyć (oczywiście mając włączone w tle detektory ewidentnego szwindlu, np. gdy pięknej urody pani zaczepi mnie, twierdząc, że moja książka jest genialna :)), niż krytycznie analizować i pacyfikować każdego obcego na dzień dobry. To jest na pewno łatwowierność, ale od naiwności różni się, moim zdaniem tym, że ufam takiej osobie do pierwszej wpadki, bo dziewictwo traci się tylko raz.

Ciekawe, co myśli na ten temat Lidia. Czy Ty jesteś łatwowierna?

Lidia Nagiecka: Niestety jestem. Działa prosta zasada – sądzę ciebie podług siebie. Mam zwyczaj mówić prawdę i tego samego spodziewam się po rozmówcy. Napotkane osoby obdarzam zaufaniem i dopóki nie wydarzy się coś, co je podważy, tego się trzymam. Ma to swoje dobre i złe strony. Dzięki otwartości poznaję fajne i ciekawe osoby, które zajmują bardzo ważne miejsce w moim życiu. Czasami przypadkowe spotkania przeradzają się w trwałe przyjaźnie, a czasami są po prostu mile spędzonymi chwilami.

Istnieje też ciemna strona łatwowierności. I to chyba nie jest żadnym zaskoczeniem, ponieważ samo słowo „łatwowierność” ma wydźwięk pejoratywny. Jest traktowane, jak rodzaj naiwności, podatności na manipulacje, słabości. Moja łatwowierność kończy się w momencie przyłapania rozmówcy na kłamstwie. Rozumiem i wybaczam słabości, podkolorowanie rzeczywistości, żeby ciut lepiej wypaść, czy strach przed przyznaniem się do pewnych kłopotliwych sytuacji. Całkowicie nie rozumiem kłamstwa dla kłamstwa. Znam osobiście kilka takich osób, o których śmiało mogę powiedzieć, że prawdę mówią jedynie „niechcący”, kiedy się zapomną. Rozmowa z nimi jest ciekawym doświadczaniem. To rodzaj nieustającego quizu, w którym obstawiam, która z otrzymanych informacji okaże się prawdziwą?

Marcin Michał Wysocki: Naprawdę? Nie znam takich… Może je zwyczajnie wykasowałem z notatnika?

Lidia Nagiecka: Spotkania z nimi ograniczam do niezbędnego minimum i nie podchodzę do tego emocjonalnie. Jako, że w taki sam sposób traktują wszystkich rozmówców, zakładam, że to rodzaj schorzenia i nie biorę tego do siebie. Traktując temat poważnie, jeśli tracę do kogoś zaufanie, to definitywnie. W zależności od wcześniejszych relacji, mogę z taką osobą utrzymywać kontakty, czy nawet się przyjaźnić, jednak zawsze gdzieś pod skórą zostaje pewna rezerwa. Jak w tym dowcipie o łyżeczce. Wiesz, Janek, nie przychodź do nas więcej, bo po twojej ostatniej wizycie zginęła srebrna łyżeczka. No co ty, chyba nie sądzisz, że ja ją zabrałem!? Nie, nie, znalazła się. Ale wiesz, niesmak pozostał.

Marcin Michał Wysocki: Hahaha. Dobre choć stare, nadal jare :). A co sądzi na ten temat nasza pani psycholog? Ula, czy jesteś łatwowierna?

Urszula Lajfert: Bywam, albo ujmę to tak: niekiedy chcę taką być. Mam szeroko rozbudowaną intuicję, również własną pracę terapeutyczną za sobą, samoświadomość, a także wiedzę psychologiczną. Te wszystkie rzeczy sprawiają, że nie jestem zbytnio naiwna. Po prostu czuję rzeczywistość, ale też ją obserwuję. To mi pozwala odczytywać różne sygnały, odróżniać dobro od zła. Każdy to może.

Marcin Michał Wysocki: Czy naiwność to cecha wrodzona, nabyta? Jak to wygląda od strony specjalisty?

Urszula Lajfert: Już jako dzieci ją mamy. Jest to naturalny etap w życiu. Jako kilkuletni człowiek wierzymy we wszystko, co jest nam mówione. Bezgranicznie. Dorośli czytają nam bajki, na przykład o rycerzu i księżniczce na wieży. Bajki kończą zazwyczaj ŻYLI DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE. Naiwnie, przez jakiś czas wierzymy, że jest miłość jedyna i do końca życia. Tylko potem okazuje się, że on, ów Książę, to Ogr, a ona, księżniczka, ma coś z Ropuchy. Jednak ten etap mija, choć nie u wszystkich całkowicie, i w różnym stopniu łatwowierność zanika/maleje.

Jeśli np. jesteśmy temperamentalnie empatyczni, wrażliwi będziemy prawdopodobnie także bardziej naiwni. Jeśli w naszej duszy gra chęć pomagania innym, możemy mieć także większą skłonność do bycia zmanipulowanym, itd. Ale są sposoby, aby pomimo swoich cech osobowościowych, stylu wychowania, jednak dbać o siebie i swoje granice.

Marcin Michał Wysocki: Jakie?

Urszula Lajfert: Przede wszystkim uczymy się siebie, tego, co i dlaczego czujemy, co chcemy, co jest dla nas dobre, czego potrzebujemy. Nie co chce i oczekuje od nas świat, inni, religia, i tak dalej Zaczynamy od siebie, my jesteśmy na pierwszym miejscu. To nie znaczy, że mamy być egoistyczni, apodyktyczni, nie pomagać innym, nie widzieć nikogo i niczego dookoła. Ale punktem wyjścia jest nasze dobro, nasze ja. Warto ćwiczyć bycie asertywnym, podnieść pewność siebie, nauczyć się rozpoznawać intencje innych. Możemy nad sobą pracować sami, czytając książki czy poradniki. Możemy także skorzystać z kilku sesji u psychologa lub jakiegoś szkolenia, warsztatu.

Moją prywatną ulubioną metodą jest rozmowa z innymi. Pytam, co ktoś myśli, jak czuje, dlaczego. Moi bliscy czasem mówią: „Jejku, a ta znów będzie pytać”. Ale to pomaga mi poszerzyć i czasem zmienić perspektywę. Inni ludzie mogą także pomóc i pokazać, jak nie być naiwnymi, jak wygląda świat drugiego człowieka, jego motywacja. Uczmy się każdego dnia siebie. Bądźmy świadomi. Bądźmy sobą i przy sobie, ale z innymi. To piękne i na pewno ochroni nas przed „złymi energiami”.

***

Dorota Sadowska: kobieta wielu talentów i profesji. Menedżer, właściciel, a przede wszystkim matka dwojga, dobrze ułożonych nastolatków. Miłośniczka ambitnej literatury i alternatywnej muzyki, która nie zawaha się dostać na koncert ulubionego zespołu na kraniec świata.

Lidia Nagiecka twórczyni jednego z pierwszych w Polsce wydawnictw książek audio www.qesagency.pl.Od niedawna również wydawca publikacji papierowych. Na co dzień zapracowana, matka dwóch synów. Jeden dorosły, a drugi wysoki😊. „Złota rączka”, miłośniczka podróży i wszelkiej aktywności sportowej.

Urszula Lajfert psycholog, certyfikowana psychoterapeutka i www.psychoprzemiana.pl. W ciagu kilkunastu lat pracy zawodowej, ukończyła taką liczbę studiów, kursów i szkoleń, że szkoda czasu na ich przytaczanie. Zdecydowanie woli Ulę od Urszuli😊. Od wielu lat związana prywatnie i osobiście z rozwojem wewnętrznym. Zainteresowana człowiekiem, jako całością.


Lifestyle

„Jeśli ewidentnie czują, a może nawet widzą, że są wykorzystywane, manipulowane, krzywdzone – dlaczego się na to godzą?”

Wysocki o kobietach i życiu
Wysocki o kobietach i życiu
1 lipca 2021
fot. iridi/iStock
 

Dziś temat toksycznych związków. Kiedy daną relację można nazwać toksyczną? Czy każdy z nas sam wytycza granice tego, co jest dla niego „chore” i nieakceptowalne? A może są pewne wspólne cechy toksycznego partnera, które moglibyśmy tutaj nazwać?

Jak dotychczas, zagadnienie podejmę z trzema doświadczonymi kobietami, których głosy bardzo cenię, a których opinie na pewno są nie do przecenienia. Warto ich posłuchać.  Pierwszą spytam Dorotę.

Marcin Michał Wysocki: Czym dla Ciebie jest toksyczny związek? Jakie ma cechy?

Dorota Sadowska: Oooooo, to jest ciężki i bardzo obszerny temat. Absolutnie nie jestem ekspertem.

W mojej ocenie, toksyczność jest wtedy, gdy jedna ze stron krzywdzi drugą. Często tzw. toksyczny partner jest świetnym manipulatorem, wykorzystującym słabe punkty drugiej osoby do osiągnięcia swoich celów. Na pewno podstawowym narzędziem toksycznego partnera jest próba obniżenia własnej wartości u drugiej strony. Staje się przez to słabszym ogniwem, łatwo ulegającym wpływom. Pewne osoby na pewno są bardziej podatne na takie działania.

Marcin Michał Wysocki: A dlaczego, Twoim zdaniem, na to się zgadzają? Jeśli ewidentnie czują, a może nawet widzą, że są wykorzystywane, manipulowane, krzywdzone?

Dorota Sadowska: Podobno zawsze jest tak, że ktoś kocha bardziej… Coś w tym chyba jest. I często z miłości ludzie znoszą wiele cierpień. Z obawy przed samotnością, strachem przed opinią innych, wstydu.

Ważne jest uświadomienie sobie czy dana relacja powoduje u nas szczęście, czy raczej wiąże się z większą ilością destruktywnych emocji. Muszę zaznaczyć, że zawsze uważałam, że wszystko jest dozwolone między dwojgiem ludzi, jeśli oni oboje tego chcą i nikt nikogo nie krzywdzi. Część osób myśli, że ma monopol na jedynie dobre życie i wszyscy powinni żyć tak samo, jak oni. Jednak w tym przypadku mówimy o sytuacji, kiedy jedna ze stron cierpi.

Jeśli relacja działa niszcząco, a ktoś ciągle tłumaczymy drugą stronę, wierzy naiwnie, że kiedyś to się zmieni i znosi wszystko nie potrafiąc odejść, to można chyba mówić o toksyczności. Ona też często wiąże się także z przemocą fizyczną.

I teraz pytanie? Czy widząc z boku taką sytuację u znajomych starasz się przemówić do krzywdzonej osoby? Czy raczej stoisz z boku?

Marcin Michał Wysocki: Bardzo trudna kwestia. Ewidentnie, jako facet i człowiek, gdy widzę osobę krzywdzoną fizycznie – natychmiast ingeruję. Nie umiem nie zareagować. Może to źle. Nie wiem…

Natomiast, gdy widzę, że ktoś znęca się nad kimś psychicznie, to próbuję delikatnie osobę krzywdzoną wybadać, czy zdaje sobie z tego sprawę, a potem, czy taki stan akceptuje. Jeśli tak, to się wycofuję. Jej sprawa. W przeciwnym wypadku, zawsze może liczyć na moją pomoc.

Lidia, a czym dla Ciebie jest toksyczny związek, układ, relacja czy partner?

Lidia Nagiecka : Toksyczny partner, to temat bardziej dla psychologa, niż dla mnie, ale mam pewne doświadczenia. Mogłabym nawet tutaj wkleić kilka zdjęć…

Marcin Michał Wysocki: Buahahahaha!

Lidia Nagiecka : Toksyczny związek jest wyniszczający. I to bez względu na to czy będziemy rozmawiać o toksycznych relacjach z rodzicami, dziećmi, rodzeństwem, szefem, kumplem czy partnerem. Jedyne, co można w takiej sytuacji zrobić (jeśli to możliwe), to uciekać, bez względu na koszty. Mnie toksyczny związek kojarzy się przede wszystkim z huśtawką emocjonalną i stąd brakiem stabilności. Na swój użytek uknułam powiedzenie „cacy, cacy, buch po glacy”.

Marcin Michał Wysocki: Fakt, nie słyszałem. Zapisuję :).

Lidia Nagiecka: To również układ pełen manipulacji i przemocy psychicznej. To relacja, w której pomimo absolutnej pewności, że ktoś nas krzywdzi i postępuje nagannie, to my czujemy się winni.

Marcin Michał Wysocki: A kiedy Twoim zdaniem ucieczka z takiego związku nie jest możliwa?

Lidia Nagiecka: Możliwa jest zawsze, pytanie jakim kosztem. Kosztem samotnego wychowywania dzieci, kosztem gorzej płatnej pracy, to nie są łatwe decyzje. Choć sądzę, że konieczne. Myślę jednak, że największy problem dotyczy relacji ze starszymi, często schorowanymi, toksycznymi rodzicami. Społeczeństwo się starzeje, państwo nie jest przygotowane na stawienie czoła opiece nad nimi. Dzieci pozostają z dylematem i gigantycznym problemem do rozwiązania. Opieka nad własną rodziną, pogodzenie pracy zawodowej, a do tego rodzic wymagający nakładów czasu, pracy, pieniędzy i energii większej niż wszystkie wcześniej wymienione osoby razem wzięte. Pół biedy, kiedy mowa o kochającym i troskliwym rodzicu, który zasługuje na miłość i szacunek. Nie zawsze tak jest. To jest układ, z którym w mojej ocenie najtrudniej jest się uporać. Nawet kiedy zapanujemy nad sytuacją technicznie i finansowo, pozostanie w nas poczucie winy i wyrzuty sumienia. Rodzaj zobowiązania, jakiego nie zaciągnęliśmy, a jesteśmy zmuszeni spłacać.

Marcin Michał Wysocki:  Ula, a czym według Ciebie jest toksyczny związek? Kiedy takim się staje? I co, na ten temat, mówi psychologia oraz Twoja praktyka terapeutyczna?

Urszula Lajfert: To może, drogi Marcinie, zacznę od tego, co o toksyczności mówi psychologia. Przede wszystkim chciałabym wspomnieć, iż nie zawsze ją od razu zauważamy. Właśnie początki mogą być mylące. Takie relacje często szybko się rozpoczynają, są intensywne, emocjonalnie nasycone. Partner może wydawać się uroczy, czarujący i uwodzący. To oczywiście mocne uogólnienie, bo przecież dobre relacje także mogą zacząć się intensywnie

Jednak to, co powinno zwracać naszą uwagę to fakt, że „im dalej w las”, tym my coraz gorzej się czujemy. Zaczyna brakować nam energii. Zamiast wzrastać, czuć się bezpieczniej, czujemy się mniej akceptowani, kontrolowani, nieważni.

Najczęściej wymieniane cechy takiej relacji to: szantaż emocjonalny, wywoływanie poczucia winy, spadek poczucia własnej wartości, kłótnie, brak więzi emocjonalnej, przemoc fizyczna, poczucie samotności.

Niestety nawet kiedy już się zorientujemy, że jesteśmy uwikłani w toksyczną relację pomimo szczerych chęci nie potrafimy jej zakończyć. Często w gabinecie pracuje właśnie z takimi osobami – celem terapii jest koniec „miłości”.

Trudno mi, Marcinie, już w tej chwili odróżnić, czym dla mnie jest toksyczny związek, bo są to identyczne sygnały, jak te wymienione powyżej. Jednak dodałabym jeszcze przede wszystkim, iż jest to pogorszenie jakości codziennej rzeczywistości. Zamiast czerpać, rozwijać się, doładowywać pozytywnie z relacji z ukochaną osobą, osoba uwikłana usycha z dnia na dzień jak kwiat.

Na szczęście istnieje także piękna miłość, pełna empatii, akceptacji, dialogu, wymiany pomiędzy obojgiem partnerów. Zdrowa, dającą nadzieję, wsparcie i dużo cennego „dobra”😊.

Marcin Michał Wysocki: Amen!

***

Dorota Sadowska: kobieta wielu talentów i profesji. Menedżer, właściciel, a przede wszystkim matka dwojga, dobrze ułożonych nastolatków. Miłośniczka ambitnej literatury i alternatywnej muzyki, która nie zawaha się dostać na koncert ulubionego zespołu na kraniec świata.

Lidia Nagiecka twórczyni jednego z pierwszych w Polsce wydawnictw książek audio www.qesagency.pl.Od niedawna również wydawca publikacji papierowych. Na co dzień zapracowana, matka dwóch synów. Jeden dorosły, a drugi wysoki😊. „Złota rączka”, miłośniczka podróży i wszelkiej aktywności sportowej.

Urszula Lajfert psycholog, certyfikowana psychoterapeutka i www.psychoprzemiana.pl. W ciagu kilkunastu lat pracy zawodowej, ukończyła taką liczbę studiów, kursów i szkoleń, że szkoda czasu na ich przytaczanie. Zdecydowanie woli Ulę od Urszuli😊. Od wielu lat związana prywatnie i osobiście z rozwojem wewnętrznym. Zainteresowana człowiekiem, jako całością.


Lifestyle

„Jeśli nawet nie żyją z mamusią pod jednym dachem, to ze źle pojmowanej miłości kierują się jej ocenami”

Wysocki o kobietach i życiu
Wysocki o kobietach i życiu
16 czerwca 2021

Dziś podejmę temat „maminsynków”. Rozwinę go z trzema zaprzyjaźnionymi kobietami, których głosy bardzo cenię. Myślę, że dzięki ich doświadczeniu życiowemu, rozsądkowi, a także psychologicznej wiedzy, poniższe opinie pozwolą nam przemyśleć temat. Może nie gruntownie – ze względu na miejsce i charakter tej publikacji, ale na pewno wielu osobom, które mierzą się z podobnymi dylematami, przyniosą moc nieocenionych refleksji.

Zadam Paniom dzisiaj dwa, proste pytania. Zobaczymy, jak każda z nich podejdzie do zagadnienia…

Marcin Michał Wysocki: „Maminsynkowie” – dla mnie osobiście, jako faceta, to niemiły temat, gdyż mam wrażenie, że spotykam coraz więcej mężczyzn, którzy nie potrafią oderwać się od swoich matek i odciąć pępowiny. Jeśli nawet nie żyją z mamusią do późnych lat pod jednym dachem, to ze źle pojmowanej miłości i lojalności, wprowadzają matkę w detale swojego prywatnego życia, a potem kierują się jej ocenami we własnym działaniu. Pół biedy, jeśli są samotni – ich sprawa. Gorzej, jeśli sprzedają rodzicielce intymne sprawy, dotyczące ich relacji z dziewczyną czy żoną. Wtedy tworzy się niezdrowy trójkąt, w którym dwie osoby grają na jedną. I facet mógłby się okazać okej, gdyby nie pełne poddaństwo maminym osądom, opiniom, a nawet decyzjom. Droga Doroto, czy spotykasz takich mężczyzn?

Dorota Sadowska: Drogi Marcinie Michale. Muszę szczerze przyznać, że na szczęście jakoś mnie omijają szerokim łukiem tacy mężczyźni. Być może wyczuwają moją siłę… Nie jestem typem kobiety lubiącej matkować facetowi. Teraz tym bardziej – mam dwójkę dzieci i to mi wystarczy:).

Przyczyny należy szukać w matkach, które wychowują takich chłopczyków. Z jakiegoś powodu, dla mnie niezrozumiałego, nie godzą się z ich dojrzewaniem, chcą uchronić ich od każdego błędu. Mają problem z wypuszczeniem ich z gniazda. Jest to źle pojmowana miłość.

Inną sprawą może być kontekst finansowy. Z tego względu często – nie tylko mężczyźni –przedłużają swój pobyt w rodzinnym domu. Jeśli rodzicielka ma inklinacje do bycia nadopiekuńczą, a niektórym to nader pasuje, to z wygody tkwią w tym. Jednak coś za coś… Można spróbować porozmawiać z jego matką… choć obawiam się, że efekt może być marny. Ich życiem żyje wtedy też mama i oczekuje, że ma prawo mieć spory wpływ na nie (któż z nas nie słyszał „dopóki mieszkasz pod moim dachem”???:)).

Większość z nas marzy o usamodzielnieniu się, możliwości podejmowania – czasem kiepskich – ale jednak własnych decyzji. Ale jakaś część woli, jak ktoś ich prowadzi przez meandry życia, unikając odpowiedzialności. Mają wikt i opierunek. Żyć nie umierać!

Jedną rzecz należy jeszcze wspomnieć. Matki często chyba idealizują sobie obraz przyszłej partnerki syna. I niestety rzadko która jest w stanie temu dorównać. I wtedy mamusia zaczyna traktować ją jak rywalkę. I to jest częsty scenariusz. To trudny moment dla mężczyzny, ale to od niego zależy, na ile pozwoli ingerować w swoje życie. Do tego potrzeba dużej rozwagi, delikatności i chęci. Jak we wszystkim w życiu, należy trochę nad tym popracować.

Ja wychowując mojego syna myślę o tym, aby był dobrym partnerem. Wychowuję faceta dla innej kobiety. Mam nadzieję, że mi kiedyś podziękuje! Hahaha. Myślisz, że mam szansę?

Marcin Michał Wysocki: Fantastycznie, że jesteś tak świadomą matką. Ponieważ Ciebie dobrze znam, to wiem, że to nie tylko deklaracje, ale rzeczywistość. Sprawiedliwe zasady i konsekwencja w wychowaniu – za co dzieci na pewno Ci podziękują, bo mając wytyczone granice, na pewno czują się bezpiecznie.

Dziecko kształtowane w wychowawczym chaosie, bez ograniczeń i reguł, czuje się zagubione i robi okropne rzeczy w życiu, zanim go to życie właśnie, boleśnie zweryfikuje i ustawi. Mądrzę się tak nie dlatego, że skończyłem pedagogikę, lecz wynika to moich doświadczeń w pracy z uczniami we wszystkich rodzajach szkół – od podstawówki, przez zawodówki, technikum do liceum. Doskonale rozumieliśmy się z młodzieżą. Do tego stopnia, że mimo stawiania największej liczby jedynek, w tajnych wyborach wygrywałem rokrocznie konkursy na najmilszego nauczyciela w szkole. Moim zdaniem dlatego, że stosowałem jasne, proste, twardo egzekwowane i konsekwentne zasady współpracy. Chętnie przy tym wynagradzałem za dobre postępowanie (stawiałem też najwięcej szóstek, hahaha). Uważam, że identycznie jest w wychowywaniu dziecka.

Ale wracając do naszej dyskusji. Załóżmy, że jednak pojawia się taki facet. Jest cudowny, idealny… Brakuje mu tylko pełnej samodzielności. Jesteś tak zakochana, więc nie rozważasz odpuszczenia tematu. Chcesz o niego zawalczyć. Co byś w takiej sytuacji zrobiła? Veto – albo ja, albo twoja matka? Bo, jak Cie znam, na pewno byś się teściowej nie podporządkowała, hahaha.

Dorota Sadowska: Rzeczywiście trochę mnie znasz:)

Można spróbować porozmawiać z jego matką… choć obawiam się, że efekt może być marny. Nie lubię konfliktów, nie czerpię energii z kłótni. I nie za bardzo też widzę siebie w przeciąganiu liny z kimś starszym. Mam wpojony szacunek dla takich osób. Jednocześnie nie wyobrażam sobie tkwić w takiej sytuacji patowej dla mnie. Tak samo jak nie wyobrażam sobie stawiać kogokolwiek przed wyborem – ja albo ktoś. Nie o to chodzi w życiu, żeby wymuszać jakiekolwiek zachowanie na partnerze.

Oczywiście podstawą jest rozmowa z partnerem. Być może niektórym mężczyznom otworzą się oczy i zmobilizuje ich to do odcięcia pępowiny. Istnieje opcja pójścia do specjalisty, który pewnie ma większy zakres narzędzi do uzmysłowienia braku wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Jeśli jednak facet sam nie widzi problemu, to moim zdaniem szkoda czasu.

Jestem w tym temacie chyba dość skrajna, ponieważ mimo mojej bujnej wyobraźni, nie potrafię sobie zwizualizować zaangażowania w relację z kimś niesamodzielnym. Taki facet nie ma szans na zainteresowanie mnie swoją osobą. W relacji damsko-męskiej nie zaiskrzy! W relacji matka-córka też bywają takie nieodcięte pępowiny… Czy Ty chciałbyś taką partnerkę?

Marcin Michał Wysocki: Także sobie tego nie wyobrażam… Dziękuję Ci za rozmowę. Zapytam teraz o to samo Lidię. Droga Lilu, czy spotykasz takich mężczyzn?

Lidia Nagiecka: O, to jest wbrew pozorom bardzo trudny temat. Wiem coś o tym, mając dwóch synów, w tym jednego dorosłego; będąc córką, żoną, siostrą i teściową mam całkiem szeroki pogląd na sprawę😊.

Z jednej strony stare prawdy „popatrz jak traktuje swoją matkę, a będziesz wiedziała jak potraktuje ciebie”. Jest w tym bardzo dużo racji. Mężczyzna, który z szacunkiem odnosi się do matki, ma wpojony, zakodowany w DNA pewien sposób traktowania kobiet w ogóle. Zwykle jest uprzejmy, wspierający i troskliwy.

Czy jednak nie mogą z tego wyniknąć kłopoty? A jakże i to jakie! Jest cienka granica, pomiędzy traktowaniem matki z szacunkiem i atencją, a nieumiejętnością życia bez niej. Pozwoleniem jej na kierowanie życiem dorosłego syna. Dzieci wychowuje się, żeby poszły w świat, były samodzielne, a nam co najwyżej podały na stare lata szklaneczkę wina😉. Mój ojciec zwykł mawiać „nie święci garnki lepią” i tę maksymę przekazuję swoim synom. Jestem niebywale dumna, kiedy słyszę od nich – Ja sobie nie poradzę? Ja sobie ze wszystkim poradzę! I zwykle to jest prawda, a w tych nielicznych przypadkach, w których sobie nie radzą, zawsze mogą liczyć na moją pomoc.

Część kobiet, czy to z zaborczości  czy z potrzeby bycia „potrzebną” (znam osobiście jedną, która w tajemnicy przed synem prasowała mu bokserki😊) zamieniają swoich synów w życiowe fajtłapy. Wyręczają ich, obsługują, żyją ich życiem. To doskonały przepis na ciamajdę lub manipulanta. Ten pierwszy, to jeszcze pół biedy. Jest dla niego nadzieja, można go douczyć, zmotywować i nadrobić pewne braki. Drugi przypadek, to całkowita porażka. Wyręczanie się innymi, pod pozorem, „nie umiem”, „nie potrafię”, „ty to zrobisz lepiej”. Koszmar w czystej postaci.

Przytoczę przykład rozmowy z moim nastolatkiem.

— Mamo ile kosztuje bilet kolejowy do Lublina?

— A widziałeś mnie kiedyś w pociągu? Zapytaj wujka google😉.

I na koniec crème de la crème. Syn z pępowiną jak lina okrętowa, który nie chce się do matki odkleić i pomimo czterdziestki nie widzi świata poza nią. Nie założył rodziny, bo przecież żadna jej nie dorówna i żadna też nie jest jego godna. Zwykle zwraca się do niej i mówi o niej „mamusia”. Mieszka z nią, chodzą razem na zakupy, okrywa jej nogi kocykiem, a ona kupuje mu piwko do meczu. Muszę przyznać, że taki pan chodzący z mamusią za rękę na wszystkie uroczystości rodzinne, wywołuje uśmiech na mojej twarzy i niestety nie jest to podziw, a raczej zażenowanie.

Marcin Michał Wysocki: Okej. To, co zrobić w takiej sytuacji, gdy trafi się nam taka osoba. Związana, może nie patologicznie blisko – bo taka od razu nadaje się do zbanowania – jednak niezwyczajnie blisko któregoś z rodziców? Wyobraź sobie, że Tobie albo Twojej najbliższej przyjaciółce bardzo zależy na takim facecie, bo łączy Was wszystko poza tym faktem. Jaką przyjęłabyś strategię postępowania?

Lidia Nagiecka: Trójkąt z teściową w roli głównej wydaje się być z góry skazany na niepowodzenie, więc propozycja pognania w diabły takiego absztyfikanta jest niezwykle kusząca😊. Jednak serce nie sługa i co kiedy się chce tego jednego, jedynego i to za wszelką cenę? Widzę dwa wyjścia. Pierwsze, siłowe. Rozkochać go w sobie na zabój, a potem już tylko szybkie ultimatum, „ja albo mamusia”.

Marcin Michał Wysocki: Hahaha, już widzę Ciebie w akcji, hahaha.

Lidia Nagiecka: Niestety jest ryzyko, że pomimo szalonego seksu i pysznych kolacyjek przy świecach, szala przeważy na korzyść rodzicielki, która w kluczowym momencie złapie się za serce, poblednie i… wygra😊.

Marcin Michał Wysocki: Zgoda!

Lidia Nagiecka: I drugie, dyplomatyczne. Jeśli mama jest osobą samotną, to znaleźć jej chłopaka.

Marcin Michał Wysocki: Lila, to genialne!

Lidia Nagiecka: Jeśli jest jednak w związku, to zmotywować jej partnera do działania, do większej aktywności towarzyskiej. Zawsze można podsunąć kilka pomysłów na wczasy, kurs tańca, teatr itp. Można też spróbować rozmowy, ale z doświadczenia wiem, że ta forma jest przereklamowana 😊.

Marcin Michał Wysocki: Dziękuję Ci uprzejmie, kochana.

Na koniec porozmawiam o tym zagadnieniu z profesjonalistką. Droga Urszulo, czy i kiedy spotykasz „maminsynkowatych” mężczyzn?

Urszula Lajfert: Drogi Marcinie. Zarówno ja, jak i moje koleżanki, pacjentki oczywiście spotykamy takich mężczyzn. I nawet pokuszę się o stwierdzenie, iż jest to zjawisko coraz bardziej powszechne.

Marcin Michał Wysocki: Tu się zgadzamy…

Urszula Lajfert: Przyczyn może być wiele, poczynając od takich większych, globalnych jak uwarunkowania kulturowe, społeczne, historyczne, kończąc na bardziej indywidualnych, tj. rodzina, doświadczenia własne, cechy osobowościowe.

Pisząc o tych globalnych, miałam na myśli, np. wojny, które spowodowały śmierć na polu walki wielu mężczyzn. A w domach zostały same kobiety z dziećmi i wychowywały je jak umiały najlepiej, jednak bardziej w energii żeńskiej oraz z pomysłem, iż to ich synowie jednak niekiedy zastąpią im ich zmarłych mężów.

Z kolei pisząc o tych czynnikach indywidualnych, podam przykład cechy osobowościowej. Załóżmy, że nasz „maminsynek” ma w sobie rys lękowy. Zatem bezpieczniej mu będzie schować się „pod spódnicę” mamusi, niż stawić czoła swoim lękom.

I niestety z takim samym żalem jak Ty o tym piszę, gdyż to ma ogromny wpływ nie tylko na życie mężczyzny, ale i na całe jego otoczenie, czyli: żonę, partnerkę, dzieci, kolegów i współpracowników. Jako psychoterapeutka nie mogę nie pominąć również ogromnego wpływu na stan psychofizyczny „maminsynka”. Na to jak żyje i postrzega świat, na jego codzienność.

Czy też tak to widzisz, iż to zjawisko ma niestety negatywny wpływ na zbyt dużo aspektów jednoczenie?

Marcin Michał Wysocki: Niestety, ponownie się z Tobą zgadzam. Takie zachowanie nie dotyka jedynie dwojga ludzi w relacji intymnej, lecz całego otoczenia takiej osoby. Bo zakładam, że problem nie dotyczy jedynie mężczyzn – choć nie spotkałem się w praktyce z kobietą mieszkającą z rodzicami do późnego wieku i uzależnioną od opinii mamusi. Zapewnie i takie istnieją…

„Maminsynkowanie” oddziałuje na środowisko w pracy, na przykład niezdecydowaniem – bo w tej sytuacji, mamusia nie może mu nic sensownego podpowiedzieć. Na wychowanie potomstwa – no, bo jaki to przykład dla dziecka, facet ubezwłasnowolniony, nie walczący o lepsze jutro, konformistyczny.

Żeby nie było: lubię mężczyzn. Wręcz uwielbiam facetów – niezależnie jak to dla kogoś zabrzmi :). Bardzo cenię przyjaźnie z odpowiedzialnymi, wiedzącymi czego chcą, mądrymi, dzielnymi gośćmi. Takich spotykam na przykład na morzu. Żeglarze, to specjalna kasta chwatów, na których można polegać. W normalnym życiu jednak, coraz trudniej mi się zaprzyjaźnić z przedstawicielami mojej płci, gdyż wydają mi się miałcy. Uwikłani w kompleksy, chwiejni, niezdecydowani. Niemęscy. Dlatego swoje bolesne rozczarowanie przelewam tutaj licząc, że coś dobrego w nas facetach się obudzi… Że choć jeden, po przeczytaniu tej rozmowy, zastanowi się nad swoim postępowaniem i skutkami, jakie jego poddaństwo rodzicielce niesie dla integralności jego małżeństwa, komfortu pracy i losu jego własnych ukochanych dzieci. Czy tak wychowywane poradzą sobie w życiu? Czy nie wyprodukuje kolejnych rzesz nieudaczników?

Sam „maminsynków” rozpoznaję poniewczasie. Stety-niestety zakładam, że każda obca osoba, którą spotykam jest wspaniała. Nie szukam na dzień dobry w nikim błędu. Te ujawniają się w miarę poznawania. I gdy przychodzi do czynów, które mówią o nas najwięcej, okazuje się jaką siłę, jak ważny element w życiu takiego delikwenta ma… Jego zewnętrzny organ decyzyjny.

Rozumiem Twoje stanowisko, jako profesjonalistki, psychologa. Ale czy miałaś kiedyś taką sytuację w życiu i musiałaś sobie z nią poradzić? Partnera z mamą w trójkącie?

Urszula Lajfert: Tak samo jak i Ty rozpoznaję typ „maminsynkowy”. Może czasami nieco szybciej niż inni, z racji wykonywanego zawodu. Zdarzyło mi się próbować poznać i zbliżyć do takowego kandydata na partnera. Niestety jego czas, uwaga i emocje były skierowane głównie w stronę mamy i jej coraz to nowszych lub ciągle powtarzających się dolegliwości zdrowotnych. Biedactwo musiał rezygnować z randek ze mną, gdyż Mamusia prawie za każdym razem przed naszym spotkaniem, potwornie źle się czuła. Ba! Nawet były to już niekiedy stany niemalże śmiertelne. Ale jak wiemy, tylko histeryczne i/lub manipulacyjne. Kiedy się zorientowałam w co i z kim „się bawię”, postanowiłam zabrać swoje „zabawki z tej piaskownicy”. Nie walczyłam.

Gdyż niestety dość często Maminsynkowie nie wiedzą nawet, w co są uwikłani. A jak wiedzą, to i tak nie potrafią się z takiej toksycznej więzi wydostać. Więc walka nie zawsze ma sens, co nie znaczy, że Mamusia zawsze musi wygrać😉.

Marcin Michał Wysocki: Ale w ogóle, po co walczyć…

Urszula Lajfert: I ja także podobnie jak i Ty, drogi Marcinie, uwielbiam facetów. Relacja z silnym, mającym swoje zdanie, nieapodyktycznym, ale wrażliwym, świadomym siebie mężczyzną jest nieoceniona. Zarówno w pracy zawodowej jak i w życiu prywatnym pięknie można uzupełniać się wzajemnie, wymieniać kompetencjami i rozwijać. A kobieta kwitnie przy „niemaminsynkowym” partnerze. Zatem życzę nam wszystkim takich mężczyzn wokół siebie😊.

Marcin Michał Wysocki Dziękuję Ci za rozmowę…

Dorota Sadowska: kobieta wielu talentów i profesji. Menedżer, właściciel, a przede wszystkim matka dwojga, dobrze ułożonych nastolatków. Miłośniczka ambitnej literatury i alternatywnej muzyki, która nie zawaha się dostać na koncert ulubionego zespołu na kraniec świata.

Lidia Nagiecka twórczyni jednego z pierwszych w Polsce wydawnictw książek audio www.qesagency.pl.Od niedawna również wydawca publikacji papierowych. Na co dzień zapracowana, matka dwóch synów. Jeden dorosły, a drugi wysoki😊. „Złota rączka”, miłośniczka podróży i wszelkiej aktywności sportowej.

Urszula Lajfert psycholog, certyfikowana psychoterapeutka i www.psychoprzemiana.pl. W ciagu kilkunastu lat pracy zawodowej, ukończyła taką liczbę studiów, kursów i szkoleń, że szkoda czasu na ich przytaczanie. Zdecydowanie woli Ulę od Urszuli😊. Od wielu lat związana prywatnie i osobiście z rozwojem wewnętrznym. Zainteresowana człowiekiem, jako całością.