Lifestyle

„Zrozumiałam, że chcę być sobą, bez tego ciągłego ważenia się i obsesji na punkcie rozmiaru. I w dupie mam, co ludzie nieżyczliwi o mnie myślą”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 sierpnia 2021
 

Dominika Gwit napisała: „Wiele z Was pyta mnie jak to jest , że się nie wstydzę wyjść np. w stroju kąpielowym i co ludzie powiedzą? Wiele z Was pyta mnie, jak to jest, że nie wstydzę się korzystać z wodnych atrakcji, jak np. kajaki czy inne rowerki. A ja powiem tak! W dupie to mam! Czerpię z życia pełnymi garściami! Komuś się może wydawać, że dodatkowe kilogramy są efektem obżarstwa. 90 procent z nas, kobiet plus size, doskonale wie, że to nie prawda. Choroby metaboliczne to zmora dzisiejszych czasów. (…) Ale oceniać jest łatwo.”. Po tym wpisie wybuchła prawdziwa burza w internecie.

Wiele moich grubszych koleżanek obawia się latem pokazać w kostiumie kąpielowym. Co byś im mogła powiedzieć?

– Co przyjdzie nam z tego, że zakryjemy się na plaży, albo będziemy w upale siedzieć w ubraniu? I tak przecież widać, że jesteśmy grube! Jesteśmy grube, bo jesteśmy ludźmi, a ludzie są różni. Ale każdy ma prawo korzystać z życia. Jak pójdziesz na plażę to, co? Podejdzie ktoś do ciebie? Ubliży ci? Czasem tak, ale nie zdarza się to jednak zbyt często. Ten ktoś musiałby być ostatnim chamem, żeby podejść i powiedzieć ci: „O, gruba świnio, ubierz się!”

Jak jesteśmy na plaży, to przecież widzimy innych grubych ludzi, bo świat nie składa się z samych idealnie zgrabnych młodych kobiet. Mało tego, przecież takie pływanie to jest aktywność fizyczna, pomoże ci w odzyskaniu zdrowia. Bądźmy aktywne, bo dzięki temu będziemy zdrowsze! Kobiety, zakładajmy stroje kąpielowy i korzystajmy z życia!

Na co dzień chodzisz w kolorowych, pięknych sukienkach! Jak się do nich przekonałaś?

Przez lata uczyłam się tego. Wiele kobiet ma dużo kompleksów i dlatego nigdy nie założą obcisłej sukienki, która podkreśli ich figurę, bo się będą źle czuły. Wolą założyć coś, co zakryje całe ciało. Ja na przykład dziś włożyłam zieloną sukienkę, która ma przepiękny, kwiatowy print i uwielbiam ją, bo ona odsłania… ramiona. Lubię zawsze coś pokazać: nogi, ramiona, dekolt. Dziś już nie wstydzę się niczego właściwie! Jestem, jaka jestem i już! Mam lustro i widzę siebie. Wkładam piękną sukienkę i idę.

Jak dochodziłaś do tego, by nie dręczyć się kompleksami?

Małymi kroczkami! Dziś mówię dziewczynom: jeżeli nie czujesz się komfortowo, żeby włożyć obcisłą sukienkę, to spróbuj odsłonić najpierw ramię albo nogę. Mowa ciała też ma duże znaczenie! Ja nie powiem nikomu, że uwolnienie się od kompleksów jest łatwym procesem. Trzeba przejść długą drogę, żeby zrozumieć, że to nie wygląd nas definiuje! Ja myślę dziś o sobie tak: czy będę nosić rozmiar M, czy XXL to zawsze przecież będę ja, wewnętrznie taka sama.

Każda z nas ma kompleksy. Czasem patrzę na piękne szczupłe kobiety i widzę, że są zakompleksione, garbią się i chowają całe swoje ciało pod ubraniami. Co człowiek, to inna historia.

Coś się zmieniło, gdy przestałaś się tak bardzo przejmować swoim rozmiarem?

Stałam się prawdziwie wolnym i szczęśliwym człowiekiem. Zdałam sobie sprawę z tego, że przecież rozmiar nic nie znaczy. Mam przyjaciółki, które nie są w stanie kupić sukienki z metką „L”, nawet jeśli znajdą w sklepie przepiękną kieckę. Nie kupią jej, bo w swojej głowie mają zakodowane, że przecież noszą „M”. Te dziewczyny nie biorą pod uwagę tego, że co sklep, to inna rozmiarówka i że wszystkie te numerki, cyferki i literki są tak naprawdę o kant tyłka rozbić. Nikt nie ma pojęcia, jaką metkę masz pod sukienką, a najważniejsze jest to, że świetnie w niej wyglądasz.

Trudno jest to wytłumaczyć, bo każdy człowiek ma inną historię, inne kompleksy i przeszłość, która nabudowała różne bariery. Dlatego każda z nas wie, że nie ma cudownego lekarstwa na kompleksy.

Gdzie się ubierasz?

Wiele dziewczyn plus size, pyta się mnie, co polecam. Dziś 90% mojej szafy to przede wszystkim w Cellbes (szwedzka marka). To są niedrogie, fajnej jakości ubrania i rozmiarówka jest od 34 do 62, więc naprawdę każda kobieta może coś tam znaleźć dla siebie. Zaglądam też na Zalando, lubię brytyjską markę ASOS, rzeczy stamtąd przychodzą w trzy dni. Ostatnio odkryłam też strony: Tono.pl, Karko.pl, Laversa.pl. Można tam ubrać się w dobrej cenie i modnie. Uważam, że każdy ma prawo, żeby wyglądać dobrze i kobieco, niezależnie od rozmiaru.

Dla mnie to wcale nie jest takie oczywiste, gdzie szukać tych ciuchów. Jak idę do sklepu, to rozmiarówka w popularnych sieciówkach zwykle kończy się na 42, góra 44.

Rzeczywiście, w sklepach stacjonarnych trudno dostać ubrania w większym rozmiarze. Ja nauczyłam się więc kupować przez internet i przestałam chodzić w ogóle do sklepów. Wiem, że są osoby, które muszą dotknąć i zobaczyć, jak naprawdę wygląda materiał, podszewka, krój i że dużo dziewczyn boi się kupować on-line. Moim zdaniem niepotrzebnie, bo przecież w każdym sklepie internetowym jest tabela rozmiarów. Jeżeli dobrze się pomierzysz, to trudno o pomyłkę. Poza tym dziś procedury zwrotu są proste. Jeśli marka nie ma osobnych działów „plus size”, wystarczy wstukać w wyszukiwarkę „curvy” i wtedy automatycznie wyskakują propozycje ubrań większych niż 42.

Wiele razy probowałaś schudnąć?

Miałam kilka prób restrykcyjnego odchudzania. Ale kiedyś przyszedł po prostu taki dzień, że przytyłam z powrotem 25 kilogramów i stanęłam wtedy przed lustrem i zdałam sobie sprawę z tego, że „jestem taka, jaka jestem”. Zrozumiałam, że chcę być sobą bez tego ciągłego ważenia się, mierzenia i obsesji na punkcie swojego rozmiaru. Pomyślałam: „Niezależnie od rozmiaru, to ja Dominika jestem swoją największą wartością i zacznę cieszyć się tym życiem”. Nie zaprzeczam, że trzeba dbać o siebie i o swoje zdrowie, robić regularne badania i wiedzieć, jak walczyć z chorobą i co nam faktycznie dolega.

Byłaś u dietetyka, u diabetologa?

Chodziłam po lekarzach latami i nikt mi nie umiał powiedzieć, co mi jest. Aż w końcu trafiłam na świetną lekarkę, która zbadała mnie holistycznie, zleciła szereg badań i okazało się, że mam agresywne choroby autoimmunologiczne, które mnie od środka niszczą i to co, się ze mną działo przez te wszystkie lata, jest wynikiem właśnie tych schorzeń.

Dlatego mam taki apel, że jak patrzymy na kogoś plus size, to pamiętajmy, że nie mamy pojęcia, kim on jest, co przeszedł i jak wygląda jego życie. Wiele osób nie wie, co to są choroby metaboliczne, autoimmunologiczne i autoagresywne. Bagatelizują i nie rozumieją mechanizmów, jakie zachodzą wtedy w organizmie.

Zauważyłaś, że u nas w kraju wszyscy są dietetykami? Niemal każda kobieta próbuje doradzać, co zrobić, by schudnąć.

My Polacy mamy tendencję do tego, by być specjalistami od wszystkiego.
Jeżeli ktoś ci mówi, jak masz żyć, to ty powiedz mu, że wiesz, co powinnaś, bo podejmujesz dla siebie najlepsze możliwe decyzje i radzisz się specjalistów, a nie ludzi, którzy nie mają o żywieniu i chorobach najmniejszego pojęcia. Ja żyję w zgodzie ze sobą, dbam o zdrowie i nikomu nic do tego. To jest moja prywatna sprawa i w dupie mam – i tak będę mówić, mimo że jest to wulgarne określenie. W dupie mam, co ludzie nieżyczliwi o mnie myślą.

Spotkało cię wiele hejterskich komentarzy?

Niektórzy wypisują o mnie od lat takie rzeczy, że nic już mnie nie zdziwi. Ale ja nie mam już zgody na to, żeby ludzie traktowali się nawzajem tak brutalnie. U mnie pod zdjęciami, które wrzucam na Instagram dziewczyny, zwierzają się, opisują swoje trudne historie z otyłością i nadwagą w komentarzach. A potem ktoś je obraża i miesza z błotem? Natychmiast kasuję te wpisy, bo nie ma na to mojej zgody!

Dlaczego niektórzy ludzie hejtują?

Łatwo jest napisać z perspektywy kanapy albo biurka jakąś inwektywę. Tylko czy hejterzy biorą pod uwagę to, że po drugiej stronie zawsze jest wrażliwy człowiek? Przestańcie robić przykrość! To jest karygodne! Skąd wiesz, może ta osoba ćwiczy z Chodakowską czy Lewandowską, odżywia się zdrowo i chudnie sobie powoli? Może jest chora? Może tylko w ten sposób potrafi sobie radzić z emocjami? Daj jej święty spokój!

Jakie dziewczyny do ciebie piszą?

Niedawno wstawiam na Instagram swoje zdjęcie w kajaku i napisałam, że cieszę się życiem. Wtedy dostałam dziesiątki wiadomości od dziewczyn plus size, że one mi tego zazdroszczą, bo one wstydzą się i nigdy nie wejdą do kajaka. Te kobiety piszą wiadomości przepełnione smutkiem, wstydem, frustracją i pragnieniem normalnego życia. A ja im mówię: „Kto wam zabrania żyć? Wy same. Wasze kompleksy. Zamykacie się na świat tylko dlatego, że obcy, nawet najbliżsi ludzie, wytykają palcami?”

Ale z drugiej strony ja rozumiem takie zachowanie. Tylko otyły otyłego zrozumie. My wiemy, że w pewnym momencie te dodatkowe kilogramy nie biorą się z obżarstwa. To już kwestia wspomnianych wyżej chorób metabolicznych. Naprawdę my wpadamy w błędne koło: trudno nam schudnąć, a bardzo łatwo przytyć.

fot. ttps://www.instagram.com/dominikagwit/


Lifestyle

„Wszyscy byli brzydcy, śmieszni albo wydawali mi się ułomni. Najgorsze, że wyglądali jak mój własny ojciec”. 7 błędów, jakie popełniamy na portalach randkowych

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 sierpnia 2021
fot. serpeblu/iStock
 

Przepytałam siedem moich koleżanek, które korzystały z portali randkowych. Oto ich wspomnienia, które pomogą ci unikać pomyłek. Przeczytaj, żeby nie dać się oszukać i nie tracić czasu. Teraz już będziesz wiedziała, dlaczego nie możesz się zakochać.

1. Biadolenie

Marianna: „Jak tylko wchodziłam na któryś z portali randkowych, widziałam tam nie mężczyzn, tylko „przypadki kliniczne do leczenia”. Wszyscy byli brzydcy, śmieszni albo wydawali mi się ułomni. Najgorsze, że wyglądali jak mój własny ojciec, choć metrykę wypisywali sobie identyczną z moją. Jak już mi się jakiś spodobał, to zaczynałam zastanawiać się, czy nie jest zbyt ładny dla mnie. Potem, jak coś mi już odpisał, zaczynałam rozważać, czy przypadkiem nie jest to typowy narcyz? Jednak najbardziej bolało mnie, gdy faceci pisali do mnie wprost, proponując seks i podając swoje wymiary intymne w centymetrach. No co za chamstwo i impertynencja!? Natychmiast łapałam telefon i opowiadałam o tym przyjaciółce. I tak w kółko”.

Na czym polegał błąd Marianny?

Dziś Marianna już wie, że niepotrzebnie traciła czas i energię na straszenie się i dywersję miłości. Zamiast skupić się na poszukiwanie fajnego faceta, patrzyła z przerażeniem na „to targowisko”, jakby każdym spojrzeniem próbowała siebie przekonać, że to poszukiwanie i tak nie ma sensu.

2. Pasywność

Krystyna: „Mnie konto na jednym z portali randkowych założyła przyjaciółka. Długo nie wstawiałam tam żadnego swojego zdjęcia. Wobec tego pisali do mnie tylko tacy bez zdjęć. A to ktoś wysłał emotikon „mrugnięcia oczkiem”, a to znowu „kwiatek”. Myślałam sobie tylko: „Po co mi facet bez inicjatywy? Nie jest w stanie napisać dwóch sensownych zdań, żeby się, że mną umówić?” I czekałam! Czekałam! Czekałam, aż w końcu pojawi się może ktoś cudowny, kto mnie cudem wybawi od samotności.

Na czym polegał błąd Krystyny?

Zamiast działać i szukać mężczyzny, liczyła jak mała dziewczynka, że w końcu pod jej wieżę przyjedzie na białym rumaku piękny i mądry książę, który jakimś cudem będzie znał atuty jej wyglądu (nie publikowała zdjęcia) oraz atuty jej serca (wpisała na portalu byle jakie informacje o sobie). W dodatku Krystyna liczyła na to, że ten boski mężczyzna będzie walił w drzwi kołatką z całych sił. Bo przecież nie zamierzała mu od razu otworzyć.

3. Zwlekanie

Jagoda: „Kiedyś pisałam z jednym facetem przez cztery miesiące. Był czuły, co wieczór pytał, jak minął mi dzień. Kiedy moje pieski zachorowały i codziennie musiałam jeździć z nimi do weterynarza, on wydawał się tym problemem szczerze zainteresowany. Czułam, że w końcu mam kogoś, komu na nie zależy. Zwlekaliśmy jednak ze spotkaniem, ponieważ on mieszkał w Madrycie. Po czterech miesiącach jednak udało mi się kupić bilet i poleciałam. I teraz… okazało się, że facet nie był w stanie dotrzeć na randkę przez trzy godziny. Czekałam w pubie, a on próbował wszystko przełożyć na kolejny dzień. Ale ja się uparłam. I dobrze, bo okazało się, że przyszedł pijany. Nie miał z przodu zęba i po godzinie próbował zaciągnąć mnie do łóżka. Zupełnie inaczej sobie wyobrażałam tego faceta”

Na czym polegał błąd Jagody?

Jagoda dziś już nie zwleka i nie traci swojego czasu na piękne słówka w internecie. Wie, że wiele osób woli prowadzić długie rozmowy on-line, ponieważ nie potrafi nawiązać prawdziwej więzi w realnym świecie. Twierdzi, że w opisach prawie każdy mężczyzna ma zaznaczone, że jest: wysoki, wysportowany oraz ma niepowtarzalną osobowość. A w realu… to już same wiecie!

4. Nadwrażliwość

Iwona: „Kiedy mi nagle jakiś facet z portalu przestawał odpisywać, zamęczałam siebie, że może zrobiłam coś nie tak. Kiedy przyszedł na randkę nieogolony, w rozciągniętej i poplamionej bluzie, pomyślałam, że to przez przypadek. Kiedy dałam swój numer telefonu kolesiowi, który potem zadręczał mnie po nocy esemesami (były w nich jego strasznie głupie wiersze), pomyślałam, że jestem idiotką. A kiedy facet nie zapłacił za pierwsze piwo, zadręczałam się, że jestem za brzydka i za gruba na randki.”

Na czym polegał błąd Iwony?

Iwona twierdzi, że kiedy poznała swojego obecnego narzeczonego, wszelkie „zmory” zniknęły. To nie z nią było „coś nie tak”, tylko z tymi facetami, z którymi wiązała nadzieję. Dziś uważa, że niepotrzebnie siebie tak zadręczała. Jakiś facet nie odpisuje? Dziś pomyślałaby, że to jego strata!

5. Wyrozumiałość

Dominika: „Moja koleżanka opowiadała mi randkach, które wyglądały tak, że umawiała się na placu w centrum miasta i prosiła gościa, by miał w ręku czerwoną różę. Kiedy przejeżdżała obok niego autobusem, miała chwilę, by mu się przyjrzeć. Jeśli jej się nie podobał, to nawet nie wysiadała z autobusu. Kiedy usłyszałam tę historię, byłam w szoku. Jak można tak traktować ludzi? Przecież ten „człowiek z wąsem” czy „w idiotycznym kaszkiecie” mógł mieć cudowną duszę. Po latach randkowania przez internet niestety zmieniłam zdanie. Sama dawałam gościom szanse na drugie i trzecie spotkanie, choć czułam, że to kompletna pomyłka. Korespondowałam z facetami, którzy mnie nie kręcili, tylko dlatego, że było mi ich żal. Gdy poznałam jednak mojego obecnego partnera, zaiskrzyło natychmiast”.

Na czym polegał błąd Dominiki?

Dziś Dominika już wie, że dawanie n-tej szansy i umawianie się na siłę, nie ma kompletnie racji bytu. To tak, jakbyś zaprzeczała swojej intuicji. A przecież każda kobieta podświadomie potrafi rozpoznać, czy konkretny człowiek jej pasuje. Być może jednak z powodu niskiego poczucia wartości, myśli sobie, że już nikogo lepszego nie spotka i warto jednak dać szanse. Najczęściej jednak nasza intuicja dobrze nam podszeptuje. To jej warto dać szanse! Należy ufać sobie.

6. Naiwność

Marta: „Kiedyś na wstępie nie wypytywałam gości o dzieci, żony i szczegóły dotyczące przeszłości. Wychodziłam z założenia, że ludzie nie kłamią. Bo po co? Tym oto sposobem nieświadomie dwa razy weszłam w krótkie romanse z żonatymi facetami. Teraz już wiem, że na samym początku trzeba o wszystko wypytać Jednym z moich pierwszych pytań jest więc: „Czy jesteś z kimś w związku?”. I uwaga, nie pytam się: „Czy masz żonę?”, tylko: „Czy z kimś się spotykasz?” Kiedyś na takie pytanie facet mi odpisał: „Jestem półsinglem”. Ja na to: „A co to znaczy?” On: „Że mam laskę, ale z nią nie mieszkam”. (śmiech). Skreśliłam go od razu!”

Na czym polegał błąd Marty?

Niestety naiwnością, jest wiara, że ludzie nie kłamią. Kłamią! Dlatego nie ma sensu się krygować. Warto zabezpieczyć się i zadać kilka kluczowych pytań i oczywiście nie „łykać odpowiedzi jak młody pelikan”. Mówisz, że nie wypada tak od razy prosto z mostu pytać, czy ktoś ma dzieci, żonę, pracę? Cóż, wypada! Takie teraz są czasy.

7. Nie ten portal

Klaudia: „Szukałam miłości, a siedziałam na Tinderze. Niby to oczywiste, że ludzie szukają tam głównie seksu, ale ja liczyłam, że jednak znajdę coś więcej. Dopiero jak zapłaciłam pieniądze i zapisałam się na eDarling i na Sympatię, zaczęłam poznawać fajniejszych facetów, którzy podobnie jak ja liczyli na związek.”

Na czym polegał błąd Klaudii?

Oczywiście, że wiele fantastycznych par poznało się na Tinderze. Jednak z doświadczenia moich przyjaciółek wynika, że na portalach, gdzie trzeba zapłacić minimalną kwotę, łatwiej znaleźć mężczyzn, którzy szukają poważniejszych relacji.


Lifestyle

W końcu daję sobie sama prawo, które było mi odebrane na 20 lat, do bycia czasami nierozsądną, lekkomyślną, podejmującą błędne decyzje

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 sierpnia 2021
fot. Iryna Novosyolova/iStock

Nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę. Myśląc o tym kilkakrotnie wydawało mi się, że nie zdołam tego „przerobić”. Dwadzieścia wspólnych lat i nastoletnia córka – to powody dla których opisanie tego fragmentu swojego życia jest najtrudniejsze. Obecnie jestem półtora roku po rozwodzie, dwa i pół roku po rozstaniu z osobą, której zachowanie jak toksyna powoli zatruwało mój organizm.

Najbardziej smutne, że nie pamiętam ani jednej dobrej wspólnej chwili. Za dużo było płaczu i przykrości.

Nigdy nie czułam się tą jedyną i wyjątkową.

Nigdy nie był wsparciem ani tarczą na moje emocje. Różniliśmy się wrażliwością i inteligencją emocjonalną.

Nie dbał o moje dobre samopoczucie. Potrafił przy obcych, znajomych, współpracownikach, rodzinie, pokazać mnie w złym świetle, robić sobie żarty z mojej osoby – nawet mimo próśb nie przestawał – bo to przecież było takie zabawne!

Żyłam z osobą, dla której samopoczucie obcych i bycie miłym dla obcych było ważniejsze niż dbałość o najbliższych. Niestety nie była to osoba, która zrobiłaby wszystko, aby tylko nie urazić najbliższych. Wręcz przeciwnie, przez wszystkie wspólne lata odnosiłam wrażenie, że robił wszystko, abym poczuła się fatalnie.

Za rozpad małżeństwa obwinił mnie całkowicie. Dlatego, że to ja zamknęłam się w sobie. Że to ja stworzyłam sobie inny, ładniejszy świat, który trwał równolegle. Dlatego, że to ja poświęciłam wszystkie oszczędności na ładne ubrania, dodatki, meble, itp.
Dużo pracy za mną, sporo jeszcze do przepracowania przede mną.

Czasem myślę o nim jak o „rzepie”, który wczepił się w sweter, a po usunięciu większości pozostały jeszcze resztki. Ja tak właśnie jeszcze usuwam… żal, złość, nienawiść. Nie chcę, aby kolejne toksyny zatruwały mnie od środka.

Nie jestem idealna, nie byłam i nigdy nie będę. Ale w końcu daję sobie sama prawo, które było mi odebrane na 20 lat, do bycia czasami nierozsądną, lekkomyślną, podejmującą błędne decyzje i ponoszącą ich konsekwencje. Daję sobie prawo do gorszych dni, do odpoczynku, do lenistwa, do złego humoru. Daję sobie prawo po prostu do bycia sobą w 100%. Zaczynam życie od początku. Sama, z córką. Zaczynam znowu marzyć, planować, śmiać się, oddychać pełną piersią.

Jedno jest pewne, córka dorośnie, a ja wyczyszczę zupełnie głowę i telefon z kontaktów z tą osobą. 20 wspólnych lat przyniosło wiele szkód, były to bardzo destrukcyjne lata. Wiem, że wszystko co najlepsze dopiero przede mną.

 

 


Zobacz także

Znamy najlepsze książki dziecięce konkursu „Przecinek i Kropka”!

Mama nauczyła mnie, że zawsze warto być sobą. „O matko i córko” – mama i córka o wspólnej pasji

trzecie Royal Baby

Witamy trzecie Royal Baby! Księżna Kate urodziła syna!