Lifestyle

„Te baby to wstydu nie mają. Takie grube i się zdjęciami jeszcze z wakacji chwalą. Chyba lustra im w domu brak”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
17 sierpnia 2017
Fot. iStock/Eloi_Omella
 

„Patrz, jaka gruba”, „Te baby to wstydu nie mają”, „Jakbym tak wyglądała, to bym z domu nie wychodziła”, „I jeszcze wpie*dala te gofry z bitą śmietaną, fuj”.

Wakacje to idealny czas na obserwację naszego cudownego społeczeństwa, gdzie większość sobie nawzajem wilkiem, a gdyby tak jeszcze mogło dodatkową szpilkę wkłuć, byłoby wręcz fantastycznie. I od razu uprzedzam – generalizuję, ale szczerze mówiąc ręce i cycki mi opadają, jak słyszę tego rodzaju komentarze. Leżą dwie takie na plaży, z du*ami najczęściej gołymi, bo nie wiedzieć czemu sobie majtki wkładają do tyłka – jakby sobie stroju ze stringami kupić nie mogły. I komentują – a ta gruba, a ta ma cellulit, a ta blada jak świnia, po co na plażę w ogóle chodzi. Tamta strój ma jakiś dziwny, a jeszcze inna mogłaby się zakryć, bo cielskiem tylko straszy.

Trudno własnym uszom uwierzyć! Bo ja się pytam: w czym kobiety innym kobietom przeszkadzają? Że otyłością? Rozmiarem 44 czy 46, a pal sześć jak nawet 50 noszą? A może żal im te odkryte tyłki ściska, że one wiecznie na diecie, na gofry tylko patrzą przełykając głośno ślinkę i tłumaczą sobie, że to niedobre, fuj i w cycki na pewno nie idzie.

A jak już któraś w rozmiarze XL bądź XXL na horyzoncie się pokaże to hejtuj dusza, piekła nie ma. No nijak tego nie jestem w stanie zrozumieć. Moja mama zawsze powtarzała, że chude to wredne, a grube zawsze wesołe. I pewnie dużo w tym prawdy (znam mnóstwo wyjątków wśród tych chudych!), choć można to uznać za stereotyp, jednak coś w tym jest. W końcu czy znacie taką sytuację, kiedy to szczupła dziewczyna wrzuca swoje zdjęcie w stroju kąpielowym, a kobiety w rozmiarze XXL zaczynają ją hejtować? Pisać, że jak ona może tak się pokazywać, jak wygląda, że wstydu nie ma taka roznegliżowana. Pomijając wpadkę Magdy Gessler z Anja Rubik nie przypominam sobie takich akcji.

Ale niech tylko ta wychodząca poza wagową średnią odważy się pokazać na plaży? O kochane, przyznajmy same – docinkom, wrednym komentarzom i dołującym opiniom nie ma końca! A co najgorsze, jeszcze nikt tego w twarz nie powie, tylko gada za plecami: „Ty widziałaś, jak ta się roztyła? No przecież zdjęcie na Fejsie ma”, „Ta Anka to lustra w domu chyba nie ma, może ktoś jej powie, żeby publicznie się nie pokazywała”. Kto odważniejszy to anonimowo skomentuje to, co widzi, a co nie wiedzieć czemu tak bardzo go drażni.

Bo mnie osobiście to wku*wia. Komentowanie tego, kto jak wygląda. I to w dwie strony. Mam koleżankę, która do szczupłych nie należy, a która zawsze musi rzucić po imprezie: „Widziałaś, a ta znowu na diecie, nic nie je, sztywniara, jak można być całe życie na diecie”. Nożesz to jej sprawa przecież. Skoro żal ci, że ona na diecie i szczuplejsza, sama też idź, nikt cię palcem wytykać nie będzie.

I odwrotnie. Jak jakaś utyta przyjdzie, to już komentarze za plecami idą: że „jak mogła do tego dopuścić”, „a widziałaś, ile ona zjadła?”.

A weźmy się raz na zawsze opierdzielmy od innych i dla odmiany przyjrzyjmy się sobie. Która ma odwagę stanąć nago przed lustrem i spojrzeć na siebie bezkrytycznie? Wiecie, ja zawsze podziwiam te dziewczyny w krótkich szortach, w obcisłych spodniach i bluzkach, które bez kompleksów pokazują swoje fałdki, czasami też fałdy. Podziwiam je za odwagę, za akceptację własnego ciała. Uważam to za ogromną dojrzałość – takie branie siebie jaką jestem. I nie przejmowanie się tym, co inni gadać będą. Bo co to zmieni? Kompletnie nic – nam ulży, że nabruździliśmy jakieś nieznajomej kobiecie za plecami sami poprawiając sobie humor, a ona? Ma to w dupie i nie od naszego gadania ten tyłek ma większy od tego, do którego przyzwyczajają nas media. A raczej ten tyłek, to jej budowa, może problem z hormonami, może chora. A może po prostu lubi jeść. I dopóki jest zdrowa – smacznego!

To nie moja sprawa. Ani twoja, ani nikogo innego, jaki rozmiar kto nosi i w jakiej majtki się wciska. Chyba, że tak jak paniom z rzeczonej plaży tyłek ściska, że one nad swoją sylwetką pracują cały rok, żeby latem na plaży się pokazać i nadal leżą same, a ta z cyckami, tyłkiem i cellulitem na udach fajnego ma męża, co to z dziećmi buduje zamek z piasku.


Lifestyle

Poszłam do sklepu, wydałam 150 złotych i ja się pytam: na co, do cholery?!?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
23 sierpnia 2017
Fot. iStock/sergeyryzhov
 

Znacie to, prawda? Siedzisz sobie rano, zastanawiasz się, co na obiad, co dzieci by zjadły, czego w lodówce brakuje, bo tam już niemal same światło. Lodówka wyczyszczona do granic możliwości, więc czas ruszyć tyłek po jakieś zakupy, choć gdzieś w głowie tli się mgliste wspomnienie zakupów sprzed… dwóch dni.

Nie, to przecież niemożliwe, że dwa dni temu byłam na zakupach. Przecież wędlinę, ser kupiłam. Kilka pomidorów i ogórków, sałaty kawałek. No tak sałata jeszcze w lodówce leży, ale po jogurtach, serkach ani widu ani słychu.

Dobra, nie ma co załamywać rąk, trzeba na zakupy jechać. No więc biorę moją ulubioną siatkę w paski, dość sporą, dużo pomieści. Zwijam z półki portfel i pełna werwy, z listą w głowie, jadę.

Przez chwilę się zastanawiam, czy brać duży koszyk, czy mały, ale przecież nie planuję jakiś wielkich zakupów, więc ten mniejszy zdecydowanie wystarczy. Swoją drogą zauważyliście, że już prawie nie ma koszyków „do ręki”? Teraz tylko te na kółkach, do ciągnięcia. A jak wiadomo – jeśli nie wiesz, ile dźwigasz, to też nie wiesz, ile kupiłaś. Proste. Idealny chwyt marketingowy i zachęcający nieświadomych konsumentów do zakupów. W końcu ile razy rezygnowałam z kolejnego kartonu soku, słoika musztardy o nowym smaku tylko dlatego, że było już mi ciężko z koszykiem w ręce. A teraz? Sobie ciągnę i ciężaru nie czuję, więc dokładać mogę, do momentu aż się wysypywać produkty nie zaczną.

No więc wpadam do sklepu. Hmm, na obiad może gulasz, chłopaki dawno nie jedli. A kochają kaszę. Dobra, to kasza. O jaka fajna, nowa z soczewicą… A jak im nie posmakuje, to wezmę jeszcze gryczaną, a jaglana się już kończy, to właściwie też. Przecież kasza niedroga. Nie lubię za długo być w sklepie, więc szybko przemykam między półkami. Kawa, bo się kończy (uf na szczęście w promocji), kawałek sera, jogurty – jest promocja za 0,89 zł. Cena masła nadal przyprawia mnie o zawrót głowy, jak to możliwe, że jeszcze przed urlopem płaciłam za masło 7 złotych, a teraz to samo kosztuje 15?? Dobra, przełknę bardziej cenę, niż coś masłopodobnego do smarowania. Jakiś owoc, sezon na winogrona uważam za rozpoczęty patrząc na ceny! Woda w domu jest, mleko też. To jeszcze wędlina, mięso na obiad, może coś od razu na jutro. Do zupy? Zerkam na wszystkie dodatki marketowe – nowe garnki, klapki, książki, może ten dywanik do łazienki? Niee, po co mi to, przecież kupuję rozsądnie, niczego poza tym, co jest niezbędne.

I już stoję w kolejce do kasy, wykładając na taśmę wszystko, co zdążyłam zebrać. Uśmiecham się do pani w kasie wymieniając uprzejmości i zdanie na temat pogody. Uśmiech znika jednak z mojej twarzy, gdy słyszę: „150 złotych poproszę”. Że co? Jakie 150 złotych? Jakim cudem? Nie będę robić afery, myślę, ale pakuję do torby z zakupami też paragon. Sprawdzę w aucie, jak coś to wrócę. Szybki rzut oka na słupek w końcu niewielu produktów i kurde, no wszystko się niby zgadza. Dobra, nie ma co się łamać, w domu zobaczę.

Tyle tylko, że w domu wypakowuję zakupy, rozkładam i nijak tych 150 złotych nie widzę! Masło, dwa opakowania kaszy, winogrona, mięso, kilka jogurtów (w końcu w promocji), kawa (też w promocji). Nożesz pomyłki na paragonie dostrzec nie mogę, ale zakupów na miarę 150 złotych szczerze też nie widzę!

I przecież to nie były jakieś wielkie zakupy. Nie mówię o wodzie, mleku, płatkach (kuźwa też się kończą), oleju. W końcu to tylko jedzenie. Co z papierem toaletowym, który u nas chyba jest zjadany i co najmniej dychę tygodniowo wydać na niego muszę. Płyn do mycia naczyń? Przestałam się łudzić, że te tańsze są lepsze, tu wolę te dwa zeta więcej zapłacić, ale wiem, że kilka dni dłużej jednak wytrzyma.

Żebym jeszcze wino kupiła, wódkę. Choć patrząc na te zakupy i wyrwę na koncie, żałuję, że tego nie zrobiłam.

Wpada moja mama. „A co ty taka wkurzona” – pyta. No jak mam nie być wku*wiona, jak właśnie wydałam 150 złotych i nie mam pojęcia na co! I to nie wynika z mojej ignorancji. Że niby nie wiem, co ile kosztuje. Po prostu niezmiennie zadziwia mnie wyjście do sklepu, zostawienie stówki, gdy drugą muszę wydać maksymalnie za dwa dni!

Po raz kolejny obiecuję sobie przemyślane wydatki, robienie list, planowanie obiadów na cały tydzień. Ale co, jak mi akurat zabraknie mąki czy cukru, bo myślałam, że jednak jest więcej niż jedna szklanka? A co, gdy moje dzieciaki wpadną na pomysł robienia naleśników na kolację?

Matko, załamać się idzie z tymi cholernymi zakupami. Podziwiam wszystkich, którzy potrafią zapanować nad takimi wydatkami. Znam takich, co robią jedne duże zakupy w tygodniu. Ja właściwie też robię, ale bywa, że czegoś brakuje, że ktoś ma akurat większy apetyt. Znam takich, co kupują mało, ale często. Może to też pomysł, ale ja czasu nie ma na łażenie po sklepach.

Chociaż się nauczyłam, żeby głodnej do sklepu nie wchodzić, żeby nie dawać się nabrać na promocje, zwłaszcza trzy za cenę dwóch, bo na ch*j mi trzy keczupy? Na raz ich nie zjemy. I żeby wiedzieć, czego chcę, ale i tak okazuje się, że w sklepie chcę jednak więcej niż nim do niego weszłam.

Staram się kupować rozsądnie. Ale jak ze 150 złotych zrobić zakupy, które starczą na dłużej niż na półtora dnia? Zwłaszcza, gdy staram się dbać o to, żebyśmy nie jedli śmieci… Eh… najlepiej na wieś się wynieść, ogródek mieć, krowę, świnkę i… maszynkę do robienia pieniędzy. To się wygadałam, tfu – wypisałam, wierząc, że nie jestem w tym moim przemyśleniu osamotniona…


Lifestyle

„O właśnie, bo faceci chcą, żeby im było wygodnie, dlatego się żenią”. Kurczę, coś w tym jest…

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 sierpnia 2017
Fot. iStock/teksomolika

Świat oszalał, nie uważacie? Stoję dzisiaj w warzywniaku, kolejka jak po zbóju, więc z ciekawością przyglądam się ludziom. Spoglądam na bób z nieukrywaną i głośno przełykaną ślinką. I nagle słyszę. „Karol, no chodź, no zobacz, jaka kolejka, no gdzie ty jesteś”. Za mną staje blondynka ze słusznym biustem ledwo zamkniętym w obcisłej sukience. Za nią pojawia się Karol. W sumie jej wzrostu, ale jakiś taki drobniejszy i mniejszy od niej. Kiedy próbuje coś powiedzieć, ona już rozdaje mu zadania: „Weź, podejdź, zobacz te ziemniaki, jak one wyglądają? Aha i te pomidory, twarde są? Proszę pani czy mąż może posmakować winogrona, czy słodkie. Tak, dziękuję. Karol, posmakuj, proszę”.

Stoję lekko wryta w podłogę, bojąc się, że zaraz częścią biustu zostanę potrącona, jak się w kolejce nie przesunę. Karol ziemniaki sprawdził, pomidory pomacał i kiwnął głową, że winogrona okej, przynajmniej tak to wyglądało. Jako, że cenię warzywniak za szybką obsługę, bo zawsze co najmniej dwie panie uwijają się między pietruszkami, śliwkami a ziemniakami, wypadło, że byłam świadkiem dalszych zakupów Karola i jego małżonki (oczywiście, że zerknęłam, czy na palcu ma obrączkę).

„Trzy kilo ziemniaków. Karol weź proszę, wybierz. Kilogram pomidorów – Karol” i Karol już z siateczką jędrnych pomidorów wyciąga rękę do pani ekspedientki. „Winogrona, a śliwki bez robaków?”. Nikt nie zauważył, że ja – z „moją” panią, u której kupowałam – zamarłyśmy obserwując całe zdarzenie. Karol nie mówiąc ani słowa podawał wszystko, czego biuściasta blondynka sobie zażyczyła, a na końcu powiedziała „dziękuję” i wyszła… Karol zapłacił, wziął wszystkie zakupy, uśmiechnął się dziękując i życząc miłego dnia, i poleciał do samochodu, pod którym żona na niego czekała.

Długo nie mogłyśmy wyjść w szoku. „Świat oszalał” – powiedziałam na rozładowanie atmosfery, a wtedy usłyszałam, że one – panie ze sklepu, są częstymi świadkami takich zdarzeń.

To panowie nie mają nic do powiedzenia, panie wchodzą z gotową listą w głowie, oni biegają, podają, niosą za nimi zakupy. No i fajnie, że noszą, że są pomocni, ale w całej widzianej przeze mnie sytuacji nie było nic z męskiego rycerstwa. Było to raczej żenujące przedstawienie, którego stałam się mimowolnym świadkiem.

Opowiadam sytuację koleżance, która mówi: „A co się dziwisz. Faceci, jak już się żenią, oddają wszystko w ręce kobiety. Od czego tylko mogą umywają ręce, a ty się dziwisz, że później taka biuściasta blondynka traktuje go z góry, sam jest sobie winien”. Kurde, a mi to go trochę jednak żal było, ale patrząc trzeźwym okiem – fakt, a może jemu tak wygodnie.

„O właśnie, bo faceci chcą, żeby im było wygodnie, dlatego się żenią” – podłapała znajoma. Rozłożyłyśmy temat na części pierwsze:

Żenią się i nie muszą prać, sprzątać

Fakt, dopóki żyją w kawalerskim stanie, trochę się muszą nagimnastykować, żeby czyste gacie i skarpetki mieć i kubek do kawy umyty. A my, kobiety, zwłaszcza w pierwszej fazie związku, chcemy takiemu facetowi nieba przychylić, chcemy by poczuł, że w jego życiu nasza obecność jest niezbędna, że życie z nami jest lepsze, czystsze, bardziej poukładane. Więc jak te durne – robimy pranie, sprzątamy, na początku nawet nie przeszkadza nam nieopuszczona deska w kiblu. Oczywiście, że wszystko zmienia się z czasem, gdy dostajemy wku*wu od ciągłego usługiwania, a on, zdziwiony nagle, nie wie, o co nam chodzi. Wyjścia są dwa – albo związek wejdzie na wyższy poziom i w końcu zacznie być partnerskim, kiedy ona porzuci plany bycia służącą i sprzątaczką i zrozumie, że miłość nie na tym polega, podobnie jak on. Wyjście drugie – on się obrazi i poszuka takiej, co to dalej sprzątać mu będzie. A jak ta strzeli focha, zmieni na kolejną.

Żenią się i zawsze ciepłą zupę pod nosem mają

Pamiętacie swój pierwszy obiad dla niego ugotowany? Z dwóch dań, z deserem i pewnie jeszcze seksem na dokładkę. A on, jeśli dojrzał do tego, by od mamy się wyprowadzić wygłodzony na hamburgerach, jajecznicach i parówkach na zimno. Jak mu się taki kulinarny skarb trafia… W końcu przez żołądek do serca – nie bez powodu już babcie nam do głowy wpajają. Więc jemu jest wygodnie – pyszne jedzenie pod nos, lodówka pełna, kanapki do pracy zrobione, czasami nawet jakaś sałateczka. Może wykazać się po czasie refleksem i zorientować się, że on też przyjemność żonie zrobić może gotowaniem. O jeny i wtedy to nam robi dobrze… Ale znam też takich, którzy na hasło: „Słuchaj, tu jest chleb, tam lodówka, jak będziesz głodny, to zrób coś sobie” mówią: „Ale ja nie umiem”, bo zawsze im żona wszystko robi… Ot i wygoda.

Żeni się i zrzuca odpowiedzialność finansową

Nie, żeby zarabiał mniej albo wcale. Chodzi o to, że nie interesują go za bardzo rachunki, kredyty i inne tego typu codzienne plugastwa. On ma od tego żonę, która stanie na głowie, a rachunki popłaci, o ubezpieczeniu auta pamięta, wie, gdzie zadzwonić, jak sąsiad z góry was zaleje. Słowem, ona wie wszystko, a on daje jej tyle pieniędzy, ile potrzeba do spokojnego funkcjonowania i braku potrzeby wysłuchiwania, że mógłby zarabiać więcej. A że on coś tam sobie na koncie zostawia, to cicho-sza. Dopóki ona nic nie wie, awantury nie będzie. W końcu jak często żony dowiadują się, ile kasy na koncie tak naprawdę ma ich mąż?

Żeni się i ma kogoś, kto wszystko załatwi

Zrobi zakupy, a jak nie, to chociaż listę przygotuje tego, co w domu potrzebne. Dzieci pozapisuje na zajęcia, plan lekcji ma wykuty na pamięć, daty urodzin i imienin wszystkich, o których powinno się pamiętać też zna i wyrecytuje obudzona w środku nocy. To taki mobilny dysk, którego nawet nie trzeba nosić w kieszeni i ustawiać przypominajki, bo ona sam przypomni, co dzisiaj trzeba zrobić, kogo skąd odebrać i gdzie zadzwonić z życzeniami. Nawet do fryzjera umówi i koszulę bez przymierzania dobrą kupi.

I wiecie, to wszystko my robimy – my durne baby, które nieba chcą przychylić swojemu misiowi-pysiowi. A ten później patrzy na nas wilkiem, kiedy niczym czołg wjeżdżamy na jego pole wygody niszcząc wszystko, do czego my same go przyzwyczaiłyśmy! Że pieska wyprowadzimy, zupkę ugotujemy, dziećmi się zajmiemy i wakacje zorganizujemy. I jak to? Nagle z tym koniec, nagle szlaban na wygodne życie, w końcu on o to nie prosił, samo przyszło. Więc czemu jest nagle wszystkiemu winien…

Eh. Życie to jednak przewrotne jest.