Lifestyle

Dlaczego obrażamy się publicznie? Magda Gessler pokazała, jak my – kobiety, potrafimy traktować siebie nawzajem

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 lipca 2017
Kolaż: Screen z Instagrama / magdagessler_official / anja_rubik
 

Ja wiem, że wiele można powiedzieć, że można mieć różne poglądy na wiele mniej lub bardziej ciekawych tematów. Ale na miłość boską – czemu miał służyć komentarz Magdy Gessler w stosunku do Anji Rubik? I po co w ogóle publicznie taki komentarz dotyczącego tego, jak Anja wygląda, pomijając, że nawiązanie do Oświęcimia  – jak to wszyscy ładnie piszą – było co najmniej niesmaczne… Niesmaczne, to zdecydowanie za mało powiedziane.

Jakiś czas temu dyskutowałam o tym, czy Magda Gessler zasługuje na miano ikony. Usłyszałam wtedy, że z całą pewnością, chociażby dlatego, że ikonie – choćby nie wiadomo, jak zwariowana była i czego by nie mówiła – wszystko się wybacza. I tak, jak Magda Gessler gafami sypnąć potrafi, czasami nawet jak z rękawa, tak bardzo przepraszam, ale tego przełknąć nie jestem w stanie. Mogłam najeżyć się, gdy pani Magda mówiła o feminizmie umniejszając tym samym całą pracę, jaką na rzecz praw kobiet przez dziesiątki lat wykonały feministki. Ale wystawianie zdjęcia ANji Rubik i publiczny – jakby niektórzy chcieli myśleć – niefortunny komentarz, to dla mnie zdecydowanie za dużo. I nie chodzi mi wcale o dyskusję o tym, czy Anja wygląda dobrze, czy źle, czy też Magda Gessler powinna najpierw przyjrzeć się sobie. Każda z nich ma swoje życie, zarówno prywatne jak i zawodowe, obie są na kompletnie dwóch różnych biegunach, więc dyskusja na temat tego na co, kto i jak powinien zwracać uwagę, jest kompletnie pozbawiona sensu.

Mnie osobiście w całej tej sytuacji dotknęło zupełnie coś innego. Tyle się mówi się o tym, że kobieta kobietę wspierać powinna. Że, kurde, no my powinniśmy trzymać się razem, co oczywiście nie zawsze dzieje się poza życie publicznym, ale nożesz publicznie krytykować się nawzajem? O czym to świadczy, jak znowu dzieli? Jasne, każdy z nas może sobie myśleć, co chce zarówno na temat jednej jak i drugiej pani, ale gdy jedna zabiera głos w tak niewybredny sposób, oczywiście szybko usuwając komentarz i zdjęcie, bo pewnie ktoś szepnął na ucho: „ej, przegięłaś, ratuj się kto może”, to dla mnie coś jest bardzo nie tak.

Przyszłoby wam kiedyś do głowy na drzwiach sklepu, w którym pracuje otyła kobieta, powiesić kartkę: „Nie wchodzić, ta pani powinna schudnąć?” albo na swojej facebookowej ścianie napisać „Magdalena Kowalska nosi tak obciachową sukienkę, że ogarnia mnie pusty śmiech, gdy ją widzę”? No kurde, chcę wierzyć, że żadna z nas mając jakieś zwykłe ludzkie odruchy i trochę empatii dla drugiego człowieka, nie byłby tak wielkim ignorantem głośno krytykując drugą kobietę i rozliczając ją w ten sposób z czegoś, na co nie ma wpływu, a co ludzkości nie zagraża jakąś wielką zagładą.

Ja wiem, że kobiety bywają różne i że to utopia mówić o tym, że się wspieramy, kochamy i sobie nawzajem pomagamy. Solidarność jajników to wyświechtany frazes i właściwie pasuje do nas tylko wtedy, gdy jednoczymy się mając wspólnego wroga. Jeśli robimy to dla dobra ogółu – świetnie, gorzej, gdy wspólnym wrogiem jest inna kobieta. Bo to wówczas jest zwyczajnie smutne, kur*ewskie i niesprawiedliwe.

Znam wiele kobiet, niestety też tych zawistnych i złośliwych, które wręcz organiczną przyjemność czerpią we wsadzaniu szpilek drugiej kobiecie. Nie ma co ukrywać, że część z nas uwielbia plotkować, kocha oczerniać inne, byleby tylko samej dobrze wypaść lub choćby na chwilę zagłuszyć własne kompleksy i lęki. Kiedyś mnie to wku*wiało, później było mi przykro i smutno, gdy docierało do mnie, że ten schemat wśród mądrych i fajnych kobiet, które znam, nadal działa. Aż w końcu stwierdziłam: ale czym się przejmować, skoro i tak na to wpływu nie mam. Mogę się odciąć, powiedzieć: „nie chcę w tym uczestniczyć” i nie wpisywać się w: „jak jej dokopię, to sama poczuję się lepiej (a czasami siebie wybielę)”. Jak świat światem, kobiety odbijały sobie mężów, zdradzały przyjaciółki z ich partnerami, obgadywały się nawzajem z innymi przyjaciółkami, które zapewniały: „no co ty, ja z Kryśką o tobie nigdy, ja jej nawet nie lubię”, obrażały się na siebie, strzelały fochy i rzucały epitetami, których może dobrze, że druga strona nigdy nie usłyszała.

I nie ma co walczyć z wiatrakami. Bo co to da. Lepiej znaleźć te kobiety, które nie są sobie wilkami i nawet gdy mają coś krytycznego do powiedzenia, to walą między oczy, a nie szeptają po kątach, jaka ta Anka jest jebnięta, że tego męża nie zostawi albo pracy nie zmieni. Po co to, dla kogo?

A gdyby tak pokusić się o jedną rzecz, o mówienie o drugiej kobiecie tego, czego nie obawiałabyś się powiedzieć w jej obecności? Jasne – możemy komentować sytuacje, zachowanie, przepuszczać przez filtr własnych doświadczeń, ale dopóki nie milkniemy, gdy kobieta, o której rozprawiamy wchodzi do tego samego pomieszczenia, dla mnie jest okej. Tak ja uważam. Tylko czy Magda Gessler patrząc prosto w oczy Anji Rubik powiedziałaby to, co o niej napisała?

P.S. To zdjęcie Anji Rubik zostało przez Magdę Gessler skomentowane

#roadtrip

Post udostępniony przez Anja Rubik (@anja_rubik)


Lifestyle

Przysięgam, moje dzieci wpędzą mnie pewnego dnia do grobu. Albo wyląduję w wariatkowie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
2 sierpnia 2017
Fot. iStock/Gala2205
 

Naprawdę staram się być dobrą matką. Co więcej, nawet taką bywam: cierpliwą, wyrozumiałą wspierającą. Zwłaszcza w wakacje odkrywam w sobie macierzyński potencjał, gdy mam czas dla moich dzieci, gdy mogę z nimi usiąść i pogadać i oni, podobnie jak ja, nie są w jakimś pędzie zajęć, zadań i obowiązków. Kocham ten stan. Tak jak kocham moje dzieci, które im starsze, tym bardziej potrafią dać nam w kość. To już nie słodkie maluchy, które z podziwem patrzą, jak podrzucasz naleśniki na patelni, bo same się tego nauczyły, więc nagle ich zdaniem to żadna wielka sztuka (choć z siebie są mega dumne, tylko dumne z matki zapomniały być i z setek powtórzeń i z litrów zmarnowanego, ale jednak przygotowywanego ciasta). To już nie ci chłopcy, którzy przybiegali wtulając się w moje nogi. Teraz się tłuką, kłócą, trzaskają drzwiami, ale wieczorami słyszę: „położysz się?”. Co uwielbiam, choć nie zawsze mi się chce, bo po cały dniu szarpaniny, nie mam siły na słuchanie z kim poleżałam dłużej, z którym pierwszym i czy na pewno podział czasu był dla nich uczciwy.

Teraz, kiedy dorastają, cały czas wbijam sobie do łba, że są osobnymi bytami, ze swoimi cudownymi cechami, ale też tymi, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji, gdy drę się na nich tak, że boli mnie gardło. Bo ile można powtarzać to samo, prosić w kółko i non stop o jedno, zwłaszcza, gdy ma się poczucie bycie dla nich non stop. Nie wiedziałam, że macierzyństwo wzbudzi we mnie bunt przed byciem używaną. Bo czasami tak się czuję, kiedy ja zapieprzam z obiadkami, ciastami, sprzątaniem, planowanie czasu i atrakcji, a mam poczucie, że z drugiej strony dwójka dorastających chłopaków ma mnie głęboko w dupie. Oczywiście, że nie ma, ale gdy ktoś ignoruje twoje prośby, to najświętszego szlag by trafił!

A oni w cudowny sposób badają swoje granice i granice mojej cierpliwości i tolerancji, tego, co mogą co muszą, a co olać powinni. I wiecie – są w tym wszystkim do bólu do mnie podobni. Bo ja działam podobnie, tyle że wiadomo filtruję to wszystko przez pryzmat własnego doświadczenia, a ich -umówmy się – jest jeszcze nikłe.

Oczywiście najgorsza jest walka, którą toczę z samą sobą. Bo choć doprowadzają mnie na skraj załamania nerwowego, to za wielką ich siłę uważam fakt, że dyskutują, że nic nie jest dla nich czarno-białe tylko dlatego, że jak tak powiem, że poddają pod wątpliwość to, co mówię, co uważam, co próbuję z nimi przegadać. Wiem, że to będzie ich wielkim atutem, na tym budują pewność siebie i własną wartość. Kiedy słyszę: „uważam, że to wcale nie był dobry pomysł”, gdy namawiam ich, by czegoś spróbowali, albo: „ale ja nie mam na to ochoty” – to przegryzłabym nie raz tętnice, bo jak można nie wyjść naprzeciw temu, co mi wydaje się atrakcyjne. Ale okej, w głowie odbija mi się: „pogadamy za kilka lat, cwaniaczki”, ale dziś odpuszczam, choć nie jest mi lekko i łatwo.

Za to oni wiedzą, że są rzeczy, których nie odpuszczę, które nawet łamiąc ich budowany, jak u każdego człowieka na początku, na konformizmie i własnej wygodzie kręgosłup wartości, wprowadzę w życie i choćby waliło się i paliło nie złamią mnie w moich decyzjach.

I oczywiście, że miewam dosyć bycia mamą. I, przepraszam, nie uwierzę żadnej mamie, której udziałem choć raz nie stały się te emocje. Która z nas ich nie zna. Czasami mamy dość, gdy jesteśmy zmęczone, gdy dziecko jest w pełni zależne, później, gdy nie potrafi wyrazić jeszcze tego, co czuje, więc krzyczy, skacze, tupie nogami budując swoją odrębność.

Ja jestem na etapie, że bywam zmęczona rozwiązywaniem dziesiątek konfliktów każdego dnia, powtarzaniem po kilkanaście razy próśb o najmniejszą pierdołę, jakby nie można było po prostu wynieść tych cholernych śmierci, czy podnieść z podłogi swoich majtek. Bywam zmęczona słuchaniem, że jeden ma lepiej, drugi gorzej. Planowaniem, co ugotować, co kupić, nie zapomnieć, że jeden je taki jogurt, a drugi inny i by kupić tę samą ilość, żeby uniknąć kolejnego powodu do awantury, obrażania się i trzaskania drzwiami. Udowadniania, że kocham ich tak samo mocno, choć oczywiście, że inaczej.

Zbawieniem dla mojego umęczonego macierzyństwa są wakacje, a konkretnie czas, o którym myślę z nieukrywaną radością, pod tytułem: obóz. Po miesiącu ich wolnego czasu, a mojego dawanego im w jak największej ilości, odliczałam czas, kiedy wsiądą do autokaru i odjadą. Co prawda bywamy rodzicami okrutnymi, bo nie po raz pierwszy wysyłamy ich na obóz z obcymi ludźmi i dziećmi, co więcej, dziećmi, które się znają. Ale co tam, oni świetnie odnajdują się w zupełnie nowych dla nich sytuacjach. Nie przewidziałam jednego… że to odnajdywanie się trochę może tym razem potrwać.

I kiedy odjechali lekko jak zawsze przestraszeni, gdzie młodszy puścił moją rękę już przed zakrętem, żeby nikt nie widział, a starszy ukradkiem otarł łzy machając przez okno, ja twardo myślałam: „Niech jadą, będzie dobrze, dla nich to świetna lekcja”, bo w głowie dźwięczała mi tylko cisza domu, wizja braku potrzeby gotowania, odciągania mojej uwagi od pracy, którą oczywiście od miesiąca odkładałam na te właśnie dziesięć dni, gdy ich nie będzie, więc piętrzące się notatki, książki, maile wzywały, a ja nie mogłam się doczekać, żeby w pełnym skupieniu się temu poświęcić.

„Mamo, zabierz mnie stąd” – pierwszy telefon w pierwszy wieczór. Żesz ku*wa zapomniałam, że choć mój starszy syn wyszedł z etapu rozwoju, gdy życie jest do dupy, on jest beznadziejny i wszystko sprzysięga się przeciw niemu, to w ten etap wszedł jego dwa lata młodszy brat. Jakby dzieci nie mogły mieć od razy cudownych 11 lat – 11-latki to fantastyczne dzieciaki! Dobra, pierwszy wieczór, jutro będzie lepiej. Nie było. Jedzenie do niczego, koledzy „no jakby ci to powiedzieć, nie że nie są fajni, ale nie są otwarci na nowych ludzi” – skąd on w głowie znajduje takie argumenty!!!! Jest plus – fajny trener, ale… „no wiem, że muszę skupiać się na dobrych stronach, ale to nic mi nie pomaga, chcę wracać” – wychowałam świadomego tego, co chce potwora!!! Uciekłabym. Z mojej wizji kompletnego chilloutu nie zostało kompletnie nic, bo już zasnąć nie mogłam, bo od rana myślałam, czy daje radę (choć jego starszy brat zapewniał, że w ciągu dnia młodszy się w ogóle nie łamie), czy może za szybko wysłaliśmy go na obóz z naprawdę rygorystycznym sportowym podejściem. Dzięki za starsze rodzeństwo, które brzmiało zgoła inaczej odpowiadając lakonicznie co prawda, że jest dobrze, okej, w porządku, tylko tęskni za nami. Nożesz, ja też tęsknię. I jak tu wysłać dzieci na obóz, żeby rozkoszować się ich brakiem, kiedy siedzą ci we łbie 24 godziny na dobę i choć fizycznie ich nie ma, to masz wrażenie, że są stale i jeszcze bardziej natrętnie obecne w twoim życiu, które przez 10 dni miało być życiem bez dzieci!

„Mamo, dzisiaj byliśmy nad jeziorem, z kolegami budowaliśmy zamki, taka dobra kolacja była, że dwie dokładki zjadłem”, a na moje pytanie, czemu dzwonicie tak późno, usłyszałam: „Ach wiesz, siedzieliśmy u kolegów w pokoju i oglądaliśmy Tolka Banana – znasz?”. Ja pie*dole… Najpierw zafundowali mi trzy dni takiego poziomu stresu i nie ukrywam – płaczu w poduszkę z rozdartego matczynego serca, a teraz dzwonić zapominają! Bo koledzy! Bo już jest dobrze, choć trener mówi, że mają „napierdzielać” z całych sił, ale już im to nie przeszkadza, wręcz odnajdują w tym frajdę. Przysięgam, wpędzą mnie kiedyś do grobu! Oszaleję! „I zobacz w sumie pięć dni i jesteśmy z powrotem”, bo już dnia wyjazdu nie liczą. Jakie pięć dni?!? Miało być cudownych 10, zostawili mi połowę… Eh.  Może chociaż z planowanymi seksami o każdej porze i wszędzie, gdy dzieci nie ma, zdążę…


Lifestyle

Nadmorski koszmar turystyczny? Rodzina z dwójką dzieci, z dmuchanym krokodylem, parawanem i podręczną lodówką

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
4 lipca 2017
Fot. iStock/katatonia82

„Looooody, loooooody dla ochłody”

„Gotowaanaaaa kukuryyyydzaaa”

„Orzeeeeeeeeszkiiiiiiiii w karmeluuuuuuuuu”

I się zaczęło. Sznur aut podążających na wakacje nad nasze polskie morze, a wszyscy jadą tak, jakby ktoś ich gonił. W bagażnikach widać leżaki, dmuchane rękawki, koła, materace, kapelusze słomkowe. Każdy wypakowany po brzegi, bo jeszcze warto gdzieś kalosze upchnąć, wiadomo – pogoda zmienną jest.

Mieszkałam w nadmorskiej miejscowości kilka lat, która turystyką stała. Kiedy się wyprowadzałam z początkiem kolejnych wakacji znajoma powiedziała: „Zwariowałaś? Lato, a ty uciekasz znad morza”. A ja byłam najszczęśliwsza na świecie wiedząc, że już nie otrze się o mnie żaden cuchnący piwem i spocony turysta, że nie oberwę parawanem w bok i że nikt mi nad głową na dzieci wrzeszczeć nie będzie.

Wiecie jak wygląda nadmorski koszmar?

Rodzinka z dwójką dzieci. Ranek, pogoda trudna do przewidzenia, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo skoro zapłacili dwa i pół tysiąca za tydzień mieszkania w apartamencie na czwartym piętrze z widokiem na morze, to na plażę wyjść muszą. Czwarte piętro nie jest tu bez znaczenia – skutecznie uniemożliwia wyjście na 20-metrowy reklamowany w ofercie taras, bo zawsze wieje tak, że łeb urywa, ale zdjęcie zdążą sobie zrobić, co by inni widzieli i co niektórzy jednak zazdrościli.

No więc co ranek wypakowują ze swojego apartamentu dwa leżaki, jeden wielki parawan, parasol, dwa koce, cztery ręczniki kąpielowe, dwa słomkowe kapelusze, dwie czapeczki z daszkiem i stroje kąpielowe na zmianę. Jeszcze nadmuchane krokodyle, których nie wiedzieć czemu nie można na plaży nadmuchać i namiot, który rozkłada się w dwie sekundy, ale składa w dwie godziny. Przez chwilę trwa kłótnia, kto będzie niósł piłkę i paletki do plażowych zabaw, ale ostatecznie dzieci z nosem na kwintę, ciągną za sobą te zabawki, wśród których nie może zabraknąć łopatek do piasku – dwóch i wiaderek.

On obowiązkowo w skarpetkach do klapek, jakby memy internetowe o modzie nadmorskiej go omijały, chyba że nie rozumie ironii. Ale wiadomo wygoda ważniejsza od wizerunku. I on w tych klapkach, krótkich spodenkach, koszulce na ramiączkach, która skutecznie opięta na brzuchu podkreśla jego kształty. Na głowie kapelusz, pod jedną pachą parawan, namiot, pod drugą dwa leżaki, w ręce podręczna lodówka, krokodyl dmuchany. Ona – najczęściej już w stroju ukrytym pod zwiewną chustką, jakby za chwilę miało prażyć na miarę słonecznych Złotych Piasków Bułgarii. Z wielką kolorową torbę wypełnioną jedzeniem w ręce, z kocem i ręcznikami pod pachą. I ta dwójka dzieci – do wyboru: albo ciągnąca się smętnie za rodzicami, albo szczebiocząca, o tym, jak jest cudownie, czego to nie wybudują z piasku z tysiącem pytań: „Mamo, a myślisz, że woda ciepła?”, „A będzie tak samo słona, jak w zeszłym roku?”, „A kiedy pójdziemy na gofry?”, „A co zjemy na obiad?”. Widać, że są pierwszy dzień, bo mama cierpliwie odpowiada na pytania. Wraz z upływem urlopowych dni jej cierpliwość się kończy, zwłaszcza, gdy po raz kolejny rano podążają znanym sobie rytuałem w stronę plaży, łudząc się, że może jednak choć na krótką chwilę nasze morze uraczy ich cudowną pogoda na miarę Wysp Kanaryjskich.

Wchodzą na plażę, lokują się jak najbliżej wody, nieważne, że z głośników co jakiś czas płynie prośba, by przy samej wodzie zostawić pas dla przejazdu karetki w razie wypadku. Najpierw w ruch idzie parawan, z którym wcale nie chodzi o osłonięcie się od wiatru, bo choć wieje od morza, właśnie z tej strony zostaje otwarty, co by dzieci widzieć. Ważne, aby odciąć się od sąsiedztwa innych wścibskich turystów. Zawsze mnie zastanawia, co takiego oni chcą za tym parawanem robić, że tak się odgradzają… Odgłos młotków na zmianę z soczystymi przekleństwami mielonymi pod nosem roznosi się nad plażą. Ona nerwowo zerka w niebo, dzieci już strojach moczą nogi radośnie przeskakując falę, on rozkłada koce, ręczniki, leżaki, po czym z torby wyciąga browara i z głębokim westchnięciem opada na jeden z leżaków. I już nic go nie interesuje. Ona nieśmiało wystawia się w stronę nieba, które co jakieś pół godziny na dwie minuty się przejaśnia, a nawet jak stanie błękitem, to wieje tak, że na jej ciele z daleka widać gęsią skórkę. No ale opalić się trzeba, w końcu upragniony urlop. Dzieci biegają wokół sypiąc piaskiem, maluchy sąsiadów sikają do morza, inne wyrzucają tam gdzie stoją papierki od kolejnych batoników, lodów kupionych za osiem zeta, które w ich przyosiedlowym sklepie kosztują niecałe dwa. Wiadomo, te prosto z plaży jak już droższe, to też pewnie lepsze. On próbuje z dziećmi pograć w paletki, ale po kolejnym browarze trudno mu już trafić w lotkę, czy piłeczkę i jeszcze w konflikt wchodzi z ratownikiem, który próbuje wytłumaczyć, że kąpiel w jego stanie z dziećmi nie jest wskazana.

W końcu głód wygania ich z plaży. I znowu – skarpetki, klapki, leżaki, parawan, ręczniki, koc, torba, piłka, jedno wiaderko, bo drugie się już zgubiło i namiot, który co niektórzy niosą jednak rozłożony, bo złożyć się nie dało. Minąć się z takimi w wąskim zejściu na plażę nie jest niczym miłym, wiem z autopsji, nie raz kończyłam z obitymi piszczelami, podrapanymi udami, rozerwaną sukienką. Oczywiście rzeczony jegomość machający na prawo i lewo parawanem czy leżakami niczego nie zauważył, bo akurat obracając się wołał za kolegą, co by z nim na kolejne piwo się umówić. I ciach mnie po nogach całym swoim ekwipunkiem. Z czasem nauczyłam się w porę odskakiwać.

Wracają do swojego apartamentu, przebierają się – ona tym razem w sukienkę, on pozostaje w nieśmiertelnych klapkach, co by piasek mu nóg nie obtarł. Dzieci dostają nowy zestaw ubrań i czas ruszyć na podbój miejscowych atrakcji. Najpierw ryba na obiad, za cenę której rodzina mogłaby wyżywić się co najmniej przez tydzień. Później gofry, lody, kule, w które zamyka się dzieci,co by jak chomiki w małym baseniku się pokulały. Oczywiście jeszcze skakanie na trampolinie w szelkach, gdzie z pół godziny odstać trzeba w kolejce, bo pogoda jednak nie sprzyja plażowaniu i wszyscy wylegli na przyplażowe promenady. Oj jeszcze cudowne pluszowe zwierzaki, na których można się przemieszczać wykonując ruchy rodem z rodeo lub filmu erotycznego, co wywołuje nie wiedzieć czemu uśmiech na twarzach rodziców, choć na konikach, kucykach, nosorożcach, żyrafach zazwyczaj jeżdżą dzieci. Są oczywiście dmuchane zamki, piszczące i tańczące między nogami turystów zabawki, które można kupić za jedynie 20 złotych i jak dziecku odmówić? W efekcie jednego wieczoru znika tygodniowy budżet domowy nie widzieć za bardzo na co. I jeszcze zachód słońca, wśród śmieci pozostawionych przez turystów, w towarzystwie przepełnionych śmietników, z których wysypują się puste puszki, opakowania po czipsach i orzeszkach w karmelu. Większą niż zachód słońca atrakcją okazuje się być zgraja podpitych facetów, którzy postanawiają pokazać swoje gołe tyłki w świetle zachodzącego słońca kąpiąc się w morzu. Niektórzy nie są w stanie dobiec do wody, bo nogi odmawiają im posłuszeństwa, a raczej błędnik upojony alkoholem płata im figle, co niezmiennie ich bawi.

Mija pierwszy dzień. Tuż przed snem, ona jeszcze sprawdza pogodę, podczas gdy on już chrapie na łóżku. Z kąta apartamentu zerka dmuchany krokodyl, który nie wiadomo, czy ujrzy słońce następnego dnia. Blady strach padnie na rodzinę, jeśli lać będzie, bo to znaczy wędrówkę od knajpy do knajpy, od budy z lodami, do budy z goframi. Czy oni to przeżyją? Na pewno. A po tygodniu będą gnać w stronę domu, jakby uciekali przed kpiącym z nich wzrokiem Neptuna.