Macierzyństwo

Nasza „Adopcja serca” – mamy niewidomą „córkę” w Indiach

Małgorzata Rubin-Bedra
Małgorzata Rubin-Bedra
12 maja 2016
 

Radhę poznaliśmy kilka lat temu, dzięki mojej koleżance ze studiów, siostrze Sarze (siostra zakonna z Zakonu Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża). Sara była wówczas na misjach w Indiach, w Bangalore, w ośrodku i szkole dla niewidomych dzieci, zwanym Jyothi Seva.

Hasło „Adopcja serca” było mi znane. Nigdy jednak nie mogłam podjąć aż tak dużej odpowiedzialności, by płacić określoną kwotę na dziecko za granicą, regularnie, co miesiąc. Kiedyś była to kwota, na którą nie było nas (mnie i męża) stać, a przecież nie można też nagle przestać wysyłać pieniądze ot, tak, bo „nam się znudzi”; to musiała być bardzo przemyślana i odpowiedzialna decyzja, dzięki tym pieniądzom dziecko może się uczyć, ma lepsze życie, ubranie, opiekę.

Z Radhą kontakt jest o tyle trudny, że zwykłe listy tam nie dochodzą, a e-maili ona nie odbiera, bo do tej pory była za mała na komputer brajlowski; może z czasem się to zmieni. Piszemy do niej co jakiś czas e-maile, a siostra opiekująca się nią czyta je jej, później dostajemy odpowiedź (po angielsku).

Dziś Radha ma 14 lat. Rodzice ją porzucili tuż po urodzeniu, jako, że jest niewidoma. Ma tylko babcię. Do Bangalore trafiła, jak miała ok. 6 lat. Często wtedy chorowała, miała katar, infekcje. Wówczas, siostry zabrały ją do lekarza i okazało się, że ma tak mocno zanieczyszczony nos, że lekarz musiał jej go „odtykać”, wkładając rurki i ściągając w ten sposób brud (w tym piasek). Babcia Radhy mówiła, że sama szła na cały dzień do pracy, a wnuczka zostawała na podwórku przed domem. Musiało być tam tak brudno, że kurz i piasek zaczął zalegać dziewczynce głęboko w nosie, co powodowało permanentny katar. Sara, która była wtedy u lekarza z Radhą, była pod wielkim wrażeniem, jak wiele takie małe dziecko może znieść. Bo mała była bardzo dzielna – rurki włożone do nosa, przez które lekarz ściągał zanieczyszczenia – to wszystko musiało ją boleć; łzy leciały jej po policzku, ale nie krzyczała, wytrwała do końca, wiedząc, iż robione jest to dla jej dobra.

W całej historii naszej znajomości z Radhą, właściwie wszystko było i jest zawsze zaskoczeniem. Pisanie zwykłego e-maila do dziecka, które jest niewidome, a do tego mieszka w Indiach, okazało się nie lada wyzwaniem. Bo jak np. opisać to, że jeździliśmy na rowerach i w lesie spotkaliśmy sarnę? Przecież ona nigdy sarny nie „widziała” i nawet, jak opiszę, to co z tego zrozumie (skoro saren w Indiach nie ma)?? Zresztą, okazało się, że to nie sarna była dla niej zagadką, ale rowery, bo nigdy ich nie dotykała i nie spotkała…

Co jakiś czas robimy jej prezenty, które ktoś tam zawozi. Pamiętam, jak pierwszy raz kupowaliśmy jej sukienkę na urodziny. Towarzyszyły nam wtedy niezwykłe emocje. My nie mamy własnych dzieci, a tu mieliśmy poczucie,  że nasza podopieczna ma tylko babcię, my zaś możemy dać jej tak wiele. Że od tamtej pory (od kilku lat) ma nas, może na nas liczyć, mieć poczucie, ze mimo braku biologicznych rodziców i odrzucenia – gdzieś daleko jesteśmy my i możemy ją wspierać, sprawiać radość i frajdę z sukienki, nowego plecaka do szkoły, czy zegarka brajlowskiego. Akurat sukienka nie musiała być piękna kolorystycznie, ona musiała mieć ciekawą fakturę, bo oczami Radhy i jej znajomych z ośrodka – jest dotyk.

Innym razem wielkim zaskoczeniem była informacja na temat mycia się dzieci w Bangalore. Rok temu, kiedy Raha miała mieć 13. urodziny, zastanawiałam się nad prezentem. Wtedy, wspomniana koleżanka, s. Sara, podpowiedziała, żeby to były jakieś drobne kosmetyki – dezodorant, mydełko, balsam do ciała – wszystko pachnące i co lubią dorastające dziewczynki (te niewidome w Indiach też, bo mają wyostrzony zmysł węchu). Zdziwiłam się, kiedy Sara „zastrzegła”, żeby nie kupować płynu do kąpieli, tylko właśnie mydełko. Nie rozumiałam. Wtedy dowiedziałam się, że akurat w tej części Indii wody jest mało, często brakuje, a dzieci w ośrodku jest bardzo dużo, ponad 200. Nie mogą zatem kąpać się „tradycyjnie”, pod prysznicem; jest wiaderko z wodą, a dzieci polewają się kubeczkiem i tak wygląda mycie.

Pytałam kiedyś, jak to jest z kolorami, czy dzieci niewidome jakoś się uczy, czym są kolory, opisuje je, może na zasadzie skojarzeń: zielony – trawa, żółty – słońce, ciepło? Wtedy Sara opowiedziała mi o dziewczynkach, z którymi pracowała w internacie. Jedna mówiła o tym, że jej się śnią kolory; ona nigdy nie widziała, nie wie, jakie one są, ale w swoim śnie wie dokładnie, że to kolor fioletowy albo niebieski, zielony. Druga z dziewczynek mówiła, iż nie wie, dlaczego, ale jej ulubionym kolorem jest czerwony i prosiła często, żeby takie ubrania jej szykować.

Niezwykłe jest to, jak Radha pisze do nas w e-mailach. Bardzo czule i serdecznie. Oto fragmenty listów od niej i niech to będzie zakończeniem mojego opowiadania o niej; o cudownej dziewczynce, której jedyną bliską rodziną jest babcia, która nie ma pieniędzy, nie widzi, mieszka tak daleko od nas, a jest nam tak bardzo bliska…

 

„Droga Ciociu i Wujku

Najpierw chciałabym Wam podziękować za piękny plecak i list. Plecak ma różowy kolor i jest bardzo piękny. Bardzo mi się podoba. Dziękuję i modle się za Was.

Spędziłam wakacje pomagając mojej babci i opiekując się moja siostrą (Małe sprostowanie: to nie jest rodzona siostra Radhy, a daleka kuzynka, którą również opiekuje się babcia). Ma ona na imię Asha – co znaczy Nadzieja. Ma 9 miesięcy. Asha jest spokojnym dzieckiem, nie sprawia większych kłopotów. Asha pomaga mnie i babci, przyniosła Babci szklankę wody. Bardzo ją lubię. Babcia czuje się dobrze, chodzi do pracy. Kiedy idzie do pracy, Asha jest pod opieką prababci, która ma 70 lat. Moja babcia mieszka w Andhra Pradesh, to inny stan, koło Karnataki. Odległość między Bangalore i moim miejscem to około 350 km. Nie mam żadnych przyjaciół w mojej wiosce, ale tylko w Jyothi Seva.

W szkole radze sobie dobrze, oprócz kannady. Lubię lekcje komputerów. W przyszłości chciałabym być nauczycielką.

(…) Ciociu i Wujku, chciałabym jeszcze raz podziękować Wam za miłość, troskę i plecak. Pamietam o Was w moich modlitwach i o nie także proszę. Z miłością

Radha.”  (sierpień 2013 r.)

 

„Najdroższa Ciociu Małgosiu i Wujku Józefie

Jak się czujecie? Tęsknię za Wami. Tutaj w Indiach mamy porę deszczową. Mieliśmy letnie wakacje od 5 kwietnia do 2 czerwca. Podczas wakacji pomagałam babci przynosić wodę i utrzymywać porządek w domu. Bawiłam się z moją siostrą. Nosiłam ją. Pojechałam do domu mojej cioci i jej pomagałam. Wychodziłyśmy z domu i uczyłam ją angielskiego. 15 sierpnia obchodziliśmy w naszej szkole Dzień Odzyskania Niepodległości. Mieliśmy pokaz ćwiczeń gimnastycznych, taniec, śpiew chóru, skecz. 

Proszę, przekażcie moje pozdrowienia Waszym rodzicom. Ciociu, bardzo dziękuję za zegarek brajlowski. Pomaga mi w byciu punktualną. Dziękuję Bogu za tak Kochanych Ciocię i Wujka. Modlę się za Was i chciałabym spotkać się z Wami.”  (wrzesień 2014 r.)

 

„Droga Ciociu Małgosiu i Wujku Józefie

Chciałabym podziękować Wam za list, który otrzymałam i który mnie bardzo ucieszył. Cieszę się, że czujecie się dobrze i że macie teraz piękną porę roku w Polsce. Mam nadzieję, że  cieszycie się i macie dobry czas.

(…) Mieliśmy egzaminy końcowe, których wyniki otrzymaliśmy dzisiaj. Otrzymałam 63 %. Jestem szczęśliwa, że zdałam do 8 klasy. W czasie tych 8 lat w Jyothi Seva nauczyłam się wielu rzeczy np. dobrego charakteru, dobrych manier, a także prowadzenia samodzielnego życia, oprócz wiedzy, którą zdobyłam. Nauczyłam się opowiadać piękne historie, zainspirował mnie gawędziarz, który przyjechał do naszej szkoły i opowiadał nam historie w sposób piękny.

Spędzam czas wolny ćwicząc grę na pianinie i muzykę karnatacką

Proszę, módlcie się za mnie i za członków mojej rodziny.

Wasza kochająca córka, Radha.”  (kwiecień 2016 r.)


Macierzyństwo

Niewidome dzieci w Indiach – rozmowa z s. Sarą

Małgorzata Rubin-Bedra
Małgorzata Rubin-Bedra
5 czerwca 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Sarę poznałam na studiach. Jest siostrą zakonną ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Wielu z nas, zgromadzenie to znane jest z pracy z dziećmi niewidomymi (np. w Laskach k. Warszawy). Siostra Sara ujęła mnie swoją prostotą, a przede wszystkim  „normalnością” w byciu z drugim człowiekiem. Przyjaźnimy się od 18. lat, z czego kilkanaście przebywała na misjach w Indiach.

Rozmowa, którą odbyłam z Sarą w 2009 r., jest  o dzieciach stamtąd – z dalekiej Azji – które dotyka bieda i śmiertelne choroby oraz o niewidomych sierotach i ich opiekunach.

Małgorzata Rubin-Bedra: W którym roku wyjechałaś na misje i dlaczego był to ten kraj?

Sara: Wyjechałam w lutym 2003 roku, do południowych Indii, do stanu Karnataka, miasta Bangalore, do pracy wśród niewidomych dzieci.

A dlaczego to miejsce? Nasze zgromadzenie rozpoczęło pracę w Indii w 1989 roku, kiedy to dowiedziałyśmy się,  że w tym około miliardowym społeczeństwie aż 15 milionów to osoby niewidome, z czego zaledwie 2,5 procent, to osoby edukowane. Corocznie około 40 tys. dzieci traci wzrok z powodu niedożywienia i braku witamin.

Zaistniała potrzeba, by wesprzeć nasze siostry tam pracujące, dlatego tez Matka Generalna  zapytała, czy nie chciałabym wyjechać. Przyjęłam to z ogromna radością. Od lat marzyłam o pracy na misjach, a moim ideałem była Matka Teresa z Kalkuty, którą miałam okazję spotkać w Polsce.

Kiedy wyjeżdżałaś na misje miałaś 30 lat, a w niedługim czasie zostałaś przełożoną międzynarodowej wspólnoty. Czy to nie za duże obciążenie, zbyt wielki trud?

Kiedy wyjeżdża się na misje, trzeba być gotowym na wszystko. I łączy się wiele odpowiedzialności razem. Na początku nie było mi łatwo, szczególnie jeśli chodzi o język. Mimo krótkiego kursu języka angielskiego, który miałam w Polsce, po przylocie do Indii trudno mi było zrozumieć miejscowych ludzi, którzy przecież mówili właśnie po angielsku, choć wymawiali trochę inaczej i właśnie to było trudne. Ale z czasem, już na miejscu, bardzo wiele nauczyłam się od moich Indyjskich sióstr – nie tylko języka, ale także zwyczajów, kultury i mentalności ludzi.

Czym się tam zajmujecie?

Prowadzimy w Bangalore – stolicy stanu Karnataka – ośrodek dla dzieci niewidomych o nazwie Jyothi Seva, co w sanskrycie oznacza „Służbę Światłu”.

W skład tego ośrodka wchodzi szkoła podstawowa (Jyothi Seva Primary School for the Blind) i internaty. Obecnie, przebywa w nich 85 niewidomych i słabowidzących dzieci, w tym 20 sierot. Pozostałe dzieci pochodzą w większości z bardzo ubogich rodzin, ze slumsów  naszego miasta i wiosek w jego pobliżu. Mamy tez dwie dziewczynki z kolonii trędowatych ze stanu Czatisgar, odległego od nas o 26 godzin drogi pociągiem. Dla większości dzieci pobyt u nas to jedyna szansa na zdobycie wykształcenia i usamodzielnienie się w przyszłości. Po ukończeniu VII klasy w naszej szkole wysyłamy naszych uczniów do integracji, uzupełniają wykształcenie razem z widzącymi rówieśnikami, mieszkają nadal w naszych internatach, mają też lekcje wyrównawcze z nami.IMG_0023.-371x495

W szkole są takie same przedmioty jak i w innych szkołach dla dzieci widzących, wszystkie są wykładane po angielsku. Dodatkowo dzieci uczą się kannada, języka naszego stanu, a także języka hindi, który ma stać się ogólnoindyjskim. Dodatkowymi zajęciami w szkole są: nauka języka Braille’a (alfabetu dla niewidomych), czynności życia codziennego, orientacja przestrzenna, komputery (ze specjalnymi programami dla niewidomych). W internacie natomiast, dzieci uczą się śpiewu – maja chór w j. angielskim, ale także chór w j. kannada, uczą się gry na pianinie, casio, skrzypcach, a także tradycyjnego tańca indyjskiego o nazwie bharathanatyam oraz tańców ludowych. Wiele z dzieci jest utalentowanych muzycznie, a taniec mają we krwi. Jedna z nauczycielek prowadzi popołudniami zajęcia z fizjoterapii i masażu leczniczego. To dzięki niej kilkoro z naszych sierot zaczęło chodzić, mimo, że przyszły do naszego ośrodka po kilku latach leżenia jedynie w łóżku, a ortopedzi nie dawali im szans na samodzielne poruszanie się.

Ile jest sióstr, z jakich krajów, na czym polega zadanie każdej z sióstr?

We wspólnocie w Bangalore jest nas 21 sióstr, w tym 2 Polki. W naszym domu odbywa się też pierwszy etap formacji zwany aspiratem podczas którego kandydatki do zgromadzenia (obecnie jest ich 7, pochodzą z różnych indyjskich stanów) uczą się angielskiego i przygotowują do pracy z niewidomymi.

Mamy jeszcze jedna placówkę w Indiach – w stanie Tamil Nadu, w mieście Kotagiri. Znajduje się tam dom formacyjny oraz ośrodek dla starszych niewidomych dziewcząt, gdzie uczą się dziewiarstwa i koszykarstwa. W tej wspólnocie jest obecnie 1 Polka, 5 Indyjek, 1 siostra ze Sri Lanki, 9 nowicjuszek i 4 postulantki, w tym jedna z Zimbabwe.

W ubiegłym roku 3 nasze indyjskie siostry wyjechały do pracy w szkole dla niewidomych w Rwandzie.

Budujemy także szkołę i internat w stanie Megalaja, w północno-wschodnich Indiach, gdzie w bardzo licznych i ubogich rodzinach jest wiele niewidomych dzieci, nie mających dostępu do szkół. 200 dzieci czeka na przyjęcie do szkoły.

Nasze zadania związane są ściśle z ośrodkiem szkolno-wychowawczym, który prowadzimy, ja jestem odpowiedzialna za wspólnotę sióstr, za gości, pomagam także w administracji ośrodka i kontaktach z ofiarodawcami. Indyjskie siostry są nauczycielkami w szkole, pracują jako wychowawczynie w grupach internatowych, przygotowują do druku książki w alfabecie Braille’a, uczą orientacji przestrzennej i poruszania się z białą laską, mają lekcje muzyki, są odpowiedzialne za kuchnię, niektóre uzupełniają jeszcze swoje wykształcenie, by móc pracować z niewidomymi.

Jak wygląda życie w Indiach? 

To temat rzeka… Mówiąc bardzo ogólnie, Indie są krajem symboli, kolorów, mnóstwa obyczajów i egzotyki. Ja, będąc tam 9 lat, zaledwie dotknęłam każdej z tych dziedzin i jestem zafascynowana. Kalendarz jest pełen najróżniejszych świąt, przede wszystkim związanych z religią hinduistyczną, dniami wolnymi od pracy są również święta muzułmańskie, a dla ciekawostki także dwa chrześcijańskie święta – Boże Narodzenie i Wielki Piątek.

Każde z tych świąt ma specjalne zwyczaje. Są również odpowiednie obrządki, związane np. z uzyskaniem gotowości do małżeństwa przez dziewczynkę, ze śmiercią kogoś z rodziny, kupnem domu czy otwarciem sklepu. Najbardziej uroczyste są oczywiście śluby.

Jak wy, siostry, jesteście przyjmowane przez tamtejszą społeczność?

Nasz ośrodek znajduje się w bardzo ubogiej dzielnicy muzułmańskiej, otaczają nas meczety, z których kilka razy dziennie słyszymy przez głośniki głos muezina, nawołującego wiernych do modlitwy. Mamy bardzo dobre kontakty z sąsiadami, na nasze uroczystości czy przedstawienia przychodzi wielu z nich. Dzieci, które są w naszym ośrodku, należą do różnych religii, tak jak i w społeczeństwie indyjskim przeważają wśród nich hinduiści, są też dzieci muzułmańskie i grupka dzieci chrześcijańskich. Kiedy muzułmanie świętują Bakrid i zabijają zwierzęta, dzielą się z nami mięsem, a gdy hindusi świętują „Dipawali”, czyli święto świateł, otrzymujemy od nich specjalnie na tę okazję przygotowywane słodycze. Nasi pracownicy to także wyznawcy różnych religii, mamy więc okazję brać udział w hinduistycznych czy muzułmańskich ślubach, uroczystościach związanych z narodzinami dziecka czy poświeceniem domu.

Skąd się biorą u was te dzieci, ktoś je kieruje?

Dzieci trafiają do naszego ośrodka różnymi drogami. Większość sierot pochodzi z domów dziecka ss. Misjonarek Miłości, a tam trafiały z wysypisk śmieci, z ulic, ze szpitali. Miałyśmy bliźniaczki, które matka zostawiła w szpitalu, gdy miały 3 dni, kiedy zauważyła, że dziewczynki urodziły się bez gałek ocznych. Pozostałe dzieci są przywożone przez rodziców, skierowanych do nas przez znajomych lekarzy albo rodziców dziecka, które już uczy się w naszej szkole. Czasem ktoś spotka nas podczas programu, w którym nasze dzieci biorą udział i przekazuje adres osobie, która ma niewidome dziecko. Czasem, dzieci przywożą siostry zakonne, księża, pracownicy socjalni, którzy pracują w slumsach. Tam wynajdują dzieci, które siedzą zamknięte w domu, bo rodzice nawet nie zdają sobie sprawy, że ich niepełnosprawne dziecko może zdobyć wykształcenie. Informacja o naszej szkole jest też w tzw. Diecezjalnym Dyrektorium, dzięki czemu jest dosyć znana i to nie tylko wśród katolików, ponieważ siostry i księża  pracują wśród wszystkich ludzi, bez względu na religię.

To jest właśnie niezwykłe – w waszej pracy i waszym ośrodku – że zacierają się podziały. Mam na myśli podziały, wynikające z tak różnych kultur i tak odmiennych religii. W Polsce bardzo rzadko zdarza się, żeby razem ze sobą pracowali np. i chrześcijanie i muzułmanie, czy też Hare Krishna. Żeby razem tworzyli wspólne dzieło, gdzie chodzi przede wszystkim o dobro drugiego człowieka, a nie o religię. 

Podobno w Indiach dziewczynki są niechcianymi dziećmi (chodzi o płeć)?

Kiedy w ubogiej rodzinie rodzi się dziewczynka, a tym bardziej niepełnosprawna, jest często porzucana przez rodziców. Są oni bowiem zobowiązani do zapłacenia „dowri”, czyli posagu przy jej zamążpójściu. Każda więc rodzina marzy o chłopcu, który na starość otoczy rodziców opieką. Nagminne są aborcje dziewczynek. Z tego też powodu zakazano informowania rodziców o płci dziecka przed jego narodzinami, czego niestety nie przestrzegają prywatne kliniki.

Pamiętam, jak mówiłaś mi o dziewczynce, która ma na imię Radha, a która przychodzi do waszej kaplicy na różaniec. O co chodziło?

Po imieniu dziecka od razu wiadomo, z jakiej wywodzi się religii; dzieci hinduistyczne mają najczęściej imiona bożków, chrześcijańskie – świętych. Radha jest jedną z hinduistek, które bardzo lubią przychodzić do naszej kaplicy na wspólny różaniec. Przychodzą też dzieci muzułmańskie. Czasem księża dziwią się, że podczas Mszy św. kaplica jest pełna, a do komunii przystępuje garstka dzieci. Tłumaczymy im później, że tylko ta garstka, to chrześcijanie.

Jak wygląda dzień powszedni w waszej „wspólnocie”? 

Dzień zaczynamy wcześnie rano, mamy modlitwy poranne o godz. 6.00, po nich Mszę Św. o 6.30, siostry które maja dyżur w internacie już od 6.00 są z dziećmi. Dzieci od rana wypełniają swoje tzw. „dyżury”: sprzątają pokoje, łazienki, wynoszą śmieci, ubierają  szkolne mundurki. Starsi pomagają młodszym w czesaniu, zawiązywaniu butów, ćwiczeniu wszystkich czynności życia codziennego. O 7.15 jest śniadanie (wszystkie posiłki są gotowane), najczęściej jakieś placki z mąki ryżowej i do tego bardzo ostry sos o nazwie curry. Dzieci, tak jak większość mieszkańców Indii, jędzą prawa ręką, nie używają sztućców.

O 8.15 jest w szkole poranny apel, podczas którego siostra czyta wiadomości z gazety, dzieci prowadzą modlitwę, odśpiewują hymn Indii i rozchodzą się do klas. Lekcje są takie same jak we wszystkich szkołach dla widzących, z metodami pracy dostosowanymi do niewidomych.

O 10.30 dzieci przychodzą do internatu na przerwę na wypicie soku (jest tu bardzo gorąco), a o 13.00 mają półgodzinną przerwę na obiad. Na obiad jest zawsze ryż z ostrym sosem i gotowanymi warzywami, staramy się, by codziennie były owoce. W tygodniu posiłki są wegetariańskie, w niedziele kupujemy dla wszystkich mięso lub ryby. Mamy jedną kuchnię, w której gotuje się takie same posiłki dla dzieci, sióstr i pracowników. Zajęcia w szkole kończą się o 15.00, dzieci wracają do internatu i zaczynają kąpiel, tzn. polewają się kubeczkiem  wodą  z wiadra. O 16.00 jest podwieczorek. Po nim odrabianie lekcji i zajęcia dodatkowe. O 18.30 jest  kolacja i trochę czasu wolnego. O 20.00 wspólna modlitwa wszystkich dzieci i gimnastyka wieczorna w dwóch grupach – dla młodszych i starszych.

W sobotę mamy lekcje tylko do obiadu, a  niedziela jest wolna od szkoły.

Co się dzieje z dziećmi, które stają się pełnoletnie?

Po ukończeniu naszej szkoły podstawowej, wysyłamy naszych wychowanków do szkół dla widzących, by razem z pełnosprawnymi rówieśnikami zdobywali wiedzę. Tam, kończą tzw. High School i College, zdolni uczą się dalej, kończą studia lub kursy nauczycielskie dla niewidomych. Trzy nasze absolwentki pracują w naszej szkole jako nauczycielki, dwie z nich mają już własne rodziny; choć same są zupełnie niewidome – wyszły za mąż za słabo widzących chłopców, mają już po dwójce pięknych, zdrowych, widzących dzieci.

Inna z naszych absolwentek śpiewa w chórze, jeszcze inna jest nauczycielką pianina, jeden z chłopców udoskonala swoją wiedzę komputerową. Dla słabszych, upośledzonych uczniów, mamy jeszcze jeden ośrodek w stanie Tamil Nadu, gdzie prowadzimy warsztaty dziewiarskie i koszykarskie.

Co jest największą trudnością w opiece, wychowaniu tych dzieci? Czy one różnią się od dzieci polskich?

Dla mnie, nowym doświadczeniem jest praca z sierotami, które maja w sobie ogromne deficyty miłości, czasem wydaje mi się, że nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na ich zapotrzebowanie na miłość. Jestem bezradna, gdy pytają o rodziców, o których tak naprawdę nic nie wiemy. Wielu dzieciom nadałyśmy daty urodzin, bo też były one nie znane. A przecież każde dziecko chce świętować dzień urodzin. Najtrudniejsze są rozjazdy z internatu na ferie i wakacje, bo maluchy, które są sierotami, też mnie pytają, kiedy przyjadą mamy by je zabrać, a ja muszę odpowiadać, że tu jest ich dom. Często ich wakacje są o wiele lepsze, niż tych które wyjeżdżają do domów i jedzą np. raz dziennie, ale każde dziecko chciałoby spędzić wakacje z rodziną.

Pamiętam, jak któregoś z chłopców ktoś zapytał skąd jest, myśląc o miejscowości, w której się urodził, a on odpowiedział, że jest z Jyothi Seva, bo od kiedy tylko pamięta, jest z nami.

Czym dzieci indyjskie różnią się od polskich? Są bardzo chętne do wszystkiego, nie mają aparatów komórkowych, laptopów, wielu zabawek, dlatego też chętnie biorą udział we wszystkim, co im proponujemy. Gdy czasem ktoś nas odwiedza, jest zadziwiony tym, że dzieci garną się np. do zajęć pozalekcyjnych, że chcą się uczyć, że mają w sobie tyle zapału. Oczywiście, lubią też rozrabiać, bywają nieposłuszne, dziewczynki często się kłócą.

Styl wychowania dzieci w Indiach jest dosyć ostry i na początku było dla mnie czymś szokującym, kiedy widziałam nauczyciela w szkole z kijkiem. My staramy się wprowadzać w naszej szkole inne metody wychowawcze, ale musi jeszcze upłynąć wiele czasu, zanim będą one zaakceptowane przez tamtejsza kadrę wychowawczą.

Czy Bóg tam jest taki sam? 

Jedną z rzeczy, która bardzo fascynuje mnie w Indiach, jest religijność ich mieszkańców. Nie ma tam ludzi, którzy opowiadają się, że są ateistami, każdy w Kogoś albo w coś wierzy. Indyjczycy, to naród z natury bardzo religijny. Mam okazję obserwować wiarę naszych sąsiadów muzułmanów, którzy w każdy piątek tłumnie podążają na modlitwę do meczetów,  a w świętym miesiącu Ramzan skrupulatnie przestrzegają postu. Widzę całe rodziny hinduistów, niosące w procesji posążki, bardzo popularnego w naszej okolicy, bożka intelektualistów – Ganesha.

Widzę wreszcie i katolików, którzy nie wstydzą się swojej wiary, którzy głośno modlą się i śpiewają w kościele, którzy są pełni zapału w wyznawaniu Jezusa. Podczas niedzielnej Mszy Św. modli się cały kościół, ludzie wznoszą ręce do góry, uwielbiając Boga, czują się wspólnotą wiernych. Kościół żyje.

A Pan Bóg… Myślę, że bardzo słucha modlitw naszych dzieci, które codziennie wspólnie modlą się do Niego.

Nie jest trudniej wierzyć, widząc takie obyczaje, głód i biedotę na co dzień?

Życie wraz z biednymi nie osłabia mojej wiary, wprost przeciwnie – daje mi szansę, by ją jeszcze bardziej pogłębiać. Radość życia naszych dzieci, ich prostota, entuzjazm, zarażają mnie i pomagają „z przymrużeniem oka” patrzeć na różne trudne sytuacje, bo przecież życie niewidomych jest często o wiele trudniejsze od naszych małych trosk, poprzez które czasem świat nam się wali. Pozwala mi to zrozumieć, że nie jest najważniejsze tylko to, co ziemskie, że istniejący świat ducha jest o wiele ważniejszy. Jakże głęboko brzmią w naszych realiach słowa z „Małego Księcia”: „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Dla mnie, życie z niewidomymi dziećmi, to codzienne, namacalne doświadczenie obecności Boga.

Ostatnio, jedna z naszych uczennic, Yesuamma (znaczy „matka Jezusa”), odkryła w sobie talent poetycki. Nie mamy żadnych bliższych informacji o jej rodzinie, a ona bardzo chciałaby kiedyś poznać swoją mamę. Oto jeden z jej poruszających wierszy:

Marzenia

Chciałabym być małym ptakiem, który lata pod niebem

i śpiewa piękną kołysankę, by utulić cię do snu

Chciałabym być małym dzieckiem,

by doświadczyć w moim sercu miłości mamy

Chciałbym być płynącą rzeką i cieszyć się pięknem natury

Chciałabym być aniołem, który jest z Tobą w dobrym i złym czasie

Chciałabym być szczęściem dawanym wszystkim ludziom

Chciałabym być krwią, która Cię chroni

Chciałabym być łzami, by wyrazić moje uczucia

Chciałabym być solą, by dać Ci odrobinę smaku

Chciałabym być małym światłem tak bardzo niewinnym

Chciałbym być delikatnym kwiatem, dającym wszystkim zapach

Chciałabym być miłością, tak bardzo delikatną

Chciałabym być dobrą wróżką, która Cię pocieszy,

poprowadzi i pomoże podczas trudności

Chciałabym być Twoim sercem,

by znać czym jest ból i cierpienie innych i bić miłością

Co daje Ci siłę do bycia tam, na każdy dzień?

Co daje mi siłę…? Świadomość tego, jak bardzo potrzebna jest tam nasza obecność. Jak jest mi trudno, a mała Rupa przybiegnie i wdrapie mi się na kolana i zacznie opowiadać o tym, co zdarzyło się w szkole albo zaprosi mnie do swojego małego łóżeczka, bo nie chce spać sama i muszę jej długo tłumaczyć, że ja się tam nie zmieszczę. Albo wdzięczność bezdomnej staruszki, dla której obiad, otrzymywany od nas, jest jedynym posiłkiem w ciągu dnia.

Jak zdobywacie środki do życia tam? Na działalność ośrodka, szkoły, internatu?

Utrzymujemy się jedynie z darów, ale muszę przyznać, że Pan Bóg troszczy się o nas. Mamy kilku ofiarodawców z zagranicy, ale pomaga nam tez wielu miejscowych ludzi. I nie tylko dając ofiary pieniężne na dzieci, ale np. przynosząc gotowe posiłki. Albo też kilka worków ryżu, olej, różne rodzaje grochu, owoce, środki czystości, ubrania.

Ogromnym wsparciem jest dla nas pomoc z Polski w ramach akcji „Adopcji Serca” oraz kwesty, które przeprowadzamy podczas pobytów w Polsce.

Czy my, zwykli ludzie, możemy pomóc takim dzieciom i wam?

Myślę, że jedną z form pomocy jest włączenie się w akcję „Adopcji Serca”. Polega ona na tym, iż można wziąć pod opiekę jedno z indyjskich dzieci, przebywające w naszym ośrodku, otrzymuje się zdjęcie tego dziecka i informacje o nim. Następnie można wesprzeć dziecko modlitwą lub też finansowo – częściowo lub w całości – opłacić kształcenie dziecka.

Oprócz pracy w ośrodku, podróżujesz i odwiedzasz inne miejsca w Indiach, dotknięte biedą i chorobami. Opowiadałaś kiedyś o pewnej wiosce, gdzie nie ma lekarza, a dzieci bardzo poważnie chorują…

Byłam kiedyś w małej wiosce w stanie Orissa. By się do niej dostać trzeba było iść przez las godzinę, nie było tam prądu, ani połączenia telefonicznego. Chorowały dzieci, rodzice nieśli je na rękach do najbliższej przychodni, często jednak nie zdążali dojść i dziecko umierało w drodze… To straszne doświadczenie niemocy, tak bardzo chciałoby się pomóc, a nie ma jak.

Ostatnio zaś, opowiadałaś mi o dzieciach, pracujących na co dzień w kamieniołomach. Historia ta wywarła na mnie ogromne wrażenie…

Tak. W czerwcu ubiegłego roku, wraz ze znajomym ks. redemptorystą i dwiema indyjskimi siostrami odwiedziliśmy kamieniołomy, położone na obrzeżach miasta Bangalore.

Bardzo poruszyła mnie sytuacja mieszkających tam i pracujących dzieci. Większość z nich nie chodzi do szkoły, od najmłodszych lat pracują wraz z rodzicami za bardzo niskie wynagrodzenie. Praca, którą wykonują jest niebezpieczna dla ich zdrowia. Pracują w pyle,    co często powoduje choroby płuc; rozdrabniając kamienie ulegają wypadkom i zranieniom, a nosząc ciężkie ładunki kamieni na głowach doprowadzają do chorób kręgosłupa.

To bardzo smutne i aż niewyobrażalne…

Niestety, taka jest rzeczywistość. Wstają wcześnie rano i idą z rodzicami do pracy. Chwilą odpoczynku jest czas południa, kiedy to w kamieniołomach podkłada się dynamit i wysadza kamienne ściany. To także czas ubogiego posiłku, na który składa się codziennie miska ryżu z gotowanymi warzywami lub tylko kilkoma ostrymi papryczkami chili. Po zakończonych wybuchach wszyscy wracają do pracy, która trwa do zmroku.

Dużym problemem jest też brak wody. Jest ona dowożona w cysternie i trzeba za nią płacić.

Ludzie więc bardzo ją oszczędzają. Każda rodzina mieszka w ubogim szałasie pokrytym liśćmi palmowymi. W nim mieści cały swój  dobytek. Życie toczy się głównie przed domem: gotowanie, mycie, wieczorne spotkania po pracy.

To, o czym mówisz, tak bardzo różni się od codzienności polskich dzieci…

Tamtejsze dzieci mają poważny wyraz twarzy, od najmłodszych lat znają trudy codziennego życia.

Czasem dobrze uświadomić sobie jak bardzo jesteśmy uprzywilejowani mogąc posyłać dzieci do szkoły, mieć dobrze płatną i bezpieczną pracę, bieżącą wodę w kranie, smaczny i zróżnicowany posiłek, etc. Są bowiem tacy, często jeszcze bardzo mali, dla których każdy dzień jest zmaganiem o przeżycie.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę. Życzę wiele sił w dalszej pracy.


Macierzyństwo

Mam 40 lat i jestem już zbyt dorosła na wieczne kłótnie, walki i pretensje. To, co mam niech czyni mnie szczęśliwą

Małgorzata Rubin-Bedra
Małgorzata Rubin-Bedra
22 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Paige Marie / CCO

Piosenka Anny Jantar, odkryta kilka lat temu, wraca do mnie co jakiś czas. Kojarzę ją z moimi urodzinami i bardzo zapadły mi w pamięć i serce te słowa: „To, co mam, to radość najpiękniejszych lat. To, co mam, to serce, które jeszcze na wszystko stać (…) To wiara, że naprawdę umiem żyć.”

Za dwa miesiące skończę 40 lat. Mam ogromną świadomość siebie, życia, tego co lubię i czego chcę. Mam siłę, poczucie, że jednak jestem fighterem. Wybaczenie rodzicom i pełną akceptację ich, co wniosło we mnie spokój i harmonię. Przeżyłam chyba dużo. Chodzenie po górach, bycie „duszą towarzystwa” i zawsze radzącą sobie ze wszystkim, „chwilę” w zakonie, mocne upadki; spotykanie ludzi, którzy ukształtowali mój kręgosłup – dzięki którym mam mocne i silne poczucie własnej wartości (takiej mimo wszystko).

Przeżyłam też pierwsze i bardzo trudne chwile z uświadamianiem sobie o problemach ze zdrowiem, które będą towarzyszyć mi całe życie i zdeterminują codzienność. Stawianie sobie realnych poprzeczek, bo z kogoś, kto „ mógł wszystko” – stałam się kimś, kto nie mógł i nie miał prawie nic. Walczyłam o wydobycie się kokonu, by stanąć na nogach i jednak mieć tak wiele. Bo teraz – nie mogę pracować z dziećmi, ale piszę artykuły i porady dla rodziców. Nie mogę mieć swoich dzieci, ale duchowo adoptowaliśmy niewidomą Radhę z Indii. Nie mogę być taka, jak wszyscy – tzw. „normalna”, zawsze towarzyszy mi poczucie bycia INNĄ, nastygmatyzowaną; to trudne, ale dzięki temu mam wyjątkową wrażliwość, która otwiera mnie na miejsca i sytuacje, których nikt nie dostrzega.

Mam też za sobą poważny kryzys w małżeństwie, który właściwie jeszcze się tli. Okazało się, że nie jestem idealna (Jak to???). Jestem ekstrawertyczna, krzycząca i mówiąca za dużo. Mój mąż też nie jest idealny, tyle razy mnie krzywdził, oskarżał i obwiniał. Ale… Przez 13 lat zbudowaliśmy tak wiele dobrego, a to dobre jest milion razy większe od złego.

Kilka dni temu napisałam w e-mailu do mego męża: „Nie mam już siły na takie walki, jakie są między nami, na dziwne pretensje i niedojrzałe kłótnie, krzyki, robienie z siebie prymitywnego zwierzęcia (wszystkie zachowania, do których się posuwamy przesuwając granice w kłótniach). Wszystko już było – wykrzyczeliśmy sobie wszystko, uświadomiliśmy na terapiach, wiemy jak „smakuje” separacja. Wiemy, jacy jesteśmy, co sobie dajemy, co daliśmy, co zbudowaliśmy i budujemy, co nas łączy a co dzieli. Ja jestem i byłam z Tobą szczęśliwa. Dajesz mi dużo radości, lubię nasz dom, dbanie o Ciebie, nasze ptaki za oknem.

Mam 40 lat i jestem już zbyt dorosła na wieczne kłótnie, walki i pretensje. Ja już tego nie chcę. Dla mnie dalszy trening komunikacji i trudne sytuacje, które będą się pojawiały w życiu (jak u każdego) – to tylko kosmetyka, a nie kolejne powody do walki i aż takich kłótni, nie powody do pytań „być razem czy nie”. Ja takiego związku już nie chcę, ja już nie będę krzyczeć, walić drzwiami, rzucać talerzami. Chcę uśmiechu, życzliwości, ciepła, poczucia bezpieczeństwa, rowerów, lasu, gór, upiększania mieszkania i szalonego seksu.”

Dziś jestem świadoma, kim jestem i mam zgodę na siebie. To najważniejsze.

Jeszcze jednego mi brakuje – samodzielności. Bo jednak mój związek i mój mąż są ostoją i czymś, co mi jest bardzo potrzebne do oddychania. Ale to nic, to chyba dobrze… bo mam co robić, nad czym pracować przez kolejne lata. Więc może jest po co i warto żyć…?