Koronawirus Lifestyle

Co dał mi COVID? Wiem, co to zmęczenie i bezsilność. Żyję dziś, pamiętam wczoraj, planuję jutro

Poli Ann
Poli Ann
27 sierpnia 2020
Fot. iStock
 

Chyba nie do końca wylądowałam na planecie covid, bo póki co personalnie nie miałam jeszcze tej wątpliwej przyjemności wejść w bliższą relację z wirusem. Tak jak niemal cały świat doświadczyłam jakże modnego ostatnio słowa „lockdown”. Jak zdecydowana większość populacji zostałam w domu z dzieckiem pracując online i na nowo ucząc się swojej pracy. Dlaczego? Bo zawodowo uczę i musiałam ponownie nauczyć się uczyć. I nie będę tu wypisywać litanii jaka to byłam biedna, a moi uczniowie straszni. Łatwo nie było owszem, zarówno mnie jak i dzieciakom. A że sama jestem matką, to wiem jak wyglądała nauka online także drugiej strony.

Wiem, co to zmęczenie i bezsilność.

Bezsenność i strach, czy aby moi bliscy są zdrowi.

Obawa, czy iść po zakupy, czy sobie darować i wyjeść wszystko aż po ostatnie ziarenko ryżu?

Czy zabronić mężowi iść do pracy, gdzie choć według nowych zasad to i tak miał kontakt z ludźmi.

Mnóstwo pytań kłębiło się w mojej głowie, zapewne jak w każdej. A najbardziej paraliżująca była niewiedza, bo przecież nikt nie potrafił powiedzieć, jak długo to potrwa, czy wirus to chwyt marketingowy czy faktycznie dżuma dwudziestego pierwszego wieku. Zalew informacji przyprawiał o szybsze bicie serca. I ta niepewność, czy będziemy kolejną Lombardią czy jakimś cudem unikniemy zarażenia.

Takich ciemnych, pesymistycznych wizji mogłabym snuć całe mnóstwo. Godzinami wręcz. Póki jestem jednak zdrowa i moi bliscy także, mam siłę spojrzeć wstecz i zastanowić się, czy w ogóle coś zyskałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Ja mogę o mojej kwaratannie mówić spokojnie, bo nie straciłam pracy, nie walczyłam o utrzymanie firmy, bo nie byłam pod respiratorem, nikogo nie straciłam.

To już chyba największe zwycięstwo!

Owszem charakter mojej pracy się zmienił i zajęło mi kilka tygodni wejście w nowy tryb. No ale. Nauczyłam się sporo, otworzyłam na nowe platformy, programy, komunikatory. Wzbogaciłam warsztat pracy.

Moje dziecko nauczyło się samodzielności paradoksalnie wtedy, gdy byłam obok. Zajęta teamsami, zoomami nie zawsze od razu biegłam z pomocą. Latorośl musiała siebie jakoś radzić.

Doceniłam spokój, bo choć miasto zdawało się być wymarłe to ja nie bałam się o brak wody, prądu czy jedzenia. Nie doświadczyłam głodu, zawsze coś było pod ręką. A brak ulubionego batonika naprawdę można przeżyć.

Myślałam, że będę miała więcej czasu dla siebie, a stało się na odwrót. Czas na początku przeciekał mi przez palce. Nie czytałam, nie oglądałam czterdziestego ósmego sezonu ulubionego serialu, nie gotowałam namiętnie. Jedynie treningi w zaciszu domowym były moją codziennością, bo jakoś emocje trzeba było z siebie wyrzucić. A lepsze sponiewieranie siebie samego aniżeli niewinnych domowników.

Przeżyłam przeprowadzkę i remont mieszkania własnymi rękoma. Malowanie ścian, pomoc w przewożeniu mebli i ich składaniu, kładzeniu paneli podłogowych oraz montowaniu drzwi, lamp, szafek. Mycie, szorowanie, czyszczenie to już była moja działka. Trochę tego było, ale daliśmy radę.

Chcąc nie chcąc zweryfikowałam znajomości i przyjaźnie. Zobaczyłam na kogo mogę liczyć, sama też przekonałam się, że umiem pomagać bezinteresownie.

Zaufałam sobie i swojej intuicji, uwierzyłam, że mogę robić coś inaczej, żyć bez czegoś. Na nowo ustaliłam priorytety.

Czy jestem spokojna? Póki co tak. Nie panikuję, ale noszę maseczkę i dezyfekuję ręce. Zaliczyłam kilkudniowy pobyt w szpitalu, brano ode mnie wymaz i nawet na operację jechałam w maseczce.

Czy się boję? Pewnie, że tak. Mam przecież jakiś instynkt samozachowawczy i nie spieszy mi się na tamten świat. Jestem ostrożna, nie lekceważę obostrzeń, nie uważam za supermenkę, której korona zejdzie z drogi.

Żyję dziś, pamiętam wczoraj, planuję jutro. To chyba największy luksus, na jaki możemy sobie pozwolić?!

 


Koronawirus Lifestyle

Na planecie COVID. „Nie chcę tam wracać i uwierz mi, Ty też nie chciałabyś tam być”

Poli Ann
Poli Ann
27 sierpnia 2020
Fot. iStock
 

Renata na planecie covid wylądowała całkiem niedawno. Wakacje, piękna pogoda, czas z rodziną na działce. Wyjechać nie wyjadą, a poza tym ostatnio krucho z kasą. Ta działka ich ratuje. To ich małe eldorado. Piękne kwiaty, grządki z truskawkami i nowalijkami. Kilka drzew owocowych. Dzięki temu mają rzodkiewkę na kanapki, pomidory na przecier czy wisienki na dżemy. I kwiaty do wazonu, choć Renacie żal ich ciąć. Woli napawać się ich widokiem na żywo. Domek jest stary, drewniany na fundamentach. Wygodny. Wszystko, czego potrzeba, jest do ich dyspozycji. Mała kuchnia, duży pokój i mały. Nawet łazienka niczego sobie. Króluje tu styl „późny gierek”, akurat wpisuje się w obecne trendy dizajnu. Dobrze, że mają ten kawałek ziemi, życie na trzydziestu pięciu metrach w kawalerce do łatwych nie należy. Renata pracuje w domu, zajmuje się rękodziełem.

Jakiś czas temu straciła pracę, a w niedużym mieście trudno było cokolwiek znaleźć. A że talent i cierpliwość ma to zaryzykowała. Kokosów z tego może nie ma, ale w połączeniu z męża pensją jakoś dają radę. Mają piętnastoletnią córkę, więc wiadomo, potrzeby są. Ubrania, kosmetyki, książki i dieta, bo Martyna jakiś czas temu zdecydowała o przejściu na wegetarianizm. Renata uszanowała wybór dziecka i dzielnie gotowała dania mięsne i bezmięsne. Generalnie w tej opiece nad córką, nastolatką już przecież, trochę się zatraciła. Sama, mając mamę bardziej na papierze niż w rzeczywistości, rozpieszczała Martynę, często wyręczała, pamiętając jak to matka o nią samą nie zadbała. Dopiero twarde lądowanie na planecie covid, uświadomiło jej trochę, że wychować to nie synonim do rozpieszczać.

Gdy cały świat zatrzymał się na chwilę, oni dali jakoś radę. Renata i tak pracuje w domu. By wysłać swoje rękodzieła, na pocztę chodziła po prostu rzadziej. Po jakimś czasie nauczyła się korzystania z paczkomatu, którego wcześniej tak się bała.

Mąż jeździł do biura już nie codziennie, trochę zadań wykonywał zdalnie. Najtrudniej miała córka. Całe dnie przy biurku, intensywna nauka, przełożone egzaminy i niepewność jutra. Uparta jednak była. Dzielnie wkuwała, logowała się codziennie na platformie, wysłała prace, robiła online testy.

Oceny miała dobre, ciężko na nie pracowała, bo wymarzyła sobie najlepsze liceum w mieście. Egzaminów się bała, ale pierwszym dniu, stwierdziła, że da radę. W czerwcu zresztą można już było iść na spacer, rower. Psychicznie odżyła.

Na planecie covid wylądowali później, gdy Renata walczyła z uporczywym kaszlem. Najpierw leczyła się sama, potem teleporady u różnych lekarzy, odmienne diagnozy, aż w końcu po kilku dniach stwierdzono, że trzeba zrobić jej test. I się zaczęło. Renata nie spodziewała się, że oto właśnie czeka ją jeden z najtrudniejszych okresów w życiu.

Jako że nie ma auta, musiała czekać w domu na karetkę. Już wtedy zabroniono im wychodzić, spisano dane i zapowiedziano kontrolę policji. Karetka zjawiła się następnego dnia, wielkie show, bo oto do bloku wchodzą ratownicy medyczni w strojach niczym astronauci z NASA. Aż zbiegowisko pod klatką się zrobiło, ktoś nawet kręcił filmik. No komedia. Wymaz pobrano tylko od Renaty. Z nosogardła. Dobrze, że ratownik był wprawiony i delikatny. Całe przedstawienie nie trwało nawet dziesięciu minut, ale rozmowy sąsiadów ciągnęły się godzinami. Cała ulica już huczała, że w ostatnim bloku covida mają. Wyniki miały być za dwa, trzy dni. Renata nie panikowała, miała trochę jedzenia, wysyłki może zrobić później. Córka trochę kręciła nosem, że wyjść nie może. Mąż też, bo w biurze miał jakieś dokumenty. Renata uspakajała, że trzy dni na kupie przecież wytrzymają. Zresztą pada deszcz, to nawet na działce by się nudzili. Policja faktycznie sprawdzała ich codziennie, o różnych porach. Wyjść nie mogli absolutnie nigdzie. Telefon z sanepidu milczał jak zaklęty. W końcu Renata odważyła się zadzwonić. Pół dnia jej to zajęło, a odpowiedź zawaliła z nóg- Nie wiadomo, kiedy wyniki. Trzeba czekać. – Ale jak czekać? Klienci czekają, mąż musi do biura, córka powoli zaczyna się denerwować. Ileż można czytać książki i oglądać telewizję? Jedzenie się kończy. Na działce trzeba wszystko podlać, bo już deszcze ustała słońce grzeje niemiłosiernie. Rodzina nie dzwoni. Znajomi nie odbierają. Sąsiedzi zapadli się pod ziemię.

Każdy się boi nawet zakupów im zrobić. Nieważne, żeby pod drzwi tylko postawić. Nie mają czasu, już byli w sklepie, no chyba żartują sobie, że ktoś będzie się w covid pakował. Niech ktoś inny pomoże. A lista tych potencjalnych innych kurczy się z zastraszającym tempie.

Renata codziennie dzwoni do sanepidu. Nie zawsze uzyska połączenie. A czuje się już dobrze. Prawie nie kaszle. Mąż i córka funkcjonują normalnie, ale są już poddenerwowani. Od tygodnia siedzą w domu. Przestają ze sobą rozmawiać, bo atmosfera robi się gęsta. Córka siedzi w telefonie, Renata zatapia się w swoim rękodziele mając nadzieję, że to wszystko sprzeda. Mąż klnie przed laptopem. Nawet na balkon wyjść nie mogą, bo akurat elewacja bloku jest remontowana. Robotnicy jak się dowiedzieli, że u nich covid podejrzewają, to zdają się ich okna omijać. Trudno więc wytrzymać w jednym pomieszczeniu. Fakt, zostaje łazienka. Ale jej nie da rady okupować cały dzień. Kuchnia jest ciasna. Są skazani na siebie. Własne myśli, obawy. Czują się jak trędowaci. Nawet Martyna patrzy na matkę spode łba, obwiniając ją o przymusowe więzienie. Szczególnie, że Renata wymaga jej pomocy w kuchni czy przy sprzątaniu. Pewnie, że sama mogłaby z nudów wysprzątać mieszkanie na błysk tak, że z podłogi mogliby jeść. Nawet zaczęła. Na kolanach szorując podłogę spojrzała na córkę wygodnie leżącą na kanapie z telefonem w ręku. Dziwnie się poczuła. Martyna nawet na nią nie spojrzała, nie zapytała czy pomóc, zareagowała Gdy Renata poprosiła o pomoc. Zaczęła się wymiana zdań, mogłaby przerodzić się w krzyki. Renata jednak usiadła przy córce i zaczęły rozmawiać. Nie był to ściszony głos, bywał podniesiony. Martyna wyrzuciła z siebie wszystko. Swoje lęki, obawy, złość. Renata żal, smutek i zmęczenie. Obie uświadomiły sobie nawzajem swoje potrzeby. Długo rozmawiały, nie obyło się bez łez. Nawet nie wiedziały kiedy, a do tych wyznań przyłączył się mąż. Ten, który milczy, obserwuje, czasem przeklnie coś pod nosem. Ten, który przenikał do tej pory jak duch, w życie rodzinne niezbyt się angażując. I ten właśnie mąż usiadł obok nich i rozpłakał się jak dziecko, wyrzucając z siebie strach i poczucie winy, że być może to przez niego Renata jest chora, zmęczona, smutna. Że żył obok, zatracił się w pracy, wychowanie dziecka oddał żonie, a małżeństwo po prostu wypuścił z rąk. Renata wszystko przecież robiła, nie wtrącał się, ale też nigdy nie zapytał o jej samopoczucie.

Rozmawiali do wieczora. Kilka godzin. Sprzątanie musiało poczekać. Renata nie ustawała w próbach zdobycia informacji o wynikach. Bezskutecznie. Jedzenie się kończyło a chętnych na ich zrobienie jakoś nie było. W domu chyba dogadywali się lepiej. Więcej rozmawiali, nie tylko o pogodzie. Chyba się przed sobą otworzyli, bo choć mieszkali razem na kupie od lat, to jednak żyli oddzielnie.

Co dała im kwaratanna? Prócz strachu o siebie i swoich bliskich, stresu, bezsennych nocy?

Oczyszczenie. Wyzbyli się negatywnych emocji, spróbowali rozmowy o czymś.

Poznanie, kto jest przyjacielem. Tu krąg dramatycznie się zawęził.

Radzenie sobie ze stresem. Renata rozwinęła się artystycznie i logistycznie.

Docenienie tego, co się ma. Męża i córkę. Wspólne chwile, obiad, film.

Poświęcenie czasu sobie. Renata skupiła się na pasji, ale też zauważyła, że jest tylko matka i żoną. Przypomniała sobie, że jest też kobieta i że musi myśleć o sobie.

Zauważanie drobiazgów, których do tej pory w pędzie życia nie dostrzegali.

Porzucenie perfekcji. Lśniąca podłoga przecież nie daje szczęścia.

Sanepid zadzwonił do Renaty po dwóch tygodniach. O siódmej rano. Wynik ujemny. Zażądano kwarantanny do północy tego samego dnia zupełnie bez sensu przedłużając ich dyskomfort.

Renata wysyła paczki, rękodzieło powstałe w ciągu tych trudnych dni, nie poszło na marne. Czy jest spokojna? Nie do końca. Strach przed covidem odczuła na własnej skórze, zaktualizowała pojęcie pomocy i przyjaźni. Z niedowierzaniem patrzy na beztroskich ludzi, którzy nie noszą masek i śmieją się z koronawirusa.

Ja tam byłam. – pisze mi już chyba setną wiadomość na Messengerze. – Na planecie covid? – pytam. -Tak, nie chcę tam wracać i uwierz mi, Ty też nie chciałabyś tam być. – pisze i dodaje uśmiechniętą emotkę.


Koronawirus Lifestyle

Portret matki lesjbiki. Macierzyństwo z in vitro

Poli Ann
Poli Ann
12 lipca 2020
Fot. iStock/SolStock

Piszę, bo moje myśli muszą gdzieś znaleźć ujście, a te kłębią się w obliczu ostatnich wydarzeń i aż chcą wyskoczyć mi z głowy. Pomyślałam, że może Ty je rozpowszechnisz. Tak bardzo bym chciała, by przeczytał je każdy. Po prostu każdy.

Pozwól, że pozostanę anonimowa. Powiem jedynie, że jestem szczęśliwą żoną i matką trójki zdrowych, zdolnych dzieci. Mam wielki skarb – Rodzinę. Właśnie „rodzina”… Co znaczy w dzisiejszych czasach to słowo? Oj, ostatnio żongluje się nim na lewo i prawo, czy aby świadomie? Dla mnie rodzina to kochający się ludzie, którzy wspierają się w trudnych chwilach i dzielą szczęściem, a których niekoniecznie łączą więzy pokrewieństwa, choć zapewne niektórzy językoznawcy uderzą tu na alarm, bo przecież rodzina jest powiązane z wyrazem rodzić – wydać na świat itd. Czy aby na pewno?
Ja po prostu chciałabym na łamach tego bloga opowiedzieć pewną historię z mojego życia, epizod, ale jakże ważny, który otworzył mi oczy na wiele trudnych tematów. Także tych tabu, o które tyle się kłócimy ostatnio.
Niecałe osiem lat temu wylądowałam na obserwacji w szpitalu na oddziale położniczym. Byłam wtedy w czternastym tygodniu ciąży. Złapałam grypę żołądkową. Położono mnie w dwuosobowym pokoju. Moja współlokatorka była wtedy w szóstym tygodniu ciąży. Nie była taka zwyczajną współlokatorką, tak mi się na samym początku wydawało. Dlaczego? Bo była lesbijką, na dodatek w ciąży z dzieckiem poczętym metodą in vitro. Takich kobiet nie spotka się na co dzień. A może spotyka, tylko one nie są tak otwarte? Moja współlokatorka, nazwijmy ją Kasia, po dziś jest dla mnie doskonałym przykładem tego, jak wiele Matka (celowo piszę przez wielkie „M”) może poświęcić dla swojego dziecka. I zaraz wyjaśnię Wam dlaczego.
Kasia, osoba głęboko wierząca w Boga, przez kilka lat była przykładną żoną. Długo walczyła z poczuciem, że nie jest szczęśliwa. W pewnym momencie nie dała już rady udawać sama przed sobą swojej orientacji. By być szczęśliwą odeszła od męża i oznajmiła swojej rodzinie, że jest lesbijką. To był dla nich cios. Jak to? Przecież ma męża, nikt do ślubu jej nie zmuszał. Rety, co ludzie powiedzą?! Wstyd! Ojciec przestał z nią rozmawiać, no bo o czym tu z lesbą gadać? Popieprzyło się jej w głowie.
Kasia po jakimś czasie poznała swoją dziewczynę, potem żonę. Długo walczyły o to, żeby mieć dziecko. W końcu się udało. Medycyna przyszła im z pomocą w spełnieniu marzenia. Po in vitro, żeby utrzymać ciążę trzeba brać drogi lek na receptę. Co za problem prawda? Idzie się do lekarza, wykupuje lek i bierze. Ano niekoniecznie. Kasia poszła do lekarza. Lekarz, gorliwy przeciwnik metody in vitro ze względów etycznych, odmówił wypisania recepty. Podkreślę to: lekarz odmówił ratowania życia poczętego.
Kasia trafiła do szpitala z krwotokiem krótko przed moim przyjęciem. Ze względu na krwotok z bardzo zagrożoną ciążą zalecono jej kompletny zakaz przyjmowania innej pozycji niż leżąca (a co za tym idzie także zakazem wychodzenia do toalety). Jesteście w stanie to sobie wyobrazić? Leżeć i tylko leżeć. Pytanie ile z nas by się poddało?
Przez te trzy dni dużo rozmawiałyśmy. Ja, katoliczka, heteroseksualna, konserwatywna podpytywałam z czystej ciekawości. Kasia opowiadała mi o trudnej relacji z ojcem, który dopiero po tym jak wylądowała w szpitalu znowu zaczął z nią rozmawiać. Mówiła o swojej żonie, którą zresztą miałam okazję poznać – wspaniała osoba. A także o swojej relacji z Bogiem, głębokiej wierze, ale też bezsilności względem zasad ustalonych przez szeroko pojętą instytucję Kościoła Katolickiego. Czuła się bardzo rozdarta pomiędzy potrzebą bycia szczęśliwą a byciem „porządną”, według ogólnie przyjętych zasad, katoliczką. Mówiła, że żeby jakoś się w tym wszystkim odnaleźć uczęszcza na katechezy dla osób LGBT u Dominikanów. A jednak!
Kiedy się z nią żegnałam po tych trzech dniach spędzonych razem i zapewniałam ją, że będę trzymać kciuki za jej Rodzinę myślałam, że widzimy się ostatni raz.

Ponad pół roku później, na dwa dni przed porodem, ponownie wylądowałam na patologii ciąży – nie czułam ruchów dziecka. Oczywiście po podłączeniu do KTG moja córa zaczęła się ruszać😊 Jednak mimo to zatrzymano mnie w szpitalu aż do porodu. Ale nie o tym chcę tu pisać…

Kogo tam spotkałam? Moją Kasię, wtedy chyba w trzydziestym drugim tygodniu ciąży. Dacie wiarę, że przez cały ten czas Kasia leżała plackiem na oddziale, żeby tylko jej dziecko mogło przyjść na świat? Codziennie odwiedzana przez żonę, rodzeństwo, mamę i tatę – cała najbliższą Rodzinę. Matka Lesbijka z dzieckiem poczętym z in vitro. W końcu akceptowana, kochana, zaopiekowana.
To teraz zadam pytanie: Czy ta rodzina jest gorsza? NIE JEST! Tyle MIŁOŚCI – tak przez WIELKIE „M”, ile dostało to dziecko przez okres ciąży, niektóre dzieci nie dostaną przez całe życie.
Ucząc w szkole mam okazję obserwować dzieci z domu dziecka. Spragnione miłości, wstydzące się tego, że mieszkają tam, gdzie mieszkają. Ile dyskusji wśród nauczycieli, pedagogów, psychologów, jak to zrobić, żeby te dzieci nie czuły się gorsze, żeby dać im chociaż namiastkę tej miłości, której potrzebują… Myślę, że warto się jednak zastanowić, co jest dla takiego dziecka lepsze – samotność w domu dziecka czy Matka Lesbijka, która przez całą ciążę leży plackiem, żeby jej dziecko miało szansę zobaczyć świat, żeby dać mu miłość bezwarunkową, wychować, patrzeć jak rośnie.
Jak już pisałam jestem szczęśliwą żoną i matką trójki zdrowych dzieci – tworzymy wzorcową rodzinę według wszelkich standardów konserwatywnych. Nie wstydzę się tego. Chodzę do kościoła, wierzę w Boga, dzieci moje wychowuję z wierze katolickiej.
Codziennie dziękuję Bogu, że mam taką Rodzinę. Dziękuję też za to, że nigdy nie postawił mnie przed takimi wyborami przed jakimi stanąć musiała Kasia tylko dlatego, że pokochała kobietę i pragnęła urodzić dziecko poczęte metodą in vitro. Proszę Go też o to, żeby oszczędził takich wyborów moim dzieciom. Nie dlatego, że byłyby przez nas mniej kochane czy też odrzucone. Dlatego, żeby oszczędzić im ciągłej walki o to, żeby mogły być szczęśliwe.