Kariera

Firmowa pieczarkarnia, czyli siedź cicho i ciesz się z tego, co masz, bo możesz mieć gorzej

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
28 lipca 2021
fot. VioletaStoimenova/iStock
 

Znajomy opowiadał mi historię, jak to pewnego dnia przyszedł menadżer do menadżera. Czyli ktoś z zewnątrz do jego przełożonego i złożył propozycję przejścia mojego znajomego do nowej spółki w grupie. Oczywiście poza przejściem padła też propozycja podwyżki, ciekawych zadań, lepszego i szybszego rozwoju w ramach struktury organizacyjnej, itd. Po tym spotkaniu przełożony zawołał mojego znajomego i poinformował o odbytej wcześniej rozmowie, informując że ta propozycja według niego nie jest dla mojego znajomego dobra, i że jego zdaniem nic nie wniesie w jego pracę. A i żeby się tym więcej nie interesować.


Czyli? Nasz przełożony wie lepiej, co jest dla nas najlepsze? Bardziej właściwe i przyszłościowe? Gdyby po takiej rozmowie padła propozycja podwyżki po to, aby zatrzymać pracownika, czy awansu, to byłoby to chyba fair. A tak? Komunikat jest prosty: siedź cicho i nie myśl, że ktoś ciebie chce. Ciesz się z tego co masz, bo możesz mieć gorzej.

Jest w zarządzaniu takie określenie jak „pieczarkarnia” czyli trzymanie pracowników w ciemnościach, ograniczanie dostępu do informacji i dodatków. Podlewanie byle czym, czyli raz na jakiś czas bon na zakupy lub karta Multisport, no… może drobna premia czy podwyżka? Jednak gdy któryś wychyli łepek ponad innych, czyli pieczarka wyrośnie wyżej i chce więcej światła, to… się ją ścina.

Sposób zarządzania wiele mówi o przełożonych. Czyli jeśli nie boją się przychodzić do swojego zespołu, rozmawiać, dzielić się swoimi propozycjami, aby usprawnić pracę, interesują się sprawami codziennymi, potrafią powiedzieć, przyznać się, że czegoś nie wiedzą, są otwarci na pomysły innych, lubią niestandardowe podejścia, to właśnie to jest SZEF,  światło i przestrzeń w organizacji. Osoba, która nie ma kompleksu niższości, potrzeby poniżania innych lub usługiwania i służalczości wobec swoich przełożonych, która będzie w stanie patrzeć na swoich pracowników jak na ludzi. Mieć swoje zasady i czuć odpowiedzialność za nich, a jednocześnie odpowiedzialność za zadania i posiadać umiejętność przyznawania się do błędu i obrony swojego zespołu. Rzadkość? Wcale nie.

Dostałam kiedyś szefa, który był Jordańczykiem. Ogromnie się bałam, bo miałam swoje fobie związane z islamem i mieszkańcami Bliskiego Wschodu. Nie było to moje pierwsze doświadczenie, ponieważ trochę czasu spędziłam na Bliskim Wschodzie i to nie na leżaku w kurorcie 😊. Jednak to doświadczenie nauczyło mnie nie oceniać ludzi po narodowości.

Czekaliśmy, kiedy przyjedzie, ponieważ relokowano go z innego oddziału. Z Azji do Polski. Przyjechał. Niby miły i uśmiechnięty, ale czuć było, że żarty się skończyły.

Zapraszał nas po kolei do swojego pokoju i rozmawiał z nami. Wprowadził sporo zmian w firmie, ale także zaczął inwestować w nas: szkolenia z najlepszymi trenerami, wyrównanie płac, ustalenie celów rocznych. Następnie zaprosił z innych krajów zespoły i serwisy, po to, aby w dać na rynku kompleksowe usługi, a jednocześnie nas odciążyć z pracą. Poukładał nas w zespoły, dał krótko- i długoterminowe cele oraz krótki, aczkolwiek bardzo konkretny regulamin pracy: zero wymówek, zrzucania odpowiedzialności na innych, donosicielstwo surowo zabronione, zadania na czas i efektywność.

Było trochę jak w wojsku. Lubił mieć to, co chciał. Tu i teraz. Cokolwiek miało się zadziać czy dobrego czy złego chciał wiedzieć pierwszy. Nie po to aby karać, a aby zapobiec katastrofie na czas. Z nikim się nie bawił w przyjaźnie, gierki, manipulacje. Do każdego miał taki sam stosunek. Zależało mu na najlepszych wynikach firmy, a jednocześnie i na bardzo dobrej atmosferze. Kiedy dołączyła do niego żona, pracowała na innym kontrakcie, oboje zaprosili na kolację do ich domu wszystkich pracowników. Chciał, aby każdy był.

Mimo, że był bardzo momentami oschły i niedostępny, to jednak miał swoje emocje. Pamiętam, jak był wypadek kolejowy w Szczekocinach. Myślał, że wracam tym pociągiem. Jakoś nie mogłam wtedy odebrać telefonu i się nagrał. Głos, którego do końca życia nie zapomnę. Głos, choć obcego mi mężczyzny, a jednak niezwykle bliskiego. Głos umierający ze strachu o mnie, czy nic mi się nie stało?

Był bardzo surowy wobec nas i wymagający, trochę taki OJCIEC. Mimo że młodszy od wielu z nas, to jednak najwięcej się nauczyliśmy przy nim. Ustabilizował i zorganizował firmę. Umiał też nagrodzić i zadbać o nasze awanse i karierę. Potrafił niekiedy mieć z nami spore scysje i nie zgadzał się z naszymi opiniami, jednak nigdy się na nie nie zamykał. Zawsze przemyślał i wracał do tematu. Nie raz potrafił nas zdrowo opieprzyć za coś. Ale to też musiało być COŚ😊. To jednak zawsze stał za nami.

Mieliśmy kiedyś bardzo poważny przetarg. To był najważniejszy cel do osiągnięcia w danym roku. Cel roczny. Długo się do niego przygotowywaliśmy i robiliśmy wszystko, aby wygrać. Jednak przegraliśmy. Szef wył jak zranione zwierzę i sam do siebie, i na nas wszystkich. Kazał wszystko sprawdzić, zaczął krzyczeć o konsekwencjach. Odkręcać, unieważniać przetarg itd. To był dla nas ciężki czas. I na dodatek przyjechała do nas sama GÓRA z centrali. Chcieli zobaczyć firmę, wyniki no i co z tym przetargiem? Zamarliśmy. Liczyliśmy, czyje głowy polecą. Czułam, że moja też.

Szef przy wszystkich, kiedy został wywołany przez swoich przełożonych, stanął za nami. Powiedział, że nam ufa i wierzy w nas i nie mogła to być nasza wina. Zrzucił wszystko na niejasne przepisy i procedury klienta, i że gwarantuje sobą, że znajdzie inne źródło, które pokryje tę stratę.

Powiem tak, szczęki nam opadły. Było to powiedziane tak wprost i dobitnie, że nie było żadnej wątpliwości. Krył nas, a jednocześnie bardzo zadbał, aby żaden cień na nas nie padł. Powiedział potem, że każdemu zdarzają się pomyłki, ale najważniejsze to trzymać się razem i ufać sobie. Bo jesteśmy jednym zespołem i jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego.

Po jakimś czasie, SZEF dostał propozycję awansu i relokacji do innego kraju. Przyjął ją. Ja poznałam nowego przełożonego i już wiedziałam, że to nie ta sama chemia. Odeszłam.

SZEF mimo, że był bardzo wymagający, to dał nam wielkie wsparcie, poczucie zaufania i bezpieczeństwa, jednocześnie docenienie naszej pracy. Bardzo dużo się przy nim nauczyłam i wiele osiągnęłam, choć nie raz klęłam pod nosem cicho (bo już poznał parę ważnych słów po polsku 😊). Nie byliśmy także anonimowi w organizacji, która liczyła ileś set tysięcy pracowników. Mówił o nas i chwalił się nami. Chciał abyśmy poznawali innych szefów i naszych odpowiedników na świecie i wzajemnie się od siebie uczyli. Fajna przygoda.

„Zarzadzanie ludźmi” – okropny termin, trochę jak poganianie bydła. Przepraszam, ale takie mam skojarzenie. Chcę powiedzieć, że branie odpowiedzialności za ludzi, za zespół to sztuka. Sztuka widzenia drugiego człowieka, zrozumienia go i otwarcia się na niego i jego talenty. Praca nad emocjami, zapobieganie zazdrości i zawiści, że ktoś może być lepszy. Tak może być i trzeba dać mu skrzydeł, aby mógł fruwać. To jak w miłości. Największym aktem miłości jest wolność.

Cieszę się, że przybywa firm, gdzie zamiast kart Multisportu, kupuje się szkolenia oraz sesje dla pracowników, które pokazują ich naturalne talenty, cechy, które pomogą im się rozwijać w firmie, czuć się szczęśliwszym i spełnionymi w pracy. Gdzie robią to, co lubią, a szefa uważają nie za kogoś ważniejszego od siebie, a mentora w karierze zawodowej. Przełożeni zaczynają inwestować w sesje coachingowe, na których dobiera się ludzi do zespołu według ich emocji, charakterów, cech i umiejętności, gdzie mogą siebie wzajemnie uzupełniać, a nie konkurować. Gdzie szef nie jest wszystkowiedzącym, a tym co umie uszanować słowa i opinie innych i stworzyć przestrzeń na wprowadzenie głosu pracowników. Gdzie firmy są jak piękne naturalne, kwieciste łąki pełne szczęśliwych motyli i pszczół, a nie pieczarkarnią podlewaną gównem.


Kariera

Utrata pracy. Kiedy to się dzieje, wpadamy w panikę i czarną rozpacz po to, aby z czasem powiedzieć „dobrze, że tak się stało”

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
4 sierpnia 2021
fot. pixelfit/iStock
 

COVID. Dla jednych słowo znienawidzone do końca życia, dla innych kluczowa zmiana i otwarcie się na nowe. Wiele osób straciło pracę, zostało z niczym. Inni, w wyniku powikłań po chorobie, nie są w stanie wrócić do swoich zawodów. Mają oczopląs, strach przed wysokością, klaustrofobię, nie mogą skupić wzroku ani utrzymać uwagi. Pojawiają się lęki i panika, rozbicie myśli.

Co dalej? Jak żyć i z czego? Nikt o tym otwarcie nie mówi z czym się borykamy. Nie mamy już takiej sprawności jak przedtem, potrzebujemy drzemki i więcej czasu dla siebie.

Czy tryb pracy, taki jaki był przed pandemią, nam na to jeszcze pozwala? Czy raczej przywykliśmy już do pracy zdalnej, A nasze przyzwyczajenie do pracy zdalnej, gdzie mimo wszystko, po chwilowym dyskomforcie, przyzwyczailiśmy się do bycia bliżej z dziećmi i mężem, wyskoków na zakupy w ciągu dnia, czy ogarniania spraw bieżących. Firmy HR-owe oraz psychologowie coraz głośniej się zastanawiają, w jakim kierunku pójdzie przyszłość rynku pracy i jakie stworzy nam warunki? Co dalej z korporacjami? Czy przetrwają?

Ten rok zostanie zapamiętany także ze względu na pogarszającą się sytuację młodych na rynku pracy, ponieważ to w tej grupie odnotowano największy wzrost bezrobocia czy dezaktywizacji zawodowej. I podobno skutków tego zjawiska młodzi ludzie będą doświadczać w dłuższej perspektywie, ponieważ wypadnięcie z rynku pracy już na początku kariery, negatywnie rzutuje na kolejne lata.

Mówi się, że pracodawcy z większą ostrożnością będą podejmować decyzje związane z zatrudnieniem i stawiać bardziej na umiejętności niezbędne do realizacji celów firmy. Czyli nadal mamy trend korzystania z tego, do czego my jesteśmy potrzebni, a nie tego, jakie mamy talenty. Oznacza to, że nie wszyscy będziemy firmie potrzebni. Pracodawca będzie jednych z nas wspierał w uczeniu się i pozyskiwaniu nowych kompetencji, a innych zachęcał do znalezienia sobie nowej pracy. Może to być też pretekst do zatrzymania bardziej pokornych i poddańczych w pracy, a bardziej ambitnych zachęcić do… podjęcia decyzji o rozstaniu.

COVID przejdzie na pewno do historii pod hasłem „online”. Jak dotąd wielokrotnie prosiliśmy naszych szefów o home office z różnych powodów i zazwyczaj z niechęcią otrzymywaliśmy zgodę. Bo jak to? Pracownika nie widać, nie ma nad nim kontroli i co to za praca? Okazuje się, że się da. Ba! nawet są dobre efekty. Nawet rekrutacje zaczęły się odbywać na odległość, co zaoszczędziło wiele czasu, nie wspominając już o przełożeniu się tego faktu na dbałość o środowisko naturalne.

Ale jak się okazuje, praca zdalna to także wyzwanie dla naszych szefów, ponieważ wymaga też od nich zmiany zarządzania. Czyli postawienia na większą empatię, zainteresowanie się losem pracownika i łączenia zespołu na odległość. Wykazanie zrozumienia i wsparcia, zaufania, bycia bardziej odpowiedzialnym za zespół. Już pokazywanie palcem i delegowanie zdań, roszczeniowość, nie zadziałają.

Jeśli chodzi o benefity, to także ten obszar uległ zmianie. Już nie sport i kultura, a dofinansowanie sprzętu, internetu itd. Na pewno dużą zmianą jest zainwestowanie pracodawcy w zdrowie psychiczne, jak teleporady psychologiczne, programy wsparcia związane z mindfulness.

To tyle o korpo. Kosmetyka zmian. Ale powiedzmy sobie szczerze, wielu z nas musiało ogarnąć się z samymi sobą i wrócić do podstaw po to, aby przeżyć. Najbardziej ucierpiała gastronomia. Moje koleżanki, aby przeżyć, zaczęły sprzątać po domach, robić torty, cateringi na zamówienie. Zakładać własne działalności do pracy online, czy to w sprzedaży kosmetyków czy różnych usług. No właśnie, okazało się, że usługi poszły najbardziej w górę i zostały docenione, nie wspominając już o kurierach i paczkomatach. Złoty czas.

Tylko co dalej? Świat pokazał, że idziemy w kierunku stawiania na siebie, zakładania własnych biznesów, pracy w necie i zaprzestania bycia na czyjeś łasce. Bycie niezależnym, a nie uzależnionym od czyjegoś humoru.

Postawienie pod murem czyli zwolnienie z pracy, a w tle potrzeba zarabiania, aby spłacać kredyty, doprowadziło do postawienia na online i e-commerce własnych usług, pomysłów oraz produktów. Do większej kreatywności.

No właśnie, podobno przyszłość należy do usług i wręcz do powrotu do tworzenia unikatowych rozwiązań i produktów. Mówi się coraz głośniej, że takie zawody jak szewc, krawiec, kuśnierz wrócą do łask, bo ludziom zacznie zależeć na ekskluzywności i specjalnemu potraktowaniu. Przejedliśmy się już masówką i sztancą. Metki też przestały nas grzać. Świat zaczyna spoglądać w kierunku odpowiedzialnego traktowania produktów i wiedzy, skąd pochodzą i jaka był ich droga dotarcia do sklepu. Gospodarka obiegu zamkniętego czyli circular economy zaczyna być nie tylko modnym słowem, a faktem.

Już pierwszą zajawką jest Vinted, ale też korzystanie z materiałów odzyskanych w wyniku recyklingu i przerobionych starych rzeczy. Mają być także spopularyzowane dawne punkty naprawy sprzętu domowego, który teraz tak chętnie wyrzucamy. Pan Stasiu będzie dłubał, aż naprawi. Po to, aby nie produkować elektrośmieci. Podobnie z meblami i innymi sprzętami. Są już technologie odzysku materiałów ze starych samochodów i przeróbki ich na nowe produkty.

COVID zmienił też nasze podejście do zdrowia. Zaczęliśmy się lepiej odżywiać, chętniej sięgamy po świeże produkty z bazaru i to nie tylko warzywa, i owoce ale i nabiał, wędliny. Chcemy być lepsi.

Zmiany oczekujemy od siebie wewnętrznie – liczba kursów świadomości i jogi rośnie. Bo to, co dajemy sobie wewnętrznie, to przekuwa się na nasz wygląd zewnętrzny. Staliśmy się uważniejsi i bardziej odpowiedzialni za siebie i bliskich. Bardziej pielęgnujemy kontakty towarzyskie i rodzinne, bo nie wiadomo w jakim składzie możemy się spotkać za rok. Zaczęliśmy doceniać to, co mamy i cieszyć się każdym dniem.

Dlatego dla wielu z nas powrót do open space jest jak powrót za kraty. Chcemy już świadomego stanowienia o samym sobie. Robienia tego, co lubimy i o czym marzyliśmy i wielu z nas właśnie wykorzystało pandemię do tego celu. Odkrycie własnych talentów i zarabianie na nich z uśmiechem na twarzy. Dla niektórych ta sytuacja, z początku trudna, przerodziła się w sukces. Często nie dlatego, że tak szczęśliwie sobie to wymyśliliśmy, ale z bezsilności i aby ratować siebie i rodzinę. Bo nie było innego wyjścia.

Jednak życie czasem przytrzaśnie nam drzwiami ogon i to zaboli, a potem w dłuższej perspektywie okazuje się, że wyszło nam to na zdrowie. Wielokrotnie nie wyobrażaliśmy sobie, jakby to było gdybyśmy utracili pracę, bez względu na to, jak bardzo nie jest dla nas satysfakcjonująca i na nią narzekamy. Kiedy to się dzieje, wpadamy w panikę i czarną rozpacz, po to aby z czasem powiedzieć „dobrze, że tak się stało”.

Nie bójmy się zmian. Bierzmy dla siebie jak najwięcej i żądajmy najlepszego.


Kariera

Dlaczego słoń boi się myszy? Biurowi donosiciele, czyli „dajcie człowieka, a coś się na niego znajdzie”

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
19 lipca 2021
fot. skynesher/iStock

Czy zdarzyło Wam się, że w pracy ktoś nagle zaczyna was spychać ze stanowiska lub wręcz wyrzucać z pracy? Kiedy nagle wokół Was robi się burza, jeśli nie tornado, a Wy nie wiecie o co chodzi? Jesteście zalewani falą pomówień, jakiś „krzywych” argumentów, zaczepek? Pojawia się skierowane na Was jakieś skumulowane oko Saurona, że aż brakuje tchu?


To „parcie” to kontrola tego, co robicie, jakie macie wyniki, sukcesy, z kim współpracujecie i po co tutaj jesteście? Taka szybka weryfikacja, która czasem może się okazać podstawą do rozwoju i awansu, a czasem do zwolnienia. Jeśli pierwszy wariant, to wspaniale i gratulacje, trzeba wierzyć w dobrą stronę medalu i sobie, że to będzie właśnie to. Jeśli jednak jest to drugi wariant, to nagle czujemy, że ktoś chce nas wpuścić w maliny. Zaczyna się oskarżanie, szukanie haków, zaczepek, pretekstów – od nieumytego widelca we wspólnej kuchni lub zapomnianego, spleśniałego jedzenia w lodówce, po tłumaczenie się z anonimowych donosów.

To dzisiaj właśnie o tym.

Skąd się bierze tak głęboka wiedza przełożonego o nas, kto za nami chodzi i czemu to służy? Czyli o kontroli, zawiści w pracy, zazdrości i mechanizmach eliminowania pracownika. Często bardzo dobrego. Generalnie i na zdrowy rozum ludzi, którzy „ciągną” firmę, są jej frontmenami, przynoszą sukcesy, należy chronić, dbać i chuchać, dmuchać, aby nie odeszli. Jednak są takie firmy, a może nie od firmy to zależy, co od ludzi którzy nią kierują, że zarządzanie odbywa się przez zastraszanie, plotkę, donosy i haki. Każdy ma coś na kogoś. „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”.

Na świecie ceni się talenty i w nie inwestuje. Pozwala się wzrastać i rozwijać. Dobry pracownik, zdolny i kreatywny to chluba firmy. Niestety są i takie firmy, gdzie menadżerami, czy to wyższego czy niższego szczebla, są ludzie, którzy dostali się na te stanowiska dzięki znajomościom i nieuczciwym gierkom. Ich styl życia i pracy w firmie zaczyna się wtedy przekładać na pracowników. Brak zaufania do siebie przechodzi na pracowników i otoczenie. Poczucie życia w zagrożeniu sprawia, że to samo serwuje się innym. Nikt przy nich nie może czuć się pewnie.

Opowiem o pewnym prezesie, pracowałam dla niego. Typ macho, co to kobiety drżą przed jego męskością – przynajmniej tak mówił – niezwykle szarmancki, bardzo mądry i nie liczący się z nikim. Nie było dla niego świętości, nie było autorytetów. Był ON. Bardzo go początkowo podziwiałam, jego odwagę. Zawsze mówił, że nikogo i niczego się nie boi. Ale zastanawiający byli jego ludzie, ci, którymi się otaczał. Donosiciele. Siedzieli w sekretariacie godzinami i czekali na audiencję. Czy w sprawach ważnych? Może. Interesy i interesiki. Jedno było pewne. Po tych wizytach karuzela plotek i pomówień w firmie huczała. Prezes osobiście wzywał do siebie i przepytywał, a jeśli komuś było to nie w smak, do zarządu trafiał donos, najczęściej od strony związkowej lub innego „życzliwie donoszącego”. Nie było to przyjemne. Czy ludzie byli zwalniani? Nie. To był taki straszak, aby trzymać wszystkich w garści, a pan PREZES z politowaniem, wyrozumiałością tłumaczył, że tak postępować się nie powinno i … wybaczał. Firma pracowała i działała dalej, a delikwent raczej już nie był taki pewny siebie i co chwilę spoglądał za siebie, czy kogoś nie ma za plecami. Następca PREZESA próbował robić to samo, natomiast mniej subtelnie. Imponowały mu podsłuchy i monitoring wizyjny. Gdyby mógł, to w pokoju każdego pracownika coś by zamontował.

Inną metodą jest przekupstwo. Czyli oferowanie stanowisk, premii za usłużne donoszenie na temat danego delikwenta. Ma to być dowód na okazanie lojalności i złożenie hołdów lennych. O co chodzi? A na przykład szefa interesują jakieś smaczki z czyjegoś życia prywatnego, albo czy jest powiązany w jakikolwiek sposób z byłymi zarządzającymi, z czego żyje, z kim jeździ na wakacje, czy ma jakieś zobowiązania? Jesteście zdziwieni? Nie. To powszechna praktyka.

Niektórzy odmówią takim usługom, ale inni wykorzystają to jako trampolinę do odbicia się wyżej, a już na pewno w bliższą relację z przełożonym. Zasłużą się. Tyle, że obietnice „złotych gór”, składane przez przełożonego nie zawsze zostaną spełnione. Lub, jeśli już się tak stanie, to w perspektywie czasowej i tak można TO stracić, bo „pryncypał” będzie chciał się pozbyć swojego „życzliwego” bo za dużo wie. No cóż. Ciężki jest los posłańców „dobrych wiadomości”😉. Donosić doniesie, ale zostaje niesmak w ustach i brak moralnego kręgosłupa, a na dodatek może nic z tego nie mieć. Pytanie, komu taki człowiek służy – sobie czy innym?

Dlaczego nasi przełożeni to robią? Po co im te informacje? Najczęściej takie praktyki wynikają ze strachu. Strachu o swoją posadę, że ktoś może być lepszy, sprawniejszy, bardziej lubiany. Z lęku, że ktoś może im w czymś zagrozić, a nie że my coś robimy źle. Takie manipulacje przełożonych wzbudzają w nas strach i niepewność, i to jest dla nich najlepsza pożywka, że jesteśmy od nich uzależnieni i zrobimy wszystko czego od nas chcą. Wpuszczanie w poczucie winy jest świetną rozrywką i biczykiem na pracowników.

Ze strachu i niepewności o swoje jutro, posadę i byt ludzie są w stanie posunąć się do wszystkiego i zgodzić się na najbardziej upokarzające warunki. Są w stanie utopić innych, aby tylko utrzymać się na powierzchni. Raz służą jednym i nie odstępują ich na krok, mówią im same ciepłe, miłe słówka, aby być nadal w kręgu najbliższych współpracowników. Jeśli jednak patron się zmienia, to potrafią sobie odrąbać przysłowiową rękę i zmienić chorągiew. W imię pozostania na stanowisku wyrzekną się wszystkiego i wszystkich. Zaprzeczą słowom, które powiedzieli, złamią moralny kręgosłup, aby tylko zdobyć przychylność nowego patrona. Ma to coś wspólnego z syndromem niewolnika i usługiwania na wszelkich warunkach. Jedni nie zgodzą się na takie postępowanie i odejdą, inni będą uważać, że tak trzeba i wykorzystają wszystkie znane im narzędzia i ścieżki aby utrzymać się na powierzchni. Zaprzedadzą samych siebie i pogrążą innych.  Nie ma ceny, której nie zapłacą za wejście w orbitę przełożonych.

Menadżerowie, którzy znają te mechanizmy i wiedzą, jak grać na ludzkich emocjach, chętnie to wykorzystują. Doskonale wiedzą, że na ich „dworze” są donosiciele, którzy dopuszczą się każdego świństwa. Czy ich cenią? Nie. Takie osoby są zawsze na „czarnej liście”. W korpo grupa „swoich ludzi” jest bardzo istotna. Jednak to osoby, które od lat są w zaufanym teamie. To fachowcy i doradcy. To oni dostarczają sukcesy, pocieszają w chwilach zwątpienia, są jak satelity przynoszące informacje z zewnątrz.

„Plankton” plotkowy jest na chwilę, po to, aby poznać pewne mechanizmy, których na początku się nie zna, lub chce się mieć „oko” na szczególnie wrażliwy obszar. Jeśli intencje są dobre i służy to współpracy i rozwojowi ludzi i organizacji, to dobrze. Gorzej, jeśli jest to wykorzystywane przeciwko pracownikom, w celu grożenia im, zastraszania i trzymania w szachu.

Znam takich menadżerów, którzy specjalnie poszli na studia psychologiczne lub kursy, które pomogą im w „zarzadzaniu duszami”. Szukali wiedzy i inspiracji, do tego, aby być ponad innymi, móc manipulować i nadal trzymać władzę. Jeśli jesteśmy nieświadomi takich mechanizmów i intencji, możemy sobie zrobić sporo krzywdy. Jeśli się temu poddamy, to jesteśmy doskonałym pokarmem, który i tak kiedyś się znudzi zostanie z czasem „wyrzygany”. Praca i lojalność dla innych, zamiast sobie, nigdy się dobrze nie kończy.